03.04.2009 |

„Co do Komedy mam nieco inne zdanie niż pan. Sam cool jazz jest po nerwowym poprzednim stylu bardzo miłą niespodzianką, ale cierpi na kilka chorób równocześnie. Pierwsza – to europejskość muzyki. Druga – to wtórność inwencyjna, dosłownie: wtórność. Trzecia – to niewspółczesność. Czwarta – to jednowarstwowość elementów i wynikająca z niej monotonia ogólna, może stylowa, ale bardzo ograniczająca muzykę” – pisze w „Ruchu Muzycznym” z 1957 roku Bogusław Schaeffer, któremu w czerwcu stuknie 80 lat. A raczej mówi, bo to wywiad, tyle że pytający co rusz zamienia się rolami z pytanym Andrzejem Trzaskowskim, pionierem polskiego jazzu, który to gatunek wprowadził się do naszego kraju ledwie kilka lat przed ową rozmową.
Trzaskowski (na zdjęciu trzeci od lewej, pomiędzy Romanem Polańskim a Komedą; kadr z filmu „Niewinni Czarodzieje”) w 1956 roku wygrał ankietę „Przekroju” na najlepszego polskiego pianistę. A miłych przekrojowo-jazzowych akcentów jest więcej: „Kolosalne zasługi dla rozwoju jazzu w Polsce – mówi Trzaskowski – ma na swoim koncie redaktor Marian Eile, który przywoził i sprowadzał płyty, udostępniając je muzykom”.
Na przekór propagandzie spod znaku „Dzisiaj słuchasz jazzu, jutro zdradzisz ojczyznę”, u zarania lat 50. począł ten jazzowy noworodek przybierać na wadze. – Zakazany i tępiony jazz żył i rozwijał się mimo wszelkich prześladowań – pisał Stefan Kisielewski w relacji z pierwszego Sopot Jazz Festiwal (1956), na który zjechało 50 tys. osób. – Dominowała atmosfera skupienia i entuzjazmu. Formy tego entuzjazmu, takie jak gwizd czy rzucanie marynarek, nie mają – wbrew pozorom – nic wspólnego z chuligaństwem, lecz są międzynarodowym, uświęconym już i tradycyjnym sposobem okazywania zadowolenia z jakości produkcji, takim samym jak oklaski na koncercie symfonicznym – uspokaja Kisiel.
Ale z punktu widzenia samych muzyków sytuacja nie przedstawiała się tak różowo: „Ogólna charakterystyka bieżącego stanu – mówi Trzaskowski – wygląda następująco: po pierwsze – zła atmosfera ogólna; po drugie – odbiorca rzadko jest taki, jakim chcielibyśmy go widzieć; nie zawsze odnosi się do jazzu tak, jakby należało oczekiwać. Pan rozumie.” Tak. Czytelnicy również.
„Po trzecie – jazzowe życie muzyczne. Nie ma nic, co by zasługiwało na tę nazwę. Po czwarte – muzyk grający dobrze na instrumencie dętym jest rzadkością. Nasi jazzowi muzycy od instrumentów dętych są piętą achillesową polskiego jazzu, nie mają żadnego pojęcia o harmonii”.
O co pianiście chodzi, gdy mówi o złej atmosferze? Ano władza wymyśliła w końcu sposób na jazzmanów: przestała ich prześladować! Mobilizujący klimat podziemia wyparował, a wraz z nim słuchacze. „Jazz zaczyna już dziś mniej interesować niż wtedy, kiedy był zakazany. Ilość zespołów wyparła u nas jakość i ich poziom. Zespołów jest mnóstwo, a ich poziom żaden” – mówi Trzciński. Ciekawe też, że w ówczesnych recenzjach najbardziej się jazzowe składy krytykuje za granie w różnych stylach, za szerokie inspiracje. Jakże się to odwróciło: dzisiaj nie ma chyba większego komplementu niż „eklektyczny”.
Poza tego typu spóźnionymi odkryciami, lektura publicystyki sprzed półwiecza dostarcza niemałego ubawu ze względu na niespotykany obecnie radykalizm oraz takie jak we wstępie logoreje tekstowe (wypatrzyłem dziś ten zwrot u Tadeusza Nyczka). Trzaskowski w pewnym momencie nie wytrzymuje i pyta (!) Schaeffera:
- To co się panu wobec tego w cool jazzie podoba?
- Ogólne nastawienie kontrapunktyczne; spokojne, ale rozmyślne rzutowanie linearne oraz imitacyjność niektórych epizodów.
Pytał, to ma. Na sam koniec wywiadu (debaty?) ulubiony pianista „Przekroju” połowy lat 50. rysuje perspektywy stojące przed polskim jazzem: 1. ilość zespołów wzrośnie; 2. ze strony czynników oficjalnych żadnej pomocy nie będzie; 3. poziom zespołów (oczywiście tych, które nie myślą wyłącznie o zarobkowaniu) wzrośnie; 4. dalsza „powódź” pianistów – a pozostałe instrumenty w takim samym położeniu jak dziś; 5. polskiego jazzu nie będzie„.
