Cuda, Wianki i hojny Kraków

27.02.2009 | 8 odpowiedzi

“Krakowskie Wianki, w luźnej formie nawiązujące do pogańskiego święta obchodzonego w dniu przesilenia letniego, należą do jednej z największych imprez plenerowych w Europie. Do najważniejszych atrakcji przedsięwzięcia można zaliczyć koncerty muzyki rozrywkowej, na których występują największe gwiazdy, zarówno polskie jak i zagraniczne (Jamiroquai, Lech Janerka, Marillion, Maryla Rodowicz). Lenny Kravitz to znany amerykański muzyk, multiinstrumentalista, autor tekstów, wokalista, słynący z tego z tego, że nagrywa swoje płyty praktycznie sam”.

I słynie z tego, że kasuje kuriozalne stawki – w tym wypadku 600 tys. dolarów. 2,2 mln zł. Jak widać Kraków i jego Biuro Festiwalowe kryzys też omija szerokim łukiem. Szkoda że nie przewidziałem tego siedem lat temu, może bym z Małopolski nie wyjeżdżał.

Pogrzebałem w urzędowych dokumentach i okazuje się, że na Leonę Lewis poszło 500 tys. euro, a Pussycat Dolls – 700 tys. euro. No i 70 tys. zł na… Natalię Kukulską. Trzy koncerty Kraftwerk za 300 tys. euro wyglądają przy tym na taniochę. Zaiste, królewskie miasto!

Kryzys podlewa, muzyka kwitnie

25.02.2009 | 1 odpowiedź

Ze źródeł zbliżonych do branżowych dochodzą słuchy, że w Stanach zainteresowanie koncertami wzrosło ostatnio o jakąś połowę. Czyżby sprawdzały się opinie, że w czasach kryzysu ludzie wracają do tego, co rzeczywiście czyni ich trochę szczęśliwszymi? Może to ci, którzy dotąd myśleli głównie o gromadzeniu majątku, z braku zajęcia – bo jak tu robić kasę w środku recesji – wracają do młodzieńczych pasji? Znaną jest teoria, że załamania gospodarcze potrafią wykrzesać więcej ognia także z samych artystów.

W Polsce aż tak wyraźnego boomu nie ma, ale agencje twierdzą, że kryzysu też ani widu, ani słychu. I nie chodzi tylko o lotniskowiec Madonny, która na pniu sprzedała bilety ze wszystkich kategorii poza niewyczerpywalną najgorszą (najszybciej rozeszły się te za 1100 zł!). Organizatorzy pewnie będą przesuwać siatkę ogradzającą pasy startowe, bo jest szansa na pobicie rekordu Michaela Jacksona z 1996 roku (120 tys. głów). Chociaż nie, na Jacksona bilety chodziły po 30-50 zł.

Marudzić nie przestają rzecz jasna koncerny płytowe, mają zresztą swoje powody. Sam kipię z niecierpliwości by zobaczyć, do czego doprowadzi wysyp kolejnych serwisów w rodzaju Spotify, które darmo lub za symboliczne kilka euro miesięcznie dają dostęp do setek tysięcy płyt (za zgodą samych wytwórni). Ale tacy Brytyjczycy są optymistami. Humor Geda Doherty’ego, szefa The Brits i jednocześnie prezesa angielskiego Sony, poprawia choćby fakt, że w szóstce najlepiej sprzedających się płyt ubiegłego roku aż cztery wypuścili Wyspiarze. Czy raczej Wyspiarki, bo poza Take That były to Duffy, Leona Lewis i Amy Winehouse (to ciągle “Back to Black” z 2006 roku!). Na to nakłada się brytyjski sukces na amerykańskich Grammy. Zjednoczone Królestwo kwitnie.

Oczywiście nadal w tonie jest narzekać na internet, ale pojawiają się już rewolucyjne pomysły, by za jednym zamachem zaradzić i piratom, i kryzysowi. Oto Josh Freese, bębniący niegdyś m.in. u Guns’n'Roses, Nine Inch Nails i Stinga, oferuje swoją nową płytę w 11 konfiguracjach cenowych, w tym jednej tak bardzo deluxe, że bardziej się nie da. Za 50 dolarów: płyta, koszulka i telefon dziękczynny od muzyka. Za 250 dolców dochodzą elementy perkusji i opcja wspólnego wyjścia na lunch. Uwaga: to edycja limitowana, tylko 25 zestawów. Potem są kolejne mniej lub bardziej zabawne opcje w cenach 1000-5000$: mycie samochodu, kręcenie filmu w komorze relaksacyjnej, masaż, wspólne pijaństwo i żebranie na ulicy, strzyżenie w wykonaniu Josha, pisanie piosenek w hołdzie nabywcy i wizyta w Disneylandzie – spróbujcie zgadnąć, którą pozycję zmyśliłem!

Tylko jeden szczęściarz ma szansę na opcję full wypas. Za okrągłe 75 tysiaków Freese weźmie cię na trasę koncertową, poświęci całą EP-kę historii twego życia, a na kolację jego żona osobiście przygotuje wam lasagne. Jaka szkoda, że wysoki kurs dolara wyeliminuje z wyścigu polskich fanów! No dobra, żarty żartami, a tymczasem Freese właśnie w błyskotliwy sposób urządza sobie darmową kampanię reklamową płyty, której najpewniej groziła kompletna klapa. Łapcie okazję, bo stawki za następny album będą dwukrotnie wyższe!

Wracając do koncertów: w cieniu kolejnych hucznych rewolucji trzęsących światem muzyki nagrywanej dokonuje się przełom w biznesie “live”. Połączenie Ticketmastera (kontroluje 2/3 rynku biletowego w USA i Wielkiej Brytanii, plus kontrakty koncertowe z dwiema setkami artystów) z Live Nation, które w ciągu zaledwie kilku lat wyewoluowało z agencji koncertowej w branżowego multiinstrumentalistę, będzie oznaczało bezprecedensowe zwinięcie kilkustopniowej drabinki w jeden szczebelek. Live Nation Entertainment stanie się jednocześnie agentem wykonawcy (Madonna, U2, Christina Aguilera, a za nimi dziki i barwny tłum), promotorem (organizatorem koncertów), właścicielem sali koncertowej, w której odbywa się występ (w Londynie Live Nation ponoć posiada lub administruje już wszystkimi “venues” z wyjątkiem Royal Albert Hall) oraz dystrybutorem biletów na ową imprezę. Cztery firmy w jednym! A gdy dodamy do tego jeszcze wydawanie płyt, jak to już jest w przypadku Jaya-Z…

Wcale nie żałuję firmie, że zamiast kasować około dziesiątej części urobku z biletów, zachowa w kieszeni dobrą połowę przychodów (reszta pójdzie na honoraria, pozwolenia, ubezpieczenia, podatki, ochronę, reklamy w prasie, bufet gwiazdy oraz na pokrycie wyrządzonych przez nią szkód). “Monopol wytwarza mniej i sprzedaje drożej” – uczył mnie na pierwszym roku studiów prof. Czarny (zawsze ubierał się na czarno), do dziś pamiętam.

Fine.

Slumdog Millionaire – Egzotyka ujarzmiona

22.02.2009 | 2 odpowiedzi

.

A.R. Rahman, M.I.A. - Slumdog Millionaire Soundtrack (N.E.E.T. 2008). A. R. Rahman / M.I.A. - Slumdog Millionaire (N.E.E.T.)

Ocena 4/6

Danny’ego Boyla bardziej nawet niż za “Trainspotting”  ceniłem dotąd za współpopełnienie “28 dni później”, wciąż w czołówce moich ulubionych filmów. Ale “Milionerem z ulicy” przeszedł samego siebie. Sporo i pięknie namieszał (nie tylko w kinie, bo i w samych Indiach), łącząc dwa odległe światy i dwóch nie mniej odległych sobie facetów. Za co, mam nadzieję, docenią go dziś w nocy na Oscarach, niech ma. Statuetka pewnie powędruje też do twórcy muzyki – także w mieszaniu się lubującego – skoro są na to aż trzy szanse: za cały krążek oraz pojedyncze utwory “O..Saya” i “Jai Ho”. Chyba że Akademia będzie wolała wykazać się oryginalnością i zadecydować inaczej niż konkurencyjna załoga z Hollywood przyznająca Złote Globy. Ale wówczas i Boyle nic nie dostanie, za to wszystko pójdzie, o zgrozo, dla Benjamina Buttona. [Aktualizacja: "Slumdog" dostał osiem statuetek - w tym za muzykę oraz "Jai Ho"].

Mistrz Bollywoodu, indyjski Timbaland, Mozart z Madras – przydomków do wyboru, do koloru. Niewątpliwie prawdziwy jest ten pierwszy, bo Allah Rakkha Rahman ma na koncie 130 bollywoodzkich ścieżek filmowych sprzedających się w setkach milionów egzemplarzy. Soundtrack do “Slumdoga” stworzył… w dwa tygodnie, chociaż miał na to dwa miesiące. Może dlatego, że wskazówki reżysera ograniczyły się do “something different and loud”. Podobno już sam soundtrack miał nieść społeczne przesłanie i pewnie tak udane spotkanie sprawnego hinduskiego rzemieślnika z wyrazistością muzycznej terrorystki z Londynu dla indyjskich muzyków może być ważnym sygnałem.

Najlepszy tu “Paper Planes” (nie jestem w stanie uwolnić się od tych pięciu wystrzałów) M.I.A. wprawdzie zaprezentowała nam już dwa lata temu na albumie “Kala” – a wcześniej częściowo podkradła The Clash – ale perełek jest tu znacznie więcej. Poza wspomnianymi nominacjami oskarowymi “O..Saya” czy żartobliwie traktowanym “Jai Ho”, są tu jeszcze “Ringa Ringa” z uroczym śpiewem Alki Yagnik oraz rewelacyjne gębowe wyczyny w “Liquid Dance”. Niestety nie brakuje i gniotów: niewiarygodnie kiczowate “Aaj Ki Raat” i “Dreams on Fire”, nudne “Millionaire” i “Latika’s Theme”. Jako całokształt jest to w sumie przykład na to, że nawet przy braku specjalnego wyczucia kompozytorskiego, samo łączenie stylistyk odległych geograficznie i czasowo daje pewną gwarancję ciekawego efektu i zwrócenia na się uwagi.
.


Fine.

Ze sceny patrząc, czyli debiut

20.02.2009 | 6 odpowiedzi

Time Cafe, 19.02.09, foto Krzyś M.W dziennikarskiej pracy zawsze ceniłem sobie doświadczenia aktywno-muzyczne: od rzępolenia na gitarze i pisania własnych utworów (daje pojęcie o szkielecie piosenek, rozumienie ich, czyli wyjście poza intuicyjne tylko wyczuwanie piękna; daje pojęcie o tym, jak trudno uniknąć banału, wtórności i sugerowania się), przez śpiewanie średniowiecznych dwu- i współczesnych czterogłosów w cudownie kameralnych składach (pomaga wgryźć się w harmonię, daje niezwykłą radość jej współtworzenia,  “klasyczne” rozumienie muzyki, i nieskończenie więcej), aż po zabawę w domową produkcję i miksowanie, szczególnie w ramach microgone. Znajomość kuchni absolutnie nie jest konieczna, ale pomaga – poszerza zakres obserwacji, ułatwia odnajdywanie przyczyn, sposobów, przepisów i trików, wreszcie pozwala wyłapywać cechy szczególne artystów na tym najniższym poziomie – począwszy od preferowanych akordów (wielu ma swoje ulubione, powracające przez całą ich karierę) i podejścia do melodii wokalu aż po efekty studyjne czy bilans miksu, często krytyczne dla odbioru muzyki (patrz: Animal Collective). “Fajnie to zrobili” wystarczy, by cieszyć się muzyką (i pisać o niej!), ale czasem człowiek chce się jeszcze dowiedzieć: jak? Jest to także najlepsza szkoła szacunku dla tych muzyków, którzy faktycznie potrafią:  grać, pisać, nagrywać.

W tej mojej układance brakowało jednego puzzla. Kilka godzin temu w końcu wydarzył się, trafił na swoje miejsce, wprawdzie w chaotyczny nieco sposób i od doskonałości jakże daleki, ale przy takiej publiczności – nawet mylić się jest przyjemnością większą, niż grać perfekcyjnie na stadionach! Pracowałem swego czasu przy organizacji koncertów, znam zaplecze i wiem co dzieje się po występach. Gwarantuję wam – jednocześnie dziękując winowajcom – takiego after-party mogliby mi pozazdrościć najlepsi, nie mówiąc już o nieprzerwanej fali życzliwości, która przez cały wieczór waliła w kierunku sceny.

Wracając do doświadczeń: pomijając kwestię nieprzeciętnego stresu i błogosławionego nań leku, jakim było kilkadziesiąt przez bitą godzinę uśmiechniętych twarzy, przychodzi mi jednak przychylniejszym okiem spojrzeć na teorię, która mi dotąd pachniała rockowym fundamentalizmem: że muzykiem w pełni czujesz się dopiero na scenie. Gdy żywy człowiek żywemu człowiekowi, gdy każdy dźwięk się liczy i nie ma odwrotu od rozpoczętej frazy, gdy każda myśl ma natychmiastowe przełożenie na mikrofon. Bądź jej brak – i tu chciałem przyznać się do pewnego olśnienia.

Dwa razy tego wieczoru przyłapałem się na bezmyślnym, dosyć mechanicznym odgrywaniu i odśpiewywaniu (kilka sekund, nikt mam nadzieję nie spostrzegł). Od razu poczułem się, jak gdybym oszukiwał – wszak ludzie liczą na zaangażowanie i emocje. Bo jeśli nie wykonawca, to kto? Od razu też przypomniałem sobie o Beirucie: rok temu Zach Condon znienacka anulował wszystkie koncerty, jako jedyny argument podając to, że nie jest w stanie zadbać o odpowiednią ich jakość – taką, jakiej oczekują fani. O co chodzi? Przecież z roku na rok brzmi coraz lepiej, ma wspaniałych ludzi, którym na scenie nie brakuje ani luzu, ani entuzjazmu, ani profesjonalizmu. Ano chodzi pewnie o te coraz liczniejsze zapewne momenty, gdy “oszukujesz”, odgrywając ten sam kawałek w identyczny sposób po raz siedemdziesiąty ósmy albo trzysta dwudziesty czwarty. Ciekawe jak to jest u jazzmanów.

Inne obserwacje pewnie będą jeszcze stopniowo wracały (poza taką, że to jednak frajda jest),  w tym dopisanie do “listy szanowanych” tych, którzy świetnie radzą sobie na scenie – dopiero teraz widzę, jak wiele pracy to wymaga i jak daleka to droga, chyba że ktoś się urodził, że się tak wyrażę, z soulem w duszy.

Dla tych, którzy pytali o setlistę, bohaterami wieczoru byli m.in. Beirut, Radiohead, Porcupine Tree, Sufjan Stevens, Tool (akustycznie!), Alanis Morissette, Johnny Cash (a pośrednio Bonnie “Prince” Billy), a przez minutę Yann Tiersen. Dziękuję.

Fine.

Wielcy maluczcy, czyli Morrissey i Andrew Bird

15.02.2009 | 17 odpowiedzi

Morrisey ? Years of Refusal (Universal, 2009).Morrissey – Years of Refusal (Universal)

Ocena 2/6

Jest jakaś pociecha w tym, że nawet wielcy wchodząc do studia stają się maluczcy. Obwarowani tonami sprzętu, z gwardią przybocznych inżynierów dźwięku, kiedy chwytają za gitarę i próbują sklecić niebanalny riff albo sensowną melodię, okazują się równie bezradni co ich nieopierzeni naśladowcy w przysłowiowych sypialniach.

Ta błyskotliwa myśl naszła mnie podczas oglądania minireportażu z nagrywania nowej płyty U2, w którym miny Adama Claytona i spółki zamiast artystycznej euforii chwilami wyrażają co najwyżej bezsilność.  Jeśli jakiś  czeski albo meksykański nastolatek, słuchając ich nowej płyty, zakrzyknie: “Przecież piszę lepsze piosenki!”, być może chwilę później zupełnie niesłusznie skarci się za megalomanię. (Oczywiście życzę U2, aby “No Line on the Horizon” było dziełem przełomowym, godnym Abbey Road i Olympic Studios, największych nakładów czasowych, a może i finansowych w historii grupy, no i zawracania głowy takim osobnikom jak Rick Rubin, Brian Eno i Daniel Lanois).

Zmierzamy tu nieuchronnie do Moza, który zestawu tak złych piosenek  chyba nigdy światu nie zaprezentował. Chociaż zbliża się do pięćdziesiątki i podejmuje desperackie próby odmładzania wizerunku, wiadomo, że na scenie dalej potrafi zaszaleć i powiedzieć parę ciekawych zdań dziennikarzom. Ale kiedy przychodzi do komponowania i ewaluacji rezultatów…

Proponuję prosty test: spróbujcie przesłuchać tę płytę w pełnym skupieniu, bez klikania albo ratowania się leżącą obok gazetą. Pojedynczo nowe kawałki Morrisseya może i wydają się sympatyczne. Ot, lekki radiowy rock, który ożywi z rana przy śniadaniu, a wieczorem w korku poprawi nastrój. Można poudawać, że kierownica to zestaw perkusyjny. Ale “Years of Refusal” sam na sam pozostawia już tylko wrażenie obcowania z pustą formą, i to nienajlepszą (cóż, producent Jerry Finn to specjalista od The Offspring i Green Day). Tylko ktoś z takim głosem, charyzmą i przeszłością może pozwalać sobie na taką nijakość kompozycji. Nie wsłuchiwałem się uważnie w teksty (i chyba nie będę, u mnie piosenka zaczyna się od muzyki), ale dziennikarze Guardiana to zrobili i ewidentnie żałują.

Jakieś wyczucie ma jeszcze Alain Whyte. EP-ka złożona z utworów przez niego podpisanych byłaby znośna, chociaż najlepsze na płycie “I’m Throwing My Arms Around Paris” to zasługa pana dyrektora Boza Boorera, na którym singlowy charakter wymusił konkret i zwięzłość. “Sorry Doesn’t Help” też wpada w ucho – powiecie. No tak, skoro sześć nut w ciągu trzech minut powtarza się kilkanaście razy, to innej opcji nie ma. Może i przy “All You Need Is Me” noga podskakuje (samoobserwacja), ale przynajmniej u mnie póki co decyduje głowa, ewentualnie to coś 25 cm niżej. Absurdalny patos w refrenie “It’s Not Your Birthday Anymore” i psie zawodzenie pod koniec krążka pozostawiam bez komentarza.

Nie obędzie się bez otwarcia furtki: jeśli komuś na sam dźwięk lekkiego przesteru przyspiesza puls, jeśli sama barwa głosu Morrisseya – bez wątpienia atut nad atuty – przyprawia o mrowienie na plecach, będzie bronił tej płyty i zasłuchiwał się w niej dniami i nocami. Rozumiem, bo gdyby David Sylvian przygotował dwugodzinny recytatyw na podstawie książki telefonicznej, i tak bym słuchał.

.

Andrew Bird - Noble Beast (Fat Possum, 2009)Andrew Bird - Noble Beast (Fat Possum)

Ocena: 3/6

Fiu fiu, dobry wstęp to już coś. Ale nie tylko o “Oh No”, świetne otwarcie czwartej płytki Birda, tutaj chodzi, bo i dalsze  dziesięć minut muzyki nadzwyczaj się Amerykaninowi udało. Ale i podniosło poprzeczkę, którą potem niestety przeskoczy już jedynie “Not A Robot, But A Ghost”. Bo “potem”, co tu dużo mówić, jest poprawnie, tyle że XXI wiek to w muzyce nie są czasy niedoboru. Poprawność nie jest w cenie.

Dlatego poza tymi czterema bodaj utworami (z czternastu) w mojej opinii Birda broni nie tyle kompozycja – porównajcie go do Sufjana Stevensa, który w 74 minutach swojego ostatniego albumu nie pozostawił ani sekundy (!) bez pierwszorzędnej melodii, a zazwyczaj kilku naraz  – co wyjątkowo dopracowanymi aranżami. Inaczej niż u Morrisseya, z nudniejszymi fragmentami można tu sobie poradzić  bardzo łatwo. Wystarczy skupić się na brzmieniowych smaczkach i obserwować nieznającą granic, tapicerską wyobraźnię Birda, która każe mu posłać pizzicato skrzypiec w sukurs szarżującej perkusji.

Ale chociaż pomocników Birda, najprzeróżniejsze nawiązania gatunkowe i zmyślne instrumenty fajnie wymienia się w recenzjach i poniekąd są one jakąś tam wartością samą w sobie, to jednak podstawą piosenki powinno być coś, co pozwala się wydobyć nawet za pomocą samej tylko gitary akustycznej. Aranżacyjny rozmach wydaje się zresztą niemal oczywisty przy teoretycznym oraz (multi)instrumentalnym przygotowaniu Birda. Nigdy nie doczekamy się z jego strony kompletnej gafy, bo jest to człowiek czujący muzykę całościowo, a nie tylko w swoim wycinku miksu, i tym także różni się od Morrisseya. No i jest o 15 lat młodszy.

Fine.

Wywiad: Joanna Newsom

12.02.2009 | 7 odpowiedzi

.

Joanna Newsom

Trzeciej płyty bajkowej harfistki wyglądam nawet bardziej niecierpliwie, niż wyczekiwałem trzeciego longplaya Antony’ego. Miałem cichą nadzieję, że tą spontaniczną rozmową wstrzelę się w ostatnie miksy nowego materiału Joanny Newsom, wyprzedzając przy okazji cały świat.

Na następczynię “Ys” przyjdzie nam jednak poczekać do następnej zimy i niewiele jeszcze o niej wiadomo, pozostało więc Kalifornijkę zapytać o rzeczy natury ogólnej (i zapomnieć o papierowej publikacji). Ale nie ma tego złego – potraktujmy niniejszą rozmowę jako inaugurację krótkich wywiadów “od czapy”, chociaż nie wiem, na ile blog muzyczny taką prasową formę lubi.

Gdyby nie muzyka – czym byś się zajmowała?

Joanna Newsom: Przez długi czas żyłam w przekonaniu, że moim powołaniem jest beletrystyka. Po  tym, jak dostałam się na college – a tuż przed tym, jak związałam się z Drag City i zabrałam się za mój pierwszy album – poważnie zastanawiałam się nad tym, czy nie zająć się zawodowo nauką angielskiego. To zasługa dwóch niezwykłych nauczycieli, którzy jeszcze w liceum rzucili na mnie swoistą lingwistyczną klątwę, zaszczepili mi miłość do języka. Zawsze ciągnęło mnie do takiej pracy, bo jako nauczycielka mogłabym towarzyszyć młodym ludziom w momencie, gdy kształtuje się ich intelektualne życie, gdy dopiero zaczynają doświadczać języka, literatury, pisania. I pomagać im zadurzyć się w słowach.

Muzyka nie odebrała ci tej pasji?

Nadal czerpię perwersyjną rozkosz z redagowania cudzych tekstów. I uwielbiam formę eseju. Kiedy rozmyślałam o mojej wymarzonej pracy – jeszcze zanim wszystko się zmieniło i zajęłam się muzyką – oprócz nauki angielskiego planowałam współpracować na boku z którymś z przeglądów literackich, dajmy na to “Virginia Woolf Review”. Ciągle mam gdzieś notatki do tekstu zatytułowanego, uwaga, “Symbolika koloru fioletoworóżowego w powieściach Nabokova”. Trzymam je na wypadek, gdyby kiedyś naszła mnie ochota dokończyć ten szkic.

Czyli literatura wciąż w tobie drzemie i tylko czeka na lepszy moment?

Myślę sobie, że gdy już doczekam się dzieci i zmęczę się tymi wszystkimi podróżami, zatroszczę się o odpowiednie papiery i spróbuję uczyć w lokalnym liceum. Niekiedy wydaje się, że życie jest bardzo długie i będziemy mieli czas na wszystko, co tylko będziemy chcieli robić. Kiedy indziej, słowo daję, wprost nie mogę uwierzyć, jak jest krótkie.

A co porabiasz w tej chwili? Czy twoje życie bardzo zmieniło się po sukcesie “Ys”?

Po ukazaniu się tej płyty sporo koncertowałam, w sumie dziesięć długich miesięcy. Ostatniej wiosny postanowiłem odpocząć i trochę pobyć u siebie. To było niezwykle przyjemne! Próbowałam udekorować i umeblować puste pokoje, no i uporządkować wreszcie moje domowe życie. I gotowałam, kiedy tylko się dało. Oczywiście każdego dnia pochylałam się także nad muzyką, próbowałam pisać nowe rzeczy.

Mówi się, że muzyczne wykształcenie potrafi zaszkodzić kreatywności. Ty wydajesz się być przykładem jego błogosławionego wpływu. A może masz z tym jakieś problemy?

Rzecz w tym, że nigdy nie byłam uczona w typowy, klasyczny sposób. Większość moich nauczycieli miało nietypowe, bardzo ekscentryczne podejście do muzyki. Lisa, moja pierwsza instruktorka gry na harfie, od samego początku uczyła mnie improwizacji i komponowania. Nigdy nie miałam do czynienia z surowymi, dogmatycznymi nauczycielami. A podejrzewam, że takie właśnie doświadczenia mogą później osłabić twoją kreatywność i sprawić, że czujesz się związany jakimiś regułami i klasyczną konwencją. Szczerze mówiąc czasem żałuję, że moje kształcenie zakończyło się tak szybko. Opuściłem college dokładnie w momencie, gdy zaczynaliśmy poznawać teorię muzyki. Harmonia diatoniczna, kontrapunkt i tak dalej. Chciałabym mieć o tym większe pojęcie!

Kiedy jesienią 2007 roku grałaś w Pradze, nie kusiło cię, by przy okazji wpaść do Polski?

Ależ bardzo chciałam! W ramach ostatniej trasy po Europie niemal się to udało. W końcu jednak koncert okazał się absolutnie niemożliwy logistycznie. Ale następnym razem będziemy nadrabiać zaległości!

.

Zobacz pierwszą część podsumowaniaDeser: koncertowa Cosmia

Fine.

Kapela ze wsi Warszawa – Infinity

09.02.2009 | 7 odpowiedzi

Kapela ze wsi Warszawa - Infinity (Kayax, 2009).Kapela ze wsi Warszawa ? Infinity (Kayax)

Ocena: 5/6

Koncert w Trójce przegapiłem i pewnie wypada to uznać za porażkę miesiąca (ktokolwiek był? ktokolwiek słyszał?). Tak jak koncerty jazzowe zawsze przypominają mi o znaczeniu słowa ?wirtuoz? – i o tym, że perkusja wcale nie musi być trzypiętrowa, by potrafiła zagrozić bębenkom – tak też występy Kapeli zawsze porządkują hierarchę odcieni nastrojowości. Tutaj do Warszawiaków nie umywają się nawet Skandynawowie.

Niby ?Wymiksowanie? cudzymi rękoma zapowiadało niespodzianki, ale ?Infinity? przynajmniej w dwóch momentach każe sprawdzić, czy w odtwarzaczu CD (taki żart) znajduje się właściwa płyta. W ?Sercu? sekstet poszerzony o Natalię Przybysz przechodzi sam siebie w kulturoznawczej pasji dowodzenia, że wszystkie nurty muzyki ludowej mają wspólne korzenie. Soul i słowiańska ludowszczyzna, czarna dusza i biała dusza, okazują się nagle starymi przyjaciółkami. Nie uwierzyłbym w sens takiego przedsięwzięcia, gdybym nie usłyszał, dlatego chociażby dla poszerzenia światopoglądu: trzeba posłuchać.

Druga niezwykłość na skalę światową i równie udany eksperyment to ?Baby Blues?, który wspiera Jan Trebunia-Tutka (najmłodszy syn tischnerowskiego Platona), czyli bab i chłopów wizyta w Delcie Missisippi. Trójkolorowe (u)kołysanie A jest tu jeszcze ?Pieśń Mądrego Dziecka? z tekstem Tymona Tymańskiego, temperamentem najbliższa poprzednim płytom Kapeli, są bity i skrecze w ?Chmielu?. Jest też utrzymane w filmowej poetyce – sprawka Tomasza Kukurby z równie fascynującego na żywo Kroke -  ?1.5 h (Półtorej Godziny)?. Przejście z surowych góralskich kwint w podniosłą harmonię refrenu każdorazowo wywołuje u mnie ciarki.

Jeśli ?Infinity? czymś potrafi zmęczyć, to zbytnim nasyceniem wokalnym. Wybaczcie dziewczyny, jesteście bezbłędne jak zawsze, ale nawet najbardziej perfekcyjne i umiejętnie zmiksowane chórki (popowo lśniąca produkcja to kolejna nowość) potrzebują oddechu, a ten daje słuchaczowi dopiero instrumentalna końcówka. Trzeba jednak przyznać, że ten duszny przepych  uczynił ?Infinity? najbardziej intensywną płytą w dorobku Kapeli. Inaczej niż poprzedniczki, nie hipnotyzuje ukradkiem, ale wciąż rozbudza, bezpośrednio trafiając w potrzebę estetycznego uniesienia i duchowej ślebody.

?Niezależnie czy mieszkasz w Japonii, Stanach, Anglii, Niemczech czy Polsce, stoją za Tobą pokolenia które niczym słoje w drewnie, odkładały swój kolejny ślad, w muzyce, sztuce, języku – słowem – kulturze? – pisze w przedmowie do płyty skrzypek Wojtek Krzak. Zapomniał dodać, że Kapela dokładając własny słój, równocześnie coraz głębiej wgryza się w to globalne multikulturowe drzewo. I najwyraźniej coraz bardziej im to smakuje.

Fine.

Późni soliści: Steven Wilson i Richard Barbieri

08.02.2009 | Skomentuj

Steven Wilson - Insurgentes (kScope, 2009).Steven Wilson ? Insurgentes (kscope)

Ocena 4/6

Każdy nowy projekt Wilsona oznaczał także nowy styl. A kiedy piosenki Blackfield zagroziły łagodniejszemu, popowemu obliczu Porcupine Tree, natychmiast zostało ono dociążone i rozciągnięte, czasowo i stylistycznie. ?Insurgentes?, pierwszy album studyjny który Wilson wydaje pod własnym imieniem i nazwiskiem  (bo ?solowe? były już ambientowy Bass Communion i awangardowy I.E.M), przynosi tu pewną odmianę. Jako całość wnosi sporo świeżości, ale gdy przyjrzeć się z bliska – okazuje się zbitką pomysłów, które bez trudu pomieściłyby już istniejące muzyczne instytucje. Innymi słowy, Wilson po raz pierwszy zakłada projekt nie dlatego, że jego artystyczna dusza dusi się w dotychczasowych ramach.

Osobiście stawiałem na dopełnienie idei ?Cover Single?,  serii dwuutworowych singli z jedną kompozycją zapożyczoną (Alanis Morissette, Abba, The Cure, Prince) i jedną autorską Wilsona. Krążków początkowo intymnych, przeważnie akustycznych i odartych z precyzyjnej produkcji, z czasem bardziej poszukujących. Takie momenty na ?Insurgentes? są, ale w odwrocie. Więcej tu kombinatoryki na pograniczu rocka, elektroniki i eksperymentu wszelakiego. Czasem przynosi to rezultaty chwytliwe i dosadne (?Harmony Korine?) albo wyjątkowo piękne (?Abandoner?, mój numer jeden), ale także męczące (?Salvaging?, ?No Twilight?) lub nijakie (?Only Child? i ?Significant Other?, które ratuje bezbłędna wokaliza w refrenie).

Mam przeczucie, że na te bardziej srogie fragmenty ?Insurgentes? pośredni wpływ miał Gavin Harrison. Będąc perkusistą technicznie wybitnym i nadzwyczaj wyrazistym, samą obecnością narzuca precyzyjne, intelektualne, a jednocześnie efekciarskie nastawienie: lepiej przywalić niż wyciszyć. Porównajcie kruchy początek ?Get All You Deserve? na łamiący się głos i pianino z impetem końcówki. Jak miłą odmianę przynoszą trzy banalne akordy zamykającego ?Insurgentes?.

Wypada odnotować obecność innych gości: Tony Levin, basista King Crimson i najbarwniejsza postać na koncertach Petera Gabriela, japoński specjalista od koto Michiyo Yagi oraz saksofonista/flecista Theo Travis. W zasadzie brakuje tylko Roberta Frippa. Znakomity gospodarz, znakomici goście, ale impreza nie do końca się klei.

.

Richard Barbieri - Stranger Inside (kScope, 2008)Richard Barbieri ? Stranger Inside (kscope)

Ocena: 3/6

Steven Wilson ćwierć wieku zbierał odwagę, zanim zaryzykował własnym nazwiskiem. Ale to nic przy jego starszym koledze z Porcupine Tree. Richard Barbieri zaczynał z grupą Japan w 1976 roku, a swój pierwszy solowy album wydał dopiero w roku… 2005. ?Things Buried? było majstersztykiem muzyki programowanej: kompletnym, różnorodnym, wciągającym. Profesor od syntezatorów zadbał wówczas nie tylko o rozmach barw i krystaliczne brzmienie, ale również o najzwyklejszą muzyczną estetykę.

Swój drugi album nagrał niemal ekspresowo. Efekt? Zaledwie poprawna powtórka koncepcji znacznie lepiej rozwiniętych na solowym debiucie. Błyskotliwe pętle perkusyjne, które wcześniej rozwijały przed Barbierim ogrom możliwości, w przypadku ?Stranger Inside? zdają się więzić go przez długie minuty, ledwie od czasu do czasu wciśnie tu i ówdzie jakiś ozdobnik. Ktokolwiek zaprogramował kiedyś powalającą (przynajmniej jego samego) pętlę perkusyjną, doskonale wie, że takie odkrycie nader często bywa przekleństwem, od którego przez długie tygodnie nie sposób się uwolnić. W takich momentach docenia się kunszt Massive Attack.

Barbieri co krok wpada w tę pułapkę, a w rytmicznym zniewoleniu zapomina o jakichkolwiek melodiach, o czymś takim jak fabuła albumu i dawkowanie napięcia – ewentualnie wpada w tani patos (?Cave?). Ciekawostkowego, jednorazowego charakteru płyty nie zmieniają ani manipulacje głosami żony Suzanne Barbieri i Tima Bownessa, ani obecność Steve’a Jansensa jako współaranżera. Już lepiej sięgnąć po zapis którejś z ich licznych kolaboracji z lat 90.

Fine.

Książka: Steve Lopez – Solista

05.02.2009 | Skomentuj

Steve Lopez - Solista (Wydawnictwo Twój Styl)Steve Lopez ? Solista
Wydawnictwo Twój Styl, Warszawa 2008, 348 stron, 28 zł

Ocena 4/6

?Ma na sobie łachmany, stoi na ruchliwym rogu ulicy i gra Beethovena na obdrapanych skrzypcach, które wyglądają, jakby je wyciągnął z kubła na śmieci?. Na pudle podniszczonego instrumentu wyskrobał napis ?Stevie Wonder?, wokół szyi zawinął żółto-czarną policyjną taśmę z napisem ?Do Not Cross?.

Każdy człowiek ma swoją historię – tylko dzięki tej dziennikarskiej dewizie Steve Lopez, felietonista ?Los Angeles Times?, nie minął Nathaniela Ayersa tak samo obojętnie jak robiły to codziennie dziesiątki tysięcy mieszkańców Miasta Aniołów. Po zamianie kilku słów z bezdomnym muzykiem Lopez ruszył dalej, ale potem już regularnie wracał. Oswajał się z Ayersem (a raczej Ayersa ze sobą), jednocześnie uczynił go bohaterem swoich felietonów. I tak przez dwa lata wspólnie ze swoimi czytelnikami stopniowo odkrywał, że ma do czynienia z wybitnym muzykiem: skrzypkiem, wiolonczelistą, kontrabasistą i pianistą, byłym studentem słynnego nowojorskiego konserwatorium Juilliarda. Znawcą muzyki klasycznej i wyznawcą Beethovena, mimo swojego społecznego upadku świetnie orientującego się w świecie wykonawców i dyrygentów. Wreszcie człowieka, któremu najznamienitsi pozazdroszczą oddania muzyce.

Nathaniela Ayersa wykończył właśnie Juilliard. A konkretnie największa na świecie presja w tej najsłynniejszej szkole artystycznej świata, w której jeden moment nieuwagi może kosztować utratę wieloletniego dorobku. Opisana przez Lopeza historia jest nie tylko prawdziwa, ale dzięki bazie w postaci gazetowych felietonów – nadzwyczaj szczegółowa, pełna drobnych zdarzeń i autentycznych rozmów, sporów, próśb. W skali makro rozgrywa się zaś na trzech co najmniej poziomach.

Nathaniel Ayers (źródło: startribune.com)U podstawy znajduje się historia Nathaniela, który dzięki cierpliwej pomocy Lopeza powoli rezygnuje z życia na ulicy (znalazł się tam dobrowolnie) na rzecz stałych wizyt w pobliskiej Disney Hall, która jest dla niego muzycznym odpowiednikiem Mount Everestu. Kiedy przychodzi mu uścisnąć rękę samemu Yo-Yo Ma (to on przygrywał Barackowi Obamie podczas prezydenckiej inauguracji), kiedy Yo-Yo użycza mu na chwilę wiolonczeli, widzimy jak 50-letnie mu dziecku spełniają się marzenia. A na jego przykładzie obserwujemy, jak w USA ewoluuje podejście do psychicznie chorych – od faszerowania ich psychotropami po szukanie ludzkiej duszy w zagubionym ciele.

Wokół Nathaniela rozgrywają się losy Steve’a Lopeza, któremu muzyk w równym stopniu odmienia życie, co dziennikarz spotykanemu w tunelu skrzypkowi. Z niezbyt komfortowej sytuacji, w której Lopezowi nie wypadało pisać o sobie jako o bohaterze, chociaż bohaterem jest, pisarz wybrnął nieźle. Nie kryje ani swoich sukcesów, ani kompletnych porażek. Tych ostatnich jest sporo, bo z objęć ulicy Nathaniel pozwala się wyciągać w tempie adagio molto, nie bez kroków wstecz.

Wreszcie muzyka: na wskroś przenika całą tę historię, jest jej tworzywem, przyczyną i skutkiem zarazem. Oplata losy obu bohaterów – w pewnym momencie odbijają się one echem nawet w ratuszu Los Angeles – ale i sama powieść jej obecności zawdzięcza swój urok. Że już nie wspomnę o nagłej ochocie na wizytę w filharmonii, która nachodzi po zakończeniu lektury i już trzyma na dobre.

Perypetiami niezwykłego muzyka zainteresowała się wytwórnia Dream Works i już w tym roku zobaczymy ?Solistę? na wielkim ekranie – światową premierę zapowiedziano na koniec kwietnia. Nie powinno być źle, bo reżyserią zajął się Joe Wright (?Pokuta?, ?Duma i uprzedzenie?), a Jamie Foxx, któremu powierzono rolę głównego bohatera, powinien stanąć na wysokości zadania.

A co dziś słychać u samego Nathaniela, kolejne dwa lata później? A jakże: gra. Od niedawna nawet na trąbce.

Fine.

Dälek, Squarepusher, Jaydiohead

02.02.2009 | 3 odpowiedzi

Dälek - Gutter Tactics (Ipecac, 2009). Dälek ? Gutter Tactics (Ipecac)

Ocena 2/6

- What Malcolm X said when he got silenced by Elijah Muhammad was in fact true. America’s chickens… – krzyczy pastor Reverend Jeremiah Wright. Publiczność nawet nie czeka z oklaskami, aż Wright dokończy zdanie (…are coming home to roost) i zacznie co do jednego wyliczać liczne hipokryzje Amerykanów. Półtoraminutowe otwarcie ?Gutter Tactics? to  najlepszy fragment płyty, za którym zatęsknicie już po kilku kolejnych utworach.

Muzykę współtworzoną z producentem Oktopusem MC Dälek lubi nazywać hip-hopem w czystej formie, ale wszyscy wiemy, że zalicza się do tej samej ponadhiphopowej elity co cLOUDDEAD. ?Hip-hop dla tych, którzy nienawidzą hip-hopu? – powiadają krytycy, ale to określenie z kolei bojkotuje sam raper i ma w tym niemało racji. Bo jeśli komuś nie po drodze z typowymi raperami, to nijak nie zniesie też muzyków tak upolitycznionych jak duet z New Jersey. I to nawet gdyby swoje gorzkie przesłanie ubrali w chillout, a nie posępne, eksperymentalne aranże wymykające się gatunkowym podziałom.

Piąty album w dziesięcioletniej karierze Dälek przywraca hip-hopowi z wschodniego wybrzeża dosadność i polityczny ciężar. Dla młodych Amerykanów w okresie dziejowej Zmiany będzie to płyta ciekawa i ważna, chociaż same rozliczenia są spóźnione o kilka lat. A przynajmniej o jedno głosowanie, którego rezultat wszelako nie zrobił na MC Däleku specjalnego wrażenia: ?A black president don’t ensure the sunshine?.

Problem w tym, że jakoś mnie te wszystkie żale nieszczególnie ruszają. Moich odległych kuzynów w Stanach nie widziałem na oczy, szukam więc za tą rozliczeniową zasłoną dymną samej muzyki. A ta – w przeciwieństwie do ciętego języka MC Däleka – uległa stępieniu. Oktopus wykazuje zadziwiającą obojętność na wysiłki produkującego się partnera.  Bywa, że go zagłusza. Można więc odnieść wrażenie, że uprzednio sam przygotował podkłady, a rapowanki dograno później. Te zresztą, jakkolwiek ze wszech miar rasowe, bazują na jednym i tym samym pomyśle, więc wpadamy w monotonię podwójną. Co na to sam MC Dälek? – I don?t give a shit if you find me mildly entertaining – mówi przewidująco, co by znaczyło, że zgrzeszył świadomie.

Squarepusher - Numbers Lucent EP (Warp, 2009). Squarepusher ? Numbers Lucent EP (Warp)

Ocena: 3/6

Groźbie zafiksowania się na własnej specjalności Tom Jenkinson kilka miesięcy temu sprytnie umknął, wkraczając na obcy sobie teren chwytliwych melodii i stabilnych rytmów. Ubiegłoroczny ?Just a Souvenir? był pierwszą płytą w dorobku Squarepushera, którą bez większych obaw mogłem puszczać w obecności przypadkowych osób. Długo zastanawiałem się, jak zdołał sobie poradzić bez perkusyjno-basowych akrobacji, swojej  głównej specjalności. Odwyk? Zdrada?

Płonne nadzieje/obawy. Próbując dotrzeć do mas (taki żart), Jenkinson wprawdzie oczyścił ostatni longplay z drum’n'base’owych łamańców, ale znalazł dla nich schronienie na tej oto kolorowej EP-ce. Destrukcyjna natura Jenkinsona znów złowrogo wyziera z głośników i nagle czujemy, że wszystko jest na swoim miejscu. Przynajmniej przez chwilę, bo gdy już umysł pozbiera się po entropii ?Illegal Dustbin?, musi nadejść ta zgorzkniała myśl: ale to już było.

Minty Fresh Beats - Jaydiohead (www.jaydiohead.com, 2009). Minty Fresh Beats ? Jaydiohead (www.jaydiohead.com)

Ocena 4/6

Nie przepadam za remiksami, kowerami, w ogóle muzycznym recyklingiem. Ale Max Tannone nie miesza tylko dla zabawy, popisu czy też udowodnienia kolegom z didżejskiego podziemia, że Radiohead i Jay-Z powinni grać w jednym zespole. (Ten ostatni pasuje resztą do wszystkiego, co udowodnił sensei Danger Mouse i jego uczniowie). Tannone tworzy nową jakość, kawał dobrej muzyki jakiej świat jeszcze nie znał. Robi to na tyle błyskotliwie, że niejeden rockowy czy hiphopowy nowicjusz da się nabrać, iż Brytyjczycy faktycznie spotkali się z brooklińskim raperem na wspólnej sesji.

Zasadnicza przyjemność obcowania z ?Jaydiohead? to oczywiście szansa usłyszenia znanych na pamięć motywów Radiohead w nowym kontekście. Tanonne sprawił, że jeszcze bardziej doceniłem bogactwo ich instrumentalnych pomysłów, o jeden szczebel podniosło się też uznanie dla Jaya-Z. Trochę się tylko o Maksa martwię, bo dosyć mocno wykroczył poza ramy ?dozwolonego cytatu?.

Fine.