Kwiecień 2009

Wszystkie koncerty świata

Miałem napisać o tym, jak Antony wspólnie z szóstką Johnsonów wspiął się dzisiaj na wyżyny wokalistyki, emocjonalistyki i Bóg wie czego jeszcze  – co ja mówię, on musiałby się ku nim schylać! – ale słów brak. Pytajcie poetów.

icon_sun


Wywiad: Tim Hecker

Tim Hecker

Takie rozmowy też są potrzebne, bo przypominają, że nawet za wielką muzyką stoi zwykły człowiek, który może mieć swój gorszy dzień. Bob Dylan takowe miewał nader często – moim ulubionym wywiadem (w ogóle) jest ten opublikowany przez Disc Weekly w maju 1965 roku. Po legendarnej już rozmowie z NPR wszyscy zaś wiedzą, że Sigur Rós do radia zapraszać nie należy. A ja wiem, dlaczego Tim Hecker zajmuje się muzyką instrumentalną.

Twoja muzyka jest coraz bardziej ascetyczna. To zamierzone?

Tim Hecker: Ja to widzę dokładnie na opak. Czasem jest gęsta i złożona, czasem nie.

Z jakich instrumentów korzystasz w studiu?

Syntezator, pianino, sampler, efekty gitarowe, komputer.

Okładka An Imaginary Country przypomina Amber Autechre, celowo?

Nie.

Na początku kariery próbowałeś sił w kapeli rockowej, nie tęsknisz za tym?

Nie.

Udaje ci się na koncertach przez godzinę utrzymać uwagę publiczności tak spokojną muzyką?

W moim przypadku jest to raczej 35-40 minut. Większość osób, które chodzą na koncerty, chce czegoś posłuchać. Zazwyczaj są otwarci.

Jak to jest z popularnością w twojej niszy – muzyka pozwala ci się utrzymać?

Dla większości wykonawców to bardzo trudne wyżyć z muzyki. Ja mam w pewnym sensie farta, bo jakoś wiążę koniec z końcem. O popularności nic mi nie wiadomo.

Jest ktoś, kogo w elektronice cenisz szczególnie?

Jest wiele takich osób, ale termin „elektronika” nic mi nie mówi. Wszędzie widzę elektryczność!

Czy muzyka, którą grasz, odzwierciedla to, czego słuchasz?

Nie bardzo.

Jakieś ulubiony płyty, utwory?

Rozłożyłeś mnie na łopatki.

No dobra. Dzięki za świetną muzykę i powodzenia.

Nie jestem w tym najlepszy. Sorry, jeśli ta rozmowa na nic ci się nie przyda.

Fine.


Justice – A Cross The Universe

Justice – A Cross The Universe (Warner Music Poland)

 

„Jeśli nienawidzisz Justice, ale dysponujesz dobrymi materiałami, nie ma problemu” – ogłosili latem Gaspard Augé i Xavier de Rosnay. Tak Justice zaapelowało do słuchaczy, aby dorzucili swoje dwa grosze do pierwszej koncertówki paryskiego duetu i wydanego równolegle quasi-dokumentalnego wydawnictwa DVD.

Album „A Cross the Universe” upamiętnia amerykańską trasę Francuzów, promującą „†”, spektakularny debiut Justice z 2007 roku. Z braku nowego materiału w San Francisco odegrano płytę prawie w całości, bez dwóch zaledwie utworów.

Przywołane na początku, modne ostatnimi czasy wezwanie słuchaczy do wirtualnej współpracy wyjątkowo nie zalatuje marketingowym trikiem, bo i w sferze audio Justice potraktowało publiczność jak członka zespołu. Każda sekunda albumu to w równej mierze przesterowane syntezatory house-metalowego disco co entuzjastyczne wrzaski euforycznie falującej publiczności. I ten poszerzony skład Justice zdaje się mieć dla świata jedno tylko przesłanie: „Rave’s not dead!”

Pojawia się wątpliwość, czy atmosferę tej kalifornijskiej dyskoteki, wrażenia rozpięte na pięciu zmysłach, udało się przenieść na nośnik oddziałujący na słuch jeno? Ano nie udał się ten wyczyn ani w ułamku, ale przecież wszyscy lubimy dostawać widokówki.

Machina

 

Fine.


Pink Freud – Alchemia

Pink Freud – Alchemia (Alchemia/Universal)

 

Chroniąc się przed zarzutem zawężania horyzontów, mainstream zwykł wybierać pojedynczych wykonawców z poszczególnych rejonów oceanu alternatywy, by łaskawie obdarzyć ich swoimi względami. I nie jest to jakaś wydumana personifikacja, ale prawidłowość doskonale znana wszystkim amatorom końcoworocznych podsumowań płytowych. Na podobny przywilej w polskiej mikroskali Pink Freud zasłużył kilka lat temu albumem „Sorry Music Polska”, zyskując sympatię publiczności znacznie szerszej niż grono stałych bywalców klubów jazzowych.

Piąta płyta grupy, świętującej właśnie dziesięciolecie istnienia, to zapis koncertu, który odbył się w klubie Alchemia w ramach Krakowskiej Jesieni Jazzowej w 2006 roku. Tytuł „Alchemia” ma podwójne dno, bowiem oprócz saksofonisty Tomasza Dudy, podstawowy skład trójmiejskiej formacji zasiadając za organami Hammonda i pianinem Wulitzera wzmocnił Marcin Masecki, który zaczynał przecież w nieodżałowanym Alchemiku. Kwintet o takim potencjale mógłby zagrać wszystko. Tutaj oprócz przekrojowej wycieczki przez dorobek Pink Freud znalazło się jeszcze miejsce dla „Boogie Woogie Waltz” z repertuaru Weather Report.

Pod względem ekspresji grupa miota się od najeżonego improwizacjami powolnego stąpania po przepełnione nieposkromioną furią erupcje całego kwintetu. W obu przypadkach zadziwia wyśmienita, gęsta praca sekcji rytmicznej. Szkoda tylko, że postępujące oddalanie się Pink Freud od stref umiarkowanych będzie oznaczało dla gdańszczan utratę zachowawczej części publiczności. Mainstream, który nie toleruje pustki, niebawem znajdzie sobie zastępstwo, choćby w postaci Contemporary Noise Quintet lub nawet Robotobiboka.

Machina

 

Fine.


Jordi Savall – wywiad

Jest pan w Krakowie częstym gościem. Tym razem w związku z „Jérusalem”, koncertem łączącym tradycję trzech wielkich religii.

Jordi Savall: Mój pierwszy festiwal w tym mieście zaliczyłem już w latach 70. Krakowska publiczność zawsze była głodna takiej muzyki. „Jérusalem” to hołd dla miasta, które przetrwało tysiące lat pomimo niezliczonych wojen i pogromów. To także pieśń nadziei, pieśń na rzecz pokoju – zdawałoby się – nieosiągalnego. Kiedy rozpoczynałem pracę nad „Jérusalem”, wszyscy mówili, że oszalałem, że chrześcijan, Palestyńczyków i Żydów dzieli zbyt wiele, by dało się ich zgromadzić wokół jednego projektu. Ale nie zwracałem na to uwagi i przez cały rok odwiedzałem kościoły, synagogi i meczety, aż znalazłem ochotników. Daliśmy już kilka koncertów, niektóre fragmenty albumu pochodzą właśnie z nich.

W tym jeden w samej Jerozolimie. Jak zostaliście tam przyjęci?

To było wydarzenie pełne emocji. Ludzie mieli w oczach łzy, niektórzy płakali. Wszyscy krytycy powtarzali później, że goszczący nas Israel Festival mógłby ograniczyć się do tego jednego występu.

Obyło się bez problemów na tle różnic religijnych?

Gdy układaliśmy program, dołożyliśmy starań, by
zrównoważyć akcenty wszystkich trzech tradycji. W zasadzie stałem nad muzykami ze stoperem w ręku i sprawdzałem, czy żydzi, chrześcijanie i muzułmanie mają dokładnie tyle samo czasu (śmiech)! W pewnym momencie podszedł do mnie przyjaciel z Izraela i mówi: „Jordi, popełniasz błąd, tu jest za dużo arabskiej muzyki jak na Jerozolimę, to się ludziom bardzo nie spodoba”. Lecz gdy tylko palestyński kantor Muwafak skończył śpiewać swoją pierwszą pieśń, publiczność zgotowała mu owację na stojąco. A jako solista jest wyeksponowany niczym muezin wzywający z minaretu wiernych na modlitwę. To nas przekonało, że ludzie są gotowi wsłuchać się w innych od siebie, że nie boją się różnic.

Próbuje pan na własną rękę realizować ekumenizm?

Ciągle słyszę, że marzą mi się utopie nieprzystające do światowych realiów. Obecne wydarzenia faktycznie nie pozostawiają wiele nadziei. Ale gdy siedzimy ramię w ramię, 40 muzyków z Palestyny, Izraela, Armenii, Turcji, Syrii, Maroka, Grecji, Hiszpanii, Włoch, Iraku i Afganistanu, tworząc w pełnej harmonii przepiękną muzykę, wówczas to już nie jest utopia, lecz rzeczywistość.

Udało się wam osiągnąć tę harmonię także w codziennych kontaktach?

Nie obyło się bez kłopotów, ale dotyczyły głównie zwyczajów religijnych. Pewnego razu usłyszeliśmy w synagodze trzech świetnych kantorów. Opowiedzieliśmy im o naszym projekcie, a oni na to: jeśli tam będą kobiety, to nie zaśpiewamy. W Kairze poznaliśmy kilku wspaniałych instrumentalistów. Mieliśmy już za sobą rozmowę o terminach i honorarium, kiedy zapytali nas o skład zespołu. Gdy usłyszeli o muzykach z Izraela, przeprosili i poszli sobie. Bali się, że ich rodacy nie zrozumieją, dlaczego występują ramię w ramię z wrogiem. Nawet datę występu w Krakowie musieliśmy zmienić na 7 kwietnia, gdyż dzień później rozpoczyna się żydowska Pascha. Z powodu szabatu przesuwaliśmy już trzy koncerty. „Jérusalem” wymaga uwzględniania mnóstwa czynników, które nie mają nic wspólnego z muzyką.

Czy nie to właśnie czyni ten projekt wyjątkowym?

Oczywiście, choć czasem trzeba się było bardzo napracować. Tuż przed koncertem w kościele musieliśmy zasłonić wszystkie chrześcijańskie symbole, obrazy i figury świętych. Muzułmanin albo żyd nie zaśpiewałby, stojąc naprzeciwko krzyża.

Jest pan zadowolony z efektu, gdy słyszy „Jérusalem”?

Weszliśmy w to przedsięwzięcie z ogromnym zapałem, a i tak przeszło nasze oczekiwania. Jeszcze nigdy nie uczestniczyłem w projekcie, który wymagałby tak wielkiego zaangażowania od każdego z uczestników. Pracowałem już z orkiestrami, w których kilku muzyków odgrywało kluczowe role, ale gdy któryś z nich zachorował, miałem w zanadrzu innych. W tym przypadku nie mam zastępstwa chociażby dla żydowskiego kantora czy paru unikatowych instrumentalistów. Wprowadzenie nowego muzyka oznaczałoby rozpoczynanie „Jérusalem” niemal od początku. Dlatego każdy czuje się niezastąpiony.

Rok temu przywiózł pan do Krakowa spektakl inspirowany malarstwem Caravaggia, teraz motyw Jerozolimy. Muzyka sama w sobie to zbyt mało?

Koncertuję zawodowo od 1969 roku. Chociaż zwykłe koncerty dają sporo przyjemności, to po tych 40 latach wiem, że muzyka ma znacznie większy potencjał, którego nie można zmarnować. Przecież tak świetnie łączy się ze sztuką, z literaturą, duchowością. Za pomocą muzyki nadajemy historii ludzki wymiar, dodajemy jej barw i emocji. Muzyka oświeca nie tylko intelekt, ale i serce, dotyka samego sedna duszy.

Właśnie z myślą o tych nietypowych projektach założył pan własną wytwórnię?

Alia Vox działa już ponad 10 lat i pozwala nam realizować pomysły, których żadna inna wytwórnia nie zaakceptowałaby bez ingerencji. Nasz następny pomysł dotyczy krucjaty przeciw katarom w Langwedocji z 1209 roku, która w ciągu dwóch dni pochłonęła 20–30 tysięcy istnień ludzkich. O takich momentach w historii nikt nie chce pamiętać. My staramy się wzbudzić refleksję nad tym, czemu w ogóle do takich zdarzeń dochodzi i dlaczego dzisiaj próbujemy o nich zapomnieć. Jednym z kryteriów oceny stopnia rozwoju naszej cywilizacji jest pamięć. Bez pamięci nie ma też przyszłości.

Muzyka może tu odegrać istotną rolę?

Wiele fragmentów „Jérusalem” mówi o jej nieprawdopodobnej sile: poczynając od trąb, takich samych jak te, które trzy tysiące lat temu zburzyły mury Jerycha, a kończąc na pieśni „El male rahamim”. W 1941 roku żydowski kantor Shlomo Katz tak wzruszył nią nazistów, że oszczędzili mu życie! I to jest lekcja, jaką daje nam muzyka – że łącząc duchowość z wrażliwością, możemy dokonać rzeczy niemożliwych.

 

Jordi Savall, 68 lat, to największy współczesny odkrywca i wykonawca muzyki dawnej na świecie. W ciągu 40 lat pracy opublikował ponad sto kompozycji, wskrzeszając bezcenne zabytki średniowiecznej tradycji. Doceniony już w latach 70. za interpretacje Bacha, na początku lat 90. zasłynął szerzej jako autor ścieżki dźwiękowej do filmu „Wszystkie poranki świata” nagrodzonej Cezarem i nominowanej do Grammy. Wiedziony myślą Dostojewskiego: „Piękno ocali świat”, za pomocą muzyki próbuje prowadzić dialog międzykulturowy, za co UNESCO wyróżniło go tytułem Artists for Peace.

(„Przekrój” 13/2009)

 

 

Fine.


Dorota Miśkiewicz – Caminho

Dorota Miśkiewicz – Caminho (Sony BMG)

 

Jakby na przekór przedwczesnej jesieni swoje 35. urodziny Dorota Miśkiewicz świętuje w rytmach bossa novy. Zafascynowana ostatnio muzyką brazylijską ściągnęła z kraju samby perkusjonistę Guello, porzuciła elektroniczne eksperymenty z przeszłości i nagrała bodaj najbardziej sielankową płytę sezonu.

Zapowiadany przez nią skręt w kierunku jazzu bardziej poczujecie, niż usłyszycie, bo kompozycyjnie Miśkiewicz wciąż pozostaje blisko wyrafinowanego popu. Stąd nie dziwi, że na jak zawsze imponującej liście gości oprócz jazzowych sław (Marek Napiórkowski, Marcin Wasilewski) pojawia się dwóch Grzegorzów: Markowski w przebojowej piosence „Dwoje różnych” oraz Turnau w wysmakowanym aranżacyjnie „Suwalskim bolero” (nie gorszym niż „W małych istnieniach”, ich pierwszym duecie sprzed kilku lat).

Na trzecim albumie wokalistka stawia na ciepło akustycznego umiaru, unikając gatunkowego rozproszenia „Pod rzęsami” z 2005 roku. Z poprzedniczką łączy ją, niestety, deficyt kompozycji, które dorastałyby do finezji brzmienia sięgającej tutaj pojedynczych dźwięków.

Raczej prędzej niż później kolejne piosenki zaczynają trącić nudą, lecz dla samej barwy głosu Doroty na tę „Drogę” (po portugalsku – caminho) chce się wracać i wracać.

„Przekrój” 42/2008

 

Fine.


The Cisterian Monks Of Stift Heiligenkreuz – Chant – Music For Paradise

The Cisterian Monks Of Stift Heiligenkreuz – Chant – Music For Paradise (Universal)

 

Potrzebny chór śpiewający chorał tak, jak należy go śpiewać” – brzmiało ogłoszenie, które wytwórnia Universal zamieściła na początku roku w prasie religijnej. Po sukcesie pobrzmiewającej chorałem gry „Halo” na konsolę Xbox o jednogłosy coraz częściej rozpytywali miłośnicy strzelanki, a jest ich już ponad 16 milionów. Zgłoszeń było kilkaset.

Speców z wytwórni rozbroił krótki film z YouTube zmontowany przez mnichów ze Stift Heiligenkreuz, czyli Opactwa Świętego Krzyża założonego w 1133 roku. Wkrótce zakonnicy z podwiedeńskich lasów mieli podpisany kontrakt z największą wytwórnią na świecie. – Wydajemy w tej samej wytwórni co Eminem, ale nie mam pojęcia, kim on jest – rozbrajająco szczerze tłumaczył ojciec Karl Wallner. Jego współbraciom zaniepokojonym o śluby ubóstwa obiecano, że honoraria wesprą edukację przyszłych zakonników. – Nasz sukces to cud – podsumował Wallner.

Ćwierć miliona sprzedanych płyt to jednak nie skutek nadprzyrodzonej interwencji, lecz profesjonalizmu wykonawców i tysiącletniej tradycji zakonu. Z 76 mnichów wybrano garstkę najlepszych śpiewaków, a nagrań dokonano w klasztornej kaplicy, w której zakonnicy codziennie przez trzy–cztery godziny odśpiewują chorałem liturgię godzin. Cystersi są więc zaprzeczeniem tandetnych boysbandów w kapturach, a niekłamane uduchowienie wyróżnia ich także w mrowiu świeckich wydawnictw z jednogłosami. Krystaliczny hymn „Veni Creator Spiritus”, antyfona „In Paradisum” czy „Salve Regina” to najbardziej ponadczasowe przeboje Zachodu. Wciąż są regularnie wykonywane, chociaż pochodzą z czasów, gdy zamiast nut zapisywano neumy, i to nie na pięciolinii, tylko – w najlepszym wypadku – na liniach czterech.

Choć austriaccy cystersi nie chcą słyszeć o trasie koncertowej, nie musimy się martwić. Wystarczy w porze nieszporów zajrzeć do krakowskich dominikanów albo benedyktynów w Tyńcu. – Nie tylko chrześcijanie znajdą ukojenie w tej muzyce – podkreśla Wallner. – To ostateczny chillout, który zabierze cię z pędzącego świata w pewne odległe miejsce.

„Przekrój” 34/2008

 

Fine.


Grandmaster Flash – The Bridge: Concept of a Culture

Grandmaster Flash – The Bridge: Concept of a Culture (Strut)

 

30 lat temu z południowego Bronksu wystrzelono pocisk, który na zawsze zmienił kulturowy i muzyczny krajobraz Ameryki. Minęły trzy dekady i raperzy stali się gwiazdami. Są liderami społecznymi, nauczycielami, filantropami, nawet prezesami firm. Nie byłoby to możliwe bez pracy tych ludzi – oto laudacja, którą Jay-Z wygłosił na cześć Grandmaster Flash & The Furious Five, pierwszego hiphopowego składu przyjętego do Rock and Roll Hall of Fame. „Pierwszy DJ, który potraktował gramofon jak instrument”, „człowiek, który wynalazł skrecze”, „ojciec hip-hopu” – takich przydomków Grandmaster Flash ma więcej. Nawet swoją nazwę gatunek zawdzięcza jednemu z raperów The Furious Five, grupy, która pod koniec lat 70. pisała elementarz hip-hopu.

Rozmach „The Bridge” może zmylić, ale płyta nie jest dziełem 20, lecz zaledwie dwóch lat. Zanim Grandmaster ściągnął do swojego studia tłum raperów, zajmował się objeżdżaniem świata. – Tytuł albumu mówi o mostach, które przekroczyłem: mostach czasu, kultur, ras i stylów muzycznych. Gdziekolwiek się udałem, zawsze okazywało się, że istnieje uniwersalny język hip-hopu – mówi. Na potwierdzenie w zdumiewającym formą i treścią „We Speak Hip Hop” przekazuje mikrofon raperom z Senegalu, Hiszpanii, Japonii i ze Szwecji wspieranym przez legendarnego KRS-One (z Brooklynu).

Zacierając granice, Joseph Saddler (to prawdziwe nazwisko Flasha) godzi weteranów (jak Snoop Dogg, Q-Tip czy Busta Rhymes) z młodzieżówką (między innymi w osobie jego syna J-Flo), a kawałki godne podziemia z kandydatami na hity. Po profesorsku streszcza historię gatunku i przesłanie: hip-hop to wspólnota.

„Przekrój” 10/2009

 

Fine.


Jacaszek – Pentral

Jacaszek – Pentral (Gusstaff)

 

„Kościoły nie były puste. Zwiedzający i modlący się pozostawili dźwięki kroków, szmery, szurania, szepty. To wszystko znalazło się na nagraniach” – mówi Michał Jacaszek, który z zestawem mikrofonów odwiedził trzy zabytkowe kościoły gotyckie w Trójmieście. Stymulując ich wnętrza pojedynczymi akordami organów, dzwonkami czy ascetycznym śpiewem, gdańszczanin zamierzał odsączyć brzmienie samego budynku.

Podczas późniejszej obróbki studyjnej odrzucił więc początkowe bodźce, aby zwielokrotnić pochodne im pogłosy i echa. Być może idea przerosła nieco jej wcielenie, bo ponure, ascetyczne rezultaty eksperymentu Jacaszka nie są ani tak bezpośrednie, ani tak porywające (w kategoriach ambientowych), jak ubiegłoroczne „Treny”. Jak ulał pasują za to do wielkopostnych wyciszeń. Kto wie, może „Pentral” (łac. wnętrze, duch, świątynia) stanie się przyczynkiem do narodzin turystyki akustycznej?

„Przekrój”

 

Fine.


Beirut – March of the Zapotec / Holland

Beirut – March of the Zapotec / Holland (Ba Da Bing)

 

Nie minęły trzy lata od jego debiutu, a twórca Beirut przeszedł drogę, która zazwyczaj zajmuje muzykom kilka dekad. Jeszcze jako nastolatek zjechał Europę, gdzie zafascynował się muzyką bałkańską i zakochał w Paryżu. W tym czasie jego muzyka z niszowych blogów powędrowała do stacji radiowych. – Tak szybki sukces spieprzył wiele rzeczy – stwierdził wiosną ubiegłego roku Zach Condon i odwołał całą trasę koncertową, w tym występ na gdyńskim Open’erze. I tyle go widzieli.

Odnalazł się w meksykańskim Oaxaca, nieopodal rodzinnego Santa Fe. I to nie sam, ale z 17-osobową orkiestrą pogrzebową Indian Zapoteków. Zarejestrowali wspólnie sześć utworów, które szczerze uradują fanów „Gulag Orkestar” tudzież wielbicieli lamentów Matta Elliota. Ich przeciwieństwem jest druga część wydawnictwa. – Ilekroć znużył mnie Beirut, odreagowywałem na synthpopowych piosenkach – wyjaśnia Condon i przyznaje się do inspiracji The Magnetic Fields. Chociaż tę część twórczości traktuje żartobliwie, urocze „Holland” nie stanie się pretekstem do żartów. Tak jak „March of the Zapotec”, pomimo żałobnego nastroju, nikogo nie zasmuci.

„Przekrój” 07/2009

 

Fine.