Instrumenty z lodu, Frank Zappa z mamuśką (Kiosk 1/09)

30.01.2009 | 3 odpowiedzi

- Nie znoszę, kiedy się straszy dzieci “wielką sztuką”. A bo co? zje? Najwyżej za pierwszym razem trochę wynudzi, ale za drugim już nie. Do tego muzyka to jedyny gatunek sztuki, który się dzieli na poważną i bezprzymiotnikową. “Muzyka” – to Doda. Mozart to “powaga”. Amadeusz by się uśmiał. – polecam świetny wywiad z Piotrem Kamińskim. O muzyce najszerzej, lekko i z humorem, choć nie zawsze mowa o rzeczach błahych.

Plotki dotyczące tego, czy po relatywnym sukcesie debiutu (120 tys. płyt) Fleet Foxes porzucą Sub Pop na rzecz Virgin, brutalnie uciął Robin Pecknold:  “Fleet Foxes will never, ever, under no circumstances, from now until the world chokes on gas fumes, sign to a major label. This includes all subsidiaries or permutations thereunder. Till we die”.

IceMusic Festival, www.icefestival.noPrawdziwym ogniem wewnętrznym wykazali się norwescy muzycy, którzy zagrali na lodowych instrumentach na festiwalu muzycznym w Geilo. Nie wiem, jak to brzmiało, ale na pewno warto obejrzeć kilka absurdalnych z pozoru zdjęć na stronie IceFestival i na witrynie jednego z muzyków. Na mnie największe wrażenie zrobił skrzypek.

Pozostając przy fotografii, takimi ujęciami rock’n'rollowcy nieczęsto się chwalą. Frank Zappa z rodzicami (genialny zestaw barw), The Jackson’s Five w siódemkę i portret Davida Crosby’ego z ojcem, który w jednym ujęciu streszcza różnice pokoleniowe u schyłku ery hippisów. Brak za to dysonansu pomiędzy Donovanem i jego rodzicielami. Zresztą Brytyjczyk doczekał się ostatnio nie lada wyróżnienia: Francuskie Ministerstwo Kultury uhonorowało go orderem Rycerza Literatury i Sztuki. Poprzednią, majową medalistką-rycerką była Kylie Minogue.

Jeśli jeszcze nie dopadły was lamenty towarzyszące najnowszemu badaniu IFPI – wyliczyli, że 9/10 ściąganych w sieci plików muzycznych to piraty – to nie zawracajcie sobie tym głowy. Znacznie ciekawsze było święte oburzenie słowami brytyjskiego ministra własności intelektualnej, który nieopatrznie porównał ten proceder do kradzieży mydła z hotelu:  “People can rent a room in an hotel and leave with a bar of soap — there’s a big difference between leaving with a bar of soap and leaving with the television”.

Na tytuł Nie-Do-Końca-Kuriozum Miesiąca zasłużył pomysł brytyjskiego Health and Safety Executive. Zaleciło ono nauczycielom muzyki stosowanie zatyczek do uszu, bo początkujący instrumentaliści potrafią generować hałas na poziomie 140 dB (porównywalny ze startującym samolotem). Polecam także podsumowanie największych wyczynów muzycznych 2008 roku The Japan Times. Nazwy kategorii mówią same za siebie: Największa gęba roku (Björk), Krytyk roku (pogromca Gallagherów), Najlepsza konferencja prasowa (sprawdźcie sami).

Jeden moich codziennych cytatów (po prawej na górze) brzmiał: “My song doesn’t sound like a radio hit. I mean it does, but it doesn’t”. To wyznanie pochodzi z wywiadu z Lady GaGa, bohaterką styczniowych notowań. Nie polecam, chyba że ktoś czerpie przewrotną przyjemność z lektury rozmów z Dodą. Dużo ciekawsza jest rozmowa Pitchforka z Animal Collective. PF jak zwykle puścił całą rozmowę bez redakcji, toteż nie jest to lektura na pięć minut, ale Avey Tare, Panda Bear i Brian Weitz rozwiewają sporo naszych wątpliwości dotyczących brzmienia AC, a przy okazji zdradzają sekrety ich specyficznego songwritingu: zamiast dorabiać wokal do sekwencji akordów, Avey Tare wymyśla melodie puszczając sobie zapętlonego sampla.

Przy okazji chciałem pozdrowić wszystkich, którzy trafili tutaj szukając w sieci odpowiedzi na pytania w rodzaju “jak nazywamy śmieszne podsumowanie filmu”, “jaka to melodia 26.01.2009 piosenka na saksofonie” , “polsak piosenka 2009 styczen najczsciej puszczana w radiu” czy “słowo badalamenti co znaczy”. O zgrozo, nie znam odpowiedzi na żadne z nich! Nie wiedziałem też, że “steven wilson nie lubi sylviana”, ale chętnie poznam szczegóły.

Na deser zostawiam was z Frankiem Sinatrą w starciu z kolumbijskim barytonem operowym: śpiewają znany wszystkim fragment “Cyrulika sewilskiego” Rossiniego. I z tańczącym Calvinem.

Fine.

Głuchy Telefon Tel Aviv

28.01.2009 | 19 odpowiedzi

Charles Cooper, (foto: Mike Greenberg, www.telefontelaviv.com)Będę szczery: właśnie szykowałem miażdżącą krytykę nowego albumu Telefon Tel Aviv, “Immolate Yourself”. Przystopowała mnie oficjalna strona chicagowskiego duetu, która od kilku dni składa się z jednej tylko czarnej planszy z napisem:

Charles Wesley Cooper, III: April 12, 1977 – January 22, 2009

Równo dziesięć lat po tym, jak Cooper zaczął grać z Joshuą Eustisem, niemal w dniu premiery ich trzeciej wspólnej płyty. Nie sposób jej za cokolwiek pochwalić, oddajmy więc grupie honor przynajmniej za dzieła wcześniejsze: pionierskie poniekąd “Fahrenheit Fair Enough” z 2000 roku i wydane cztery lata później, przystępniejsze już “Map of What Is Effortless”.

Pomiędzy zwolennikami obu albumów toczą się identyczne dyskusje, jak między fanami Múm: czy lepszy był instrumentalny debiut, pełen pogmatwanej laptopowej elektroniki, czy jego rozśpiewany następca? Osobiście w obu przypadkach zwykłem wybierać opcję bogatszą, dojrzalszą, bardziej nastrojową i kompleksowo angażującą. U Amerykanów jest tak od pierwszej sekundy, bo instrumentalne otwarcie “Map of What Is Effortless” i wokalna odpowiedź pod koniec płyty to jedna z najpiękniejszych albumowych klamer ostatnich lat. Słowa klucze: melodie i emocje.

Doskonale zdaję sobie sprawę z kosztu takiego zabiegu: jest nim zejście ze szlaku szlachetnych innowatorów, co po przesłuchaniu “Map of What Is Effortless” potwierdzi każdy słuchacz zaznajomiony z dorobkiem Dntel.  Ale własnego, unikatowego stylu Telefon Tel Aviv odmówić nie sposób, podobnie jak niebywałej sprawności w łączeniu przyjemnego z zagadkowym. Nagrali tę płytę, mając tyle lat, co ja obecnie. Podziwu nie kryję, a za osamotnionego Eustisa trzymam kciuki.

Fine.

Antony and the Animal Collective

26.01.2009 | 10 odpowiedzi

Antony and the Johnsons - The Crying Light (Secretly Canadian, 2009)..Antony and the Johnsons - The Crying Light (Secretly Canadian)

Ocena: 5/6

Niedawna rozmowa z Antonym na zawsze uodporni mnie na wielkie oczekiwania względem wywiadów z wielkimi artystami. Zamiast inteligentnego i wrażliwego rozmówcy po drugiej stronie kabla siedział (leżał?) zaspany człowiek, który ożywił się dopiero zapytany wprost, czy źle się ma. Na szczęście na papierze takich rzeczy nie widać.

Później pomyślałem o kilku innych wywiadach, choćby tym wydrukowanym w “The Wire” (świetna okładka) czy też rozmowie wyemitowanej na stronie Guardiana. We wszystkich Antony Hegarty, do niedawna częściej opisywany jako społeczny aktywista niż muzyk, mówił wyłącznie o Matce Naturze, o zachwycie nad światem, nad otaczającymi go ludźmi i w ogóle Carpe Diem!

I wiecie co? Nie sposób odmówić mu prawa do tej dziecięcej naiwności, bo nie wygląda na udawaną. Nawet przebrany w damskie ciuszki Antony wygląda na wzór szczerości gdy postawić go obok karmazynowego Zorro Jacka White’a. Pan And The Johnsons okazuje się jeszcze bardziej prawdziwy bez dramatycznych wspomnień i niewiele jaśniejszych wizji przyszłości, bez wielkiego przesłania, skoncentrowany na muzyce. Bo podjęcie tematu zielonej metafizyki traktuję jako typowy songwriterski wytrych – łatwiej się pisze mając globalny temat, poza tym jest o czym odpowiadać w wywiadach.

Taki mniej teatralny Antony skazuje się rzecz jasna na głosy rozczarowania. Ale bądźmy realistami: cokolwiek w najbliższych latach nagra, pozostanie w cieniu góry “I Am a Bird Now” (8849 m.n.p.m). Słusznie więc postępuje, dając sobie i słuchaczom odpocząć od Antony’ego cudaka i wokalnego akrobaty, bez stawania na palcach i powtarzania sprawdzonych formuł tylko dla zaspokojenia niebosiężnych oczekiwań, których i tak zaspokoić nie sposób. Słuchaczowi zaś mniejsza intensywność i lżejszy ładunek emocjonalny dają szansę na swobodny odsłuch bez czekania na odświętne sytuacje. Bo “The Crying Light” to jedna z tych płyt, które nie zachwycają w dniu premiery, lecz w okolicach jej pierwszej rocznicy.

Animal Collective - Merriweather Post Pavilion (Domino, 2009) . Animal Collective - Merriweather Post Pavilion (Domino)

Ocena: 4/6

O medialnej zawierusze i wszelkich możliwych kontekstach “Merriweather Post Pavilion” wszystko już napisał Bartek Chaciński na blogu i w Przekroju. Ograniczę się więc do samej muzyki Animal Collective. Przy całym szacunku dla przewrotnych pomysłów AC (w szczególe i w ogóle) i błyskotliwej ostentacji, z jaką odwracają się plecami do pop-rockowych standardów potulnie akceptowanych nawet przez nurt indie, mam nieuleczalny problem z bezładem brzmieniowym AC. Konkret? Ano chodzi głównie o absolutne nieumiarkowanie w pogłosie i echu.

Kiedy 7-8 lat temu zaczynałem bawić się w nagrywanie, liczne niedociągnięcia maskowałem stertą reverbów i delayów (błędy popełniam dalej, ale sprytniej odwracam od nich uwagę). Efekt kojarzył się zazwyczaj z nie najlepiej nagranym koncertem. Stąd nie zdziwiło mnie, gdy sporo osób – mieszając fakty i plotki – potraktowało “Merriweather Post Pavilion” jako podrasowaną koncertówkę AC z premierowym materiałem, a nie jako nowy album studyjny.  A może zasugerowali się tytułem płyty, nawiązującym do legendarnego amfiteatru (położonego w Lesie Symfonicznym!), w którym w 1969 roku jeden jedyny raz spotkali się na scenie The Who i Led Zeppelin? W każdym razie mojemu gustowi zawsze bliżej było do akustyczności Nicka Drake’a albo Sufjana Stevensa niż do podwodnego brzmienia  artystów 4AD, skądinąd świetnych. Bliżej do “Aerial” Kate Bush niż do “The Sensual World”, kompozycyjnie przecież bezbłędnego.

A jednak “Merriweather Post Pavilion” z miejsca stało się moim ulubieńcem w dziesięcioletnim dorobku Amerykanów. Pomimo zachowania tej pozornie chaotycznej produkcji i upartego zalewania pogłosami instrumentów i wokalu, Animal Collective uderzają tutaj konkretem: “My Girls” czy “Brothersport” nie pozostawiają miejsca na analizy, bo przy pierwszym zetknięciu wbijają się w pamięć, a potem wydobywają z niej bez zaproszenia (łapię się na nieświadomym nuceniu – test spacerowy zaliczony).

Przy odrobinie dobrej woli zawsze znajdzie się powód, by nawet słabsze kawałki za coś pochwalić. Ale co zrobić, gdy niespełna tydzień po premierze ma się ochotę przewinąć “Summertime Clothes”, “Daily Routine” czy “Guys Eyes”? Co będzie za kilka miesięcy? Albo za rok, kiedy według mojej teorii Antony zacznie wszystkich zachwycać? (I co miałem na myśli, pisząc “przewinąć”?)

(Edit 9.01.10: Zgodnie z obawami całości “MPP” po roku nie jestem w stanie cierpliwie wysłuchać. Ale nigdy bym nie przypuszczał, że AC nie zmieszczą się w rocznym podsumowaniu moim i Przekrojowym. Skandal).

Fine.

Minimalistycznie o minimal techno

23.01.2009 | 3 odpowiedzi

Najbardziej transowy odłam elektroniki to studnia bez dna w studni bez dna. Mimo że łaskawi koledzy z muzycznych list dyskusyjnych już w liceum zaszczepili u mnie słabość do takich postaci jak Oval, Aphex Twin, Plastikman, Astralasia czy Global Communication, nigdy nie próbowałem być na bieżąco z nowościami nawet tych najbardziej artystowskich odmian techno – zbyt łatwo tutaj o przykre pomyłki.

W nadrabieniu zaległości pomagają coroczne podsumowania bardziej oddanych i zawsze czujnych miłośników muzyki programowanej. Po przefiltrowaniu tytułów powtarzających się w rankingach 2008 roku, reklamuję trzy, które rozmaitym częściom psychiki zapewnią doznania czasem nietypowe, czasem kojące, a kiedy indziej będą w stanie całkowicie zdezorientować wasz aparat słuchowy.

Shed - Shedding The Past (Ostgut Ton, 2008)

Shed – Shedding The Past (OstGut Ton, 2008)

True. Techno. Music.

Shed sprowadza ideę techno do minimalistycznej esencji. Przez ponad dziewięć minut “That Beats Everything!” raczy nas prymitywnym 2/4 na stopkę i werbel, a o jego poczuciu humoru świadczy nie tylko tytuł, ale i nieliczne kilkusekundowe przerywniki. Albo Shed zasygnalizował w ten sposób swój radykalizm i tęsknotę za prapoczątkami gatunku, albo nie zdążył po prostu dograć syntezatorów. Na ogół jednak bardziej koi niż męczy zgrabnie łącząc wpływy Berlina i Detroit, pomiędzy którymi zwykł regularnie kursować. Album przejrzysty w strukturze, ciepły w barwie, a z tym jednym wyjątkiem powyżej – nader przyjemny w odbiorze.

Move D And Benjamin Brunn - Songs From The Beehive (Smallville, 2008)

Move D And Benjamin Brunn – Songs From The Beehive (Smallville, 2008)

Minimal > Techno

Tytuł przyjemnie skojarzył mi się z “Secrets of the Beehive” Davida Sylviana i w jednym punkcie było to skojarzenie niegłupie: i Sylvian, i David Moufang mają fioła na punkcie mieszania muzyki ambientowej ze wszystkim, co im się nawinie pod rękę, a to zawsze owocuje projektami licznymi i rozmaitymi. Moufang przygarnął tutaj nieco mniej znanego Benjamina Brunna i sklecili razem ścieżkę dźwiękowa do jednej z tych kosmicznych wypraw, które nigdy się nie odbyły. Nieraz trzeba tu czekać dobre kilka minut, zanim pojawi się puls stopki. I to najwięcej mówi o proporcjach elementów składowych ich wspólnego dziełka, przez wielu okrzykniętego numerem jeden ubiegłego roku.

? - Oleva (Sähkö, 2008) Mika Vainio – Oleva (Sähkö, 2008)

Mnml tchn

Mniej więcej w połowie nowej płyty Mika Vainio z etykietki minimal techno pozostaje tylko jej pierwszy człon. Wtedy zanika rytmiczne mistrzostwo Fina, który od lat porusza się nie tyle w cieniu, co jakby równolegle do Autechre. “Oleva” najbardziej spodoba się wszystkim stęsknionym za “Amberem”. Zresztą, czy już okładka się wam nie kojarzy? Swoistym rarytasem jest elektroniczne “Set the Controls for the Heart of The Sun”, najdziwniejszy (i najlepszy!) kower Pink Floyd jaki słyszałem.

Wszelako po siedmiu utworach mrocznego ale mocno intuicyjnego minimal techno, Finowi przypomina się chyba ojczyzna i jej śnieżnobiały zimowy krajobraz. Płynnie przechodzi w sterylne, ambientowe pomruki rodem z niedawnej księżycowej wycieczki Biosphere, rezygnując i z rytmu, i z melodii. Kulminacją tego odzierania muzyki z kolejnych warstw aranżacji jest fragment, który w zachwycie samozwańczego producenta nieopatrznie zaprezentowałem postronnym osobom. W połowie “Kaussaliton” Vainio zaczyna wypuszczać pojedyncze piski – wąsko filtrowane dźwięki o częstotliwościach z przedziału 13-15 kHz (zerknijcie na widmo), które w takiej samotności są absolutnie destrukcyjne dla uszu (gdy głośne) i ludzkiej psychiki (nawet gdy ciche).

I tutaj dopiero zaczyna się prawdziwy minimalistyczny odlot.

Fine.

2001: Podsumowanie losoworoczne (K-Y)

20.01.2009 | 9 odpowiedzi

Druga (alfabetycznie) dziesiątka, no – jedenastka, losoworocznego podsumowania roku dobrego dla nurtów wielu. Momentami przyciężkawa, a poza czterema bodajże wyjątkami – dosyć niszowa, toteż ewentualne zdziwienia mnie nie zdziwią.

Pod zestawieniem 21 pozycji, które się nie zmieściły, chociaż odpowiedzialni za nie wchodzili w nowy wiek często z podobnym lub niewiele mniejszym zapałem, niż ci opisani szerzej. Jeśli doskwiera wam czyjaś nieobecność – czekam na uzupełnienia.

Zobacz pierwszą część podsumowaniaPierwsza część podsumowania

Kapela ze Wsi Warszawa - Wiosna Ludu (Jaro, 2001 / MetalMind, 2005)11. Kapela ze Wsi Warszawa – Wiosna Ludu

Szacher macher po cichu

Powinienem raczej napisać: Warsaw Village Band – “People’s Spring”, bo w Polsce druga płyta naszej najlepszej kapeli folkowej na serio ukazała się dopiero w 2004 roku. To najjaskrawszy przykład rodzimego zespołu, który do ojczyzny docierał drogą okrężną, bo przez Zachód. Ale wcześniej Kapela musiała otrzymać prestiżową statuetkę BBC Radio 3 Awards w kategorii World Music: Best Newcomer.

Na nagrody w pełni zasłużyli. Nie dość że od swoich początków po dziś dzień trzymają poziom w studiu (osobiście najbardziej lubię “Wykorzenienie”, za samego tylko “Mateusza”, którego zacytowałem), a ich koncerty przypominają seans zbiorowej hipnozy, to jeszcze identycznie czarujący okazują się poza sceną (kiedyś “krótki wywiad” z Maćkiem Szajkowskim przerodził nam się w 1,5-godzinną rozmowę o pieśniach robotniczych), a entuzjazmem mogliby obdzielić kilka innych kapel. Czego potwierdzeniem jest ich najnowsza płyta “Infinity”.

Mogwai - Rock Action (Matador, 2001)12. Mogwai – Rock Action

Pępek światka

Trzeci album Mogwai z dzisiejszej perspektywy wygląda na kulminację i zarazem nagrobek głównego nurtu post-rocka, zapoczątkowanego dekadę wcześniej m.in. przez Slint. Pomysł na muzykę sam w sobie oczywisty, ale intrygujący przy pierwszym zetknięciu i wciągający przy kolejnych. Zarazem na tyle prosty do skopiowania i odtworzenia w studiu i na scenie, że po komercyjnym sukcesie “Rock Action” lokalnych Mogwaiów wykluły się  setki, od Japonii po Polskę, i nie zawsze byli beznadziejni. To zresztą Szkotów zgubiło, że nie potrafili i wciąż nie potrafią uciec od stylu wypracowanego na trzech pierwszych płytach. A pozostając na swoim terenie, wypadają niekiedy bladziej od owych naśladowców.

To co najciekawsze w tym sympatycznym nurcie działo się wprawdzie na jego obrzeżach (i, miejmy nadzieję, wciąż dzieje, choć dowodów niewiele), ale ten pomnik środkowego, można powiedzieć “typowego” post-rocka, wart jest swojej popularności. Bo gdy już zabraknie argumentów muzykologicznych, za “Rock Action” zagłosują sensory klimatu i receptory dobrej melodii.

Neurosis - A Sun That Never Sets (Relapse, 2001)13. Neurosis – A Sun That Never Sets

Słońce tylko w tytule

Ze Stevem Albini spotkali się już przy “Times of Grace”, ale w pełni się ze słynnym producentem porozumieli się dopiero przy kolejnej płycie. Efekt tego porozumienia pod względem gatunkowej (nie)jednoznaczności stanowi przeciwieństwo opisywanej powyżej płyty Mogwai.

Siódmy album Kalifornijczyków dla starych fanów Neurosis okazał się zbyt lekki – później musieli się już zupełnie obrazić. Z kolei dla publiczności rockowej – wciąż jeszcze nazbyt ekstremalny (dla nich przepustką do świata Neurosis stał “Given to the Rising” z 2007 roku, dryfujący ku post-rockowi w stylu Isis). Dla mnie zaś to mieszanka optymalna, przyłapanie zespołu w fascynującym rozkroku pomiędzy mroczną przeszłością, słabością do ambientowych dronów oraz ciągotom ku sentymentalnym nastrojom, które tu i ówdzie wprowadzają akustyki, wokal i partie wiolonczeli. Melodii, wprawdzie oszczędnych, jest tu w bród, ale zazwyczaj chowają się pod masą przesterów i growlingowym charczeniem. Jest w słuchaniu tej płyty coś z borowania zęba, i to tego na zwolnionych obrotach.

No Man - Returning Jesus (3rd Stone, 2001)14. No-Man – Returning Jesus

Pierwsze muzyczne arcydzieło XXI wieku

- tak zawartość tej płyty skomentował stary znajomy, który teraz czytając własne słowa zapewne się uśmiecha. Bo dzisiaj obaj wiemy, że miał rację. Dzięki niej no-man po raz pierwszy od swych singlowych początków (“Conceivably the most important English group since The Smiths” – Melody Maker) wypłynął na szerokie wody, zdobywając nową publiczność i uznanie krytyki – od Q po Uncut. Ale jest to akurat najmniej ważne.

Na pewno macie takie płyty – może Beatlesów, może Radiohead, a może “trójkę” Góreckiego – na których cenicie każdy dźwięk. Ja mam tak z “Returning Jesus”, poczynając od urzekających partii trąbki po puszkę (?) w roli perkusji. Przy czym testy na przypadkowych słuchaczach wykazały, że ta szczególność szczegółów to cecha płyty – nie mojej percepcji.

W najgłębszym zamyśle “Returning Jesus” widać duchowe i artystyczne pokrewieństwo z Davidem Sylvianem i dojrzałym Talk Talk, współwyznających ideę najtrafniej wyrażoną przez Marka Hollisa:  “Zanim zagrasz dwie nuty, naucz się grać jedną. I nie graj jej, dopóki nie masz po temu powodu“.


Opeth - Blackwater Park (Music For Nations, 2001)15. Opeth – Blackwater Park

Growling bywa piękny, a ty jesteś twardszy niż myślisz

Pochodzą ze Szwecji, grają od dwudziestu lat i są najprzystępniejszym zespołem death-metalowym w historii wszechświata, bo nawet growling Mikaela Akerfeldta jest bardziej melodyjny niż śpiew większości rodzimych wokalistów. Akerfeldt to w ogóle postać zjawiskowa: gdy nie charczy – śpiewa na miarę Jeffa Buckleya (cytując klasyka), a gdy nie łoi swojego PRS-a – wygrywa na akustyku barokowe miniaturki godne następców Andrésa Segovii.

Po “Blackwater Park” Akerfeldt spróbował – z powodzeniem – oddzielić oba pierwiastki swojej muzyki, wydając równolegle bezkompromisowe “Deliverance” oraz łagodne w całej rozciągłości “Damnation”. Ten pierwszy album, skądinąd fascynujący, zaspokoił posiadaczy najczarniejszych nawet koszulek. Drugi niespodziewanie poszerzył publiczność Opeth o fanów klasycznego, melodyjnego soft-rocka z przełomu lat 60. i 70. , którzy chwilę potem niespodziewanie chwycili za wcześniejsze, czarno-białe płyty, i o dziwo bez większych trudów poradzili sobie z ich przetrawieniem. I dobrze, bo Opeth w tłumie skandynawskich metalowców wyróżniły właśnie kontrasty, godzenie ognia z wodą, brutalności z pięknem, a przede wszystkim – wierzcie lub nie – melodie, melodie i jeszcze raz melodie.


Porcupine Tree ? Recordings (Snapper, 2001) 16. Porcupine Tree – Recordings

Dzieci wylane z kąpielą

Odrzuty? Dobry Boże! “Buying New Soul” przez wiele lat był moim numerem jeden w dziedzinie współczesnej piosenki niepogodnej. I tylko z jego powodu drugie miejsce w tej kategorii zajmowało “Cure for Optimism”, z całą swoją aranżacyjną skromnością ubraną w łańcuch pogłosów.

“Recordings”, zbiór tak zwanych odrzutów z sesji “Lightbulb Sun”, to jedna z bardziej spójnych klimatycznie pozycji Porcupine Tree. Mniej intensywna melodycznie i produkcyjnie niż sąsiednie, bardziej piosenkowe albumy studyjne, wydaje się jakby najmniej Wilsonowa, kolektywna. Spora w tym zasługa niezłych – rzadka sprawa we współczesnym rocku – improwizacji całego zespołu. Bez popisów.

Radiohead - Amnesiac (Parlophone, 2001)17. Radiohead – Amnesiac

Młodszy brat

Może i “Amnesiac” wypadł blado – niespójnie i nieatrakcyjnie – przy swoich poprzednikach, ale odtwarzany dzisiaj przynajmniej fragmentarycznie zachowuje świeżość, a na tle następców okazuje się całkiem pozycją solidną, chwilami ekscytującą. Czas pokaże, ale prawdopodobnie był to także najodważniejszy krok Radiohead w kierunku awangardy, po którym potrzebowali chyba odreagować, stąd bardzo piosenkowy i bardzo tymczasowy “Hail to the Thief”.

“Amnesiac” ceni się za fragmenty, a nie całokształt, w czym przygotował nas psychicznie na singlową strategię Radiohead na kolejnych płytach. Zróżnicowanie jakościowe i gatunkowe materiału wręcz wymusza skakanie po utworach, ale tak zazwyczaj bywa ze składakami. Są jednak momenty, które nie pozwalają o sobie zapomnieć, a tak poruszających utworów jak “Pyramid Song” Radiohead już więcej nie nagrało.

Set Fire To Flames - Sings Reign Rebuilder (FatCat, 2001)18. Set Fire to Flames – Sings Reign Rebuilder

Oszczędź na psychotropach

Trzynastoosobowa ekipa z Montrealu blisko spokrewniona z Godspeed You! Black Emperor zwykła zamykać się w rozlatującej się stodole i przez pięć pełnych dób nagrywać wszystko, co uda się wydobyć z instrumentów tudzież przypadkowych gratów (np. drzwi). Wspomagając wenę za pośrednictwem układu pokarmowego i skrajnego niewyspania, kanadyjscy awangardziści post-rocka próbowali “przywrócić światu zaginione dźwięki”.

Po powrocie z owych mistycznych wypraw, z kilkudziesięciu godzin materiału muzycznego wybierali fragmenty najbardziej przypominające tradycyjnie rozumianą muzykę, bądź też (mój typ) fragmenty losowe. A najdziwniejsze, że zainteresowała się tym wytwórnia FatCat.

Przesłuchanie “Sings Reign Rebuilder” rodzi dwa pytania:
1) po co komu narkotyki, skoro mamy Set Fire To Flames?
2) po co komu zwrotki i refreny, i w ogóle termin “kompozycja”?

Tool - Lateralus (Volcano, 2001)19. Tool – Lateralus

Nie (tylko) dla nastolatków

Znów zacieranie gatunkowych granic przyniosło – śmiem twierdzić – spektakularne rezultaty. Eklektyczna mieszanka niezwykłej wyobraźni aranżacyjnej (podobno wszystkie melodie muzycy Tool testowali na dostępnych instrumentach – a Maynard śpiewając – w poszukiwaniu optymalnego rozwiązania), rytmicznych akrobacji (ale bardziej dyskretnych niż choćby u Meshuggah), dosadności charakterystycznej dla muzyków związanych z ciemną stroną mocy oraz chwytliwości od pierwszego usłyszenia.

Za to ostatnie wierni fani ich oprotestowali, wyklinając teledysk “Schism” puszczany w Empikach, a ja pokochałem. Oddzielne wyróżnienie należy się za produkcję – w owych czasach chodząc po sklepach RTV w poszukiwaniu dobrze brzmiącej wieży brało się ze sobą “In a Silent Way” Milesa i “Lateralusa”.

William Basinski - Disintegration Loops (2062 Records, 2001)20. William Basinski – The Disintegration Loops

Usłyszeć przemijanie

Historia tak niezwykła, że warto ją powtarzać do znudzenia: zafascynowany minimalizmem nowojorski kompozytor (w 1/4 Polak) na przełomie wieków odnalazł na strychu swoje stare taśmy z początku lat 80. Postanowił przenieść je do komputera.  Ale taśma magnetofonowa ma określoną trwałość – zresztą popatrzcie tylko na swoje CD-Ry sprzed dziesięciu lat – i w tym mozolnym procesie poczęła się Basińskiemu w oczach (uszach) rozpadać, przy okazji gubiąc dźwięki. I tak aż do całkowitej ciszy.

Basiński wszystko to zarejestrował w formie kilkunastosekundowych fragmentów powtarzanych nawet przez kilka kwadransów. Dowolny utwór z tego czteropłytowego opusu tworzy najtrafniejszą znaną mi muzyczną metaforę przemijania. Coś dla tych, którzy z fascynacją patrzą na filmowe ujęcia w przyspieszonym tempie ukazujące rozkwitanie i więdnięcie kwiatów, wschody i zachody słońca. Tyle że u Basińskiego mamy tylko te drugie.

Yann Tiersen - Amelia OST (Virgin, 2001)21. Yann Tiersen – Amelia

Zakochaj się

Na plakacie obiecywała zmienić nasze życie. Zwialiśmy więc z zajęć  i pobiegliśmy na poranny seans. Niestety, była nas czwórka lub piątka, a w jedynym dostępnym kinie warunkiem projekcji była obecność na sali co najmniej ośmiu widzów. Nie pomogły ani błagania (poszliśmy pogadać z dyrektorem), ani gotowość do poświęceń (chcieliśmy dokupić brakujące bilety, okazało się, że liczą się ludzie, nie pieniądze!), ani nawet przemoc (zaczepialiśmy na ulicy przypadkowych ludzi, aby wstąpili na fajny film, my stawiamy). Toteż zmiany w naszym życiu nastąpiły z kilkugodzinnym opóźnieniem.

Dzisiaj ślęczę przy klawiaturze pianina nad szybszą częścią “Comptine d’un autre été”, a w kolejce czeka reszta “The Best Of Yann Tiersen”, bo tym właśnie jest ścieżka dźwiękowa “Amelii”. Od lat najczęściej puszczany soundtrack na wszelkiego rodzaju domowych spędach, a i potańczyć można.

Loża zasłużonych:

1. Air – 10000 Hz Legend (The Beatles w przedszkolu, ale z komputerami)

2. Bruno Coulais – Le Peuple Migrateur (Drugie przebudzenie Wyatta)

3. Elbow – Asleep in the Back (Debiut z (ekstra)klasą)

4. Jan Jelinek – Loop-finding-jazz-records (Elektronika akustyczna, innowacje zachowawcze)

5. Katatonia – Last Fair Deal Gone Down (Owce w wilczej skórze i w depresji)

6. Kings of ConvenienceQuiet Is the New Loud / Versus (Simon & Garfunkel: reaktywacja)

7. IEM – Have Come For Your Children (Kraut-rock + jazz = kosmos)

8. Lali Puna – Scary World Theory (Niemcy szukający ciepła w mikrofalówce)

9. Lamb – What Sound (Nie tylko za Góreckiego)

10. Lenny Valentino – Uwaga! Jedzie tramwaj (Uwaga, jedzie Polska)

11. Manual – Until Tomorrow (Mikrostuki, mikropuki)

12. Marillion – Anoraknophobia (Drugie podejście do popu, tym razem udane)

13. Mostly Autumn – The Lord Of The Rings (Clannad byliby dumni, Tolkien też)

14. Muse – Origin of Symmetry (Póki jeszcze byli znośni)

15. Noir Désir – Des visages des figures (Muzyka łagodzi obyczaje. Słuchających)

16. Robotobibok – Jogging (Mocny start mocnego biegu)

17. Shpongle – Tales of the Inexpressible (Easy-listening wzorcowy)

18. Stina Nordenstam – This Is Stina Nordenstam (Szwedzki kobiecy pop jak zawsze w formie)

19. Sparklehorse – It’s a Wonderful Life (It’s a Wonderful Record)

20. Super Furry Animals – Rings Around the World (I tyle o globalizacji)

21. Supersilent – 5 (“At night a flute is a trumpet”)

Fine.

7 dzień tygodnia: Beethoven – Arcyksiąże

18.01.2009 | 1 odpowiedź

Niedziela – dzień odpoczynku nie tylko od pracy (dziennikarze uśmiechają się teraz smutno), ale także od zgiełku gitar, laptopowych eksperymentów, oszałamiających przepychem refrenów, podrasowanych Auto-Tunem wokalistów i wszechobecnej kompresji. W niedzielę odtwarzacz rezerwują umiar i naturalna akustyka, a młodzieńcza spontaniczność ustępuje miejsca partyturowej precyzji.

Nie przeraźcie się tym masywnie kojarzącym się Beethovenem. Nie zamierzam wytaczać tutaj którejś z symfonii, ale jedynie zareklamować lekkie i zwiewne trio fortepianowe B-dur op. 97, czyli popularnego “Arcyksięcia”. Natrafiłem na niego – różnie drogi prowadzą do muzyki – dzięki Murakamiemu, który nagminnie przemyca do książek swoje muzyczne inspiracje. Jego fani na Last.fm sporządzili nawet listę takich odwołań. Beethovena – ale także sonaty Schuberta, “My Favorite Things” Coltrane’a oraz “Kid A” Radiohead – Haruki Murakami wplótł do powieści “Kafka nad morzem”, powierzając zresztą kompozycji niebagatelną rolę w fabule książki.

Arcyksiąże Rudolf (1788-1831), źródło: www.madaboutbeethoven.comTytułowy arcyksiążę to Rudolf Habsburg, brat cesarza Austrii, przyjaciel, uczeń i chlebodawca Beethovena. Rudolf wszelkimi sposobami (konkretniej: 4 tysiące guldenów rocznie, plus oddzielne wynagrodzenie za zamawiane utwory) próbował zatrzymać kompozytora w Wiedniu. Tę szczodrość Beethoven wynagradzał wielokrotnie, dedykując Rudolfowi więcej utworów niż komukolwiek innemu: oprócz “Arcyksięcia” także 26. sonatę fortepianową “Les Adieux”  (op. 81a), nowatorski (rozpoczyna solista) IV koncert fortepianowy G-dur (op. 58) oraz swój piąty i ostatni koncert fortepianowy zwany “Cesarskim” (op. 73). Premiera “Arcyksięcia” odbyła się w 1811 roku, a trzy lata później coraz bardziej głuchy Beethoven po raz ostatni wystąpił publicznie w roli pianisty. Wykonał wówczas – a jakże – “Arcyksięcia”.

Wpisując w wyszukiwarkę “Beethoven Archduke” znajdziecie dosyć linków, żeby się zniechęcić, więc lepiej tego nie róbcie. Z dostępnych w sieci nagrań szczególnie lubię pierwszą z czterech części “Arcyksięcia” (Allegro Moderato) w wykonaniu trio Pablo Casalsa, także arcyksięcia, tyle że wiolonczeli, któremu sławę przyniósł wprawdzie nie Beethoven, ale suity wiolonczelowe Bacha. Materiał pochodzi – uwaga – z 1928 roku, trzeszczy niemiłosiernie  i opatrzony jest jedynie marnej jakości zdjęciem. Zatem słuchać, nie patrzeć.

Ale to ciekawostka. Całego “Arcyksięcia” w niezłym wykonaniu Claremont Trio, czyli absolwentek słynnej Julliard School, bez trzasków posłuchacie w serwisie Archive.org, którego bezdenne zasoby ciągle mnie zdumiewają.

Fine.

Życzenia od Niemena

17.01.2009 | Skomentuj

Równe pięć lat. A kiedy jeszcze żył, to tak nam życzył:

Niemen - Człowiek jam niewdzięczny (1971, Muza)

To, że nie mam swojej strony, na której miałbym się “chwalipięcić swoimi wyrobami” to wcale nie znaczy, że nie mam szacunku dla tej nieprawdopodobnej zdobyczy geniuszu postneandertalczyka.

Szczerze mówiąc, ja też często korzystam z informacji tą drogą. Natomiast przyjąłem postawę wyczekującą w nadziei, że Internet jako arena wolnej myśli będzie pozbawiona myśli swawolnej – czego życzę wszystkim ludziom dobrej woli w XXI wieku.

Fine.

2001: Podsumowanie losoworoczne (A-J)

16.01.2009 | 14 odpowiedzi

Pierwszy rok nowego millenium nie był dobry dla “wielkiej” muzyki. Dlatego był dobry dla muzyki w ogóle. Zasłona dymna wielkich marek na moment się rozwiała, dając wszelkiej maści bohaterom podziemia szansę na wybicie się czy w ogóle sprawny debiut. Dominacja internetu i rozproszenie słuchaczy dopiero się zaczynały, więc te pierwsze oddolne “hajpy” były zaskoczeniem, jakże miłym zresztą, po obu stronach głośnika. Tysiące ludzi słuchających A Silver Mt. Zion, Fennesza, Dntel czy nawet Supersilent i Jana Jelinka? Wielu z tych, którzy wyleźli wówczas z jaskiń na światło dzienne, już w tym świetle pozostało na dobre.

W ujęciu alfabetycznym dwudziestka płyt prawie-losowego 2001 roku, które według mojego gustu przetrwały próbę czasu, a w wersji skróconej drugie tyle godnych napomknięcia. Przy okazji wyjaśni się kwestia nazwy bloga.

Anathema - A Fine Day To Exit (Music For Nations, 2001)1. Anathema – A Fine Day to Exit

Bo każdy metal jest w głębi duszy romantykiem

Przełomowy moment dla niegdyś solidnie dociążonej kapeli, która już od dobrych dwóch płyt  jednoznacznie dryfowała od banalnego z dzisiejszej perspektywy doom-metalu ku melancholijnym rockowym piosenkom, ale nie popadła jeszcze w floydowskie sentymenty.

Moja sympatia do tej jakże melodyjnej i chwytliwej płyty sięga zamierzchłych czasów, naiwnych i naznaczonych sporą podatnością na patos (tego nigdy do końca się nie wyzbyłem – niech żyje Mozart!), stąd pewne zawahanie przy tym tytule. Zadecydowało wspomnienie: przed laty zostawiłem z tą płytą moją siostrę, po uszy w czymś zaczytaną. Gdy po kilku godzinach wróciłem do mieszkania, ona dalej się kręciła, któryś raz z kolei. Płyta, nie siostra.

Angelo Badalamenti - Mulholland Drive (BMG, 2001)2. Angelo Badalamenti – Mulholland Drive

- Blondynka czy brunetka?
- To ty jeszcze patrzysz?

Wymarzyłem sobie kiedyś samotną nocną jazdę przy posępnych dźwiękach najlepszej z filmowych ścieżek Badalamentiego. W marcu 2006 roku ta wizja się spełniła, a na opustoszałej Katowickiej nadprogramowo dostałem strugi deszczu.

Ścieżkę “Mulholland Drive” raczej się przeżywa niż jej słucha, to samo zresztą dotyczy filmu. Czym byłaby scena z brunetką w limuzynie bez monumentalnych akordów? Czym radość zachwyconej z pierwszej wizyty w Los Angeles blondynki bez ciepła klawiszowego dur? Lynch bez Badalamentiego? No hay banda! It is all an illusion. Badalamenti bez Lyncha? Silencio!

Anja Garbarek - Smiling & Waving (Virgin, 2001)3. Anja Garbarek – Smiling & Waving

Hollis się przebudził, a Wyatt przewrócił

Bo czasem bywa tak, że sława i uznanie przychodzą za późno. Córkę arcyznanego norweskiego saksofonisty polskiego pochodzenia odkryto o cztery lata i jeden album po czasie, bo dopiero przy zaledwie sympatycznym “Briefly Shaking”. Ale jest w tym trochę winy samej artystki. Trzydziestoletnia wówczas Anja nie była jeszcze tą zadziorną  i pewną siebie gwiazdą, która przy wywiadach dotyczących filmu Angel-A wyzywająco patrzyła na czytelników, między innymi “Metra”. Nie powalczyła, trzymając w dłoni jeden z tych skandynawskich skarbów przełomu wieków.

Jeszcze podczas sesji nagraniowej utalentowaną, ale wyraźnie zagubioną dziewczynę z tarapatów wybawił dopiero trzeci producent, niejaki Steven Wilson. I co z tego, że na tym melancholijnym, pachnącym aksamitem albumie, który kompozycyjnie nie ustępuje wyczynom Stiny Nordenstam czy Kate Bush (a brzmi o niebo szlachetniej), pojawił się sam Mark Hollis, sam Richard Barbieri i sam Robert Wyatt? Ten ostatni po spotkaniu z Anją długo nie mógł się pozbierać: zaprosił ją do wspólnego występu podczas święta muzyki awangardowej Meltdown Festival, a swój ostatni album  “Comicopera” otwarł kompozycją pochodzącą, a jakże, ze “Smiling & Waving”.

A Silver Mt. Zion - Born Into Trouble as the Sparks Fly Upward (Constellation, 2001)4. A Silver Mt. Zion – Born Into Trouble as the Sparks Fly Upward

Smutek i nostalgia (odłóż żyletkę)

Jakkolwiek nie jestem typem depresyjnym, podzielam opinię, że w bardzo smutnej muzyce tkwi coś bardzo szczególnego. Z pierwszych trzech płyt A Silver Mt. Zion, tworzących razem swoistą trylogię smutku i melancholii porównywalną chyba tylko z debiutem Godspeed You Black Emperor! (pamiętam o chronologii wykrzyknika), zawsze najchętniej sięgałem po debiut. Ale chociaż mniej melodyjne “Born Into Trouble” jawnym pięknem mu ustępuje, ma za to fragmenty prawie że nieomal bez mała pogodne.

cLOUDDEAD - cLOUDDEAD5. cLOUDDEAD – cLOUDDEAD

“Mówcie, że gramy hip-hop”

Poznałem ich dzięki “Cold House” Hood, o którym jeszcze będzie w drugiej części podsumowania. Płaczliwe melorecytacje – tylko nieliczni śmiałkowie nazywają to jeszcze “rapem” – oraz pogmatwane aranżacje odrzucają większość znanych mi prawdziwych hiphopowców, za to przyciągają jak magnes miłośników międzygatunkowych mikstur, koczujących na muzycznej ziemi niczyjej. Poza tym zawsze ceniłem zespoły, które potrafią zadbać o takie detale jak niebanalna nazwa czy ładna okładka. A ten krótki cytat powyżej to niespełnione życzenie jednego z członków cLOUDDEAD.

Dntel - Life Is Full of Possibilities (Plug Research, 2001)6. Dntel – Life Is Full of Possibilities

A sublime suite of semi-ambient glitch-pop”

Wspominałem coś o niebanalnych nazwach? Jeśli w muzyce istnieje złoty środek, to Jimmy Tamborello wraz z piątką gościnnych głosów wiedzą o nim wszystko (z Benjaminem Gibbardem z Death Cub for Cutie Jimmy wkrótce potem stworzył duet Postal Service). Popowe piosenki umieszczone w ambientowej scenerii? Laptopowy eksperyment złagodzony pierwszorzędnymi melodiami? Wszystko zależy od tego, skąd przychodzimy, bo terminologia znów potyka się tutaj o zagadnienie “ziemi niczyjej” (ten cytat powyżej pochodzi z “Uncut”).

Nadzwyczaj kolorowa elektronika Dntel sprzyja prostej refleksji, nie tracąc przy tym zdolności kreowania nastrojów bardziej wzniosłych, jak w fenomenalnym “Dream of Evan and Chan. Ta złota mieszanka sprawia, że raz zapadłszy w pamięć, już w niej na dobre pozostaje, a zarazem powrotów nie utrudnia nazbyt wyraziście sprecyzowany nastrój. Najczęściej powtarzana fraza w “Anywhere, Anyone” idealnie nadaje się zaś na kontemplacyjną modlitwę wyznań rozmaitych. Z gwarancją ekstazy.

Fennesz - Endless Summer (Mego, 2001)7. Fennesz – Endless Summer

Elektroakustyka szemrana

Czy to nie zadziwiające, jak daleko sięga wpływ The Beach Boys? To im Fennesz zawdzięcza nie tylko tytuł swojego najważniejszego albumu i jego okładkę, ale przede wszystkim docenienie w muzyce prostej estetyki. Jakkolwiek nazywanie “Endless Summer” płytą melodyjną jest nadużyciem, dzięki manewrowi dośrodkowania Austriak do wielu domów wprowadził nutkę awangardy i pozostaje jej jedynym akceptowanym przedstawicielem.

Zdumiewające jest także to, w jak rozmaite rejony potrafi muzyków zaprowadzić mozolne szukanie kompromisu między popem i stylistyką noise. Lata 80? Sonic Youth. Lata 90? Shoegaze, na czele z My Bloody Valentine. A potem nastał Fennesz.

Gotan Project - La Revancha Del Tango (XL, 2001)8. Gotan Project – La revancha del tango

Tango nuevo

Akurat zaczynałem swoją przygodę z tangiem. Gotan – czy już wszyscy bawili się w przestawianie sylab? – znacznie ułatwił mi pierwsze kroki. Wszystkie osiem kroków kroku podstawowego. Nie tracąc zanadto ze szlachetności i klimatu tanga tradycyjnego, wspomagane przez DJ-ów argentyńsko-francusko-szwajcarskie trio wypełniło swoją muzyką i domowe zacisza, i milongi. Nadając nowoczesne oblicze argentyńskiej specjalności – bo oryginalnych nagrań Piazzoli nieprzyzwyczajony słuchacz długo nie zdzierży – Gotan Project sprowadził tango z salonów pod zwykłe strzechy, i tak historia zatoczyła koło. Do tańca i do książki.

Hood - Cold House (Domino, 2001)9. Hood – Cold House

Czasem słońce nie lubi być fotografowane

Na 10-lecie istnienia bracia Adams sprawili sobie i światu piękny, choć pod względem nastroju bardzo “skandynawski”  prezent, choć wokół “Cold House” byłoby znacznie więcej zamieszania, gdyby rok wcześniej nie ukazał się m.in. “Kid A”.

Nieskomplikowany kompozycyjnie, za to wycyzelowany brzmieniowo album wypada postawić obok największych dzieł krótkiej acz niezwykle płodnej epoki, kiedy operatorzy laptopów odkrywali potencjał instrumentów akustycznych i vice versa. W przypadku Hood tej kompletności dopełniły perkusyjne polirytmie i dramatyczne partie raperów z cLOUDDEAD. Synergia nie ma względu na dziedziny.

Jansen/Barbieri/Karn - Playing in a Room with People (Medium, 2001)10. JBK – Playing in a Room with People

Wielke światy w małej sali

Ta pozycja pewnie dziwi najbardziej. Jej obecność w niniejszym zestawieniu wynika ze stopniowego  zanikania gatunku dobrych koncertówek, których słucha się jak kompletnych albumów, a nie jedynie dla porównania z wykonaniami studyjnymi.

Trio Steve Jansen (mistrz perkusyjnych pętli), Richard Barbieri (mistrz analogowych syntezatorów) oraz Mick Karn (mistrz bezprogowego basu), czyli ci sami, którzy w ramach tworzonego z Davidem Sylvianem zespołu Japan odpowiadają za to lepsze oblicze new romantic – zadanie mieli tym trudniejsze, że ich syntetyczna muzyka, bazująca na spiętrzaniu kolejnych elektronicznych warstw, nie najlepiej daje się przenosić do sal koncertowych. Pod względem repertuaru perfekcyjne podsumowanie nieco chaotycznej, ale trwającej blisko dekadę współpracy trójki muzyków w ramach rozmaitych projektów. A wśród gości Natacha Atlas oraz zaprawiony w tak w jazz-rockowych (Gong), jak i ambientowych (solo) bojach saksofonista i flecista Theo Travis.

No Man's Land - Ziemia Niczyja (reż. Danis Tanovic, 2001)Na wstępie napisałem, że 2001 nie był dobrym rokiem dla wielkiej muzyki, ale dla wielkiego filmu – wyśmienitym. Pomyślcie tylko: przy sprawnym systemie dystrybucji kinowej tydzień po tygodniu obejrzelibyście takie filmy jak Memento, Mulholland Drive, Amelia, Pianista, Piękny umysł, K-Pax i Kroniki Portowe (w obu doskonały Kevin Spacey), Braterstwo Wilków, Donnie Darko czy Vanilla Sky, którego skutkiem ubocznym był kolejny zastrzyk fanów dla Sigur Rós.

W ramach piątkowego odreagowania ciężkiego tygodnia moglibyście wybrać się na Shreka albo Monsters Inc., na A.I, Ocean’s Eleven, The Royal Tenenbaums, Knight’s Tale czy niezgorszą jedynkę Władcy Pierścieni. Że już nie wspomnę o Spirited Away, ostatnim jak dotąd arcydziele Studia Ghibli (z Japonii przyszło też niezłe Final Fantasy),  ptasim Makrokosmosie z piękną muzyką Bruno Coulaisa (znów gościnnie Robert Wyatt), wreszcie mądrym i zabawnym filmie Danisa Tanovica zatytułowanym Ničija Zemlja, czyli (nomen omen) Ziemia Niczyja.

Polska w tym czasie wyprodukowała Quo Vadis, W pustyni i w puszczy, Gulczasa i Wiedźmina.

Zobacz drugą część podsumowaniaDruga część podsumowania

fine

Tak, jestem Europejczykiem

13.01.2009 | 7 odpowiedzi

Startując w okresie noworocznym, wypada zacząć od podsumowania. Ale takie czasy nam nastały, że już w połowie stycznia mamy po uszy czytania o najlepszych płytach poprzedniego roku. Załatwmy więc tę sprawę krótko.

Najbardziej ucieszyli mnie powracający po 11 latach Brytyjczycy. Najbardziej wciągnął wykształcony klasycznie Islandczyk, którego na akademii muzycznej nie pozbawiono na szczęście laptopa (co uradowałoby zapewne Joannę Newsom). A w ucho najszybciej wpadł Francuz, który po latach tworzenia podniosłych syntezatorowych instrumentali odkrył dwie urocze wokalistki wychowane na 4AD i przystroił je w pogłosy zaczerpnięte z klasyków tejże wytwórni. Czyli Portishead, Jóhann Jóhannsson i M83, którymi swego czasu wystarczająco już zachwycałem się w Przekroju i Machinie. Plus połowa podsumowania podsumowań Metacritic oraz nieobecna w rankingach olsztynianka Julia Marcell. Swoim debiutem, nagranym nietypowo – bo “na setkę” i za fundusze internautów – przebiła większość premier zagranicznych.

Julia Marcell - It Might Like You (Sellaband, 2008)To ostatnie słowo napisałem tylko po to, by ponarzekać, że ten znakomity album nie miał jeszcze polskiej premiery i nikt już nie wie, czy mamy prawo nazywać go “polskim”. Całe szczęście, że pod koniec stycznia przywędruje do nas “Infinity”, którym Kapela ze Wsi Warszawa od kilku miesięcy zachwyca resztę świata.

Czyli wszystko w normie, polska muzyka nadal nie nadąża za światową czołówką? Gdzie tam, wszak oprócz dyskusyjnej Julii byli jeszcze Kings of Caramel i Silver Rocket, były Ania Dąbrowska i Dorota Miśkiewicz, było Voo Voo i Loco Star, był podniosły Jacaszek (nasz  Jóhannsson?) i eksportowi jazzmani na czele z trio Marcina Wasilewskiego.  A to zaledwie wierzchołek góry lodowej, czyli najlepszego za mojej pamięci roku dla polskiej muzyki tzw. popularnej (ale w poważce też się działo).

Krócej się nie (u)dało, ale podsumowania wam i tak nie oszczędzę. Tyle że losowo wybiorę rok.

fine