Emiliana Torrini – Me and Armini
.Emiliana Torrini – Me and Armini (Rough Trade)
![]()
Islandkę, która imię i nazwisko zawdzięcza włoskiemu tacie, jeszcze do niedawna znałem tylko dzięki wzruszającej (mówcie co chcecie) piosence „Gollum’s Song” pochodzącej z Jacksonowych „Dwóch Wież”. Tak, to jeden z „tych” aksamitnych żeńskich głosów ze Skandynawii: Anja Garbarek, Björk, Petronella Nettermalm z Paatos, nawet Annie gdy uda jej się pohamować zapędy pana od miksu. Oprzeć im się nie sposób, choćby nawet śpiewały o przygarnianiu psa.
Kilka tygodni temu awangardowy kolega z dawnych lat, niejaki Dr Alcibiades, podrzucił mi ostatnią płytę Emiliany. Jej absencja w podsumowaniach płytowych ubiegłego roku wydaje się sporym zaniedbaniem środowiska dziennikarskiego, chociaż Uncut, Mojo, a nawet Q walory „Me and Armini” doceniły. Jakie walory? Ano czar prostych i oszczędnych aranżacyjnie piosenek, za to obfitujących w melodie i urokliwe detale, wieczorowo-nastrojowych. Podstawowe balladowe instrumentarium (gitarę akustyczną i delikatną perkusję) ubrane w delikatny pogłos (chociaż są wyjątki: rozkoszne „Ha Ha”, złowieszczy „Gun”) Emiliana poszerza o mocniejsze riffy elektryka albo reggae’owe rytmy i takież klawisze, a na zakończenie fortepian.
Muzyka to nie do zużycia – bo mimo lekkości do umysłu raczej wkrada się niż wdziera, i nie do zmęczenia – bo Emiliana jest na to zbyt krucha, a słodycz dawkuje z umiarem. Jedynie singlowe „Big Jumps” to typowy hit, który słyszy się w radiu o poranku, a wieczorem go przeklina, bo nawet 9 godzin pracy i dwa korki nie pozwoliły się od niego uwolnić.
Poprzednich płyt pani Emilíany Torrini Davídsdóttir, a było ich pięć, w tym trzy pozaislandzkie, jeszcze nie miałem okazji poznać. Ale kolega Alcibiades pisze, że „warto też rozejrzeć się za wcześniejszą „Fisherman’s Woman” z 2005 roku, która jest nieco bardziej tradycyjna (czytaj: akustyczny smęt, bez wtrętow elektronicznych czy nadmiernych wariacji w konstrukcji utworów), ale równie przyjemna, melodyjna i ciepła”. Natomiast jej pierwsza międzynarodowo dystrybuowana płyta „Love in the Time of Science” z 1999 roku „wykazuje dominantę elektroniczną” i podobno słuchać jej chce się znacznie mniej. Się sprawdzi, i to jeszcze przed Open’erem.

Miałem jeszcze napisać o nowym krążku „Tight Knit” grupy Vetiver oraz sygnowanym przez Rozmaitych Artystów albumie „Protected: Massive Samples”, zbierającym utwory-źródła, z których dźwięki masowo podkradało Massive Attack. Ale raczej nie warto się nad nimi rozwodzić, bo pierwsza pozycja nie wzruszy nawet entuzjastów Devendry Banharta (do których i ja się zaliczam), a druga jest nudniejsza niż leniwe pierogi. I to nawet dla tych, którzy wciąż wymiękają przy tripach Bristolczyków (czy już mogę opuścić rękę?).
Autorzy składanki – po sukcesie podobnej kolekcji „źródeł” Daft Punk – za plecami Massive Attack starannie wykonali swoje archeologiczne zadanie. Rozpoznali i zebrali do kupy inspiracje zespołu rozrzucone między reggae, soulem i pra-chilloutem. Błyskotliwie uniknęli przy tym naruszenia praw autorskich (znajdź 10 różnic pomiędzy okładkami), jednocześnie wysyłając aż nazbyt wyraźny sygnał fanom niecierpliwie wyczekującym nowego Massive Attack (to znowu ja).
Muzyczny efekt tej archeologii jest niestety beznadziejnie nijaki i absolutnie niezapamiętywalny. Każdy amator Cubase’a z minimalnym doświadczeniem plądrofonicznym wie, że przy takim złodziejskim podejściu ceni się nie urok utworów, ale dostępność złóż samplonośnych. Czy zachwyceni obrazem mielibyście ochotę obejrzec farby? Ani jakością, ani klimatem składankowe utwory nie dorównują więc muzyce, do której powstania dosyć istotnie się przyczyniły. Z jednym wyjątkiem: po usłyszeniu dwuminutowego „Man Next Door” Johna Holta z The Paragons zupełnie odechciało mi się wracać do trzy razy dłuższej wersji z „Mezzanine”.
![]()



