RSS

O, czek(iw)anie!

22.04.2009 | 26 odpowiedzi

sklepmuzycznyPodobno nikt już na płyty nie czeka. Na pewno nie masowo. Wyszło U2, wyszło Depeche Mode, wyszedł Morrissey i Antony z Johnsonami. I co? Skończyło się na paru krótkich recenzjach, a obyło bez opasłych biograficznych artykułów na kilka kolumn. Nawet w zagranicznej prasie reklamy były większe niż teksty czy wywiady. Żyjemy.

Czy czegoś brakuje? Ano, oprócz emocji zbiorowego oczekiwania, brak trochę dyskusji. Że każdy dzisiaj słucha czego innego – to wiemy. Ale nawet gdy zbierze się ta garstka fanów, to poznają płytę w innym czasie, a już najrzadziej w dniu premiery. Potencjalnie najaktywniejsi dyskutanci ściągną ją dwa miesiące wcześniej i majowe wydawnictwo już w kwietniu będzie dla nich przeżytkiem. Fani umiarkowani wysłuchają na tydzień przed na MySpace, a premiery doczekają tylko najwierniejsi tradycjonaliści. Przypadkowy słuchacz o tym doniosłym wydarzeniu dowie się pół roku później. Bo skąd miał niby wiedzieć? Nie odczuł singlowego ataku radiowego, nie natrafił na prasowe epopeje ani namiętne dyskusje w sieci, a koledzy na przerwach gadają o zupełnie innych rzeczach.

Przy wszystkich „społecznych” ubytkach powyższego stanu rzeczy, kończy on jednak niechlubną erę marketingowych baniek muzycznych, multiplatynowych siedemnastych płyt wykonawców, którzy od dekady nie wymyślili niczego godnego chociażby brązu, ale wytwórnia promocję zna od podszewki (z muzyką gorzej). Tworzą się wprawdzie bańki oddolne – tegoroczny casus Animal Collective – ale kto o tej (solidnej przecież) płycie rozmawiał w ciągu ostatniego miesiąca? Albo chociaż słuchał? Kiedyś przesadny entuzjazm chłodzono pytaniem: kto będzie o nich pamiętał za kilka lat? Teraz wystarczy zapytać o tygodnie.

Sara TavaresKłamać nie będę, niczym się nie różnię, ale strony kilku artystów monitoruję w tym roku na bieżąco. „From Here We Go To Sublime” The Field od kręcenia się w odtwarzaczu stępiło już krawędzie,  toteż premiery „Yesterday and Today” wyglądam od dawna. To już 19 maja, czyli część fanów musi znać płytę na pamięć. Trzy dni później nowy longplay The Car is On Fire. Jeśli nie będzie tak okropny jak tytuł („Ombarrops!”), to kasa wydana na amerykańskie studio i bilety lotnicze nie pójdzie na marne.

Na  Wilco nie sposób nie czekać (widzieliście ich razem z Fleet Foxes?), to i ja czekam. I to pomimo tego, że o „Sky Blue Sky” rychło zapomniałem. Zupełnie bezkrytyczny jestem za to w stosunku do Massive Attack, którzy uparcie pną się ku legendzie. Błyskotliwe początki, bardzo dojrzałe „Mezzanine”, wybitne „100th Window”. Chcę wierzyć, że zachowają tę logikę! A tak najbardziej, na kogo w tym roku czekam? Ten jeden raz zgodzę się z red. Kydryńskim. Panie i panowie, Sara Tavares.

portugal

Thee Silver Mt. Zion Memorial Orchestra & Tra-La-La Band – 13 Blues for Thirteen Moons

20.04.2009 | Skomentuj

Thee Silver Mt. Zion Memorial Orchestra & Tra-La-La Band – 13 Blues for Thirteen Moons (Constellation)

 

Mijają czasy, kiedy nadzwyczaj często zerkało się w stronę kanadyjskiej sceny muzycznej. I nie chodzi o Nickelback ani nawet o Arcade Fire, ale o dokonania grupki montrealskich freaków, naprzemiennie wydających płyty pod cudacznymi nazwami Goodspeed You! Black Emperor, A Silver Mt. Zion czy Set Fire To Flames. Pomijając spekulacje dotyczące zawieszenia działalności przez GY!BE ze względu na przedłużającą się wojnę w Iraku, fakty mówią same za siebie: jedynym aktywnym projektem genialnej komuny zgromadzonej wokół gitarzysty i wokalisty Efrima Menucka jest obecnie Thee Silver Mt. Zion Memorial Orchestra & Tra-La-La Band.

Siedmioosobowy rockowo-kameralny skład co dwa-trzy lata prezentuje nowe płyty, a po wydaniu ostatniej dał ponad sto koncertów. Niestety niegdysiejszym mistrzom rozpaczliwej smyczkowej melancholii coraz bliżej do pospolitego rocka, a poza otwierającym „1,000,000 Died To Make This Sound” trudno tu o większe wzruszenia. Skoro nawet Kanada zaczyna wychodzić z depresji, globalne ocieplenie musi być faktem.

Machina

 

Fine.

Dwa podejścia do repetycji: Bat for Lashes i Archive

17.04.2009 | 7 odpowiedzi

Bat For Lashes - Two Suns (EMI Music Poland, 2009). Bat For Lashes – Two Suns (EMI Music Poland)

Ocena 4/6

Stylistyczny ekumenizm wciąż pozostaje w modzie i dobrym artystom zwykle dobrze robi. Ale pociąga za sobą ryzyko popadnięcia w skrajności dwojakiego rodzaju: albo wykonawca rozmyje się w „międzystylu” (© Bauagan Mistrzów) i nigdy nie odnajdzie samego siebie, albo w obawie przed autopowielaniem pocznie skakać od jednej inspiracji do następnej – z bardzo podobnym rezultatem.

Trzydziestoletniej pół-Pakistance bliżej do tego drugiego modelu, a więc i związanej z nim groźby. Natasha Khan jak nikt inny balansuje na granicy błyskotliwego ekstrawertyzmu i multigatunkowej papki. Głos ma spektakularnie giętki, ciągoty i do Loreeny McKennitt, i do Steve’a Reicha, a serce do nastrojowości 4AD, prostej elektroniki, a nawet – niewiarygodne – muzyki gospel. Słuchając „Two Suns” po raz pierwszy, siedziałem naprzeciwko półki z płytami i skakałem wzrokiem od tytułu do tytułu, średnio kilka razy na utwór.

Gdy to początkowe zdumienia opada, pojawią się wszakże pytania. W takich momentach jak „Two Planets”, „Daniel” czy „Moon and Moon” nie brzmią one: po co nam Björk? po co nam Kate Bush? po co Tori Amos? Raczej: po co nam Natasha Khan? Poza tym jako człek przywiązany do koncepcji albumu, zazwyczaj wolałbym pozostać w jednym klimacie nieco dłużej niż cztery, góra pięć minut. Dużo piszę o nastrojach, bo do kompozycji i melodii dziewczyna nie ma moim zdaniem za grosz talentu (ale świetnie się maskuje).

Do spróbowania „Two Suns” wypada wszelako zachęcić. Bo podchodząc do Bat For Lashes bez (błogosławionego) bagażu żeńskich indywidualności późnych lat 80. i dalszych – muzyki niby nie tak bardzo starej, ale jednak z poprzedniego pokolenia – zachwyt osobliwą wielobarwnością twórczości BFL jest niemal gwarantowany. Tymi kolorami, o których Natasha ciągle śpiewa i zapowiada już na okładce. Skrycie podejrzewam, że mamy tu do czynienia z pięknym przykładem spełniającej się twórczo synestezji.

Archive - Controlling Crowds (Warner Music France, 2009). Archive – Controlling Crowds (Warner Music)

Ocena 2/6

Spotkanie z każdą kolejną płyta Archive zdaje się wymagać coraz więcej wysiłku – bynajmniej nie przez prekursorskie zapędy czy słówko „progressive” w opisie grupy na MySpace. I szczerze mówiąc, sam się sobie dziwie, że ciekawość bierze jeszcze nad tym zmęczeniem górę. Pewnie to ciągle echo lekkiego zadurzenia w „You All Look The Same To Me”, bo i ja swego czasu nie mogłem się opędzić od „Again” oraz kilku innych sympatycznych trip-hopów z tamtej płyty. Nie przeszkadzała mi w tym świadomość, że pomysł na ten doskonały akustyczny niby-riff zawdzięczają nie tylko własnej wyobraźni.

Niefortunnie sukces ów spowodował tyle, że do tego „Again” od trzech albumów sprowadza się cały pomysł Londyńczyków na ich muzykę, czym diametralnie różnią się od Bat For Lashes. Ulubieńcy polskiej i francuskiej publiczności (i bodaj nikogo więcej) najwyraźniej są głęboko przekonani, że aby kontrolować tytułowe tłumy, wystarczy sięgnąć po tandetną hipnozę: zapętlić banalny gitarowy bądź elektroniczny motyw i na jego tle grać cztery akordy. I tak w kółko, i znowu, again and again.

Fine.

DJ Vadim – The Soundcatcher Extras

16.04.2009 | Skomentuj

DJ Vadim – The Soundcatcher Extras (BBE)

 

Dla oddanych fanów Vadima Peare’a „The Soundcatcher Extras” będzie miłym postscriptum do zeszłorocznego albumu studyjnego. Rozczarowani dokonaniami Vadima po opuszczeniu Ninja Tune mają jednak niewielką szansa na nawrócenie, bo niedaleko padło jabłko od jabłoni.

Nowe wydawnictwo brytyjskiego Rosjanina to typowa kompilacja utworów, które nie zmieściły się na „The Sound Catcher”, nagrań koncertowych oraz remiksów dostępnych wcześniej tylko na winylu, a w dwóch przypadkach laureatów internetowego konkursu, w którym udział wzięło dwa tysiące potencjalnych następców Vadima. Składanka z samej swej natury różnorodna, przynajmniej w ramach łagodnego stylu Peare’a. Nie mniej ciekawa niż oryginalny materiał pochodzący z „The Sound Catcher”, a zgodnie z coraz powszechniejszą praktyką można jej w całości posłuchać na stronie wydawcy www.bbemusic.com.

Machina

 

Fine.

Peter Broderick – Float

16.04.2009 | Skomentuj

Peter Broderick – Float (Type)

 

Ostatnie miesiące wciąż jeszcze raczkującej brytyjskiej wytwórni Type wybitnie się udały. Najpierw fortepianowym minimalizmem zachwycił Goldmund (a.k.a. Helios). Teraz Peter Broderick, niespełna 22-letni kompozytor z Oregonu, przebija się do światowej czołówki instrumentalnych romantyków. Po ascetycznym „Docile” z ubiegłego roku, Broderick wreszcie wykorzystał swoje klasyczne wykształcenie i dźwięki pianina umieścił w sceneriach tak kolorowych i dopieszczonych, że pozazdrościłby mu ich sam Max Richter. Chociaż wyszkolono go na wiolonczelistę, zgodnie ze współczesną modą stara się bowiem grać na wszystkim, a ostatnio nawet śpiewać. Samotna piosenka „Another Glacier” wygląda na zajawkę wydanej równolegle płyty „Home”, na której Broderick próbuje swoich sił jako wykonawca folkowych piosenek. Jako twórca nastrojów niczego już próbować nie musi.

Machina

 

Fine.

Voo Voo – Samo Voo Voo

16.04.2009 | Skomentuj

Voo Voo – Samo Voo Voo (EMI)

 

Pomiędzy koleżeńskimi porachunkami, załatwianiem spraw rodzinnych i uduchowioną góralszczyzną oraz zapowiadanym na przyszły rok wypadem na Kresy Wschodnie, Wojciech Waglewski mówi: sprawdzam. Czy produkcyjnie zorientowanej rozrywce można dziś jeszcze przeciwstawić prostotę riffu i surowej, rock’n'rollowej piosenki? Czy mogą ignorować upływ czasu i zmiany mód, skoro stoją na scenie dłużej niż większość ich radiowej konkurencji żyje na tym świecie? I czy czterech facetów, którzy wszystkiego już w muzyce spróbowali, ma sobie nawzajem jeszcze coś do powiedzenia?

Do odpowiedzi – a jakże, twierdzącej – dochodzi się powoli, wkręciwszy uprzednio w płytę niczym w scenerię staroświeckiej książki. Niedzisiejszej tak ze względu na aranżacyjną wstrzemięźliwość (nie mylić z ubóstwem), jak i przez to, że dzięki Waglewskiego zwyczajowi, by całkiem wprost śpiewać o tym, co mu na sercu leży, jest nie tylko kogo, ale i czego posłuchać. Czy będzie to lokalna rozprawa z globalną sprawą w „Łan Łerd Łan Drim”, czy publiczne zaleczanie prywatnej zadry w „Nie manipuluj”, dla wzmocnienia przekazu skontrastowane z kojącą oprawą. Przy całej szczerości tego albumu zagadkowa pozostaje tylko okładka: komu rozwiązały się sznurówki?

Machina

 

Fine.

Podyskutujmy, czyli Muzyka a Biznes 3.0

14.04.2009 | 7 odpowiedzi

muzyka-a-biznesTematów do muzycznych dyskusji nigdy nie brak, ale okazji jest jakby coraz mniej, wbrew pozorom tworzonym przez internetowe fora. Dawno nie widziałem w Polsce porządnej kłótni (w cudzysłowie) ekspertów na temat funkcjonowania rynku muzycznego albo chociaż jakiejś ważniejszej płyty. Stąd trzeba łapać okazje, gdy się nadarzają, a taką od trzech lat jest konferencja „Muzyka a Biznes” organizowana w Warszawie przez miesięcznik studencki Magiel.

Z pierwszej edycji pamiętam Mikołaja Ziółkowskiego, który tłumaczył, dlaczego zespół Alter Artu podczas Open’era rozrasta się dziesięciokrotnie. I zużywa tyleż razy więcej kawy. Z drugiej odsłony lekko zdezorganizowany, ale ciekawy panel o kształtowaniu gustów przez media (i tak wszyscy wiedzieli, że dzisiaj jest na odwrót).

W tym roku zapowiada się co najmniej równie ciekawie i to zarówno z racji doboru tematów, jak i panelistów:

- Polska polityka kulturalna – fakt czy mit? Spotkanie z osobami odpowiedzialnymi za politykę kulturalną w Polsce oraz organizacjami pozarządowymi korzystającymi z narzędzi polskiej polityki kulturalnej.
- Ostatni rok festiwali muzycznych – czy kryzys zabije branżę? Dyskusja o przyszłości rynku koncertowego. Goście: Mariusz Adamiak, Stanisław Trzciński, Mikołaj Ziółkowski.
- Pozostaje tylko blogować? Rzecz o ewolucji mediów muzycznych. Goście: Bartek Chaciński i Piotr Metz.

Wszystko to w najbliższy piątek, 17 kwietnia, w bodaj drugiej co do wielkości auli Szkoły Głównej Handlowej, wstęp całkowicie wolny. Dokładną rozpiskę konferencji i szczegóły dotyczące lokalizacji znajdziecie na www.mab.art.pl. Mnie spotkacie na co najmniej dwóch rozprawach.

Fine.

Peter Gabriel & Friends – Big Blue Ball

14.04.2009 | Skomentuj

Peter Gabriel & Friends – Big Blue Ball (Real World)

 

Znamienne, że odkąd zajął się popularyzowaniem world music, Peter Gabriel jak ognia unika pośpiechu. Na album „Up” z 2002 roku fani czekali okrągłe 10 lat. Jeszcze większą cierpliwością musiało się wykazać 75 muzyków z 20 krajów wyglądających owoców słynnych Recording Weeks z 1991, 1992 i 1995 roku. Podczas siedmiodniowych maratonów nagrywano w kilkunastu zakątkach wiejskiego studia Real World równocześnie.

Efekt? Gabriel potrzebował kilkunastu lat, by wygrzebać się spod kilometrów nieuporządkowanych taśm i wybrać 11 utworów – śpiewanych po angielsku, arabsku, węgiersku i w kilku narzeczach Afryki. Prócz pomysłodawcy są tu Natacha Atlas, Sinéad O’Connor, Karl Wallinger z The Waterboys, Papa Wemba, Manu Katché i cała rzesza wykonawców (wśród nich Guo Yue ), którzy przewinęli się przez organizowany przez Gabriela festiwal WOMAD- (World of Music and Dance). „Wielka niebieska piłka” – jak Ziemia widziana z kosmosu – to barwna, zręcznie sklecona mozaika. Kto doczekał, niech posłucha.

„Przekrój” 36/2008

 

Fine.

Silver Rocket – Tesla

14.04.2009 | Skomentuj

Silver Rocket – Tesla (Revolution 9)

 

Ogromna przepaść zieje między niepozornym projektem, który parę lat temu supportował islandzki Mum, a tym, co Mariusz Szypura prezentuje dzisiaj. Były lider Happy Pills ze sprawnego naśladowcy mody na nastrojową elektronikę wyewoluował w jednego z ciekawszych polskich eksploratorów pogranicza popu i alternatywy. Choć, prawdę mówiąc, polskości nie ma tu ani śladu. Jest za to nieznający granic rozmach.

Na czwartym, pełnym brzmieniowego przepychu albumie wspiera Szypurę tuzin instrumentalistów i wokalistów (między innymi Tomek Makowiecki, Monika Brodka i Marsija z Loco Star). Za stylistyczny fundament obierając wysublimowany pop, Silver Rocket chętnie zapędzają się w obszary gatunkowo odległe od piosenek przyjaznych radiu. Choć więc pierwsze minuty płyty stanowią śmiały pokaz umiejętności produkcyjnych Szypury i chwytliwości godnej szczytów list przebojów, z czasem krążek przeradza się w manifestację wolności artystycznej. Krautrockowe, jazzowe i retroelektroniczne zastrzyki, melodyjna psychodelia, podszyta orientem „Vivekanda” czy wreszcie filmowy „New Yorker” – wszystko to, aby ożywić fabularną opowieść o Nikoli Tesli.

Opisując losy pechowego wynalazcy radia, któremu Marconi sprzątnął Nagrodę Nobla sprzed nosa, Szypura wykazał się determinacją godną twórców koncept-albumów z lat 70. Płyta nafaszerowana jest więc samplami z przełomu XIX i XX stulecia, historii podporządkowana jest również oprawa graficzna. Uszanowano nawet upodobanie Tesli do liczb podzielnych przez trzy: umieszczono na płycie dziewięciu utworów, a kończące album „Space Oddity” zaśpiewane przez Marsiję i Makowieckiego- przypomina, że w filmie „Prestiż” w postać Tesli wcielił się niedawno sam David Bowie. Szypura każdym dźwiękiem stara się przekonać, że Tesla to najbardziej niedoceniony skarb nauki, a tak po prawdzie, równe uznanie należy się dziś muzyce Silver Rocket.

„Przekrój” 38/2008

 

Fine.

Franz Ferdinand – Tonight: Franz Ferdinand

13.04.2009 | Skomentuj

Franz Ferdinand – Tonight: Franz Ferdinand (Domino)

 

Od założenia grupy, która swego czasu dzielnie broniła brytyjskich granic przed najazdem amerykańskich The White Stripes i The Strokes-, minęło siedem lat. Trzy czwarte składu grupy świętowanie 30. urodzin ma już dawno za sobą i na co dzień zajmuje się rodziną. Ich fani także wyrośli z nastoletniej beztroski, niejeden nawet pozbył się już legitymacji studenckiej i ma większe dylematy niż wybór klubu na wieczór.

Szykując trzeci album, szkoccy królowie parkietów stanęli więc przed nie lada dylematem. Rozsądek nakazywał pozostać przy swojej specjalności, to jest wlewaniu ducha disco w rockową tradycję. Ale sami na dyskoteki nie chodzą, bo serce ciągnie ich ku eksperymentom. Od początku prac nad „Tonight: Franz Ferdinand” zapowiadali więc emigrację poza granice własnego stylu. Kilkakrotnie zmieniali producenta, szumnie ogłaszali czerpanie inspiracji z muzyki afrykańskiej (z tego rzekomego zachłyśnięcia Czarnym Lądem została jedna melodyjka w „Send Him Away”) i archaicznej elektroniki, którą reprezentują tu wszechobecne syntezatory.

To wewnętrzne rozdarcie zaowocowało zarówno chwalebną różnorodnością, jak i drażniącym niezdecydowaniem, szczególnie pod koniec płyty. Ośmiominutowy „Lucid Dreams”, typowy taneczny kawałek Franz Ferdinand, w połowie wpada w elektroniczną entropię. Następujący potem „Dream Again” to klawiszowy wyciskacz łez, a całość zamyka akustyczna ballada na gitarę i głos. Ten nietypowy kwadrans wymaże z waszej pamięci wszystko, co działo się wcześniej, w tym dwa znakomite przeboje w starym stylu „Ulysses” i „Live Alone” – ale nie pozostawi nic w zamian, bo poza parkietem Franz Ferdinand okazują się bezsilni. Należałoby więc spytać: czego właściwie chcecie? – Tak naprawdę to chcę mieć wpływ na świat – odpowiada wokalista Alex Kapranos, a ja nie mam już nic więcej do dodania.

„Przekrój” 05/2009

 

Fine.