RSS

Emiliana Torrini – Me and Armini

07.03.2009 | 6 odpowiedzi

Emiliana Torrini - Me And Armini (Rough Trade, 2008).Emiliana Torrini – Me and Armini (Rough Trade)

Ocena 4/6

Islandkę, która imię i nazwisko zawdzięcza włoskiemu tacie, jeszcze do niedawna znałem tylko dzięki wzruszającej (mówcie co chcecie) piosence Gollum’s Song” pochodzącej z Jacksonowych „Dwóch Wież”. Tak, to jeden z „tych” aksamitnych żeńskich głosów ze Skandynawii: Anja Garbarek, Björk, Petronella Nettermalm z Paatos, nawet Annie gdy uda jej się pohamować zapędy pana od miksu. Oprzeć im się nie sposób, choćby nawet śpiewały o przygarnianiu psa.

Kilka tygodni temu awangardowy kolega z dawnych lat, niejaki Dr Alcibiades, podrzucił mi ostatnią płytę Emiliany. Jej absencja w podsumowaniach płytowych ubiegłego roku wydaje się sporym zaniedbaniem środowiska dziennikarskiego, chociaż Uncut, Mojo, a nawet Q walory „Me and Armini” doceniły. Jakie walory? Ano czar prostych i oszczędnych aranżacyjnie piosenek, za to obfitujących w melodie i urokliwe detale, wieczorowo-nastrojowych. Podstawowe balladowe instrumentarium (gitarę akustyczną i delikatną perkusję) ubrane w delikatny pogłos  (chociaż są wyjątki: rozkoszne „Ha Ha”, złowieszczy „Gun”) Emiliana poszerza o mocniejsze riffy elektryka albo reggae’owe rytmy i takież klawisze, a na zakończenie fortepian.

Muzyka to nie do zużycia – bo mimo lekkości do umysłu raczej wkrada się niż wdziera, i nie do zmęczenia – bo Emiliana jest na to zbyt krucha, a słodycz dawkuje z umiarem. Jedynie singlowe „Big Jumps” to typowy hit, który słyszy się w radiu o poranku, a wieczorem go przeklina, bo nawet 9 godzin pracy i dwa korki nie pozwoliły się od niego uwolnić.

Poprzednich płyt pani Emilíany Torrini Davídsdóttir, a było ich pięć, w tym trzy pozaislandzkie, jeszcze nie miałem okazji poznać. Ale kolega Alcibiades pisze, że „warto też rozejrzeć się za wcześniejszą „Fisherman’s Woman” z 2005 roku, która jest nieco bardziej tradycyjna (czytaj: akustyczny smęt, bez wtrętow elektronicznych czy nadmiernych wariacji w konstrukcji utworów), ale równie przyjemna, melodyjna i ciepła”. Natomiast jej pierwsza międzynarodowo dystrybuowana płyta „Love in the Time of Science” z 1999 roku „wykazuje dominantę elektroniczną” i podobno słuchać jej chce się znacznie mniej. Się sprawdzi, i to jeszcze przed Open’erem.

Various Artists - Protected: Massive Samples (Rapster Records, 2009)Massive Attack - Blue Lines (Virgin, 1991)Miałem jeszcze napisać o nowym krążku „Tight Knit” grupy Vetiver oraz sygnowanym przez Rozmaitych Artystów albumie „Protected: Massive Samples”, zbierającym utwory-źródła, z których dźwięki masowo podkradało Massive Attack. Ale raczej nie warto się nad nimi rozwodzić, bo pierwsza pozycja nie wzruszy nawet entuzjastów Devendry Banharta (do których i ja się zaliczam), a druga jest nudniejsza niż leniwe pierogi. I to nawet dla tych, którzy wciąż wymiękają przy tripach Bristolczyków (czy już mogę opuścić rękę?).

Autorzy składanki – po sukcesie podobnej kolekcji „źródeł” Daft Punk – za plecami Massive Attack starannie wykonali swoje archeologiczne zadanie. Rozpoznali i zebrali do kupy inspiracje zespołu rozrzucone między reggae, soulem i pra-chilloutem. Błyskotliwie uniknęli przy tym naruszenia praw autorskich (znajdź 10 różnic pomiędzy okładkami), jednocześnie wysyłając aż nazbyt wyraźny sygnał fanom niecierpliwie wyczekującym nowego Massive Attack  (to znowu ja).

Muzyczny efekt tej archeologii jest niestety beznadziejnie nijaki i absolutnie niezapamiętywalny. Każdy amator Cubase’a z minimalnym doświadczeniem plądrofonicznym wie, że przy takim złodziejskim podejściu ceni się nie urok utworów, ale dostępność złóż samplonośnych. Czy zachwyceni obrazem mielibyście ochotę  obejrzec farby? Ani jakością, ani klimatem składankowe utwory nie dorównują więc muzyce, do której powstania dosyć istotnie się przyczyniły. Z jednym wyjątkiem: po usłyszeniu dwuminutowego „Man Next Door” Johna Holta z The Paragons zupełnie odechciało mi się wracać do trzy razy dłuższej wersji z „Mezzanine”.

Fine.

Same szwajcarskie dziury

04.03.2009 | 4 odpowiedzi

Polski akcentOstatnie trzy dni spedzilem na wloczeniu sie po Genewie m.in. w poszukiwaniu jakiegokolwiek niesieciowego sklepu muzycznego. O ile mapa nie klamie, moje nogi postanely na okolo 2/3 ulic w otoczeniu Jeziora Genewskiego, w tym bodaj na wszystkich (jakze urokliwych) uliczkach scislego centrum.

Rezultaty marne: jedna siecowka Orange (nawet nie wchodzilem), dwa sklepy ze sprzetem audio, dwa z instrumentami (basowki od 1,5 tys. frankow w gore), cos pretendujacego do miana centrum disco, ale plyt bylo tam tyle co kot naplakal. Ani jednego sklepiku z CD. No, ani jednego czynnego, bo gdzies na zapleczu Rue H. Fazy natrafilem ledwie przed chwila na przyczulek hip-hopowych plyt srebrnych i czarnych, ale na drzwiach wisiala informacja, ze w lutym i marcu fermé.

Dwumiesieczny urlop calej zalogi? Albo kochaja podroze i maja bogatych krewnych, albo inwazja mp3 przy wsparciu kryzysu wszechglobalnego zmusila ich do przemyslenia sprawy. To ostatnie sugerowalby niewiarygodny – szczegolnie jak na Szwajcarow - balagan za szybami, ktore po raz ostatni myto chyba przy otwieraniu sklepu. Jak gdyby nie zamierzali wracac. Pytanie, czy ktokolwiek to nagle znikniecie ostatnich Mohikanow zauwazy.
.

Fine.

Koncert dla głuchych, mp3 z kasety (Kiosk 2/09)

01.03.2009 | 4 odpowiedzi

Andrew Kuo - The New York Times„Rynek muzyczny woła, że ściąganie nielegalnych plików jest podstawowym czynnikiem osłabiającym sprzedaż płyt. Zespół złożony z przedstawicieli przemysłu muzycznego i naukowców na podstawie danych zebranych w Kanadzie stwierdził jednak coś innego”. Jakie to dane, piszą w artykule Przemysł muzyczny – ślepy czy głupi?, który jest zgrabnym streszczeniem ostatnich 10 lat, czyli od „The Rise and Fall of Napster” naprzód marsz.

Najciekawsza informacja: Wielka Brytania myśli o stałym abonamencie internetowym, który pozwoli ściągać co się chce i skąd się chce bez badania legalności źródła. Takie rozwiązanie wprowadza właśnie Wyspa Man, ojczyzna Bee Gees i eksperyment ten Europa na pewno będzie uważnie obserwować. W polskim parlamencie taki pomysł pojawił się już trzy lata temu, ale upadł po rejtanowskiej reakcji tzw. środowisk artystycznych. Te wciąż wolą na okładkach płyt cytować siódme przykazanie, chociaż nijak nie trafiają w ten sposób do grupy docelowej.

Ryerson University za kilka dni urządza w Toronto imprezę niezwykłą. Naukowcy uczelni wraz z lokalnymi kapelami organizują pierwszy w historii koncert dla głuchych. Specjalne fotele Emoti-Chairs będą tłumaczyć muzykę na sygnały przynajmniej częściowo zrozumiałe dla niesłyszących: ruch, wibracje, podmuchy powietrza, do tego dojdą wizualizacje. Mimo przełomowego charakteru wydarzenia, według plakatu bilety chodzą po jedyne 5 dolarów. Jesteś tam, emigracjo?

Pozostając przy wydarzeniach wstrząsających, z otwartą gębą patrzyłem jak M.I.A. śpiewa na Grammy w dniu, który lekarze wyznaczyli jej jej na poród. Jay Z, Lil Wayne i Kanye West uwijali się wokół niej, jak tylko potrafili, ale i tak wiadomo było, która gwiazda świeci najjaśniej. Mamuśka M.I.A. ma zapewne bardzo umuzykalnionego chłopca.

Z cyklu postaci niezwykłe, polecam artykuł Ady Ginał o wiolonczeliście Dominiku Połońskim, który po dramatycznej walce z rakiem i utracie władzy nad jedną ręką wrócił na scenę i mimo wszystkich przeciwności dalej robi swoje. With a little help from his friends.

Ktoś pamięta jeszcze o Animal Collective? Znakomity felieton poświęcił im Simon Reynolds, wznosząc się nawet ponad poziom meta. Celnie i kompleksowo. Na pewno nie czytał go pewien Austriak.  – Przestałem czytać recenzje dawno temu. Poradził mi to sam David Sylvian i miał świętą rację – mówi Fennesz w wywiadzie dla Pitchforka, równie długim i ciekawym co tekst Reynoldsa. Aż nie sposób nie powrócić do „Black Sea”. Za to w krótkiej acz barwnej formie swoje podsumowanie 2009 roku (!!) opublikował już Andrew Kuo – sam nie wiem, recenzent czy rysownik  „New York Timesa” – któremu wciąż udaje się poszerzać granice krytyki wizualnej. Inny grafik, a najwyraźniej i znawca metalu, stworzył unikatową mapę gatunku w oparciu o nazwy kapel. Uczy i bawi.

Wizualnie niesamowity jest także stworzony na obraz i podobieństwo kasety magnetofonowej odtwarzacz mp3 zaprezentowany przez firmę NVDRS. Ale najciekawszy w niej jest nie wygląd, a możliwość ładowania akumulatora za pomocą  otworu do przewijania (ołówek w dłoń!). Co ciekawe, zapatrzony w tradycję producent utrzymał nawet standardy 45/60/90 minut pojemności i wyłącznie takie właśnie trzy wersje ma w swojej ofercie.

Na koniec pozdrawiam osobę, która trafiła tu poszukując odpowiedzi na pytanie: „jak się stosownie ubrać na koncert Opeth”. Sam chętnie się dowiem, bo nie widziałem ich jeszcze na żywo i zamierzam to 21 marca nadrobić. Mam nadzieję, że czarny nie jest już passé?

Pozostawiam was z „Riverside Blues” Creole Jazz Band prowadzonej przez legendarnego Kinga Olivera. Nagranie z 1923 roku, w którym to 21-letni Louis Armstrong kładzie podwaliny pod młodsze o ćwierć wieku podgatunki jazzu.  Jeśli kojarzycie Armstronga wyłącznie z balladami, skądinąd świetnymi, te trzy minuty zmienią wasze życie. A na deser Calvin wojujący.

Fine.