RSS

Cyklon wokalny i dmuchane kłamstwa

24.03.2009 | 8 odpowiedzi

Neco Case ? Middle Cyclone (Anti). Neko Case – Middle Cyclone (Anti-)

Ocena 4/6

Nie zrobiła na mnie specjalnego wrażenia ani kompozycjami, ani brzmieniem – tak dopracowanym, że aż nie ma na czym ucha zawiesić – więc nie będę jej reklamował bardzo wysoką oceną. Zachwyciła mnie jednym: swoim głosem. Bo tak czystego, dokładnego aż do mikrotonów śpiewu w muzyce popularnej dawno nie spotkałem. A przy tym ani śladu interwencji Auto-Tune. Jeśli pojawia się gliss, to w pełni kontrolowany, jeśli niedociągnięcie, to ewidentnie zamierzone. Dlatego od dziwo wkurzają mnie chórki zaciemniające tę chirurgiczną precyzję – sam się sobie dziwię, wszak harmonie wokalne to jedna z moich obsesji. I dlatego w kółko mogę słuchać przeciętnego pod innymi względami „Magpie to the Morning”, nie mówiąc o zupełnie zgrabnych już piosenkach „Prison Girls” i „The Pharoahs”.

Gorzej z melodiami, emocjami, z nastrojem nawet – tutaj Neko osiąga co najwyżej średnią stanową (Dave Matthews trochę podniósł poprzeczkę, Missy Elliott i Timbaland na szczęście nie są dla niej konkurencją). Ma to, jak zauważyło Mojo, taką zaletę, że płyta się szybko nie zużywa. Ale to dla mnie żaden argument, bo tłumy artystów wszelakich od The Beach Boys po Sufjana Stevensa pokazali, że rozkoszne melodie wcale nie muszą skracać terminu przydatności do spożycia. Mam tylko dwie rady: jeśli (jak ja) nie znajdziecie tutaj porywającej treści, smakujcie formę, bo słuchanie solowego głosu Neko Case to jak wystawianie twarzy na promienie słońca. Opcja druga: przeskoczcie od razu do ostatniego utworu i cieszcie się 30 minutami rasowego field music.

White Lies ? To Lose My Life... (Fiction, 2009). White Lies – To Lose My Life… (Fiction)

Ocena 2/6Nie potrafię się ucieszyć „grupą przypominającą Editors i Interpol”, czyli naśladowcami naśladowców, sorry. Tym bardziej, że już do tych wspomnianych kapel miałem mocno ambiwalentny stosunek. To że wydają w wytwórni założonej przez The Cure też nie jest bez znaczenia, za to nijak nie słyszę tu echa Echo & the Bunnymen. Śladowego talentu im nie odmawiam: melodia „To Lose My Life” oraz produkcja „Farewell to the Fairground” faktycznie się londyńczykom udały i pewnie daleko na tej radiowej parze dojadą, ale…

Ale kiedyś przychodzi sprawdzić się na długim dystansie. Wówczas White Lies okazują się kolejną muzyczną bańką spekulacyjną, którą panowie z BBC napompowali swoją noworoczną prognozą, powtórzoną tysiące razy w 143 krajach. Kojarzycie Lady GaGa? No właśnie, samosprawdzająca się przepowiednia. Co gorsza, na liście czeka jeszcze kilkanaście „wschodzących gwiazd”. Kolejny raz zasady ekonomii można wykorzystać do tego, by wyekstrapolować (kocham to słowo) nadchodzące trendy muzyczne. Wracając do Białych, nomen omen, Kłamstw: można wykonywać chłodną muzykę z gorącym sercem. White Lies po prostu poprawnie uderzają w struny.  Z dmuchaniem w nie w wykonaniu wokalisty już się z tą „poprawnością” wstrzymam.

Fine.

Przywołując wiosnę

21.03.2009 | 12 odpowiedzi

Talk Talk - The Colour of Spring

Nawet nie trzeba było przywoływać pogody do kalendarzowego porządku. Zorientowała się sama i wczorajszą zimę przebrała w chłodnawe, ale słoneczne przedwiośnie. Jako istota światłoczuła zawsze dzieliłem całoroczny takt na ćwierćnutę („wiosna”) oraz półnutę z kropką („byle do wiosny”). A wyczekiwaną melodię od dobrych 7-8 lat inauguruje Talk Talk, które samym tytułem „The Colour of Spring” zdobyło sobie we mnie fana po wsze czasy. Dziwne? Pomyślcie, ilu wyznawców Ford zyskał dzięki nazwie „Mustang”.

„The Colour of Spring”, nagrane w bodaj piętnastoosobowym składzie, tak różnorodnością, jak i będąc początkiem rozkwitania i dojrzewania Talk Talk  po syntetycznych chłodach młodości – bardzo się z odwilżą kojarzy. Ale ducha dojrzałej wiosny skuteczniej przywołuje jednak „Spirit of Eden” jako powiew żywiołowego rajskiego kwitnienia, a nie przebijania się przez lodową skorupę. Gdy starszy zaledwie o dwa lata brat zaczyna już farbować siwe włosy, „SoE” wiosen w ogóle nie przybywa. I pomyśleć, że wytwórnia pozwała Hollisa za „rozmyślną niezrozumiałość i niekomercyjność”. Ale skoro Neila Younga ciągano po sądach, bo nie brzmiał jak Neil Young… Przynajmniej dzięki temu precedensowi – bo sprawę oddalono, a chwilę później Hollis zmusił EMI do zniszczenia całego nakładu płyty z remiksami – rozmaici muzycy przestali bać się cienia swoich pracodawców.

A „Laughing Stock”? Ha, to już nie kwitnienie, nie dojrzewanie, to już sierpniowa sjesta po dobrze wykonanej pracy. Szkoda tylko, że muzycy Talk Talk już przy tej popołudniowej drzemce pozostali i nie pokazali, gdzie wyobraźnia zaniosłaby ich wieczorem. Po wydaniu solowego albumu, Hollis już tylko dwukrotnie dał o sobie znać: grając na pianinie dla UNKLE na „Psyence Fiction” i pomagając Anji Garbarek przy pamiętnym „Smiling and Waving”. „I’ve got all I want out of Talk Talk, and nothing, nothing else, matters!”

Pojedźmy motywem, na który najpierw trafiłem w telewizji (nie znałem jeszcze Talk Talk). Pamiętam tylko scenę: samotny mężczyzna w obcym mieszkaniu albo hotelu, czekając na kogoś, podchodzi do pianina i jedną ręką na stojąco wygrywa te kilka magicznych dźwięków, notabene inspirowanych „Tago Mago” Can. Ktoś dopomoże?

Life’s What You Make It. Życzę słonecznej wiosny!

Fine.

Kapela ze Wsi Warszawa – Wymixowanie

19.03.2009 | Skomentuj

Kapela ze Wsi Warszawa – Wymixowanie (Kayax)

 

Stołeczna kapela zawsze narażała się folkowym purystom, czy to liberalnym podejściem do polskiej ludowości, które skądinąd przyniosło jej międzynarodowe uznanie, czy to komentarzami dotyczącymi kondycji rodzimej sceny folkowej. „Wymixowaniem” grupa Maćka Szajkowskiego pogrąża się całkowicie, oddając materiał z ostatniego albumu „Wykorzenienie” w ręce polskich i zagranicznych specjalistów od reggae, dubu i klubowego chilloutu, na czele z brytyjskim Zion Train i Dj ClicK z Francji.

Charakter 16 remiksów rozciąga się od prostych dekoracji perkusyjno‑klawiszowych aż po kompletną rekonstrukcję aranżacji. Po dodaniu rastafariańskich wokali rezultaty bywają zarówno błyskotliwe (Activator & Smok), jak i lekko kiczowate („Koza” Louisa Becketta), ale zawsze świeże i przyjemnie hipnotyzujące. Niezwykle komfortowo w jamajskim kostiumie odnajdują się żeńskie głosy Kapeli, zwykle traktowane z nabożną czcią, chociaż w remiksie DJ‑a Dubbista z Vavamuffin w dialog z trójką dziewczyn wdał się Pablopavo, naczelny polski raper raggamuffin. Lider Kapeli zwykł mawiać, że wszystkie gatunki zakorzenione w tradycji ludowej są jakoś spokrewnione. Teraz widać to jak na dłoni.

„Przekrój” 24/2008

 

Fine.

Trail of Dead na żywo, Mastodon już w niebie

19.03.2009 | 7 odpowiedzi

And You Will Know Us By The Trail of Dead - The Century of Self (Justice, 2009)…And You Will Know Us by the Trail of Dead – The Century of Self (Justice)

Ocena 4/6

Światli recenzenci powtarzają stereotypy o „barokowym progrocku”, wpychając Teksańczyków do szuflady, którą nie tylko chcą, ale dawno już porzucili. Co pokazuje niewłaściwy dobór recenzentów w stosunku do wykonawcy i w dużej mierze tłumaczy sceptycyzm w stosunku do nowej płytki Trail of Dead, która „nie spełnia oczekiwań” (no bo progrockowa nie jest, a powinna). Może zawiniło mylące otwarcie płyty, faktycznie podniosłe i kojarzące się z upodobaniami kilku wykonawców progrockowych (i kilkunastu nie mających z tym gatunkiem nic wspólnego). Tyle że to jest właśnie intro i trwa niecałe trzy minuty. A może zauważyli, że dwa z tuzina utworów mają ponad sześć minut? Ale średnia długość kawałków na „The Century of Self” to znowu niecałe trzy minuty… Mam! Wikipedia twierdzi, że art rock, to jest art rock.

Po nijakim „Worlds Apart”, które mimo licznych przesłuchań nie przyniosło mi ani krzty frajdy,  i po nudnym „So Divided”, które, przyznaję, zdzierżyłem jeno raz, szósty krążek AYWKUBTTOD  to sekstetu z Austin powrót do formy co najmniej zadowalającej. Samo „Isis Unveiled” jest wzorcowym przykładem tego, że surowy rock jeszcze może – i wiarygodnie zjeżyć się, i owe rozjuszenie osłodzić wyłaniającą się spod demolujących przesterów fantastyczną melodią. Sekret? Nagrali wszystko „na setkę”, czyli niby na żywo. Jeśli z poprzednich płyt coś niedobrego się ostało, to wahania jakości. Generalnie lepiej wypadają utwory nieparzyste niż numerycznie podzielne przez dwa. Wyjątkiem „Insatiable One” (nr 10), dwuminutowy walczyk, który z fortepianowej balladki wyewoluował im w Tiersenowego klasyka. Na koniec zaś próbują wejść w skórę Matta Elliotta i też wychodzi im to niekiepsko. Długo kryli się ze swoimi upodobaniami, za długo.

Mastodon - Crack The Skye (Reprise, 2009). Mastodon – Crack the Skye (Reprise)

Ocena 2/6

Najcięższe momenty „The Century of Self” można by pomylić z najlżejszymi fragmentami najnowszej odsłony Mastodon. (Oczywiście gdyby nie melodie, do których muzycy Mastodon nie mają za grosz talentu, ale przecież nie dla melodii założyli kapelę). A tych momentów wytchnienia na „Crack the Skye” (do posłuchania na MySpace) jest aż nadto, jako że ziomkowie Trail of Dead pochodzący z kolei z Atlanty też sobie meandrują, uciekając stopniowo od nadanej im dziesięć lat temu etykietki (uwaga: znów prog, tyle że metal). No i mają problem, który Kasia Nosowska pięknie zilustrowała, śpiewając Za gruba dla chudych, a dla grubych za chuda.

Bo niejeden metal powie: „Wolałem, jak nap*****lali” (autentyk). Hard-rockowiec pokiwa głową, ale ostatecznie stwierdzi, że lepsze power-chórki  (tym razem śpiewa cały skład Mastodon) znajdzie na środkowych płytach System of a Down czy Queens of the Stone Age. Dla alternatywy zaś („Jestem na nie. Bardzo na nie”) już przełknięcie lekko dociążonego post-rocka Isis (skoro już ta nazwa niejako padła  przy okazji Trail of Dead) było zbyt kłopotliwe, by zajmować się przekombinowanym Mastodonem. Nawet die-hard fani załamią ręce („W-What?! This isn’t Mastodon! I-IT CAN’T BE!”). No, ale bądźmy optymistami, bo jednak komuś – zapewne srogo zawiedzionemu bezprogowością „The Century of Self” – bardzo się „Crack the Skye” podoba: „Prog. Mature. Great Album”.

***

Wbrew pozorom nie tkwię ostatnio ciągle przy ścianie przesterów; lżejsze rzeczy opisywałem w „Przekroju” lub „Machinie”, m.in. „No Line on the Horizon” U2 (stabilne 4/6, tylko bez wielkich słów proszę), świetny powrót po 22 latach milczenia, czyli Grandmaster Flash i „The Bridge: Concept of a Culture” (5/6, od kilku miesięcy żadna hip-hopowa płytka nie wydała mi się tak uniwersalna), oraz może nieco mniej spektakularny, ale jakże miły sercu Beirut, też powracający z EP-kami „March of the Zapotec / Holland” (potrójne 4/6: dla pierwszej płytki za klimat, dla drugiej za świeżość i ogólnie za to, że Zack Condon znów daje oznaki życia, więc może w końcu u nas zagra).

Były i lekkie rozczarowania: Franz Ferdinand swoim „Tonight: Franz Ferdinand”, Mono podniosłym i, przyznajmy, wycyzelowanym „Hymn To The Immortal Wind” oraz „Junior” Röyksopp – to wszystko byłoby 3/6. Za to zupełnie sympatyczne, choć nieco wtórne (znów standardy) okazało się nowe-stare „Yesterdays” Keith Jarrett Trio, czyli dopiero teraz wydany zapis koncertu w tokijskiej Metropolitan Festival Hall z 2001 roku. Dzieje się.

Fine.

Coraz bardziej wyszczerbiony Tim Hecker

16.03.2009 | 3 odpowiedzi

Tim Hecker - An Imaginary Country (Kranky, 2009).Tim Hecker – An Imaginary Country (Kranky)

Ocena 4/6

Grząski to teren: wyszczerbiony i odarty z tradycyjnie pojmowanego piękna, budowany na elektronicznych mikrodźwiękach, zaszumionych syntezatorach oraz pochodnych radiowych zakłóceń. Grząski, gdyż banał od arcydzieła oddziela tu niewiele. Ale też dlatego, że bodaj nigdzie indziej indywidualne upodobania, a nawet nastrój czy pora roku, nie wpływają tak drastycznie na odbiór. Doskonale było to widoczne przy okazji niedawnej premiery Fennesza. Tak skrajnych opinii jak „Black Sea” jeszcze żaden album Austriaka nie zebrał (mnie osobiście się spodobał). Bo i na żadnym innym krążku Fennesz nie zszedł tak głęboko w estetykę glitch, rezygnując nawet z tych szczątkowych melodii i rzadkiego w najnowszej elektronice optymistycznego nastroju, za które pokochały go tłumy.

W tym grząskim ambiencie Tim Hecker bardzo sobie upodobał i trwa w nim już prawie dziesięc lat. Po „Harmony in Ultraviolet” z 2006 roku zdawało się, że w przeciwieństwie do Fennesza nie ma za bardzo czego rezygnować. Ale gdy ktoś się uprze… Ogołoćcie tamtą płytę z połowy barw, odejmijcie sporadyczne melodie i fragmenty wykazujące śladową obecność tytułowej harmonii (przecież takie „Chimeras” było niemalże chwytliwe). Zaistniałą próżnię wypełnijcie pulsującymi loopami, a całość pokryjcie lekkim przesterem: oto „An Imaginary Country”.

Bardziej niż pochwalić Heckera za jak zwykle solidną robotę, mam ochotę wyrzucić mu lenistwo i żerowanie na własnym dorobku. Nie ma tu nic wyjątkowo pięknego, nastrojowego czy ciekawego, jedynie poprawność. Z jednym wyjątkiem: mesmeryczne „Where Shadows Make Shadow”, które ku mojej uciesze trwa nieomal 9 minut. Ale doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że 1) autoinspiracja jest cechą charakterystyczną nawet mistrzów gatunku, 2) powściągliwość „An Imaginary Country” logicznie wpisuje się w ślimaczą ewolucję Heckera. Bo i cóż innego mógłby nagrywać człowiek rozkochany jednocześnie w My Bloody Valentine i Brianie Eno, koncertujący z Godspeed You! Black Emperor, a nocami zasłuchujący się w The Conet Project? Nie próbujcie tego na iPodowych słuchawkach, przegapicie połowę dźwięków.
.


Fine.

Esbjörn Svensson Trio – Leucocyte

16.03.2009 | Skomentuj

E.S.T. – Leucocyte (ACT / GiGi)

 

Artykuły obwieszczające tragiczną śmierć jednego z najbardziej utalentowanych jazzmanów ostatniej dekady łączyło jednogłośne ubolewanie, że już nigdy nie dowiemy się: co byłoby dalej? Ten jeden raz ten typowy dla nekrologów artystów przedwcześnie schodzących ze sceny żal okazał się przedwczesny.

Zanim Esbjörn Svensson wybrał się na nieszczęsne nurkowanie nieopodal szwedzkiej stolicy, zdążył bowiem wejść do studia, by wspólnie z Magnusem Öströmem i Danem Berglundem zarejestrować następcę pamiętnego „Tuesday Wonderland” z 2006 roku.

Wychodzące w cieniu śmierci 44-letniego pianisty „Leucocyte” to rezultat dwudniowej improwizacji tria w australijskich Studios 301. Nagrana w środku trasy koncertowej płyta znacznie lepiej oddaje atmosferę żywiołowych występów E.S.T. niż wydane rok temu „Live in Hamburg”, będące zasadniczo odtworzeniem „Tuesday Wonderland”. Wyraźnie różni się zresztą od czegokolwiek w piętnastoletnim dorobku E.S.T. Szorstkość i pewna chaotyczność postprodukcji to najbardziej wyraźny symbol czasu, którego zabrakło. W dziesięciominutowym „Still” oraz obszernych fragmentach czteroczęściowej, półgodzinnej suity „Leucocyte” instrumenty akustyczne są ledwie zauważalnym pretekstem dla ciężkiego pulsowania i jazgotu elektroniki. Z kolei dominująca w pierwszej połowie płyty suita „Premonition” to olśniewający popis Svenssona, który swobodnie oplatając basowy groove Berglunda i podejmując kanonady Öströma, po raz pierwszy od dawna tak wyraźnie zdradza młodzieńczą fascynację Jarretem.

Wszystko to zdaje się sugerować, że Svensson szykował rychłe zakończenie rockowego mezaliansu i trudne czasy dla publiczności skuszonej chwytliwą melodyką nastrojowego oblicza E.S.T. Czy aby na pewno? Tego rzeczywiście już nigdy się nie dowiemy.

Machina

 

Fine.

Peter Broderick – Home

16.03.2009 | Skomentuj

Peter Broderick – Home (Type)

 

Jeden z tych przypadków, kiedy brak wybitnego głosu jest błogosławieństwem. Śpiewający Peter Broderick okazuje się urozmaiconą (lepszą?) wersją Jose Gonzalesa. Choć skrycie, podejrzewam, celuje co najmniej w Davida Sylviana. 22-latek gra na wszystkim, co posiada struny, i robi to całkiem nieźle.

Na swoim instrumentalnym debiucie „Float” popisywał się bogactwem smyczków i filmową pianistyką. Na „Home” zrezygnował z bezpieczeństwa sprawdzonych aranżacji i postawił na gitarę akustyczną oraz własny głos. Rezultat końcowy – akustyczny folk, któremu przy chóralnych zaśpiewach wypada dopisać przedrostek „freak” – prócz wspomnianego wcześniej bohatera telewizyjnych reklam jako żywo przypomina Marka Kozelka. Nie znajdziemy tu śladów klasycznego wykształcenia Brodericka (inaczej niż choćby u Joanny Newsom), ujawniają się za to ciągoty ku post-rockowi i elektronice. Wszystko to szczere emocjonalnie, schludne w formie i chwytliwe w treści. Oregończyk znów niczego nie wynajduje i znów nie sposób mieć mu to za złe.

Machina

 

Fine.

Amadou & Mariam, czyli szczere szczerzenie

14.03.2009 | 3 odpowiedzi

Amadou et MariamFrancophonic Festival dopiero się zaczyna, a już teraz mógłby się skończyć. Tak wyszczerzonych facjat, i to przez bite dwie godziny, i to po obu stronach sceny, jeszcze na żadnym koncercie nie widziałem. I najpewniej bym nie uwierzył, gdybym sam nie szczerzył.

Począwszy od ogromnego sukcesu poprzedniej płyty we Francji aż po pierwsze miejsce „Welcome to Mali” w podsumowaniu podsumowań 2008 roku oraz zapowiedziany na lato wyjazd z Coldplay do USA – fenomen Amadou & Mariam trudno mi zrozumieć, ale popieram go w całej rozciągłości. Może kryje się za nim to, co pokazują na scenie: jak pierwszymi taktami przykuli oczy i uszy całego Palladium, tak nie odpuścili do samego końca, wywołując niekończący się taniec publiczności i to od pierwszego do ostatniego rzędu, a przecież tyły zawsze podpierają ściany. Z boku sceny tańczył nawet ich godnej postury asystent, a ten wszak towarzyszy Malijczykom na każdym koncercie.

Było do czego tańczyć, a jakże, bo prócz perkusisty był jeszcze nadzwyczaj mobilny i entuzjastyczny bębniarz. Biegał po całej scenie z djembe, wymachiwał dreadami i zaczepiał innych – najczęściej dwie urocze chórzystki, które nie przerwały pląsów nawet na sekundę (mnie zadziwiła już sama choreografia dłoni). Wreszcie sama para, właśnie na parę wyglądająca raczej niż na gwiazdy festiwalu. Mariam głaskała Amadou po głowie, a ten odwdzięczał się małżonce uściskami bądź solówkami, które podobały mi się sto razy bardziej niż akrobacje Omara z Mars Volty.

Gdy w siedem osób – bo tylko perkusista nie miał mikrofonu – w czyściutkiej harmonii zaśpiewali Nous allons chanter ensemble, nous allons jouer ensemble, nous allons danser ensemble, nous allons sauter ensemble, to wspólnie z nimi zaśpiewali, zagrali i zatańczyli wszyscy zgromadzeni przed sceną, a podskakiwanie po lewej stronie sali wziął na siebie pluszowy misiek. Amadou ze czterdzieści razy pytał Do you feel alive!? i każda kolejna odpowiedź była o decybel głośniejsza. Co tu dużo mówić,  i zespołu, i publiczności, i niewymuszonej radości można im tylko zazdrościć. Mają piękne głosy, piękne piosenki, piękne mają nawet wdzianka. Nie brakuje im niczego.

Zobacz pierwszą część podsumowaniaAmadou & Mariam – Sebeke (live)

Mali

Drogich koncertów przyczyn dochodząc

12.03.2009 | 9 odpowiedzi

.
The Beatles

W styczniu rozmaite zakątki sieci nawiedził temat naszych drogich polskich koncertów. Euro było jeszcze o złotówkę tańsze i jak na dłoni było widać, że melomanią o połowę taniej jest parać się w takich Niemczech.  Były dyskusje na blogach i forach, pisało o tym kilka portali, ale zwykle rozmowę kończyło pojechanie po agencjach koncertowych. Co nie dziwi, bo stoją na pierwszej linii frontu i mają jakby najwięcej do powiedzenia.

W tymże styczniu postanowiliśmy w „Przekroju” sprawie uważniej się przyjrzeć. Na ile nam się to udało, możecie sprawdzić w kioskach albo przeczytać na przekroj.pl. Główne założenie: zamiast powtarzać domysły, namówmy agencje, aby same wytłumaczyły się z cen biletów. Jednych takowa możliwość ucieszyła (ci cytowani w artykule), inni z góry założyli, że będzie to kolejna pojechanka i mniej („Pytania są tendencyjne!”) lub bardziej uprzejmie podziękowali, uznając, że „nie warto nam poświęcać kilku minut ich cennego czasu”.

Dzisiaj o 20.10 będziemy rozmawiać o koncertach w radiu Vox FM. Oprócz dziennikarzy, w drugiej godzinie ma gościć któryś z promotorów, toteż będzie okazja poznać temat z obu stron. Dorzucam jeszcze parę ciekawostek, które do tekstu się nie nadawały bądź nie zmieściły. Nieautoryzowane, więc autorów nie podaję. Zgadzać też się nie trzeba.


„Gdy Jan Paweł II był w złym stanie zdrowia, wszyscy wiedzieliśmy, że w przypadku jego nagłej śmierci wszystko siądzie. I tak się stało: imprezy odwołano, a sprzedaż płyt niewiarygodnie spadła. Teoretycznie jest ubezpieczenie, ale nigdy nie wiadomo, jak to będzie z wypłatą. Ubezpieczyciel broni się na wszelkie sposoby. Odrębną kwestią jest widzimisię artystów. Jedna z topowych czarnych wokalistek podczas występu w Serbii wyszła na scenę i powiedziała, że dopóki nie zobaczy swoich czarnych braci przed sceną, dopóty koncert się nie odbędzie. Ale skąd w Serbii mieli się oni wziąć? I tyle po koncercie”.

„Jest grupa artystów, która otrzymała w Polsce wygórowane honoraria i nie chce przyjechać dopóki nie otrzyma porównywalnej oferty. Są i tacy, którzy wystąpili za niższe honoraria niż w innych krajach. W ten sposób artysta i jego management otwierają sobie nowy rynek, licząc na to, że przy kolejnej trasie propozycje finansowe będą wyższe”.

Nie jesteśmy Rosją, gdzie w wyniki licytacji stawki dochodzą do astronomicznych kwot. Ale czasami byliśmy traktowani jak przedsionek Moskwy, gdzie można zrobić złote strzały. Przez lata telewizyjny Sopot był przykładem możliwości zarobienia gigantycznych pieniędzy, niekiedy dochodziło do kupowania gwiazd za straszne kwoty. Tina Turner czy Jean Michel Jarre to przykłady artystów, o których promotorzy okrutnie się ścigali.

„Sporą barierą jest brak ciekawości muzycznej Polaków. W innych krajach , nawet w sąsiednich Czechach, ludzie chodzą często i na różne koncerty, mają szersze horyzonty muzyczne.  Kolejną barierą jest nasza stopa życiowa. Ci, którzy chcą chodzić na koncerty, zwykle nie mają pieniędzy, a tych, których na nie stać, interesują gwiazdy z najwyższej półki. Żeby namówić publiczność na coś mniejszego, trzeba zrobić dużą promocję, wykreować towarzyskie wydarzenie”.

„Ze względu na drogie euro kontrakty podpisane z artystami kilka miesięcy temu mają teraz zupełnie inną wartość. Potraficie wyobrazić sobie skrzywdzoną przez drogie bilety publiczność? A teraz spróbujcie sobie wyobrazić promotora, który jest zmuszony dopłacić do wyprzedanego koncertu. To nie fantazje, to rzeczywistość. Robienie koncertów to nie kraina Eldorado!”

Z radością obserwuję rosnącą popularność niedużych koncertów klubowych dla kilkuset osób w coraz większej liczbie miast. Nie przeszkadza ich duże zagęszczenie, nawet jednego dnia. To już nie są czasy, gdy potrzebowaliśmy tygodniowych odstępów. Do Polski ściągani są artyści bardzo awangardowi ledwie zaczynają coś robić na świecie, jeszcze zanim zdobędą sławę. Spora w tym rola mediów, dziennikarzy, internetu i samych słuchaczy, którzy wytwarzają taką potrzebę„.

„Według moich obserwacji wciąż bardzo wielu ludzi chodzi na koncerty. Odbiorcy indywidualni kultury wciąż są aktywni, a kryzys wręcz wzmaga to, że ludzie chcą odreagować z rodziną czy znajomymi, powracają do swoich pasji. Jest coś w tym, że trudne czasy to okresy rozkwitu kultury”.

Fine.

Największy mistyk naszych czasów

09.03.2009 | 9 odpowiedzi

Arvo Pärt - In Principio (ECM, 2009).Arvo Pärt – In Principio (ECM)

Ocena: 5/6

Młodość musi się wyszumieć, ale ja zawsze wolałem tych, którzy już ten etap mają za sobą. Bo wyszumiawszy, często odkrywają potęgę pojedynczych nut. Niezależnie czy są to eksmetalowcy, punkowcy nawróceni na unplugged czy też ujarzmieni awangardziści, efekty bywają nieziemskie.

Tak jak obłaskawienie H.M. Góreckiego zaowocowało niebosiężną (czyli: sięgającą nieba) „III Symfonią Pieśni Żałosnych”, tak i przebudzenie – a może uśpienie? – Arvo Pärta przyniosło dzieła nieziemskie. I Polak, i Estończyk, wiekiem różniący się od siebie zaledwie o dwa lata, w swoich latach trzydziestych bawili się w to i owo: sonoryzm, serializm tudzież maltretowanie słuchaczy klasterami (czy nie stąd wzięło się medyczne określenie: „klasterowy ból głowy”?), którymi i ja w liceum atakowałem sąsiadów. Ale potem zamiast kryzysu wieku średniego przyszło odkrycie – to samo zresztą, którego na przełomie lat 60. i 70. doznali Penderecki czy Kilar. Iluminacja!

„Porównałbym moją muzykę do światła białego, które zawiera w sobie wszystkie inne barwy. Tylko pryzmat może je rozdzielić, ujawniając tym samym poszczególne kolory. Tym pryzmatem może być dusza słuchacza”. To z pozoru pretensjonalne porównanie w gruncie rzeczy bezbłędnie opisuje dojrzałą twórczość Arvo Pärta. Oprócz tej zgoła magicznej pojemności, dzięki której pozostając niewidzialnym potrafi mieścić w sobie wszystko widzialne, białe światło jest też nienachalne: nie zechcesz – nie rozszczepisz.

Arvo Pärt (ur. 11 września 1935)Mnie w rozszczepieniu „Aliny”, najcichszego, najbardziej medytacyjnego i pewnie najpiękniejszego dzieła Estończyka pomogło usłyszenie jej w kinie. „Für Alina” miało być ścieżką do filmu Gusa Van Santa, ale dla mnie to „Gerry” był półtoragodzinnym teledyskiem do fortepianowego opusu (jakże to słowo nie pasuje do drobnej „Aliny”). „Odkryłem, że wystarczy mi, gdy pięknie zagrana jest pojedyncza nuta. Ona sama, albo cichy rytm, albo moment ciszy – przynoszą mi wytchnienie” – mówi kompozytor.

To minimalistyczne podejście do muzyki Arvo określa własnym terminem „tintinnabuli”, co w łacinie oznacza dzwonek. Swoim oszczędnym plumkaniem „Alina” bynajmniej nie zachwyciła jeno prostaczków. Znajome pianistki z kilkunastoletnim stażem po wielokroć powtarzały mi, że takie właśnie zwykłe „naciskanie klawiszy” ujawnia kunszt muzyka. Że owego kunsztu Arvo nie brakuje, najlepiej przekonuje nastrój, jaki kompozytor potrafi wykreować dosłownie w kilka sekund i to przy minimalnym nakładzie nut.

Z czym w 2009 roku przychodzi człowiek, który tworzy muzykę od dobrych 60 lat? (Pierwsze kompozycje pisał jako czternasto-, piętnastolatek). „In Principio” to sześć różnorodnych utworów powstałych w latach 1989-2005, które są niezłym przeglądem przez stany duchowe i muzyczne Pärta. Trzon stanowi tytułowy 25-minutowy monument na chór mieszany i orkiestrę (wszyscy z Tallina, dyryguje Tonu Kaljuste), w którym Arvo wziął się za słowa nie byle jakie, bo początek Ewangelii wg św. Jana: „In principio erat Verbum”. Mamy tu przekrój jego zainteresowań: od owego „tintinnabuli” i łagodnych smyczkowych pochodów aż po dramatyczny recytatyw, okazałą harmonię i podniosłe najazdy sekcji dętej.

Choć skrajności (bardziej jednak Mozartowskie niż współczesne) dominują, można podejrzewać, że kompozytor umieścił je tu tylko dla uwydatnienia piękna umiarkowanego środka i końcowego unisono chóru. Tego umiaru znacznie więcej jest w trwającym kwadrans instrumentalnym „La Sindone” (blachy odważniej wkraczają dopiero w ostatnich minutach), znów skontrastowanych z klasycyzującym „Cecilia, Vergine Romana”, które swoją premierę miało nie byle gdzie, bo podczas Igrzysk Olimpijskich w Turynie w 2006 roku.

Do  średniowiecznych pasji Pärt powraca w „Da Pacem Domine”. Zerka ku chorałowi i dawnym wielogłosom, które odświeża i wzmacnia sztywnymi ramami smyczków. Z cudownym rezultatem, nad którym zadumie się i Savall, i Reich. Kontemplacyjną atmosferę rozprasza „Mein Weg”, bliski współczesnej muzyce ilustracyjnej, który w hipnotyzującym dialogu łączy monumentalną podstawę z figlarnym staccato smyczków lekkiego kalibru. Stonowane „Für Lennart in memoriam” to instrumentalne requiem dla pierwszego demokratycznie wybranego prezydenta Estonii, zmarłego dokładnie trzy lata temu. Bardzo daleko od początku płyty, ale bardzo na miejscu.

„Cisza jest moją wewnętrzną pauzą, podczas której znajduję się blisko Boga” – wyznał kiedyś Pärt. – „Czasem mam wrażenie, że nic poza nią nie ma znaczenia”.  Jeśli mówił serio, to kto wie, może być Estończyk największym mistykiem naszych czasów.

.

Zobacz pierwszą część podsumowaniaPosłuchaj fragmentów (trzy utwory w całości)

Estonia