2001: Podsumowanie losoworoczne (A-J)
Pierwszy rok nowego millenium nie był dobry dla „wielkiej” muzyki. Dlatego był dobry dla muzyki w ogóle. Zasłona dymna wielkich marek na moment się rozwiała, dając wszelkiej maści bohaterom podziemia szansę na wybicie się czy w ogóle sprawny debiut. Dominacja internetu i rozproszenie słuchaczy dopiero się zaczynały, więc te pierwsze oddolne „hajpy” były zaskoczeniem, jakże miłym zresztą, po obu stronach głośnika. Tysiące ludzi słuchających A Silver Mt. Zion, Fennesza, Dntel czy nawet Supersilent i Jana Jelinka? Wielu z tych, którzy wyleźli wówczas z jaskiń na światło dzienne, już w tym świetle pozostało na dobre.
W ujęciu alfabetycznym dwudziestka płyt prawie-losowego 2001 roku, które według mojego gustu przetrwały próbę czasu, a w wersji skróconej drugie tyle godnych napomknięcia. Przy okazji wyjaśni się kwestia nazwy bloga.
1. Anathema – A Fine Day to Exit
Bo każdy metal jest w głębi duszy romantykiem
Przełomowy moment dla niegdyś solidnie dociążonej kapeli, która już od dobrych dwóch płyt jednoznacznie dryfowała od banalnego z dzisiejszej perspektywy doom-metalu ku melancholijnym rockowym piosenkom, ale nie popadła jeszcze w floydowskie sentymenty.
Moja sympatia do tej jakże melodyjnej i chwytliwej płyty sięga zamierzchłych czasów, naiwnych i naznaczonych sporą podatnością na patos (tego nigdy do końca się nie wyzbyłem – niech żyje Mozart!), stąd pewne zawahanie przy tym tytule. Zadecydowało wspomnienie: przed laty zostawiłem z tą płytą moją siostrę, po uszy w czymś zaczytaną. Gdy po kilku godzinach wróciłem do mieszkania, ona dalej się kręciła, któryś raz z kolei. Płyta, nie siostra.
2. Angelo Badalamenti – Mulholland Drive
- Blondynka czy brunetka?
- To ty jeszcze patrzysz?
Wymarzyłem sobie kiedyś samotną nocną jazdę przy posępnych dźwiękach najlepszej z filmowych ścieżek Badalamentiego. W marcu 2006 roku ta wizja się spełniła, a na opustoszałej Katowickiej nadprogramowo dostałem strugi deszczu.
Ścieżkę „Mulholland Drive” raczej się przeżywa niż jej słucha, to samo zresztą dotyczy filmu. Czym byłaby scena z brunetką w limuzynie bez monumentalnych akordów? Czym radość zachwyconej z pierwszej wizyty w Los Angeles blondynki bez ciepła klawiszowego dur? Lynch bez Badalamentiego? No hay banda! It is all an illusion. Badalamenti bez Lyncha? Silencio!
3. Anja Garbarek – Smiling & Waving
Hollis się przebudził, a Wyatt przewrócił
Bo czasem bywa tak, że sława i uznanie przychodzą za późno. Córkę arcyznanego norweskiego saksofonisty polskiego pochodzenia odkryto o cztery lata i jeden album po czasie, bo dopiero przy zaledwie sympatycznym „Briefly Shaking”. Ale jest w tym trochę winy samej artystki. Trzydziestoletnia wówczas Anja nie była jeszcze tą zadziorną i pewną siebie gwiazdą, która przy wywiadach dotyczących filmu Angel-A wyzywająco patrzyła na czytelników, między innymi „Metra”. Nie powalczyła, trzymając w dłoni jeden z tych skandynawskich skarbów przełomu wieków.
Jeszcze podczas sesji nagraniowej utalentowaną, ale wyraźnie zagubioną dziewczynę z tarapatów wybawił dopiero trzeci producent, niejaki Steven Wilson. I co z tego, że na tym melancholijnym, pachnącym aksamitem albumie, który kompozycyjnie nie ustępuje wyczynom Stiny Nordenstam czy Kate Bush (a brzmi o niebo szlachetniej), pojawił się sam Mark Hollis, sam Richard Barbieri i sam Robert Wyatt? Ten ostatni po spotkaniu z Anją długo nie mógł się pozbierać: zaprosił ją do wspólnego występu podczas święta muzyki awangardowej Meltdown Festival, a swój ostatni album „Comicopera” otwarł kompozycją pochodzącą, a jakże, ze „Smiling & Waving”.
4. A Silver Mt. Zion – Born Into Trouble as the Sparks Fly Upward
Smutek i nostalgia (odłóż żyletkę)
Jakkolwiek nie jestem typem depresyjnym, podzielam opinię, że w bardzo smutnej muzyce tkwi coś bardzo szczególnego. Z pierwszych trzech płyt A Silver Mt. Zion, tworzących razem swoistą trylogię smutku i melancholii porównywalną chyba tylko z debiutem Godspeed You Black Emperor! (pamiętam o chronologii wykrzyknika), zawsze najchętniej sięgałem po debiut. Ale chociaż mniej melodyjne „Born Into Trouble” jawnym pięknem mu ustępuje, ma za to fragmenty prawie że nieomal bez mała pogodne.
„Mówcie, że gramy hip-hop”
Poznałem ich dzięki „Cold House” Hood, o którym jeszcze będzie w drugiej części podsumowania. Płaczliwe melorecytacje – tylko nieliczni śmiałkowie nazywają to jeszcze „rapem” – oraz pogmatwane aranżacje odrzucają większość znanych mi prawdziwych hiphopowców, za to przyciągają jak magnes miłośników międzygatunkowych mikstur, koczujących na muzycznej ziemi niczyjej. Poza tym zawsze ceniłem zespoły, które potrafią zadbać o takie detale jak niebanalna nazwa czy ładna okładka. A ten krótki cytat powyżej to niespełnione życzenie jednego z członków cLOUDDEAD.
6. Dntel – Life Is Full of Possibilities
„A sublime suite of semi-ambient glitch-pop”
Wspominałem coś o niebanalnych nazwach? Jeśli w muzyce istnieje złoty środek, to Jimmy Tamborello wraz z piątką gościnnych głosów wiedzą o nim wszystko (z Benjaminem Gibbardem z Death Cub for Cutie Jimmy wkrótce potem stworzył duet Postal Service). Popowe piosenki umieszczone w ambientowej scenerii? Laptopowy eksperyment złagodzony pierwszorzędnymi melodiami? Wszystko zależy od tego, skąd przychodzimy, bo terminologia znów potyka się tutaj o zagadnienie „ziemi niczyjej” (ten cytat powyżej pochodzi z „Uncut”).
Nadzwyczaj kolorowa elektronika Dntel sprzyja prostej refleksji, nie tracąc przy tym zdolności kreowania nastrojów bardziej wzniosłych, jak w fenomenalnym „Dream of Evan and Chan„. Ta złota mieszanka sprawia, że raz zapadłszy w pamięć, już w niej na dobre pozostaje, a zarazem powrotów nie utrudnia nazbyt wyraziście sprecyzowany nastrój. Najczęściej powtarzana fraza w „Anywhere, Anyone” idealnie nadaje się zaś na kontemplacyjną modlitwę wyznań rozmaitych. Z gwarancją ekstazy.
Elektroakustyka szemrana
Czy to nie zadziwiające, jak daleko sięga wpływ The Beach Boys? To im Fennesz zawdzięcza nie tylko tytuł swojego najważniejszego albumu i jego okładkę, ale przede wszystkim docenienie w muzyce prostej estetyki. Jakkolwiek nazywanie „Endless Summer” płytą melodyjną jest nadużyciem, dzięki manewrowi dośrodkowania Austriak do wielu domów wprowadził nutkę awangardy i pozostaje jej jedynym akceptowanym przedstawicielem.
Zdumiewające jest także to, w jak rozmaite rejony potrafi muzyków zaprowadzić mozolne szukanie kompromisu między popem i stylistyką noise. Lata 80? Sonic Youth. Lata 90? Shoegaze, na czele z My Bloody Valentine. A potem nastał Fennesz.
8. Gotan Project – La revancha del tango
Tango nuevo
Akurat zaczynałem swoją przygodę z tangiem. Gotan – czy już wszyscy bawili się w przestawianie sylab? – znacznie ułatwił mi pierwsze kroki. Wszystkie osiem kroków kroku podstawowego. Nie tracąc zanadto ze szlachetności i klimatu tanga tradycyjnego, wspomagane przez DJ-ów argentyńsko-francusko-szwajcarskie trio wypełniło swoją muzyką i domowe zacisza, i milongi. Nadając nowoczesne oblicze argentyńskiej specjalności – bo oryginalnych nagrań Piazzoli nieprzyzwyczajony słuchacz długo nie zdzierży – Gotan Project sprowadził tango z salonów pod zwykłe strzechy, i tak historia zatoczyła koło. Do tańca i do książki.
Czasem słońce nie lubi być fotografowane
Na 10-lecie istnienia bracia Adams sprawili sobie i światu piękny, choć pod względem nastroju bardzo „skandynawski” prezent, choć wokół „Cold House” byłoby znacznie więcej zamieszania, gdyby rok wcześniej nie ukazał się m.in. „Kid A”.
Nieskomplikowany kompozycyjnie, za to wycyzelowany brzmieniowo album wypada postawić obok największych dzieł krótkiej acz niezwykle płodnej epoki, kiedy operatorzy laptopów odkrywali potencjał instrumentów akustycznych i vice versa. W przypadku Hood tej kompletności dopełniły perkusyjne polirytmie i dramatyczne partie raperów z cLOUDDEAD. Synergia nie ma względu na dziedziny.
10. JBK – Playing in a Room with People
Wielke światy w małej sali
Ta pozycja pewnie dziwi najbardziej. Jej obecność w niniejszym zestawieniu wynika ze stopniowego zanikania gatunku dobrych koncertówek, których słucha się jak kompletnych albumów, a nie jedynie dla porównania z wykonaniami studyjnymi.
Trio Steve Jansen (mistrz perkusyjnych pętli), Richard Barbieri (mistrz analogowych syntezatorów) oraz Mick Karn (mistrz bezprogowego basu), czyli ci sami, którzy w ramach tworzonego z Davidem Sylvianem zespołu Japan odpowiadają za to lepsze oblicze new romantic – zadanie mieli tym trudniejsze, że ich syntetyczna muzyka, bazująca na spiętrzaniu kolejnych elektronicznych warstw, nie najlepiej daje się przenosić do sal koncertowych. Pod względem repertuaru perfekcyjne podsumowanie nieco chaotycznej, ale trwającej blisko dekadę współpracy trójki muzyków w ramach rozmaitych projektów. A wśród gości Natacha Atlas oraz zaprawiony w tak w jazz-rockowych (Gong), jak i ambientowych (solo) bojach saksofonista i flecista Theo Travis.
Na wstępie napisałem, że 2001 nie był dobrym rokiem dla wielkiej muzyki, ale dla wielkiego filmu – wyśmienitym. Pomyślcie tylko: przy sprawnym systemie dystrybucji kinowej tydzień po tygodniu obejrzelibyście takie filmy jak Memento, Mulholland Drive, Amelia, Pianista, Piękny umysł, K-Pax i Kroniki Portowe (w obu doskonały Kevin Spacey), Braterstwo Wilków, Donnie Darko czy Vanilla Sky, którego skutkiem ubocznym był kolejny zastrzyk fanów dla Sigur Rós.
W ramach piątkowego odreagowania ciężkiego tygodnia moglibyście wybrać się na Shreka albo Monsters Inc., na A.I, Ocean’s Eleven, The Royal Tenenbaums, Knight’s Tale czy niezgorszą jedynkę Władcy Pierścieni. Że już nie wspomnę o Spirited Away, ostatnim jak dotąd arcydziele Studia Ghibli (z Japonii przyszło też niezłe Final Fantasy), ptasim Makrokosmosie z piękną muzyką Bruno Coulaisa (znów gościnnie Robert Wyatt), wreszcie mądrym i zabawnym filmie Danisa Tanovica zatytułowanym Ničija Zemlja, czyli (nomen omen) Ziemia Niczyja.
Polska w tym czasie wyprodukowała Quo Vadis, W pustyni i w puszczy, Gulczasa i Wiedźmina.
![]()




zaskoczyles mnie w kilku miejscach ziom. głownie pozycjami 1 i 6. jedynki sie nie spodziewalem a 6 nie znalem:p
mnie też zaskoczyłeś jedynką ;)
siostra
Gdybym numerował, jedynka najpewniej znalazłaby się w okolicy dwudziestki, bo przeszła rzutem na taśmę. Muszę się nawet przyznać, że jakiś rok temu oddałem swój egzemplarz. Ale połowę piosenek mogę z miejsca zanucić.
Szóstkę poznaj, idealne antidotum na te krajobrazowe smęty za oknem :-)
sory pytaj.Ale filmy które wymieniłes w pierwszym akapicie są co do jednego fatalne…Nawet Mulholand to tylko odcięcie kuponiku od Lost Hajgłej.I do tego to rzeczy które kopneły ambitne kino w kąt proponując łatwe rozrywke ”ładne” filmy pozujące na coś więcej i pseudo artystyczny bełkot z ”zajefajnym i klimatycznym” czkającym montażem.O upadku polańskiego nie wspomnę…
Ja nie złośliwie jeno tak w ramach refleksji nad kinem po 2000.
Wiem, że największe emocje jeszcze przed nami, ale jednak pomarudzę na brak Vespertine – wiem, że w pewnych kręgach jest to płyta Björk, której WYPADA nie lubić (była kiedyś nawet taka dyskusja na SF), ale ja tam jestem gotów się za nią pokroić jednakowóż :).
Latający: nie wszystko, co wymieniłem, to moi ulubieńcy, pewnie połowa, ale Memento, Mulholland Drive i Amelia mógłbym potraktować jako trzy rogi trójkąta, pomiędzy którymi rozpina się mój gust filmowy. Jeśli zrobiło Ci się teraz przykro, to trudno :-) Ale zamiast się smucić zapodaj swoje propozycje AD 2001 – byle do dostania!
Airborell: Z Bjork mam taki problem, że „doceniam” ją od liceum, po każdej płycie coraz bardziej szanuję, ale nigdy jej nie pokochałem. Żadnym albumem nie wzbudziła we mnie zachwytu – ani jako innowatorka, ani zachwytu czysto estetycznego. Fragmentami owszem – „I’ve Seen It All” na SelmaSongs, „Hidden Place” na Vespertine, „Declare Independence” i „Wanderlust” na „Volcie”, a na „Post” w kilku momentach. Wszystkie jej albumy wydają mi się „ważne”, ale to moje podsumowanie jest bardzo osobiste. Nawet Ci trochę zazdroszczę oczarowania, bo przy każdej próbowałem to coś odnaleźć.
Bjork najbardziej lubię – ciekaw jestem, czy przytakniesz – za wielki wyczyn ściągnięcia spojrzeń melomanów na malutką Islandię (która w samej stolicy liczącej 200 tys. ludzi ma więcej aktywnych zespołów niż 38-milionowa Polska). Dzięki niej poznaliśmy Sigur Rós czy Mum, za których środkowe wyczyny ja z kolei dałbym się pokroić. Aczkolwiek jakiekolwiek jazdy na „Vespertine” – w ogóle jakikolwiek jej album – zazwyczaj wydają mi się pozą, bo zawsze było u niej czego posłuchać, czym się zdziwić i co zanucić (przy tym ostatnim się zawahałem).
Nie przytaknę. Bo tak naprawdę chyba moda na Islandię zaczęła się dopiero na przełomie wieków, kiedy świat usłyszał o Sigur Rós. I wtedy dopiero zaczęło się poszukiwanie innych zjawisk muzycznych w ojczyźnie mistrzów świata w brydżu z 1991 roku. Przecież popularność Sugarcubes to lata 80., wielkie sukcesy Björk – początek lat 90.
Jeżeli już, to mogło być inaczej – wielki sukces Björk sprawił, że ileś tam młodych osób z Islandii na poważnie zajęło się muzykowaniem i stąd ta eksplozja talentów z tej ćwierćmilionowej wysepki (wiem, że w międzyczasie zjechało tam jakieś sto tysięcy Polaków ;).
Mimo wszystko zdania typu „z ojczyzny Bjork” przy co drugiej recenzji „Agaetis Byrjun” się pojawiały. Sława Sigur Rós to też poniekąd sprawka Radiohead – czy oni by zauważyli SR daleko na północy, gdyby wcześniej nie zachwycili się Bjork? Jednak przetarła szlaki dla tego kraju, tak jak dajmy na to Arvo Part przetarł dla estońskich kompozytorów i może będziemy teraz obserwować tego efekty (oby tak samo było z Kubicą i Formułą 1 ;-)
Tera widze że się źle wyraziłem-nie fatalne a przepowiadają fatalny stan i wszystko co nas teraz przytłacza w świecie filmowym.Do memento mam jeszcze jako taką sympatie jako ”niezależnego” filmu za grosze… ale to 10ciolecie nas od strony ”niezależnych” produkcji przygniotło tą tendencją ,spychając na bok kino artystyczne i wycinając wpień ambitne kino środka.A co do Ameli to -ju mast be kiding :D!! To przypieczętowało rozwód Janet/caro,jednego z najciekawszych par europejskiego kina minionej dekady.Uwazasz że odejscie od stylistyki Delicatesen,miasta zaginionych dzieci na rzecz historyjek typu ”Amelia” czy ”bardzo długie popłuczyny” za coś dobrego:D? W ostatecznym rozrachunku to zdecydowanie wynik na -.
W Polsce przedewszystkim powstaje nie tylko Wiedźmin i Gulczas ale i ”Angelus” Majewskiego.Jeden zmoich ulubionych filmów…
Ale jedziemy – częśc z ikna częśc nie z kina :
1.Człowiek którego nie było
2.Intacto z maxem sydovem
3.pianistka(nie pianista -pianistka Haneke ;E)
4.Miike robił Visitor Q jeden z najlepszych swoich filmów-parafraze Teoremy Pasoliniego- ugruntował tym filmem opinie wśród europejskiej krytyki(która na poważnie popatrzyła na niego dopiero przy ”grze wstępnej”) że potrafi byc ambitnym ,artystycznym reżyserem .A potem zaraz zrobił I Ichi’ego :E.To zdecydowanie był rok Miike.
5.Duk robi swój najlepszy( w mojej opinii) film – ”Bad Guy” .
6.Jak juz przy azji yo animacje jestem – spirit away jak najbardziej ale z tego roku jest tez świetne anime w stylu cartoon noir – Metropolis .Oprócz tego jedna z niewielu anime które mam w fawvch ”Cat Soup”.
Z grozy/horrorru(akurat moja broszka) – ”kręgosłup diabła” (najlepszy film del torro-nie pozuje na ”coś więcej” czyt.nie robi widza w bambuko)
i ”Dziewiąta sesja”(jeden zlepszych horrorów po 2000).
przejrzałem filmweb ofkors,takiej mózgownicy nie mam(kolejnośc bez znaczenia).Zebranie tytułów zajeło mi 5 minut.Skończyłem na 30 stronie.Na 29 był jeszcze ”Skrecz”.
ps.ale literówek narobiłem.Jeszcze lwia częśc z cyklu ”Hire” powstała w 2001.
A mnie bardzo pozytywnie zaskoczyłeś „piątką” – cLOUDDEAD. Chociaż przyznam szczerze, że nie jest to moja ulubiona ekipa z Anticonu, ale dłuższego czasu poluję na ich osławioną sesję nagraną dla Peela.
Dntel i Hood – wiadomo. Tutaj akurat nie było dla mnie zaskoczenia, bo sam kiedyś nagrałeś mi Dntela na płytę (dzięki!).
No i rzeczy, których zupełnie nie ogarniam – Anathema, Gotan Project i JBK.
Czekam na ciąg dalszy. Nie będę się bawił w predykcję.
Latający: „Pianistkę” i „Intacto” w pełni popieram! „Człowieka, którego nie było” sprawiłem sobie kilka dni temu i zamierzam nadrobić zaległości, reszty jeszcze nie znam.
Mateusz: Sesja dla Peela może być ich najlepszą płytą, jednak trudno się jej słucha, znając oba albumy studyjne, a to już Cię niestety dotyczy :-)
Ale warto chociaż dla jednego przesłuchania.
Ja za to 4 z 10 płyt nie znam więc też mam do nadrobienia:P.W 2001 miałem 17 lat słuchałem ”oby dwóch gatunków” na przemian – grind cora i crust panka.No po kryjomu pewnikiem Bowiego jakiegoś … ale się nie przyznawałem publicznie.
I Viva Zwai chyba jeszcze wtedy była :<…ehh łza się w kroku kręci.
Obejrzałem „Człowieka którego nie było”. Bardzo zacny, kolejny wielki plus dla braci C., chyba już nie ma ich gdzie stawiać. Najlepsza scena – teoria Fritza/Wernera i słońce w więzieniu. Miła niespodzianka – trio Arcyksiążę, równo tydzień po tym jak tutaj Beethovena reklamowałem.