Cyklon wokalny i dmuchane kłamstwa
. Neko Case – Middle Cyclone (Anti-)
![]()
Nie zrobiła na mnie specjalnego wrażenia ani kompozycjami, ani brzmieniem – tak dopracowanym, że aż nie ma na czym ucha zawiesić – więc nie będę jej reklamował bardzo wysoką oceną. Zachwyciła mnie jednym: swoim głosem. Bo tak czystego, dokładnego aż do mikrotonów śpiewu w muzyce popularnej dawno nie spotkałem. A przy tym ani śladu interwencji Auto-Tune. Jeśli pojawia się gliss, to w pełni kontrolowany, jeśli niedociągnięcie, to ewidentnie zamierzone. Dlatego od dziwo wkurzają mnie chórki zaciemniające tę chirurgiczną precyzję – sam się sobie dziwię, wszak harmonie wokalne to jedna z moich obsesji. I dlatego w kółko mogę słuchać przeciętnego pod innymi względami „Magpie to the Morning”, nie mówiąc o zupełnie zgrabnych już piosenkach „Prison Girls” i „The Pharoahs”.
Gorzej z melodiami, emocjami, z nastrojem nawet – tutaj Neko osiąga co najwyżej średnią stanową (Dave Matthews trochę podniósł poprzeczkę, Missy Elliott i Timbaland na szczęście nie są dla niej konkurencją). Ma to, jak zauważyło Mojo, taką zaletę, że płyta się szybko nie zużywa. Ale to dla mnie żaden argument, bo tłumy artystów wszelakich od The Beach Boys po Sufjana Stevensa pokazali, że rozkoszne melodie wcale nie muszą skracać terminu przydatności do spożycia. Mam tylko dwie rady: jeśli (jak ja) nie znajdziecie tutaj porywającej treści, smakujcie formę, bo słuchanie solowego głosu Neko Case to jak wystawianie twarzy na promienie słońca. Opcja druga: przeskoczcie od razu do ostatniego utworu i cieszcie się 30 minutami rasowego field music.
. White Lies – To Lose My Life… (Fiction)
Nie potrafię się ucieszyć „grupą przypominającą Editors i Interpol”, czyli naśladowcami naśladowców, sorry. Tym bardziej, że już do tych wspomnianych kapel miałem mocno ambiwalentny stosunek. To że wydają w wytwórni założonej przez The Cure też nie jest bez znaczenia, za to nijak nie słyszę tu echa Echo & the Bunnymen. Śladowego talentu im nie odmawiam: melodia „To Lose My Life” oraz produkcja „Farewell to the Fairground” faktycznie się londyńczykom udały i pewnie daleko na tej radiowej parze dojadą, ale…
Ale kiedyś przychodzi sprawdzić się na długim dystansie. Wówczas White Lies okazują się kolejną muzyczną bańką spekulacyjną, którą panowie z BBC napompowali swoją noworoczną prognozą, powtórzoną tysiące razy w 143 krajach. Kojarzycie Lady GaGa? No właśnie, samosprawdzająca się przepowiednia. Co gorsza, na liście czeka jeszcze kilkanaście „wschodzących gwiazd”. Kolejny raz zasady ekonomii można wykorzystać do tego, by wyekstrapolować (kocham to słowo) nadchodzące trendy muzyczne. Wracając do Białych, nomen omen, Kłamstw: można wykonywać chłodną muzykę z gorącym sercem. White Lies po prostu poprawnie uderzają w struny. Z dmuchaniem w nie w wykonaniu wokalisty już się z tą „poprawnością” wstrzymam.
![]()










Mnie w rozszczepieniu „Aliny”, najcichszego, najbardziej medytacyjnego i pewnie najpiękniejszego dzieła Estończyka pomogło usłyszenie jej w kinie. „Für Alina” miało być ścieżką do filmu Gusa Van Santa, ale dla mnie to „Gerry” był półtoragodzinnym teledyskiem do fortepianowego opusu (jakże to słowo nie pasuje do drobnej „Aliny”). „Odkryłem, że wystarczy mi, gdy pięknie zagrana jest pojedyncza nuta. Ona sama, albo cichy rytm, albo moment ciszy – przynoszą mi wytchnienie” – mówi kompozytor.