Wszystkie koncerty świata

29.04.2009 | 2 odpowiedzi

Miałem napisać o tym, jak Antony wspólnie z szóstką Johnsonów wspiął się dzisiaj na wyżyny wokalistyki, emocjonalistyki i Bóg wie czego jeszcze  – co ja mówię, on musiałby się ku nim schylać! – ale słów brak. Pytajcie poetów.

icon_sun

Wywiad: Tim Hecker

26.04.2009 | 10 odpowiedzi

Tim Hecker

Takie rozmowy też są potrzebne, bo przypominają, że nawet za wielką muzyką stoi zwykły człowiek, który może mieć swój gorszy dzień. Bob Dylan takowe miewał nader często – moim ulubionym wywiadem (w ogóle) jest ten opublikowany przez Disc Weekly w maju 1965 roku. Po legendarnej już rozmowie z NPR wszyscy zaś wiedzą, że Sigur Rós do radia zapraszać nie należy. A ja wiem, dlaczego Tim Hecker zajmuje się muzyką instrumentalną.

Twoja muzyka jest coraz bardziej ascetyczna. To zamierzone?

Tim Hecker: Ja to widzę dokładnie na opak. Czasem jest gęsta i złożona, czasem nie.

Z jakich instrumentów korzystasz w studiu?

Syntezator, pianino, sampler, efekty gitarowe, komputer.

Okładka An Imaginary Country przypomina Amber Autechre, celowo?

Nie.

Na początku kariery próbowałeś sił w kapeli rockowej, nie tęsknisz za tym?

Nie.

Udaje ci się na koncertach przez godzinę utrzymać uwagę publiczności tak spokojną muzyką?

W moim przypadku jest to raczej 35-40 minut. Większość osób, które chodzą na koncerty, chce czegoś posłuchać. Zazwyczaj są otwarci.

Jak to jest z popularnością w twojej niszy – muzyka pozwala ci się utrzymać?

Dla większości wykonawców to bardzo trudne wyżyć z muzyki. Ja mam w pewnym sensie farta, bo jakoś wiążę koniec z końcem. O popularności nic mi nie wiadomo.

Jest ktoś, kogo w elektronice cenisz szczególnie?

Jest wiele takich osób, ale termin “elektronika” nic mi nie mówi. Wszędzie widzę elektryczność!

Czy muzyka, którą grasz, odzwierciedla to, czego słuchasz?

Nie bardzo.

Jakieś ulubiony płyty, utwory?

Rozłożyłeś mnie na łopatki.

No dobra. Dzięki za świetną muzykę i powodzenia.

Nie jestem w tym najlepszy. Sorry, jeśli ta rozmowa na nic ci się nie przyda.

Fine.

O, czek(iw)anie!

22.04.2009 | 26 odpowiedzi

sklepmuzycznyPodobno nikt już na płyty nie czeka. Na pewno nie masowo. Wyszło U2, wyszło Depeche Mode, wyszedł Morrissey i Antony z Johnsonami. I co? Skończyło się na paru krótkich recenzjach, a obyło bez opasłych biograficznych artykułów na kilka kolumn. Nawet w zagranicznej prasie reklamy były większe niż teksty czy wywiady. Żyjemy.

Czy czegoś brakuje? Ano, oprócz emocji zbiorowego oczekiwania, brak trochę dyskusji. Że każdy dzisiaj słucha czego innego – to wiemy. Ale nawet gdy zbierze się ta garstka fanów, to poznają płytę w innym czasie, a już najrzadziej w dniu premiery. Potencjalnie najaktywniejsi dyskutanci ściągną ją dwa miesiące wcześniej i majowe wydawnictwo już w kwietniu będzie dla nich przeżytkiem. Fani umiarkowani wysłuchają na tydzień przed na MySpace, a premiery doczekają tylko najwierniejsi tradycjonaliści. Przypadkowy słuchacz o tym doniosłym wydarzeniu dowie się pół roku później. Bo skąd miał niby wiedzieć? Nie odczuł singlowego ataku radiowego, nie natrafił na prasowe epopeje ani namiętne dyskusje w sieci, a koledzy na przerwach gadają o zupełnie innych rzeczach.

Przy wszystkich “społecznych” ubytkach powyższego stanu rzeczy, kończy on jednak niechlubną erę marketingowych baniek muzycznych, multiplatynowych siedemnastych płyt wykonawców, którzy od dekady nie wymyślili niczego godnego chociażby brązu, ale wytwórnia promocję zna od podszewki (z muzyką gorzej). Tworzą się wprawdzie bańki oddolne – tegoroczny casus Animal Collective – ale kto o tej (solidnej przecież) płycie rozmawiał w ciągu ostatniego miesiąca? Albo chociaż słuchał? Kiedyś przesadny entuzjazm chłodzono pytaniem: kto będzie o nich pamiętał za kilka lat? Teraz wystarczy zapytać o tygodnie.

Sara TavaresKłamać nie będę, niczym się nie różnię, ale strony kilku artystów monitoruję w tym roku na bieżąco. “From Here We Go To Sublime” The Field od kręcenia się w odtwarzaczu stępiło już krawędzie,  toteż premiery “Yesterday and Today” wyglądam od dawna. To już 19 maja, czyli część fanów musi znać płytę na pamięć. Trzy dni później nowy longplay The Car is On Fire. Jeśli nie będzie tak okropny jak tytuł (“Ombarrops!”), to kasa wydana na amerykańskie studio i bilety lotnicze nie pójdzie na marne.

Na  Wilco nie sposób nie czekać (widzieliście ich razem z Fleet Foxes?), to i ja czekam. I to pomimo tego, że o “Sky Blue Sky” rychło zapomniałem. Zupełnie bezkrytyczny jestem za to w stosunku do Massive Attack, którzy uparcie pną się ku legendzie. Błyskotliwe początki, bardzo dojrzałe “Mezzanine”, wybitne “100th Window”. Chcę wierzyć, że zachowają tę logikę! A tak najbardziej, na kogo w tym roku czekam? Ten jeden raz zgodzę się z red. Kydryńskim. Panie i panowie, Sara Tavares.

portugal

Dwa podejścia do repetycji: Bat for Lashes i Archive

17.04.2009 | 7 odpowiedzi

Bat For Lashes - Two Suns (EMI Music Poland, 2009). Bat For Lashes – Two Suns (EMI Music Poland)

Ocena 4/6

Stylistyczny ekumenizm wciąż pozostaje w modzie i dobrym artystom zwykle dobrze robi. Ale pociąga za sobą ryzyko popadnięcia w skrajności dwojakiego rodzaju: albo wykonawca rozmyje się w “międzystylu” (© Bauagan Mistrzów) i nigdy nie odnajdzie samego siebie, albo w obawie przed autopowielaniem pocznie skakać od jednej inspiracji do następnej – z bardzo podobnym rezultatem.

Trzydziestoletniej pół-Pakistance bliżej do tego drugiego modelu, a więc i związanej z nim groźby. Natasha Khan jak nikt inny balansuje na granicy błyskotliwego ekstrawertyzmu i multigatunkowej papki. Głos ma spektakularnie giętki, ciągoty i do Loreeny McKennitt, i do Steve’a Reicha, a serce do nastrojowości 4AD, prostej elektroniki, a nawet – niewiarygodne – muzyki gospel. Słuchając “Two Suns” po raz pierwszy, siedziałem naprzeciwko półki z płytami i skakałem wzrokiem od tytułu do tytułu, średnio kilka razy na utwór.

Gdy to początkowe zdumienia opada, pojawią się wszakże pytania. W takich momentach jak “Two Planets”, “Daniel” czy “Moon and Moon” nie brzmią one: po co nam Björk? po co nam Kate Bush? po co Tori Amos? Raczej: po co nam Natasha Khan? Poza tym jako człek przywiązany do koncepcji albumu, zazwyczaj wolałbym pozostać w jednym klimacie nieco dłużej niż cztery, góra pięć minut. Dużo piszę o nastrojach, bo do kompozycji i melodii dziewczyna nie ma moim zdaniem za grosz talentu (ale świetnie się maskuje).

Do spróbowania “Two Suns” wypada wszelako zachęcić. Bo podchodząc do Bat For Lashes bez (błogosławionego) bagażu żeńskich indywidualności późnych lat 80. i dalszych – muzyki niby nie tak bardzo starej, ale jednak z poprzedniego pokolenia – zachwyt osobliwą wielobarwnością twórczości BFL jest niemal gwarantowany. Tymi kolorami, o których Natasha ciągle śpiewa i zapowiada już na okładce. Skrycie podejrzewam, że mamy tu do czynienia z pięknym przykładem spełniającej się twórczo synestezji.

Archive - Controlling Crowds (Warner Music France, 2009). Archive – Controlling Crowds (Warner Music)

Ocena 2/6

Spotkanie z każdą kolejną płyta Archive zdaje się wymagać coraz więcej wysiłku – bynajmniej nie przez prekursorskie zapędy czy słówko “progressive” w opisie grupy na MySpace. I szczerze mówiąc, sam się sobie dziwie, że ciekawość bierze jeszcze nad tym zmęczeniem górę. Pewnie to ciągle echo lekkiego zadurzenia w “You All Look The Same To Me”, bo i ja swego czasu nie mogłem się opędzić od “Again” oraz kilku innych sympatycznych trip-hopów z tamtej płyty. Nie przeszkadzała mi w tym świadomość, że pomysł na ten doskonały akustyczny niby-riff zawdzięczają nie tylko własnej wyobraźni.

Niefortunnie sukces ów spowodował tyle, że do tego “Again” od trzech albumów sprowadza się cały pomysł Londyńczyków na ich muzykę, czym diametralnie różnią się od Bat For Lashes. Ulubieńcy polskiej i francuskiej publiczności (i bodaj nikogo więcej) najwyraźniej są głęboko przekonani, że aby kontrolować tytułowe tłumy, wystarczy sięgnąć po tandetną hipnozę: zapętlić banalny gitarowy bądź elektroniczny motyw i na jego tle grać cztery akordy. I tak w kółko, i znowu, again and again.

Fine.

Podyskutujmy, czyli Muzyka a Biznes 3.0

14.04.2009 | 7 odpowiedzi

muzyka-a-biznesTematów do muzycznych dyskusji nigdy nie brak, ale okazji jest jakby coraz mniej, wbrew pozorom tworzonym przez internetowe fora. Dawno nie widziałem w Polsce porządnej kłótni (w cudzysłowie) ekspertów na temat funkcjonowania rynku muzycznego albo chociaż jakiejś ważniejszej płyty. Stąd trzeba łapać okazje, gdy się nadarzają, a taką od trzech lat jest konferencja “Muzyka a Biznes” organizowana w Warszawie przez miesięcznik studencki Magiel.

Z pierwszej edycji pamiętam Mikołaja Ziółkowskiego, który tłumaczył, dlaczego zespół Alter Artu podczas Open’era rozrasta się dziesięciokrotnie. I zużywa tyleż razy więcej kawy. Z drugiej odsłony lekko zdezorganizowany, ale ciekawy panel o kształtowaniu gustów przez media (i tak wszyscy wiedzieli, że dzisiaj jest na odwrót).

W tym roku zapowiada się co najmniej równie ciekawie i to zarówno z racji doboru tematów, jak i panelistów:

- Polska polityka kulturalna – fakt czy mit? Spotkanie z osobami odpowiedzialnymi za politykę kulturalną w Polsce oraz organizacjami pozarządowymi korzystającymi z narzędzi polskiej polityki kulturalnej.
- Ostatni rok festiwali muzycznych – czy kryzys zabije branżę? Dyskusja o przyszłości rynku koncertowego. Goście: Mariusz Adamiak, Stanisław Trzciński, Mikołaj Ziółkowski.
- Pozostaje tylko blogować? Rzecz o ewolucji mediów muzycznych. Goście: Bartek Chaciński i Piotr Metz.

Wszystko to w najbliższy piątek, 17 kwietnia, w bodaj drugiej co do wielkości auli Szkoły Głównej Handlowej, wstęp całkowicie wolny. Dokładną rozpiskę konferencji i szczegóły dotyczące lokalizacji znajdziecie na www.mab.art.pl. Mnie spotkacie na co najmniej dwóch rozprawach.

Fine.

Jordi Savall – Jérusalem

08.04.2009 | 9 odpowiedzi

jordi-savall-jerusalem-book . Jordi Savall - Jérusalem (Alia Vox / CMD)

Ocena 4/6

Jeśli istnieje gatunek muzyczny, którym można bez reszty fascynować się przez całe życie – byłaby to muzyka dawna. Przypomniał mi o tym wczoraj Jordi Savall, naczelny archeolog gatunku, który w pachnącej nowością Operze Krakowskiej pokazał swoje “Jérusalem” – wspólnie z ponad 30 unikatowymi muzykami z kilkunastu krajów i, sprawa kluczowa, trzech wielkich wyznań. Tak jak “Jérusalem” jest najszczególniejszym punktem festiwalu Misteria Paschalia (na zawsze zapamiętam uścisk, jakim obdarzyli się kantor żydowski z palestyńskim), tak też albumowe wydanie dzieła jest najpewniej najważniejszą płytą, jaka wpadła w moje ręce ostatnimi czasy. Uzasadnienie tego przypuszczenia i ogólne wyjaśnienie, czym “Jérusalem” jest, znajdziecie w rozmowie z Savallem.

Pokory mam dosyć, by zdawać sobie sprawę, że nie znam ani ułamka wyśmienitych nagrań rockowych, jazzowych, elektronicznych, już o klasyce nie wspominając. Jednak osłuchawszy się z jazzową czołówką, możecie do końca życia zachwycać się kolejnymi płytami, ale na dogłębne wywrócenie światopoglądu raczej nie ma co liczyć. Na 99% będą to mniej lub bardziej interesujące permutacje znanych już środków.

W muzyce dawnej co innego: co utwór, to zupełnie nowy świat. Bzdura, powiecie – bo jak tu ubogie środki muzyczne głębokiego średniowiecza porównywać z nie(u)znającą granic muzyką XXI wieku? A rewolucję pojedynczych dźwięków, które nie znały nawet pięciolinii, stawiać obok zmasowanego ataku międzygatunkowych miszmaszów i studyjnych trików? Ano można, tak jak “prymitywizm” Szekspira można śmiało postawić przy (ponad) wszystkich przełomowych sztukach rewolucyjnych dramaturgów współczesnych.

Jordi Savall z zespołem - festiwal Misteria Paschalia (źródło: misteriapaschalia.pl)Rozmaitymi akrobacjami próbuje się dziś dostarczać wrażeń, które anonimowie dawnych wieków osiągali przestawiając pojedyncze neumy. Wszystko, co jest w muzyce zachwyca: melodie, harmonie, emocje, przekaz, nastrój – potrafili zamknąć w dwugłosie, choć częściowo w domyśle. Ale czy nie jest tak, że właśnie wymagające domysłu, dopowiedzenia: wiersze, filmy, obrazy – również ceni się najbardziej? No a przecież jest jeszcze jednogłos.

Estetycznie “Jérusalem” (ubrane w 440-stronicową książkę jest, jak to ujął Bartek: “jedynym albumem muzycznym, którym można zabić”) to już nieco inna sprawa, niż jego przesłanie. W 2,5 godz. materiału jest tyleż momentów niezwykłych, co muzycznie przeciętnych. Szczególnie w porównaniu ze skarbami, które Savall już wcześniej wykopywał: od XIV-wiecznego mistycznego popu w rodzaju Stella Splendens (przesłuchaj raz, a nie uwolnisz się przez tydzień), aż po “Adoramus Te” – jeden z tych nielicznych momentów muzycznych, które w moim osobistym rankingu są w stanie konkurować z “Miserere Mei” Allegriego i “Requiem” Mozarta. Ale istota “Jérusalem”akurat nie w melodiach i nie w przedziwnych instrumentach tkwi, ale w słowach, ich kontekście i przesłaniu. I tutaj Savall konkurencji nie ma.

Fine.

Płyty reklamą koncertów, szkółka Radiohead (Kiosk 3/09)

05.04.2009 | 5 odpowiedzi

Koncert Wilco? Źrodło czystej energii!Pobieżne przesłuchanie Prince’a wyczynów najnowszych potwierdza wnioski sprzed kilku lat: można już przestać go słuchać, za to patrzyć mu na ręce trzeba. Bo facet należy do tej elitarnej grupy, która każdym ruchem przedefiniowuje muzyczny biznes, szukając złotego środka między światem płyt, mp3 i coraz modniejszych, chociaż najbardziej w tym towarzystwie archaicznych koncertów. A propos: zbiór 60 plakatów koncertowych, często zjawiskowych, gorąco polecam.

Wiadomo, że ani Prince’owi, ani tym bardziej Radiohead czy Nine Inch Nails pionierskie laury się nie należą, ale to oni ledwie przetarte ścieżki swym medialnym cielskiem poszerzają w dostępne wszystkim autostrady. “W 2004 roku Prince wręczał płytę “Musicology” każdemu, kto wpadł na jeden z jego koncertów, kładąc w ten sposób podwaliny pod to, co obecnie uznajemy niemal za aksjomat:  nagrania stają się reklamami koncertów” – pisze New Yorker. I najnowsze dane brytyjskie pokazują, że koncerty generują już więcej zielonych niż płyty. Bardzo jestem ciekaw, jak takie odwrócenie priorytetów wpłynie na jakość nowopowstającej muzyki.

“Płytowy bestseller wszech czasów, wydany w 1976 roku Their Greatest Hits The Eagles, sprzedał się w 29 mln egzemplarzy. Guitar Hero od premiery w 2005 roku w 23 milionach”. Guardian w tekście o nowej definicji sukcesu każe za gwiazdy uznać postacie, o których czytelnicy prasy i goście marketów płytowych w życiu nie słyszeli. I pewnie nie usłyszą, bo niektórych ich portfel w ogóle nie interesuje.

Marzec przyniósł kolejne przykłady niechcianej troski o artystów i nadopiekuńczych działań wbrew ich woli. Gdy Francja szykuje ostre jak brzytwa przepisy antypirackie, organizacja Featured Artists Coalition (należy do niej ponad 150 artystów, w tym David Rowntree z Blur i Ed O’Brien z Radiohead, Robbie Williams i Annie Lennox) apeluje: “Ściąganie to nie przestępstwo, nie karać nam fanów!”. I wścieka się na muzyczny protekcjonizm, tak jak szwedzcy providerzy internetowi: po zaostrzeniu tamtejszego prawa, w ciągu doby ruch w sieci zmalał o 33 proc. Antykorporacyjny z kolei elaborat tyczący się Live Nation wyprodukował sam Trent Reznor. 5172 znaki, o 1185 więcej niż ja o prapoczątkach polskiego jazzu. Zuch!

Beastie Boys, autorstwa Kozika, a tak naprawdę MuchyZaryzykowałem i  sprawdziłem, co też jeszcze trapi współczesne gwiazdy. Tydzień nie minął, a już wiedziałem, że Amy Winehouse na solarce spaliła powieki, a Beyonce cierpi, bo ubóstwiają ją córki Baracka Obamy. Swojski merkantylizm przyćmiła obawa, co z dziewczyn wyrośnie, skoro mając 7 i 10 lat nucą sobie I’m feelin kind of n-a-s-t-y?

Nie koniec szkolnych historii: Radiohead udzieliło lekcji wychowania 16-letniej Miley Cyrus (piszą, że też jest gwiazdą). Panna grozi, że ich zrujnuje, bo odmówili jej audiencji na rozdaniu Grammy. – Gdy dorośnie, wyzbędzie się przekonania,  że należą się jej tego typu przywileje – odparł dostojnie Yorke.

Ale co tam nastolatka. W tej samej sprawie blog Radiohead zaatakował Kanye West. Ratunku! Na tym tle utrapienia Edge’a (sąsiedzi z Malibu blokują mu budowę 20-piętrowego domu) czy Timbalanda (wytoczył proces własnej wytwórni, bo ta zazdrości mu sukcesów i sabotuje jego karierę) wydają się śmiertelnie poważne.

Czas na słodkości, bo ten dołujący kiosk nijak nie przystaje do wybuchu wiosny. 15-letni chłopak stworzył aplikację Muziik Player, która traktuje zasoby YouTube jak wirtualny dysk z mp3, co może symbolicznie przyhamuje ekspansję Spotify. Nie testowałem, z rozkoszą przypomniałem sobie za to warszawski występ Julii Marcell dzięki jej wizycie w Rockpalast (34 minuty), a na Pitchforku po liftingu wyłapałem spory fragment koncertu Antony’ego (na stronie NPR całość w audio). Brawa dla skrzypków! Na deser starsi ludzie słuchają Animal Collective (dzięki Macio), ale są równie niewzruszeni co stoicki Calvin.

Fine.

Polskiego jazzu nie będzie, Pan rozumie

03.04.2009 | 7 odpowiedzi

Niewinni Czarodzieje (1960)

“Co do Komedy mam nieco inne zdanie niż pan. Sam cool jazz jest po nerwowym poprzednim stylu bardzo miłą niespodzianką, ale cierpi na kilka chorób równocześnie. Pierwsza – to europejskość muzyki. Druga – to wtórność inwencyjna, dosłownie: wtórność. Trzecia – to niewspółczesność. Czwarta – to jednowarstwowość elementów i wynikająca z niej monotonia ogólna, może stylowa, ale bardzo ograniczająca muzykę” – pisze w “Ruchu Muzycznym” z 1957 roku Bogusław Schaeffer, któremu w czerwcu stuknie 80 lat. A raczej mówi, bo to wywiad, tyle że pytający co rusz zamienia się rolami z pytanym Andrzejem Trzaskowskim, pionierem polskiego jazzu, który to gatunek wprowadził się do naszego kraju ledwie kilka lat przed ową rozmową.

Trzaskowski (na zdjęciu trzeci od lewej, pomiędzy Romanem Polańskim a Komedą; kadr z filmu “Niewinni Czarodzieje”) w 1956 roku wygrał ankietę “Przekroju” na najlepszego polskiego pianistę. A miłych przekrojowo-jazzowych akcentów jest więcej: “Kolosalne zasługi dla rozwoju jazzu w Polsce – mówi Trzaskowski – ma na swoim koncie redaktor Marian Eile, który przywoził i sprowadzał płyty, udostępniając je muzykom”.

Na przekór propagandzie spod znaku “Dzisiaj słuchasz jazzu, jutro zdradzisz ojczyznę”, u zarania lat 50. począł ten jazzowy noworodek przybierać na wadze. – Zakazany i tępiony jazz żył i rozwijał się mimo wszelkich prześladowań – pisał Stefan Kisielewski w relacji z pierwszego Sopot Jazz Festiwal (1956), na który zjechało 50 tys. osób. – Dominowała atmosfera skupienia i entuzjazmu. Formy tego entuzjazmu, takie jak gwizd czy rzucanie marynarek, nie mają – wbrew pozorom – nic wspólnego z chuligaństwem, lecz są międzynarodowym, uświęconym już i tradycyjnym sposobem okazywania zadowolenia z jakości produkcji, takim samym jak oklaski na koncercie symfonicznym – uspokaja Kisiel.

Ale z punktu widzenia samych muzyków sytuacja nie przedstawiała się tak różowo: “Ogólna charakterystyka bieżącego stanu – mówi Trzaskowski – wygląda następująco: po pierwsze – zła atmosfera ogólna;  po drugie – odbiorca rzadko jest taki, jakim chcielibyśmy go widzieć; nie zawsze odnosi się do jazzu tak, jakby należało oczekiwać. Pan rozumie.” Tak. Czytelnicy również.
“Po  trzecie – jazzowe życie muzyczne. Nie ma nic, co by zasługiwało na tę nazwę. Po czwarte – muzyk grający dobrze na instrumencie dętym jest rzadkością. Nasi jazzowi muzycy od instrumentów dętych są piętą achillesową polskiego jazzu, nie mają żadnego pojęcia o harmonii”.

O co pianiście chodzi, gdy mówi o złej atmosferze? Ano władza wymyśliła w końcu sposób na jazzmanów: przestała ich prześladować! Mobilizujący klimat podziemia wyparował, a wraz z nim słuchacze. “Jazz zaczyna już dziś mniej interesować niż wtedy, kiedy był zakazany. Ilość zespołów wyparła u nas jakość i ich poziom. Zespołów jest mnóstwo, a ich poziom żaden” – mówi Trzciński. Ciekawe też, że w ówczesnych recenzjach najbardziej się jazzowe składy krytykuje za granie w różnych stylach, za szerokie inspiracje. Jakże się to odwróciło: dzisiaj nie ma chyba większego komplementu niż “eklektyczny”.

Poza tego typu spóźnionymi odkryciami, lektura publicystyki sprzed półwiecza dostarcza niemałego ubawu ze względu na niespotykany obecnie radykalizm oraz takie jak we wstępie logoreje tekstowe (wypatrzyłem dziś ten zwrot u Tadeusza Nyczka). Trzaskowski w pewnym momencie nie wytrzymuje i pyta (!) Schaeffera:
-  To co się panu wobec tego w cool jazzie podoba?
- Ogólne nastawienie kontrapunktyczne; spokojne, ale rozmyślne rzutowanie linearne oraz imitacyjność niektórych epizodów.

Pytał, to ma. Na sam koniec wywiadu (debaty?) ulubiony pianista “Przekroju” połowy lat 50. rysuje perspektywy stojące przed polskim jazzem: ?1. ilość zespołów wzrośnie; 2. ze strony czynników oficjalnych żadnej pomocy nie będzie; 3. poziom zespołów (oczywiście tych, które nie myślą wyłącznie o zarobkowaniu) wzrośnie; 4. dalsza “powódź” pianistów – a pozostałe instrumenty w takim samym położeniu jak dziś; 5. polskiego jazzu nie będzie“.

Fine.