2001: Podsumowanie losoworoczne (K-Y)

20.01.2009 | 9 odpowiedzi

Druga (alfabetycznie) dziesiątka, no – jedenastka, losoworocznego podsumowania roku dobrego dla nurtów wielu. Momentami przyciężkawa, a poza czterema bodajże wyjątkami – dosyć niszowa, toteż ewentualne zdziwienia mnie nie zdziwią.

Pod zestawieniem 21 pozycji, które się nie zmieściły, chociaż odpowiedzialni za nie wchodzili w nowy wiek często z podobnym lub niewiele mniejszym zapałem, niż ci opisani szerzej. Jeśli doskwiera wam czyjaś nieobecność – czekam na uzupełnienia.

Zobacz pierwszą część podsumowaniaPierwsza część podsumowania

Kapela ze Wsi Warszawa - Wiosna Ludu (Jaro, 2001 / MetalMind, 2005)11. Kapela ze Wsi Warszawa – Wiosna Ludu

Szacher macher po cichu

Powinienem raczej napisać: Warsaw Village Band – „People’s Spring”, bo w Polsce druga płyta naszej najlepszej kapeli folkowej na serio ukazała się dopiero w 2004 roku. To najjaskrawszy przykład rodzimego zespołu, który do ojczyzny docierał drogą okrężną, bo przez Zachód. Ale wcześniej Kapela musiała otrzymać prestiżową statuetkę BBC Radio 3 Awards w kategorii World Music: Best Newcomer.

Na nagrody w pełni zasłużyli. Nie dość że od swoich początków po dziś dzień trzymają poziom w studiu (osobiście najbardziej lubię „Wykorzenienie”, za samego tylko „Mateusza”, którego zacytowałem), a ich koncerty przypominają seans zbiorowej hipnozy, to jeszcze identycznie czarujący okazują się poza sceną (kiedyś „krótki wywiad” z Maćkiem Szajkowskim przerodził nam się w 1,5-godzinną rozmowę o pieśniach robotniczych), a entuzjazmem mogliby obdzielić kilka innych kapel. Czego potwierdzeniem jest ich najnowsza płyta „Infinity”.

Mogwai - Rock Action (Matador, 2001)12. Mogwai – Rock Action

Pępek światka

Trzeci album Mogwai z dzisiejszej perspektywy wygląda na kulminację i zarazem nagrobek głównego nurtu post-rocka, zapoczątkowanego dekadę wcześniej m.in. przez Slint. Pomysł na muzykę sam w sobie oczywisty, ale intrygujący przy pierwszym zetknięciu i wciągający przy kolejnych. Zarazem na tyle prosty do skopiowania i odtworzenia w studiu i na scenie, że po komercyjnym sukcesie „Rock Action” lokalnych Mogwaiów wykluły się  setki, od Japonii po Polskę, i nie zawsze byli beznadziejni. To zresztą Szkotów zgubiło, że nie potrafili i wciąż nie potrafią uciec od stylu wypracowanego na trzech pierwszych płytach. A pozostając na swoim terenie, wypadają niekiedy bladziej od owych naśladowców.

To co najciekawsze w tym sympatycznym nurcie działo się wprawdzie na jego obrzeżach (i, miejmy nadzieję, wciąż dzieje, choć dowodów niewiele), ale ten pomnik środkowego, można powiedzieć „typowego” post-rocka, wart jest swojej popularności. Bo gdy już zabraknie argumentów muzykologicznych, za „Rock Action” zagłosują sensory klimatu i receptory dobrej melodii.

Neurosis - A Sun That Never Sets (Relapse, 2001)13. Neurosis – A Sun That Never Sets

Słońce tylko w tytule

Ze Stevem Albini spotkali się już przy „Times of Grace”, ale w pełni się ze słynnym producentem porozumieli się dopiero przy kolejnej płycie. Efekt tego porozumienia pod względem gatunkowej (nie)jednoznaczności stanowi przeciwieństwo opisywanej powyżej płyty Mogwai.

Siódmy album Kalifornijczyków dla starych fanów Neurosis okazał się zbyt lekki – później musieli się już zupełnie obrazić. Z kolei dla publiczności rockowej – wciąż jeszcze nazbyt ekstremalny (dla nich przepustką do świata Neurosis stał „Given to the Rising” z 2007 roku, dryfujący ku post-rockowi w stylu Isis). Dla mnie zaś to mieszanka optymalna, przyłapanie zespołu w fascynującym rozkroku pomiędzy mroczną przeszłością, słabością do ambientowych dronów oraz ciągotom ku sentymentalnym nastrojom, które tu i ówdzie wprowadzają akustyki, wokal i partie wiolonczeli. Melodii, wprawdzie oszczędnych, jest tu w bród, ale zazwyczaj chowają się pod masą przesterów i growlingowym charczeniem. Jest w słuchaniu tej płyty coś z borowania zęba, i to tego na zwolnionych obrotach.

No Man - Returning Jesus (3rd Stone, 2001)14. No-Man – Returning Jesus

Pierwsze muzyczne arcydzieło XXI wieku

- tak zawartość tej płyty skomentował stary znajomy, który teraz czytając własne słowa zapewne się uśmiecha. Bo dzisiaj obaj wiemy, że miał rację. Dzięki niej no-man po raz pierwszy od swych singlowych początków („Conceivably the most important English group since The Smiths” – Melody Maker) wypłynął na szerokie wody, zdobywając nową publiczność i uznanie krytyki – od Q po Uncut. Ale jest to akurat najmniej ważne.

Na pewno macie takie płyty – może Beatlesów, może Radiohead, a może „trójkę” Góreckiego – na których cenicie każdy dźwięk. Ja mam tak z „Returning Jesus”, poczynając od urzekających partii trąbki po puszkę (?) w roli perkusji. Przy czym testy na przypadkowych słuchaczach wykazały, że ta szczególność szczegółów to cecha płyty – nie mojej percepcji.

W najgłębszym zamyśle „Returning Jesus” widać duchowe i artystyczne pokrewieństwo z Davidem Sylvianem i dojrzałym Talk Talk, współwyznających ideę najtrafniej wyrażoną przez Marka Hollisa:  „Zanim zagrasz dwie nuty, naucz się grać jedną. I nie graj jej, dopóki nie masz po temu powodu„.


Opeth - Blackwater Park (Music For Nations, 2001)15. Opeth – Blackwater Park

Growling bywa piękny, a ty jesteś twardszy niż myślisz

Pochodzą ze Szwecji, grają od dwudziestu lat i są najprzystępniejszym zespołem death-metalowym w historii wszechświata, bo nawet growling Mikaela Akerfeldta jest bardziej melodyjny niż śpiew większości rodzimych wokalistów. Akerfeldt to w ogóle postać zjawiskowa: gdy nie charczy – śpiewa na miarę Jeffa Buckleya (cytując klasyka), a gdy nie łoi swojego PRS-a – wygrywa na akustyku barokowe miniaturki godne następców Andrésa Segovii.

Po „Blackwater Park” Akerfeldt spróbował – z powodzeniem – oddzielić oba pierwiastki swojej muzyki, wydając równolegle bezkompromisowe „Deliverance” oraz łagodne w całej rozciągłości „Damnation”. Ten pierwszy album, skądinąd fascynujący, zaspokoił posiadaczy najczarniejszych nawet koszulek. Drugi niespodziewanie poszerzył publiczność Opeth o fanów klasycznego, melodyjnego soft-rocka z przełomu lat 60. i 70. , którzy chwilę potem niespodziewanie chwycili za wcześniejsze, czarno-białe płyty, i o dziwo bez większych trudów poradzili sobie z ich przetrawieniem. I dobrze, bo Opeth w tłumie skandynawskich metalowców wyróżniły właśnie kontrasty, godzenie ognia z wodą, brutalności z pięknem, a przede wszystkim – wierzcie lub nie – melodie, melodie i jeszcze raz melodie.


Porcupine Tree ? Recordings (Snapper, 2001) 16. Porcupine Tree – Recordings

Dzieci wylane z kąpielą

Odrzuty? Dobry Boże! „Buying New Soul” przez wiele lat był moim numerem jeden w dziedzinie współczesnej piosenki niepogodnej. I tylko z jego powodu drugie miejsce w tej kategorii zajmowało „Cure for Optimism”, z całą swoją aranżacyjną skromnością ubraną w łańcuch pogłosów.

„Recordings”, zbiór tak zwanych odrzutów z sesji „Lightbulb Sun”, to jedna z bardziej spójnych klimatycznie pozycji Porcupine Tree. Mniej intensywna melodycznie i produkcyjnie niż sąsiednie, bardziej piosenkowe albumy studyjne, wydaje się jakby najmniej Wilsonowa, kolektywna. Spora w tym zasługa niezłych – rzadka sprawa we współczesnym rocku – improwizacji całego zespołu. Bez popisów.

Radiohead - Amnesiac (Parlophone, 2001)17. Radiohead – Amnesiac

Młodszy brat

Może i „Amnesiac” wypadł blado – niespójnie i nieatrakcyjnie – przy swoich poprzednikach, ale odtwarzany dzisiaj przynajmniej fragmentarycznie zachowuje świeżość, a na tle następców okazuje się całkiem pozycją solidną, chwilami ekscytującą. Czas pokaże, ale prawdopodobnie był to także najodważniejszy krok Radiohead w kierunku awangardy, po którym potrzebowali chyba odreagować, stąd bardzo piosenkowy i bardzo tymczasowy „Hail to the Thief”.

„Amnesiac” ceni się za fragmenty, a nie całokształt, w czym przygotował nas psychicznie na singlową strategię Radiohead na kolejnych płytach. Zróżnicowanie jakościowe i gatunkowe materiału wręcz wymusza skakanie po utworach, ale tak zazwyczaj bywa ze składakami. Są jednak momenty, które nie pozwalają o sobie zapomnieć, a tak poruszających utworów jak „Pyramid Song” Radiohead już więcej nie nagrało.

Set Fire To Flames - Sings Reign Rebuilder (FatCat, 2001)18. Set Fire to Flames – Sings Reign Rebuilder

Oszczędź na psychotropach

Trzynastoosobowa ekipa z Montrealu blisko spokrewniona z Godspeed You! Black Emperor zwykła zamykać się w rozlatującej się stodole i przez pięć pełnych dób nagrywać wszystko, co uda się wydobyć z instrumentów tudzież przypadkowych gratów (np. drzwi). Wspomagając wenę za pośrednictwem układu pokarmowego i skrajnego niewyspania, kanadyjscy awangardziści post-rocka próbowali „przywrócić światu zaginione dźwięki”.

Po powrocie z owych mistycznych wypraw, z kilkudziesięciu godzin materiału muzycznego wybierali fragmenty najbardziej przypominające tradycyjnie rozumianą muzykę, bądź też (mój typ) fragmenty losowe. A najdziwniejsze, że zainteresowała się tym wytwórnia FatCat.

Przesłuchanie „Sings Reign Rebuilder” rodzi dwa pytania:
1) po co komu narkotyki, skoro mamy Set Fire To Flames?
2) po co komu zwrotki i refreny, i w ogóle termin „kompozycja”?

Tool - Lateralus (Volcano, 2001)19. Tool – Lateralus

Nie (tylko) dla nastolatków

Znów zacieranie gatunkowych granic przyniosło – śmiem twierdzić – spektakularne rezultaty. Eklektyczna mieszanka niezwykłej wyobraźni aranżacyjnej (podobno wszystkie melodie muzycy Tool testowali na dostępnych instrumentach – a Maynard śpiewając – w poszukiwaniu optymalnego rozwiązania), rytmicznych akrobacji (ale bardziej dyskretnych niż choćby u Meshuggah), dosadności charakterystycznej dla muzyków związanych z ciemną stroną mocy oraz chwytliwości od pierwszego usłyszenia.

Za to ostatnie wierni fani ich oprotestowali, wyklinając teledysk „Schism” puszczany w Empikach, a ja pokochałem. Oddzielne wyróżnienie należy się za produkcję – w owych czasach chodząc po sklepach RTV w poszukiwaniu dobrze brzmiącej wieży brało się ze sobą „In a Silent Way” Milesa i „Lateralusa”.

William Basinski - Disintegration Loops (2062 Records, 2001)20. William Basinski – The Disintegration Loops

Usłyszeć przemijanie

Historia tak niezwykła, że warto ją powtarzać do znudzenia: zafascynowany minimalizmem nowojorski kompozytor (w 1/4 Polak) na przełomie wieków odnalazł na strychu swoje stare taśmy z początku lat 80. Postanowił przenieść je do komputera.  Ale taśma magnetofonowa ma określoną trwałość – zresztą popatrzcie tylko na swoje CD-Ry sprzed dziesięciu lat – i w tym mozolnym procesie poczęła się Basińskiemu w oczach (uszach) rozpadać, przy okazji gubiąc dźwięki. I tak aż do całkowitej ciszy.

Basiński wszystko to zarejestrował w formie kilkunastosekundowych fragmentów powtarzanych nawet przez kilka kwadransów. Dowolny utwór z tego czteropłytowego opusu tworzy najtrafniejszą znaną mi muzyczną metaforę przemijania. Coś dla tych, którzy z fascynacją patrzą na filmowe ujęcia w przyspieszonym tempie ukazujące rozkwitanie i więdnięcie kwiatów, wschody i zachody słońca. Tyle że u Basińskiego mamy tylko te drugie.

Yann Tiersen - Amelia OST (Virgin, 2001)21. Yann Tiersen – Amelia

Zakochaj się

Na plakacie obiecywała zmienić nasze życie. Zwialiśmy więc z zajęć  i pobiegliśmy na poranny seans. Niestety, była nas czwórka lub piątka, a w jedynym dostępnym kinie warunkiem projekcji była obecność na sali co najmniej ośmiu widzów. Nie pomogły ani błagania (poszliśmy pogadać z dyrektorem), ani gotowość do poświęceń (chcieliśmy dokupić brakujące bilety, okazało się, że liczą się ludzie, nie pieniądze!), ani nawet przemoc (zaczepialiśmy na ulicy przypadkowych ludzi, aby wstąpili na fajny film, my stawiamy). Toteż zmiany w naszym życiu nastąpiły z kilkugodzinnym opóźnieniem.

Dzisiaj ślęczę przy klawiaturze pianina nad szybszą częścią „Comptine d’un autre été”, a w kolejce czeka reszta „The Best Of Yann Tiersen”, bo tym właśnie jest ścieżka dźwiękowa „Amelii”. Od lat najczęściej puszczany soundtrack na wszelkiego rodzaju domowych spędach, a i potańczyć można.

Loża zasłużonych:

1. Air – 10000 Hz Legend (The Beatles w przedszkolu, ale z komputerami)

2. Bruno Coulais – Le Peuple Migrateur (Drugie przebudzenie Wyatta)

3. Elbow – Asleep in the Back (Debiut z (ekstra)klasą)

4. Jan Jelinek – Loop-finding-jazz-records (Elektronika akustyczna, innowacje zachowawcze)

5. Katatonia – Last Fair Deal Gone Down (Owce w wilczej skórze i w depresji)

6. Kings of ConvenienceQuiet Is the New Loud / Versus (Simon & Garfunkel: reaktywacja)

7. IEM – Have Come For Your Children (Kraut-rock + jazz = kosmos)

8. Lali Puna – Scary World Theory (Niemcy szukający ciepła w mikrofalówce)

9. Lamb – What Sound (Nie tylko za Góreckiego)

10. Lenny Valentino – Uwaga! Jedzie tramwaj (Uwaga, jedzie Polska)

11. Manual – Until Tomorrow (Mikrostuki, mikropuki)

12. Marillion – Anoraknophobia (Drugie podejście do popu, tym razem udane)

13. Mostly Autumn – The Lord Of The Rings (Clannad byliby dumni, Tolkien też)

14. Muse – Origin of Symmetry (Póki jeszcze byli znośni)

15. Noir Désir – Des visages des figures (Muzyka łagodzi obyczaje. Słuchających)

16. Robotobibok – Jogging (Mocny start mocnego biegu)

17. Shpongle – Tales of the Inexpressible (Easy-listening wzorcowy)

18. Stina Nordenstam – This Is Stina Nordenstam (Szwedzki kobiecy pop jak zawsze w formie)

19. Sparklehorse – It’s a Wonderful Life (It’s a Wonderful Record)

20. Super Furry Animals – Rings Around the World (I tyle o globalizacji)

21. Supersilent – 5 („At night a flute is a trumpet”)

Fine.

9 odpowiedzi

  1. flaing hund  

    Coraz bardziej mi się twój sposób i pomysł na ”rachunek sumienia” zaczyna podobac.Tutaj nie znam juz tylko 3.Ale na Porcupine i Opeth mam silne uczulenie.A Tirsenowi już za ten soundtrack już wszędzie się zdążyło oberwac,ale widze że tobie się nie nudzi albo ”rwiesz na bloga”;E.

    Gdybym ja robił ranking i kolejnośc miała by znaczenie to pewnie Loopy były by No1 z tego roku.



  2. Mariusz Herma  

    Basiński u mnie też zapewne w pierwszej piątce. A Tiersen pod koniec dwudziestki – aczkolwiek samo zmęczenie materiału nie jest argumentem, bo bywa winą nadużyć odbiorców. Patrz „ptasiek” Antony’ego czy Beirut, także hołubiony na domówkach wszelakich.



  3. flaing hund  

    Wkręciłem się przez ciebie i przy kawie looknołem w 2001.

    The Knife-The Knife(moje ulubione the knife,chyba w domu nagrywane moim zdaniem wszelkie ingerencje studyjne w wokal tej pani działają na – )

    Pan?American – East Coast Bugs(kranky-nie chciało mi się patrzec co jeszcze wtym roku wydali akurat fanbojerm panamerican jestem)

    Aiko Shimada – ue Marble(ipac – też pewnie cos jeszcze ciekawego było)

    Six Feet Under – True Carnage(heh jak opeth dajesz to cos dla hetero do ciepie,fakt ze to disco polo deth metalowe ale ja jestem bezkrytyczny dla Krzysia.Ice-T goscinnie)

    ===nie z twojej parafii==== :

    Di6-All Pigs Must Die(nie którzy uważają za najlepszą płytkę di6- ja zdecydowanie wole inne łącznie z najnowszą)

    Einsturzende Neubauten-Berlin Babylon – Soudtrack(dlamnie lepszy niż muza z Ameli :P)

    Aranos-Magnificent! Magnificent! No One Knows The Final Word(zalecam czeknąc)

    The Tiger Lillies- Two Penny Opera(parafraza opery za 3 grosze – jedna z lepszych rzeczy TL)

    Karpaty Magiczne – Denega (wiadomo…)

    Blood Axis & In Gowan Ring – Witch-Hunt – The Rites Of Samhain (swietny live -ale jakosc bootlegowa i limitowany śit)

    pzdr.



  4. Mariusz Herma  

    I o to chodzi, dzięki za typy. Z Nowobudową wielokrotnie próbowałem się zaprzyjaźnić, ale bezskutecznie, więc podskórnie faktycznie muszą być nie z mojej parafii. Za to Karpaty Magiczne – mniam!

    Aranos – ten multi z Czech?



  5. lewar  

    Przy okazji Basinskiego przypomniał mi się film „Decasia”. Reżyser Bill Morrison stworzył kolaż z niszczejących, rozpadających się wręcz taśm filmowych. Efekt jest taki, że na ekranie widzimy pewne rzeczy po raz ostatni – w procesie tworzenia „Decasii” zostały one unicestwione. Wrażenia są z jednej strony mocno surrealistyczne („palące się” na ekranie dziury, mazy, dziwaczne kształty), z drugiej skrajnie schyłkowe. http://www.imdb.com/title/tt0303325/

    aha i witam kolegę w moim blogrollu:)



  6. flaing hund  

    http://cgi.ebay.com/ARANOS-Magnificent!-Magnificent!-No-One-Knows_W0QQitemZ200296460108QQcmdZViewItemQQimsxZ20090108?IMSfp=TL090108117008r17191

    To je to.Jak coś to wiesz co gdzie i jak.Możliwe że by ci sie spodobało.Avangarda instrumentalna taka(wiolonczele itd).Dosc mrocznie i oszczędnie.

    A to Einsturzende jest w większosci instrumentalne więc powinienes rzucic uchem.Jest tam też fragment Szokchausena helikopterów.Może akurat się przekonasz.



  7. flaing hund  

    ps.

    http://www.discogs.com/artist/Aranos

    Aranos to.Niewiem dlaczegop na discogs pisze że 2002.Pewnikiem wydanie na cały świat(jakis label zirlandii).



  8. Mariusz Herma  

    Aranos momentami awangarda (skądinąd świetnie nagrana), ale chwilami wchodzą w skórę wnuków Popol Vuh, zupełnie strawną. Oczywiście najbardziej spodobał mi się dwudziestominutowy basowy drone na zakończenie. Cóż, ciekawe doświadczenie, jestem Ci dłużny :-)

    Lewar – podwójne dzięki. Zastanawiające jest to „278″ przy liczbie głosów imdb. Basińskiemu się chyba trochę lepiej powodzi…



  9. flaing hund  

    Ja już zaczynam miec nerwice natręctw krautową.We wszystkim go słysze:P.



Dodaj komentarz