15.02.2009 |
.Morrissey – Years of Refusal (Universal)

Jest jakaś pociecha w tym, że nawet wielcy wchodząc do studia stają się maluczcy. Obwarowani tonami sprzętu, z gwardią przybocznych inżynierów dźwięku, kiedy chwytają za gitarę i próbują sklecić niebanalny riff albo sensowną melodię, okazują się równie bezradni co ich nieopierzeni naśladowcy w przysłowiowych sypialniach.
Ta błyskotliwa myśl naszła mnie podczas oglądania minireportażu z nagrywania nowej płyty U2, w którym miny Adama Claytona i spółki zamiast artystycznej euforii chwilami wyrażają co najwyżej bezsilność. Jeśli jakiś czeski albo meksykański nastolatek, słuchając ich nowej płyty, zakrzyknie: “Przecież piszę lepsze piosenki!”, być może chwilę później zupełnie niesłusznie skarci się za megalomanię. (Oczywiście życzę U2, aby “No Line on the Horizon” było dziełem przełomowym, godnym Abbey Road i Olympic Studios, największych nakładów czasowych, a może i finansowych w historii grupy, no i zawracania głowy takim osobnikom jak Rick Rubin, Brian Eno i Daniel Lanois).
Zmierzamy tu nieuchronnie do Moza, który zestawu tak złych piosenek chyba nigdy światu nie zaprezentował. Chociaż zbliża się do pięćdziesiątki i podejmuje desperackie próby odmładzania wizerunku, wiadomo, że na scenie dalej potrafi zaszaleć i powiedzieć parę ciekawych zdań dziennikarzom. Ale kiedy przychodzi do komponowania i ewaluacji rezultatów…
Proponuję prosty test: spróbujcie przesłuchać tę płytę w pełnym skupieniu, bez klikania albo ratowania się leżącą obok gazetą. Pojedynczo nowe kawałki Morrisseya może i wydają się sympatyczne. Ot, lekki radiowy rock, który ożywi z rana przy śniadaniu, a wieczorem w korku poprawi nastrój. Można poudawać, że kierownica to zestaw perkusyjny. Ale “Years of Refusal” sam na sam pozostawia już tylko wrażenie obcowania z pustą formą, i to nienajlepszą (cóż, producent Jerry Finn to specjalista od The Offspring i Green Day). Tylko ktoś z takim głosem, charyzmą i przeszłością może pozwalać sobie na taką nijakość kompozycji. Nie wsłuchiwałem się uważnie w teksty (i chyba nie będę, u mnie piosenka zaczyna się od muzyki), ale dziennikarze Guardiana to zrobili i ewidentnie żałują.
Jakieś wyczucie ma jeszcze Alain Whyte. EP-ka złożona z utworów przez niego podpisanych byłaby znośna, chociaż najlepsze na płycie “I’m Throwing My Arms Around Paris” to zasługa pana dyrektora Boza Boorera, na którym singlowy charakter wymusił konkret i zwięzłość. “Sorry Doesn’t Help” też wpada w ucho – powiecie. No tak, skoro sześć nut w ciągu trzech minut powtarza się kilkanaście razy, to innej opcji nie ma. Może i przy “All You Need Is Me” noga podskakuje (samoobserwacja), ale przynajmniej u mnie póki co decyduje głowa, ewentualnie to coś 25 cm niżej. Absurdalny patos w refrenie “It’s Not Your Birthday Anymore” i psie zawodzenie pod koniec krążka pozostawiam bez komentarza.
Nie obędzie się bez otwarcia furtki: jeśli komuś na sam dźwięk lekkiego przesteru przyspiesza puls, jeśli sama barwa głosu Morrisseya – bez wątpienia atut nad atuty – przyprawia o mrowienie na plecach, będzie bronił tej płyty i zasłuchiwał się w niej dniami i nocami. Rozumiem, bo gdyby David Sylvian przygotował dwugodzinny recytatyw na podstawie książki telefonicznej, i tak bym słuchał.
.
Andrew Bird - Noble Beast (Fat Possum)

Fiu fiu, dobry wstęp to już coś. Ale nie tylko o “Oh No”, świetne otwarcie czwartej płytki Birda, tutaj chodzi, bo i dalsze dziesięć minut muzyki nadzwyczaj się Amerykaninowi udało. Ale i podniosło poprzeczkę, którą potem niestety przeskoczy już jedynie “Not A Robot, But A Ghost”. Bo “potem”, co tu dużo mówić, jest poprawnie, tyle że XXI wiek to w muzyce nie są czasy niedoboru. Poprawność nie jest w cenie.
Dlatego poza tymi czterema bodaj utworami (z czternastu) w mojej opinii Birda broni nie tyle kompozycja – porównajcie go do Sufjana Stevensa, który w 74 minutach swojego ostatniego albumu nie pozostawił ani sekundy (!) bez pierwszorzędnej melodii, a zazwyczaj kilku naraz – co wyjątkowo dopracowanymi aranżami. Inaczej niż u Morrisseya, z nudniejszymi fragmentami można tu sobie poradzić bardzo łatwo. Wystarczy skupić się na brzmieniowych smaczkach i obserwować nieznającą granic, tapicerską wyobraźnię Birda, która każe mu posłać pizzicato skrzypiec w sukurs szarżującej perkusji.
Ale chociaż pomocników Birda, najprzeróżniejsze nawiązania gatunkowe i zmyślne instrumenty fajnie wymienia się w recenzjach i poniekąd są one jakąś tam wartością samą w sobie, to jednak podstawą piosenki powinno być coś, co pozwala się wydobyć nawet za pomocą samej tylko gitary akustycznej. Aranżacyjny rozmach wydaje się zresztą niemal oczywisty przy teoretycznym oraz (multi)instrumentalnym przygotowaniu Birda. Nigdy nie doczekamy się z jego strony kompletnej gafy, bo jest to człowiek czujący muzykę całościowo, a nie tylko w swoim wycinku miksu, i tym także różni się od Morrisseya. No i jest o 15 lat młodszy.
