RSS

Najlepsze z 2001

20.01.2009 | 9 odpowiedzi

Pierwszy rok nowego millenium nie był dobry dla „wielkiej” muzyki. Dlatego był dobry dla muzyki w ogóle. Zasłona dymna wielkich marek na moment się rozwiała, dając wszelkiej maści bohaterom podziemia szansę na wybicie się czy w ogóle sprawny debiut. Dominacja internetu i rozproszenie słuchaczy dopiero się zaczynały, więc pierwsze oddolne hype’y były zaskoczeniem, jakże miłym zresztą, po obu stronach głośnika. Tysiące ludzi słuchających A Silver Mt. Zion, Fennesza, Dntel czy nawet Supersilent i Jana Jelinka? Wielu z tych, którzy wyleźli wówczas z jaskiń na światło dzienne, już w tym świetle pozostało na dobre.

W ujęciu alfabetycznym garść płyt prawie losowego 2001 roku, które według mojego gustu przetrwały próbę czasu, a w wersji skróconej drugie tyle godnych napomknięcia. Przy okazji wyjaśni się kwestia nazwy bloga.

Alchemik – Sfera szeptów

Po której Masecki mógł przejść na emeryturę

Przedziwna jest historia Alchemika. Gdy byli jeszcze sekstetem, grali w nim bracia Golcowie. Po wydaniu sympatycznego debiutu „Acoustic Jazz Sextet” i wygraniu Jazzu nad Odrą w 1997 roku bracia bliźniacy oddali jednak jazz dla folkloru. Zostało czterech, w tym słusznie dziś hołubiony pianista Marcin Masecki i marnujący się nieco saksofonista Grzegorz – obecnie Grzech – Piotrowski. W kwartecie nagrali filmowo-jazzową „Sferę szeptów”, należącą do najpiękniejszych płyt  nagranych w demokratycznej Polsce, a później skontrowali lekkim i humorystycznym „Dracula in Bucharest”, a następnie rozeszli się każdy w swoją stronę.

Dziwnie patrzyło mi się na to, jak o Maseckim kolejnych latach „zaczynało się gadać”. Tak jakby był nowym artystą, a nie człowiekiem, który ma już na koncie płyty, po których można śmiało przejść na emeryturę. Trudno było też uciec od myśli, że to w Alchemiku skrajne tendencje instrumentalistów fantastycznie się równoważyły. Masecki kiełznał nieco swoje szaleństwo w służbie ładnemu i przyjemnemu, a Piotrowskiemu koledzy nie pozwalali rozmemłać się w swoich sentymentach. Na pocieszenie pozostaje mi wspomnienie ich koncertu w Traffic Clubie w towarzystwie licznych smyków oraz harfy, pokazując na przemian oba swoje oblicza: to szeptane i to wampiryczne.

..

Anathema - A Fine Day To Exit (Music For Nations, 2001)Anathema – A Fine Day to Exit

Bo każdy metal jest w głębi duszy romantykiem

Przełomowy moment dla niegdyś solidnie dociążonej kapeli, która już od dobrych dwóch płyt jednoznacznie dryfowała od banalnego z dzisiejszej perspektywy doom-metalu ku melancholijnym rockowym piosenkom, ale nie popadła jeszcze w floydowskie sentymenty.

Moja sympatia do tej jakże melodyjnej i chwytliwej płyty sięga zamierzchłych czasów, naiwnych i naznaczonych sporą podatnością na patos (tego nigdy do końca się nie wyzbyłem – niech żyje Mozart!), stąd pewne zawahanie przy tym tytule. Zadecydowało wspomnienie: przed laty zostawiłem z tą płytą moją siostrę, po uszy w czymś zaczytaną. Gdy po kilku godzinach wróciłem do mieszkania, ona dalej się kręciła, któryś raz z kolei. (Płyta).
.

Angelo Badalamenti - Mulholland Drive (BMG, 2001)Angelo Badalamenti – Mulholland Drive

- Blondynka czy brunetka?
- To ty jeszcze patrzysz?

Wymarzyłem sobie samotną nocną jazdę przy dźwiękach najlepszej z filmowych ścieżek Badalamentiego. W marcu 2006 roku mi się spełniło, a na opustoszałej Katowickiej nadprogramowo dostałem strugi deszczu.

Ścieżkę „Mulholland Drive” raczej się przeżywa niż jej słucha, to samo zresztą dotyczy filmu. Czym byłaby scena z brunetką w limuzynie bez monumentalnych akordów? Czym radość zachwyconej z pierwszej wizyty w Los Angeles blondynki bez ciepła klawiszowego dur? Lynch bez Badalamentiego? No hay banda! It is all an illusion. Badalamenti bez Lyncha? Silencio!
.

Anja Garbarek - Smiling & Waving (Virgin, 2001)Anja Garbarek – Smiling & Waving

Hollis się przebudził, a Wyatt przewrócił

Bo czasem bywa tak, że sława i uznanie przychodzą za późno. Córkę arcyznanego norweskiego saksofonisty polskiego pochodzenia odkryto o cztery lata i jeden album po czasie, bo dopiero przy zaledwie sympatycznym „Briefly Shaking”. Ale jest w tym trochę winy samej artystki. Trzydziestoletnia wówczas Anja nie była jeszcze tą zadziorną i pewną siebie gwiazdą, która przy wywiadach dotyczących filmu Angel-A wyzywająco patrzyła na czytelników, między innymi „Metra”. Nie powalczyła, trzymając w dłoni jeden z tych skandynawskich skarbów przełomu wieków.

Jeszcze podczas sesji nagraniowej utalentowaną, ale wyraźnie zagubioną dziewczynę z tarapatów wybawił dopiero trzeci producent, niejaki Steven Wilson. I co z tego, że na tym melancholijnym, pachnącym aksamitem albumie, który kompozycyjnie nie ustępuje wyczynom Stiny Nordenstam czy Kate Bush (a brzmi o niebo szlachetniej), pojawił się sam Mark Hollis, sam Richard Barbieri i sam Robert Wyatt? Ten ostatni po spotkaniu z Anją długo nie mógł się pozbierać: zaprosił ją do wspólnego występu podczas święta muzyki awangardowej Meltdown Festival, a swój ostatni album „Comicopera” otwarł kompozycją pochodzącą, a jakże, ze „Smiling & Waving”.
.

A Silver Mt. Zion - Born Into Trouble as the Sparks Fly Upward (Constellation, 2001)A Silver Mt. Zion – Born Into Trouble as the Sparks Fly Upward

Smutek i nostalgia

Jakkolwiek nie jestem typem depresyjnym, podzielam opinię, że w bardzo smutnej muzyce tkwi coś bardzo szczególnego. Z pierwszych trzech płyt A Silver Mt. Zion, tworzących razem swoistą trylogię smutku i melancholii porównywalną chyba tylko z debiutem Godspeed You Black Emperor! (pamiętam o chronologii wykrzyknika), zawsze najchętniej sięgałem po debiut. Ale chociaż mniej melodyjne „Born Into Trouble” jawnym pięknem mu ustępuje, ma za to fragmenty prawie że nieomal bez mała pogodne.
.

cLOUDDEAD - cLOUDDEADcLOUDDEAD – cLOUDDEAD

„Mówcie, że gramy hip-hop”

Poznałem ich dzięki „Cold House” Hood, o którym jeszcze będzie w drugiej części podsumowania. Płaczliwe melorecytacje – tylko nieliczni śmiałkowie nazywają to jeszcze „rapem” – oraz pogmatwane aranżacje odrzucają większość znanych mi prawdziwych hiphopowców, za to przyciągają jak magnes miłośników międzygatunkowych mikstur, koczujących na muzycznej ziemi niczyjej. Poza tym zawsze ceniłem zespoły, które potrafią zadbać o takie detale jak niebanalna nazwa czy ładna okładka. A ten krótki cytat powyżej to niespełnione życzenie jednego z członków cLOUDDEAD.
.

Dntel - Life Is Full of Possibilities (Plug Research, 2001)Dntel – Life Is Full of Possibilities

„A sublime suite of semi-ambient glitch-pop”

Wspominałem coś o niebanalnych nazwach? Jeśli w muzyce istnieje złoty środek, to Jimmy Tamborello wraz z piątką gościnnych głosów wiedzą o nim wszystko (z Benjaminem Gibbardem z Death Cub for Cutie Jimmy wkrótce potem stworzył duet Postal Service). Popowe piosenki umieszczone w ambientowej scenerii? Laptopowy eksperyment złagodzony pierwszorzędnymi melodiami? Wszystko zależy od tego, skąd przychodzimy, bo terminologia znów potyka się tutaj o zagadnienie „ziemi niczyjej” (ten cytat powyżej pochodzi z „Uncut”).

Nadzwyczaj kolorowa elektronika Dntel sprzyja prostej refleksji, nie tracąc przy tym zdolności kreowania nastrojów bardziej wzniosłych, jak w fenomenalnym „Dream of Evan and Chan. Ta złota mieszanka sprawia, że raz zapadłszy w pamięć, już w niej na dobre pozostaje, a zarazem powrotów nie utrudnia nazbyt wyraziście sprecyzowany nastrój. Najczęściej powtarzana fraza w „Anywhere, Anyone” idealnie nadaje się zaś na kontemplacyjną modlitwę wyznań rozmaitych. Z gwarancją ekstazy.
.

Fennesz - Endless Summer (Mego, 2001)Fennesz – Endless Summer

Elektroakustyka szemrana

Czy to nie zadziwiające, jak daleko sięga wpływ The Beach Boys? To im Fennesz zawdzięcza nie tylko tytuł swojego najważniejszego albumu i jego okładkę, ale przede wszystkim docenienie w muzyce prostej estetyki. Jakkolwiek nazywanie „Endless Summer” płytą melodyjną jest nadużyciem, dzięki manewrowi dośrodkowania Austriak do wielu domów wprowadził nutkę awangardy i pozostaje jej jedynym akceptowanym przedstawicielem.

Zdumiewające jest także to, w jak rozmaite rejony potrafi muzyków zaprowadzić mozolne szukanie kompromisu między popem i stylistyką noise. Lata 80? Sonic Youth. Lata 90? Shoegaze, na czele z My Bloody Valentine. A potem nastał Fennesz.
.

Gotan Project - La Revancha Del Tango (XL, 2001)Gotan Project – La revancha del tango

Tango nuevo

Akurat zaczynałem swoją przygodę z tangiem. Gotan – czy już wszyscy bawili się w przestawianie sylab? – znacznie ułatwił mi pierwsze kroki. Wszystkie osiem kroków kroku podstawowego. Nie tracąc zanadto ze szlachetności i klimatu tanga tradycyjnego, wspomagane przez DJ-ów argentyńsko-francusko-szwajcarskie trio wypełniło swoją muzyką i domowe zacisza, i milongi. Nadając nowoczesne oblicze argentyńskiej specjalności – bo oryginalnych nagrań Piazzoli nieprzyzwyczajony słuchacz długo nie zdzierży – Gotan Project sprowadził tango z salonów pod zwykłe strzechy, i tak historia zatoczyła koło. Do tańca i do książki.
.

Hood - Cold House (Domino, 2001)Hood – Cold House

Czasem słońce nie lubi być fotografowane

Na 10-lecie istnienia bracia Adams sprawili sobie i światu piękny, choć pod względem nastroju bardzo „skandynawski” prezent, choć wokół „Cold House” byłoby znacznie więcej zamieszania, gdyby rok wcześniej nie ukazał się m.in. „Kid A”.

Nieskomplikowany kompozycyjnie, za to wycyzelowany brzmieniowo album wypada postawić obok największych dzieł krótkiej acz niezwykle płodnej epoki, kiedy operatorzy laptopów odkrywali potencjał instrumentów akustycznych i vice versa. W przypadku Hood tej kompletności dopełniły perkusyjne polirytmie i dramatyczne partie raperów z cLOUDDEAD. Synergia nie ma względu na dziedziny.
.

Jay-Z – The Blueprint

Spróbuj przy tym spać

Zgadnij, która z odpowiedzi jest nieprawidłowa:

• „Almost every tune sounds like a hit” – Uncut
• „A fully realized masterpiece” – AMG
• „The Blueprint is possibly the least sonically inventive hip-hop chart topper in years– stunning and captivating for sure, but still loungily comfortable enough to sleep to”  – Pitchfork
.

Jansen/Barbieri/Karn - Playing in a Room with People (Medium, 2001)JBK – Playing in a Room with People

Wielke światy w małej sali

Ta pozycja pewnie dziwi najbardziej. Jej obecność w niniejszym zestawieniu wynika ze stopniowego zanikania gatunku dobrych koncertówek, których słucha się jak kompletnych albumów, a nie jedynie dla porównania z wykonaniami studyjnymi.

Trio Steve Jansen (mistrz perkusyjnych pętli), Richard Barbieri (mistrz analogowych syntezatorów) oraz Mick Karn (mistrz bezprogowego basu), czyli ci sami, którzy w ramach tworzonego z Davidem Sylvianem zespołu Japan odpowiadają za to lepsze oblicze new romantic – zadanie mieli tym trudniejsze, że ich syntetyczna muzyka, bazująca na spiętrzaniu kolejnych elektronicznych warstw, nie najlepiej daje się przenosić do sal koncertowych. Pod względem repertuaru perfekcyjne podsumowanie nieco chaotycznej, ale trwającej blisko dekadę współpracy trójki muzyków w ramach rozmaitych projektów. A wśród gości Natacha Atlas oraz zaprawiony w tak w jazz-rockowych (Gong), jak i ambientowych (solo) bojach saksofonista i flecista Theo Travis.

Kapela ze Wsi Warszawa - Wiosna Ludu (Jaro, 2001 / MetalMind, 2005)Kapela ze Wsi Warszawa – Wiosna Ludu

Szacher macher po cichu

Powinienem raczej napisać: Warsaw Village Band – „People’s Spring”, bo w Polsce druga płyta naszej najlepszej kapeli folkowej na serio ukazała się dopiero w 2004 roku. To najjaskrawszy przykład rodzimego zespołu, który do ojczyzny docierał drogą okrężną, bo przez Zachód. Ale wcześniej Kapela musiała otrzymać prestiżową statuetkę BBC Radio 3 Awards w kategorii World Music: Best Newcomer.

Na nagrody w pełni zasłużyli. Nie dość że od swoich początków po dziś dzień trzymają poziom w studiu (osobiście najbardziej lubię „Wykorzenienie”, za samego tylko „Mateusza”, którego zacytowałem), a ich koncerty przypominają seans zbiorowej hipnozy, to jeszcze identycznie czarujący okazują się poza sceną (kiedyś „krótki wywiad” z Maćkiem Szajkowskim przerodził nam się w 1,5-godzinną rozmowę o pieśniach robotniczych), a entuzjazmem mogliby obdzielić kilka innych kapel. Czego potwierdzeniem jest ich najnowsza płyta „Infinity”.
.

Mogwai - Rock Action (Matador, 2001)Mogwai – Rock Action

Pępek światka

Trzeci album Mogwai z dzisiejszej perspektywy wygląda na kulminację i zarazem nagrobek głównego nurtu post-rocka, zapoczątkowanego dekadę wcześniej m.in. przez Slint. Pomysł na muzykę sam w sobie oczywisty, ale intrygujący przy pierwszym zetknięciu i wciągający przy kolejnych. Zarazem na tyle prosty do skopiowania i odtworzenia w studiu i na scenie, że po komercyjnym sukcesie „Rock Action” lokalnych Mogwaiów wykluły się  setki, od Japonii po Polskę, i nie zawsze byli beznadziejni. To zresztą Szkotów zgubiło, że nie potrafili i wciąż nie potrafią uciec od stylu wypracowanego na trzech pierwszych płytach. A pozostając na swoim terenie, wypadają niekiedy bladziej od owych naśladowców.

To co najciekawsze w tym sympatycznym nurcie działo się wprawdzie na jego obrzeżach (i, miejmy nadzieję, wciąż dzieje, choć dowodów niewiele), ale ten pomnik środkowego, można powiedzieć „typowego” post-rocka, wart jest swojej popularności. Bo gdy już zabraknie argumentów muzykologicznych, za „Rock Action” zagłosują sensory klimatu i receptory dobrej melodii.
.

Neurosis - A Sun That Never Sets (Relapse, 2001) Neurosis – A Sun That Never Sets

Słońce tylko w tytule

Ze Stevem Albini spotkali się już przy „Times of Grace”, ale w pełni się ze słynnym producentem porozumieli się dopiero przy kolejnej płycie. Efekt tego porozumienia pod względem gatunkowej (nie)jednoznaczności stanowi przeciwieństwo opisywanej powyżej płyty Mogwai. Siódmy album Kalifornijczyków dla starych fanów Neurosis okazał się zbyt lekki – później musieli się już zupełnie obrazić.

Dla publiczności rockowej – wciąż jeszcze nazbyt ekstremalny (dla nich przepustką do świata Neurosis stał „Given to the Rising” z 2007 roku, dryfujący ku post-rockowi w stylu Isis). Dla mnie zaś to mieszanka optymalna, przyłapanie zespołu w fascynującym rozkroku pomiędzy mroczną przeszłością, słabością do ambientowych dronów oraz ciągotom ku sentymentalnym nastrojom, które tu i ówdzie wprowadzają akustyki, wokal i partie wiolonczeli. Melodii, wprawdzie oszczędnych, jest tu w bród, ale zazwyczaj chowają się pod masą przesterów i growlingowym charczeniem. Jest w słuchaniu tej płyty coś z borowania zęba, i to tego na zwolnionych obrotach.
.

No Man - Returning Jesus (3rd Stone, 2001)No-Man – Returning Jesus

Pierwsze muzyczne arcydzieło XXI wieku

- tak zawartość tej płyty skomentował stary znajomy, który teraz czytając własne słowa zapewne się uśmiecha. Bo dzisiaj obaj wiemy, że miał rację. Dzięki niej no-man po raz pierwszy od swych singlowych początków („Conceivably the most important English group since The Smiths” – Melody Maker) wypłynął na szerokie wody, zdobywając nową publiczność i uznanie krytyki – od Q po Uncut. Ale jest to akurat najmniej ważne.

Na pewno macie takie płyty – może Beatlesów, może Radiohead, a może „trójkę” Góreckiego – na których cenicie każdy dźwięk. Ja mam tak z „Returning Jesus”, poczynając od urzekających partii trąbki po puszkę (?) w roli perkusji. Przy czym testy na przypadkowych słuchaczach wykazały, że ta szczególność szczegółów to cecha płyty – nie mojej percepcji.

W najgłębszym zamyśle „Returning Jesus” widać duchowe i artystyczne pokrewieństwo z Davidem Sylvianem i dojrzałym Talk Talk, współwyznających ideę najtrafniej wyrażoną przez Marka Hollisa:  „Zanim zagrasz dwie nuty, naucz się grać jedną. I nie graj jej, dopóki nie masz po temu powodu”.
.

Opeth - Blackwater Park (Music For Nations, 2001)Opeth – Blackwater Park

Growling bywa piękny, a ty jesteś twardszy niż myślisz

Pochodzą ze Szwecji, grają od dwudziestu lat i są najprzystępniejszym zespołem death-metalowym w historii wszechświata, bo nawet growling Mikaela Akerfeldta jest bardziej melodyjny niż śpiew większości rodzimych wokalistów. Akerfeldt to w ogóle postać zjawiskowa: gdy nie charczy – śpiewa na miarę Jeffa Buckleya (cytując klasyka), a gdy nie łoi swojego PRS-a – wygrywa na akustyku barokowe miniaturki godne następców Andrésa Segovii.

Po „Blackwater Park” Akerfeldt spróbował – z powodzeniem – oddzielić oba pierwiastki swojej muzyki, wydając równolegle bezkompromisowe „Deliverance” oraz łagodne w całej rozciągłości „Damnation”. Ten pierwszy album, skądinąd fascynujący, zaspokoił posiadaczy najczarniejszych nawet koszulek. Drugi niespodziewanie poszerzył publiczność Opeth o fanów klasycznego, melodyjnego soft-rocka z przełomu lat 60. i 70. , którzy chwilę potem niespodziewanie chwycili za wcześniejsze, czarno-białe płyty, i o dziwo bez większych trudów poradzili sobie z ich przetrawieniem. I dobrze, bo Opeth w tłumie skandynawskich metalowców wyróżniły właśnie kontrasty, godzenie ognia z wodą, brutalności z pięknem, a przede wszystkim – wierzcie lub nie – melodie, melodie i jeszcze raz melodie.
.

Porcupine Tree ? Recordings (Snapper, 2001) Porcupine Tree – Recordings

Dzieci wylane z kąpielą

Odrzuty? Dobry Boże! „Buying New Soul” przez wiele lat był moim numerem jeden w dziedzinie współczesnej piosenki niepogodnej. I tylko z jego powodu drugie miejsce w tej kategorii zajmowało „Cure for Optimism”, z całą swoją aranżacyjną skromnością ubraną w łańcuch pogłosów.

„Recordings”, zbiór tak zwanych odrzutów z sesji „Lightbulb Sun”, to jedna z bardziej spójnych klimatycznie pozycji Porcupine Tree. Mniej intensywna melodycznie i produkcyjnie niż sąsiednie, bardziej piosenkowe albumy studyjne, wydaje się jakby najmniej Wilsonowa, kolektywna. Spora w tym zasługa niezłych – rzadka sprawa we współczesnym rocku – improwizacji całego zespołu. Bez popisów.
.

Radiohead - Amnesiac (Parlophone, 2001)Radiohead – Amnesiac

Młodszy brat

Może i „Amnesiac” wypadł blado – niespójnie i nieatrakcyjnie – przy swoich poprzednikach, ale odtwarzany dzisiaj przynajmniej fragmentarycznie zachowuje świeżość, a na tle następców okazuje się całkiem pozycją solidną, chwilami ekscytującą. Czas pokaże, ale prawdopodobnie był to także najodważniejszy krok Radiohead w kierunku awangardy, po którym potrzebowali chyba odreagować, stąd bardzo piosenkowy i bardzo tymczasowy „Hail to the Thief”.

„Amnesiac” ceni się za fragmenty, a nie całokształt, w czym przygotował nas psychicznie na singlową strategię Radiohead na kolejnych płytach. Zróżnicowanie jakościowe i gatunkowe materiału wręcz wymusza skakanie po utworach, ale tak zazwyczaj bywa ze składakami. Są jednak momenty, które nie pozwalają o sobie zapomnieć, a tak poruszających utworów jak „Pyramid Song” Radiohead już więcej nie nagrało.
.

Set Fire To Flames - Sings Reign Rebuilder (FatCat, 2001)Set Fire to Flames – Sings Reign Rebuilder

Oszczędź na psychotropach

Trzynastoosobowa ekipa z Montrealu blisko spokrewniona z Godspeed You! Black Emperor zwykła zamykać się w rozlatującej się stodole i przez pięć pełnych dób nagrywać wszystko, co uda się wydobyć z instrumentów tudzież przypadkowych gratów (np. drzwi). Wspomagając wenę za pośrednictwem układu pokarmowego i skrajnego niewyspania, kanadyjscy awangardziści post-rocka próbowali „przywrócić światu zaginione dźwięki”.

Po powrocie z owych mistycznych wypraw, z kilkudziesięciu godzin materiału muzycznego wybierali fragmenty najbardziej przypominające tradycyjnie rozumianą muzykę, bądź też (mój typ) fragmenty losowe. A najdziwniejsze, że zainteresowała się tym wytwórnia FatCat.

Przesłuchanie „Sings Reign Rebuilder” rodzi dwa pytania:
1) po co komu narkotyki, skoro mamy Set Fire To Flames?
2) po co komu zwrotki i refreny, i w ogóle termin „kompozycja”?
.

The Avalanches – Since I Left You

„It’s fun. And that’s what it is”

”The opening track asks us to, „have a good time.”  If you’re not looking to do that going in, you’re going to be disappointed.  If you’re looking for a commentary on the nature of postmodernism, Since I Left You is going to fall flat.  But from the opening title track, it’s clear that this record is about forgetting about shit and finding catharsis when you’re not really looking”.

.

Tool - Lateralus (Volcano, 2001)Tool – Lateralus

Nie (tylko) dla nastolatków

Znów zacieranie gatunkowych granic przyniosło – śmiem twierdzić – spektakularne rezultaty. Eklektyczna mieszanka niezwykłej wyobraźni aranżacyjnej (podobno wszystkie melodie muzycy Tool testowali na wszystkich dostępnych instrumentach – a Maynard śpiewając – w poszukiwaniu optymalnego rozwiązania), rytmicznych akrobacji (ale bardziej dyskretnych niż choćby u Meshuggah), dosadności charakterystycznej dla muzyków związanych z ciemną stroną mocy oraz chwytliwości od pierwszego usłyszenia.

Za to ostatnie wierni fani ich oprotestowali, wyklinając teledysk „Schism” puszczany w Empikach, a ja pokochałem. Oddzielne wyróżnienie należy się za produkcję – w owych czasach chodząc po sklepach RTV w poszukiwaniu dobrze brzmiącej wieży brało się ze sobą „In a Silent Way” Milesa i właśnie „Lateralusa”.
.

William Basinski - Disintegration Loops (2062 Records, 2001)William Basinski – The Disintegration Loops

Słuchanie czasem

Historia tak niezwykła, że warto ją powtarzać do znudzenia: zafascynowany minimalizmem nowojorski kompozytor (w 1/4 Polak) na przełomie wieków odnalazł na strychu swoje stare taśmy z początku lat 80. Postanowił przenieść je do komputera.  Ale taśma magnetofonowa ma określoną trwałość – zresztą popatrzcie tylko na swoje CD-Ry sprzed dziesięciu lat – i w tym mozolnym procesie poczęła się Basińskiemu w oczach (uszach) rozpadać, przy okazji gubiąc dźwięki. I tak aż do całkowitej ciszy.

Basiński wszystko to zarejestrował w formie kilkunastosekundowych fragmentów powtarzanych nawet przez kilka kwadransów. Dowolny utwór z tego czteropłytowego opusu tworzy najtrafniejszą znaną mi muzyczną metaforę przemijania. Coś dla tych, którzy z fascynacją patrzą na filmowe ujęcia w przyspieszonym tempie ukazujące rozkwitanie i więdnięcie kwiatów, wschody i zachody słońca. Tyle że u Basińskiego mamy tylko te drugie.
.

Yann Tiersen - Amelia OST (Virgin, 2001)Yann Tiersen – Amelia

Zakochaj się

Na plakacie obiecywała zmienić nasze życie. Zwialiśmy więc z zajęć  i pobiegliśmy na poranny seans. Niestety, była nas czwórka lub piątka, a w jedynym dostępnym kinie warunkiem projekcji była obecność na sali co najmniej ośmiu widzów. Nie pomogły ani błagania (poszliśmy pogadać z dyrektorem), ani gotowość do poświęceń (chcieliśmy dokupić brakujące bilety, okazało się, że liczą się ludzie, nie pieniądze!), ani nawet przemoc (zaczepialiśmy na ulicy przypadkowych ludzi, aby wstąpili na fajny film, my stawiamy). Toteż zmiany w naszym życiu nastąpiły z kilkugodzinnym opóźnieniem.

Dzisiaj ślęczę przy klawiaturze pianina nad szybszą częścią „Comptine d’un autre été”, a w kolejce czeka reszta „The Best Of Yann Tiersen”, bo tym właśnie jest ścieżka dźwiękowa „Amelii”. Od lat najczęściej puszczany soundtrack na wszelkiego rodzaju domowych spędach, a i potańczyć można.
.

Tatsuhiko Asano – Genny Haniver

7 lat klejenia i rzępolenia

Zawsze rozczulał mnie debiutu Asano opis na Boomkacie:

„We won’t mince our words here – this is one of the most affecting, lovely and heartwarming album’s we’ve heard all year. (…) The result is a magical blend of diverse instrumentation : slide guitar, strings, an array of percussion…and extremely developed and weel crafted electronics. Like Fennesz on Pop, Tortoise on psychedelics, Stock Hausen and Walkman on love pills…..this is stunningly original terrain from a hitherto unkown artist of immense talented proportions. A record that’s hard to take off……a record that melts with compassion and genuine, unrestrained optimism. Essential”.

 

Zasłużeni:

• Air – 10000 Hz Legend (The Beatles w przedszkolu, ale z komputerami)
• Aaliyah – Aaliyah (Extra smooth)
• Aphex Twin – Drukqs (Dla samej „Avril14”)
• Autechre – Confield (Momenty były)
• Björk – Vespertine (Z pozdrowieniami dla CC)
• Bruno Coulais – Le Peuple Migrateur (Drugie przebudzenie Wyatta)
• Daft Punk – Discovery (Och, ach)
• Destroyer – Streethawk: A Seduction (Piękne z pożytecznym)
• DJ Krush – Zen (I rzeczywiście trochę zen)
• Elbow – Asleep in the Back (Debiut z (ekstra)klasą)
•Jan Jelinek – Loop-finding-jazz-records (Elektronika akustyczna, innowacje zachowawcze)
• Katatonia – Last Fair Deal Gone Down (Owce w wilczej skórze. I w depresji)
• Kings of Convenience – Quiet Is the New Loud / Versus (Simon & Garfunkel: reaktywacja)
• IEM – Have Come For Your Children (Kraut-rock + jazz = kosmos)
• Lali Puna – Scary World Theory (Niemcy szukający ciepła w mikrofalówce)
• Lamb – What Sound (Nie tylko za Góreckiego)
• Lenny Valentino – Uwaga! Jedzie tramwaj (Uwaga, jedzie Polska)
• Los Hermanos – Bloco do Eu sozinho (Alt-Brasil)
• Manual – Until Tomorrow (Mikrostuki, mikropuki)
• Marillion – Anoraknophobia (Drugie podejście do popu, tym razem udane)
• Mostly Autumn – The Lord Of The Rings (Clannad byliby dumni, Tolkien też)
• Muse – Origin of Symmetry (Jeszcze byli znośni)
• Nas – Stillmatic (Choć przegrał rywalizację)
• Nils Landgren – Esbjörn Svensson – Layers of Light (Bo nie tylko E.S.T.)
• Noir Désir – Des visages des figures (Muzyka łagodzi obyczaje słuchających)
• Robotobibok – Jogging (Mocny start mocnego biegu)
• Shpongle – Tales of the Inexpressible (Easy-listening wzorcowy)
• Stina Nordenstam – This Is Stina Nordenstam (Szwedzki kobiecy pop jak zawsze w formie)
• Sparklehorse – It’s a Wonderful Life It’s a Wonderful Record
• Super Furry Animals – Rings Around the World(I tyle o globalizacji)
• Supersilent – 5 („At night a flute is a trumpet”)
.

No Man's Land - Ziemia Niczyja (reż. Danis Tanovic, 2001)Na wstępie napisałem, że 2001 nie był dobrym rokiem dla wielkiej muzyki, ale dla wielkiego filmu – wyśmienitym. Pomyślcie tylko: przy sprawnym systemie dystrybucji kinowej tydzień po tygodniu obejrzelibyście takie filmy jak Memento, Mulholland Drive, Amelia, Pianista, Piękny umysł, K-Pax i Kroniki Portowe (w obu doskonały Kevin Spacey), Braterstwo Wilków, Donnie Darko czy Vanilla Sky, którego skutkiem ubocznym był kolejny zastrzyk fanów dla Sigur Rós.

W ramach piątkowego odreagowania ciężkiego tygodnia moglibyście wybrać się na Shreka albo Monsters Inc., na A.I, Ocean’s Eleven, The Royal Tenenbaums, Knight’s Tale czy niezgorszą jedynkę Władcy Pierścieni. Że już nie wspomnę o Spirited Away, ostatnim jak dotąd arcydziele Studia Ghibli (z Japonii przyszło też niezłe Final Fantasy), ptasim Makrokosmosie z piękną muzyką Bruno Coulaisa (znów gościnnie Robert Wyatt), wreszcie mądrym i zabawnym filmie Danisa Tanovica zatytułowanym Ničija Zemlja, czyli (nomen omen) Ziemia Niczyja.

Polska w tym czasie wyprodukowała Quo Vadis, W pustyni i w puszczy, Gulczasa i Wiedźmina.

Fine.

9 odpowiedzi

  1. flaing hund  

    Coraz bardziej mi się twój sposób i pomysł na ”rachunek sumienia” zaczyna podobac.Tutaj nie znam juz tylko 3.Ale na Porcupine i Opeth mam silne uczulenie.A Tirsenowi już za ten soundtrack już wszędzie się zdążyło oberwac,ale widze że tobie się nie nudzi albo ”rwiesz na bloga”;E.

    Gdybym ja robił ranking i kolejnośc miała by znaczenie to pewnie Loopy były by No1 z tego roku.



  2. Mariusz Herma  

    Basiński u mnie też zapewne w pierwszej piątce. A Tiersen pod koniec dwudziestki – aczkolwiek samo zmęczenie materiału nie jest argumentem, bo bywa winą nadużyć odbiorców. Patrz „ptasiek” Antony’ego czy Beirut, także hołubiony na domówkach wszelakich.



  3. flaing hund  

    Wkręciłem się przez ciebie i przy kawie looknołem w 2001.

    The Knife-The Knife(moje ulubione the knife,chyba w domu nagrywane moim zdaniem wszelkie ingerencje studyjne w wokal tej pani działają na – )

    Pan?American – East Coast Bugs(kranky-nie chciało mi się patrzec co jeszcze wtym roku wydali akurat fanbojerm panamerican jestem)

    Aiko Shimada – ue Marble(ipac – też pewnie cos jeszcze ciekawego było)

    Six Feet Under – True Carnage(heh jak opeth dajesz to cos dla hetero do ciepie,fakt ze to disco polo deth metalowe ale ja jestem bezkrytyczny dla Krzysia.Ice-T goscinnie)

    ===nie z twojej parafii==== :

    Di6-All Pigs Must Die(nie którzy uważają za najlepszą płytkę di6- ja zdecydowanie wole inne łącznie z najnowszą)

    Einsturzende Neubauten-Berlin Babylon – Soudtrack(dlamnie lepszy niż muza z Ameli :P)

    Aranos-Magnificent! Magnificent! No One Knows The Final Word(zalecam czeknąc)

    The Tiger Lillies- Two Penny Opera(parafraza opery za 3 grosze – jedna z lepszych rzeczy TL)

    Karpaty Magiczne – Denega (wiadomo…)

    Blood Axis & In Gowan Ring – Witch-Hunt – The Rites Of Samhain (swietny live -ale jakosc bootlegowa i limitowany śit)

    pzdr.



  4. Mariusz Herma  

    I o to chodzi, dzięki za typy. Z Nowobudową wielokrotnie próbowałem się zaprzyjaźnić, ale bezskutecznie, więc podskórnie faktycznie muszą być nie z mojej parafii. Za to Karpaty Magiczne – mniam!

    Aranos – ten multi z Czech?



  5. lewar  

    Przy okazji Basinskiego przypomniał mi się film „Decasia”. Reżyser Bill Morrison stworzył kolaż z niszczejących, rozpadających się wręcz taśm filmowych. Efekt jest taki, że na ekranie widzimy pewne rzeczy po raz ostatni – w procesie tworzenia „Decasii” zostały one unicestwione. Wrażenia są z jednej strony mocno surrealistyczne („palące się” na ekranie dziury, mazy, dziwaczne kształty), z drugiej skrajnie schyłkowe. http://www.imdb.com/title/tt0303325/

    aha i witam kolegę w moim blogrollu:)



  6. flaing hund  

    http://cgi.ebay.com/ARANOS-Magnificent!-Magnificent!-No-One-Knows_W0QQitemZ200296460108QQcmdZViewItemQQimsxZ20090108?IMSfp=TL090108117008r17191

    To je to.Jak coś to wiesz co gdzie i jak.Możliwe że by ci sie spodobało.Avangarda instrumentalna taka(wiolonczele itd).Dosc mrocznie i oszczędnie.

    A to Einsturzende jest w większosci instrumentalne więc powinienes rzucic uchem.Jest tam też fragment Szokchausena helikopterów.Może akurat się przekonasz.



  7. flaing hund  

    ps.

    http://www.discogs.com/artist/Aranos

    Aranos to.Niewiem dlaczegop na discogs pisze że 2002.Pewnikiem wydanie na cały świat(jakis label zirlandii).



  8. Mariusz Herma  

    Aranos momentami awangarda (skądinąd świetnie nagrana), ale chwilami wchodzą w skórę wnuków Popol Vuh, zupełnie strawną. Oczywiście najbardziej spodobał mi się dwudziestominutowy basowy drone na zakończenie. Cóż, ciekawe doświadczenie, jestem Ci dłużny :-)

    Lewar – podwójne dzięki. Zastanawiające jest to „278″ przy liczbie głosów imdb. Basińskiemu się chyba trochę lepiej powodzi…



  9. flaing hund  

    Ja już zaczynam miec nerwice natręctw krautową.We wszystkim go słysze:P.



Dodaj komentarz