RSS

Późni soliści: Steven Wilson i Richard Barbieri

08.02.2009 | Skomentuj

Steven Wilson - Insurgentes (kScope, 2009).Steven Wilson - Insurgentes (kscope)

Ocena 4/6

Każdy nowy projekt Wilsona oznaczał także nowy styl. A kiedy piosenki Blackfield zagroziły łagodniejszemu, popowemu obliczu Porcupine Tree, natychmiast zostało ono dociążone i rozciągnięte, czasowo i stylistycznie. „Insurgentes”, pierwszy album studyjny który Wilson wydaje pod własnym imieniem i nazwiskiem  (bo „solowe” były już ambientowy Bass Communion i awangardowy I.E.M), przynosi tu pewną odmianę. Jako całość wnosi sporo świeżości, ale gdy przyjrzeć się z bliska – okazuje się zbitką pomysłów, które bez trudu pomieściłyby już istniejące muzyczne instytucje. Innymi słowy, Wilson po raz pierwszy zakłada projekt nie dlatego, że jego artystyczna dusza dusi się w dotychczasowych ramach.

Osobiście stawiałem na dopełnienie idei „Cover Single”,  serii dwuutworowych singli z jedną kompozycją zapożyczoną (Alanis Morissette, Abba, The Cure, Prince) i jedną autorską Wilsona. Krążków początkowo intymnych, przeważnie akustycznych i odartych z precyzyjnej produkcji, z czasem bardziej poszukujących. Takie momenty na „Insurgentes” są, ale w odwrocie. Więcej tu kombinatoryki na pograniczu rocka, elektroniki i eksperymentu wszelakiego. Czasem przynosi to rezultaty chwytliwe i dosadne („Harmony Korine”) albo wyjątkowo piękne („Abandoner”, mój numer jeden), ale także męczące („Salvaging”, „No Twilight”) lub nijakie („Only Child” i „Significant Other”, które ratuje bezbłędna wokaliza w refrenie).

Mam przeczucie, że na te bardziej srogie fragmenty „Insurgentes” pośredni wpływ miał Gavin Harrison. Będąc perkusistą technicznie wybitnym i nadzwyczaj wyrazistym, samą obecnością narzuca precyzyjne, intelektualne, a jednocześnie efekciarskie nastawienie: lepiej przywalić niż wyciszyć. Porównajcie kruchy początek „Get All You Deserve” na łamiący się głos i pianino z impetem końcówki. Jak miłą odmianę przynoszą trzy banalne akordy zamykającego „Insurgentes”.

Wypada odnotować obecność innych gości: Tony Levin, basista King Crimson i najbarwniejsza postać na koncertach Petera Gabriela, japoński specjalista od koto Michiyo Yagi oraz saksofonista/flecista Theo Travis. W zasadzie brakuje tylko Roberta Frippa. Znakomity gospodarz, znakomici goście, ale impreza nie do końca się klei.

.

Richard Barbieri - Stranger Inside (kScope, 2008)Richard Barbieri - Stranger Inside (kscope)

Ocena: 3/6

Steven Wilson ćwierć wieku zbierał odwagę, zanim zaryzykował własnym nazwiskiem. Ale to nic przy jego starszym koledze z Porcupine Tree. Richard Barbieri zaczynał z grupą Japan w 1976 roku, a swój pierwszy solowy album wydał dopiero w roku… 2005. „Things Buried” było majstersztykiem muzyki programowanej: kompletnym, różnorodnym, wciągającym. Profesor od syntezatorów zadbał wówczas nie tylko o rozmach barw i krystaliczne brzmienie, ale również o najzwyklejszą muzyczną estetykę.

Swój drugi album nagrał niemal ekspresowo. Efekt? Zaledwie poprawna powtórka koncepcji znacznie lepiej rozwiniętych na solowym debiucie. Błyskotliwe pętle perkusyjne, które wcześniej rozwijały przed Barbierim ogrom możliwości, w przypadku „Stranger Inside” zdają się więzić go przez długie minuty, ledwie od czasu do czasu wciśnie tu i ówdzie jakiś ozdobnik. Ktokolwiek zaprogramował kiedyś powalającą (przynajmniej jego samego) pętlę perkusyjną, doskonale wie, że takie odkrycie nader często bywa przekleństwem, od którego przez długie tygodnie nie sposób się uwolnić. W takich momentach docenia się kunszt Massive Attack.

Barbieri co krok wpada w tę pułapkę, a w rytmicznym zniewoleniu zapomina o jakichkolwiek melodiach, o czymś takim jak fabuła albumu i dawkowanie napięcia – ewentualnie wpada w tani patos („Cave”). Ciekawostkowego, jednorazowego charakteru płyty nie zmieniają ani manipulacje głosami żony Suzanne Barbieri i Tima Bownessa, ani obecność Steve’a Jansensa jako współaranżera. Już lepiej sięgnąć po zapis którejś z ich licznych kolaboracji z lat 90.

Fine.

Książka: Steve Lopez – Solista

05.02.2009 | Skomentuj

Steve Lopez - Solista (Wydawnictwo Twój Styl)Steve Lopez – Solista
Wydawnictwo Twój Styl, Warszawa 2008, 348 stron, 28 zł

Ocena 4/6

„Ma na sobie łachmany, stoi na ruchliwym rogu ulicy i gra Beethovena na obdrapanych skrzypcach, które wyglądają, jakby je wyciągnął z kubła na śmieci”. Na pudle podniszczonego instrumentu wyskrobał napis „Stevie Wonder”, wokół szyi zawinął żółto-czarną policyjną taśmę z napisem „Do Not Cross”.

Każdy człowiek ma swoją historię – tylko dzięki tej dziennikarskiej dewizie Steve Lopez, felietonista „Los Angeles Times”, nie minął Nathaniela Ayersa tak samo obojętnie jak robiły to codziennie dziesiątki tysięcy mieszkańców Miasta Aniołów. Po zamianie kilku słów z bezdomnym muzykiem Lopez ruszył dalej, ale potem już regularnie wracał. Oswajał się z Ayersem (a raczej Ayersa ze sobą), jednocześnie uczynił go bohaterem swoich felietonów. I tak przez dwa lata wspólnie ze swoimi czytelnikami stopniowo odkrywał, że ma do czynienia z wybitnym muzykiem: skrzypkiem, wiolonczelistą, kontrabasistą i pianistą, byłym studentem słynnego nowojorskiego konserwatorium Juilliarda. Znawcą muzyki klasycznej i wyznawcą Beethovena, mimo swojego społecznego upadku świetnie orientującego się w świecie wykonawców i dyrygentów. Wreszcie człowieka, któremu najznamienitsi pozazdroszczą oddania muzyce.

Nathaniela Ayersa wykończył właśnie Juilliard. A konkretnie największa na świecie presja w tej najsłynniejszej szkole artystycznej świata, w której jeden moment nieuwagi może kosztować utratę wieloletniego dorobku. Opisana przez Lopeza historia jest nie tylko prawdziwa, ale dzięki bazie w postaci gazetowych felietonów – nadzwyczaj szczegółowa, pełna drobnych zdarzeń i autentycznych rozmów, sporów, próśb. W skali makro rozgrywa się zaś na trzech co najmniej poziomach.

Nathaniel Ayers (źródło: startribune.com)U podstawy znajduje się historia Nathaniela, który dzięki cierpliwej pomocy Lopeza powoli rezygnuje z życia na ulicy (znalazł się tam dobrowolnie) na rzecz stałych wizyt w pobliskiej Disney Hall, która jest dla niego muzycznym odpowiednikiem Mount Everestu. Kiedy przychodzi mu uścisnąć rękę samemu Yo-Yo Ma (to on przygrywał Barackowi Obamie podczas prezydenckiej inauguracji), kiedy Yo-Yo użycza mu na chwilę wiolonczeli, widzimy jak 50-letnie mu dziecku spełniają się marzenia. A na jego przykładzie obserwujemy, jak w USA ewoluuje podejście do psychicznie chorych – od faszerowania ich psychotropami po szukanie ludzkiej duszy w zagubionym ciele.

Wokół Nathaniela rozgrywają się losy Steve’a Lopeza, któremu muzyk w równym stopniu odmienia życie, co dziennikarz spotykanemu w tunelu skrzypkowi. Z niezbyt komfortowej sytuacji, w której Lopezowi nie wypadało pisać o sobie jako o bohaterze, chociaż bohaterem jest, pisarz wybrnął nieźle. Nie kryje ani swoich sukcesów, ani kompletnych porażek. Tych ostatnich jest sporo, bo z objęć ulicy Nathaniel pozwala się wyciągać w tempie adagio molto, nie bez kroków wstecz.

Wreszcie muzyka: na wskroś przenika całą tę historię, jest jej tworzywem, przyczyną i skutkiem zarazem. Oplata losy obu bohaterów – w pewnym momencie odbijają się one echem nawet w ratuszu Los Angeles – ale i sama powieść jej obecności zawdzięcza swój urok. Że już nie wspomnę o nagłej ochocie na wizytę w filharmonii, która nachodzi po zakończeniu lektury i już trzyma na dobre.

Perypetiami niezwykłego muzyka zainteresowała się wytwórnia Dream Works i już w tym roku zobaczymy „Solistę” na wielkim ekranie – światową premierę zapowiedziano na koniec kwietnia. Nie powinno być źle, bo reżyserią zajął się Joe Wright („Pokuta”, „Duma i uprzedzenie”), a Jamie Foxx, któremu powierzono rolę głównego bohatera, powinien stanąć na wysokości zadania.

A co dziś słychać u samego Nathaniela, kolejne dwa lata później? A jakże: gra. Od niedawna nawet na trąbce.

Fine.

Dälek, Squarepusher, Jaydiohead

02.02.2009 | 3 odpowiedzi

Dälek - Gutter Tactics (Ipecac, 2009). Dälek – Gutter Tactics (Ipecac)

Ocena 2/6

- What Malcolm X said when he got silenced by Elijah Muhammad was in fact true. America’s chickens… – krzyczy pastor Reverend Jeremiah Wright. Publiczność nawet nie czeka z oklaskami, aż Wright dokończy zdanie (…are coming home to roost) i zacznie co do jednego wyliczać liczne hipokryzje Amerykanów. Półtoraminutowe otwarcie „Gutter Tactics” to  najlepszy fragment płyty, za którym zatęsknicie już po kilku kolejnych utworach.

Muzykę współtworzoną z producentem Oktopusem MC Dälek lubi nazywać hip-hopem w czystej formie, ale wszyscy wiemy, że zalicza się do tej samej ponadhiphopowej elity co cLOUDDEAD. „Hip-hop dla tych, którzy nienawidzą hip-hopu” – powiadają krytycy, ale to określenie z kolei bojkotuje sam raper i ma w tym niemało racji. Bo jeśli komuś nie po drodze z typowymi raperami, to nijak nie zniesie też muzyków tak upolitycznionych jak duet z New Jersey. I to nawet gdyby swoje gorzkie przesłanie ubrali w chillout, a nie posępne, eksperymentalne aranże wymykające się gatunkowym podziałom.

Piąty album w dziesięcioletniej karierze Dälek przywraca hip-hopowi z wschodniego wybrzeża dosadność i polityczny ciężar. Dla młodych Amerykanów w okresie dziejowej Zmiany będzie to płyta ciekawa i ważna, chociaż same rozliczenia są spóźnione o kilka lat. A przynajmniej o jedno głosowanie, którego rezultat wszelako nie zrobił na MC Däleku specjalnego wrażenia: „A black president don’t ensure the sunshine”.

Problem w tym, że jakoś mnie te wszystkie żale nieszczególnie ruszają. Moich odległych kuzynów w Stanach nie widziałem na oczy, szukam więc za tą rozliczeniową zasłoną dymną samej muzyki. A ta – w przeciwieństwie do ciętego języka MC Däleka – uległa stępieniu. Oktopus wykazuje zadziwiającą obojętność na wysiłki produkującego się partnera.  Bywa, że go zagłusza. Można więc odnieść wrażenie, że uprzednio sam przygotował podkłady, a rapowanki dograno później. Te zresztą, jakkolwiek ze wszech miar rasowe, bazują na jednym i tym samym pomyśle, więc wpadamy w monotonię podwójną. Co na to sam MC Dälek? – I don’t give a shit if you find me mildly entertaining – mówi przewidująco, co by znaczyło, że zgrzeszył świadomie.

Squarepusher - Numbers Lucent EP (Warp, 2009). Squarepusher - Numbers Lucent EP (Warp)

Ocena: 3/6

Groźbie zafiksowania się na własnej specjalności Tom Jenkinson kilka miesięcy temu sprytnie umknął, wkraczając na obcy sobie teren chwytliwych melodii i stabilnych rytmów. Ubiegłoroczny „Just a Souvenir” był pierwszą płytą w dorobku Squarepushera, którą bez większych obaw mogłem puszczać w obecności przypadkowych osób. Długo zastanawiałem się, jak zdołał sobie poradzić bez perkusyjno-basowych akrobacji, swojej  głównej specjalności. Odwyk? Zdrada?

Płonne nadzieje/obawy. Próbując dotrzeć do mas (taki żart), Jenkinson wprawdzie oczyścił ostatni longplay z drum’n'base’owych łamańców, ale znalazł dla nich schronienie na tej oto kolorowej EP-ce. Destrukcyjna natura Jenkinsona znów złowrogo wyziera z głośników i nagle czujemy, że wszystko jest na swoim miejscu. Przynajmniej przez chwilę, bo gdy już umysł pozbiera się po entropii „Illegal Dustbin”, musi nadejść ta zgorzkniała myśl: ale to już było.

Minty Fresh Beats - Jaydiohead (www.jaydiohead.com, 2009). Minty Fresh Beats - Jaydiohead (www.jaydiohead.com)

Ocena 4/6

Nie przepadam za remiksami, kowerami, w ogóle muzycznym recyklingiem. Ale Max Tannone nie miesza tylko dla zabawy, popisu czy też udowodnienia kolegom z didżejskiego podziemia, że Radiohead i Jay-Z powinni grać w jednym zespole. (Ten ostatni pasuje resztą do wszystkiego, co udowodnił sensei Danger Mouse i jego uczniowie). Tannone tworzy nową jakość, kawał dobrej muzyki jakiej świat jeszcze nie znał. Robi to na tyle błyskotliwie, że niejeden rockowy czy hiphopowy nowicjusz da się nabrać, iż Brytyjczycy faktycznie spotkali się z brooklińskim raperem na wspólnej sesji.

Zasadnicza przyjemność obcowania z „Jaydiohead” to oczywiście szansa usłyszenia znanych na pamięć motywów Radiohead w nowym kontekście. Tanonne sprawił, że jeszcze bardziej doceniłem bogactwo ich instrumentalnych pomysłów, o jeden szczebel podniosło się też uznanie dla Jaya-Z. Trochę się tylko o Maksa martwię, bo dosyć mocno wykroczył poza ramy „dozwolonego cytatu”.

Fine.