O, czek(iw)anie!
Podobno nikt już na płyty nie czeka. Na pewno nie masowo. Wyszło U2, wyszło Depeche Mode, wyszedł Morrissey i Antony z Johnsonami. I co? Skończyło się na paru krótkich recenzjach, a obyło bez opasłych biograficznych artykułów na kilka kolumn. Nawet w zagranicznej prasie reklamy były większe niż teksty czy wywiady. Żyjemy.
Czy czegoś brakuje? Ano, oprócz emocji zbiorowego oczekiwania, brak trochę dyskusji. Że każdy dzisiaj słucha czego innego – to wiemy. Ale nawet gdy zbierze się ta garstka fanów, to poznają płytę w innym czasie, a już najrzadziej w dniu premiery. Potencjalnie najaktywniejsi dyskutanci ściągną ją dwa miesiące wcześniej i majowe wydawnictwo już w kwietniu będzie dla nich przeżytkiem. Fani umiarkowani wysłuchają na tydzień przed na MySpace, a premiery doczekają tylko najwierniejsi tradycjonaliści. Przypadkowy słuchacz o tym doniosłym wydarzeniu dowie się pół roku później. Bo skąd miał niby wiedzieć? Nie odczuł singlowego ataku radiowego, nie natrafił na prasowe epopeje ani namiętne dyskusje w sieci, a koledzy na przerwach gadają o zupełnie innych rzeczach.
Przy wszystkich „społecznych” ubytkach powyższego stanu rzeczy, kończy on jednak niechlubną erę marketingowych baniek muzycznych, multiplatynowych siedemnastych płyt wykonawców, którzy od dekady nie wymyślili niczego godnego chociażby brązu, ale wytwórnia promocję zna od podszewki (z muzyką gorzej). Tworzą się wprawdzie bańki oddolne – tegoroczny casus Animal Collective – ale kto o tej (solidnej przecież) płycie rozmawiał w ciągu ostatniego miesiąca? Albo chociaż słuchał? Kiedyś przesadny entuzjazm chłodzono pytaniem: kto będzie o nich pamiętał za kilka lat? Teraz wystarczy zapytać o tygodnie.
Kłamać nie będę, niczym się nie różnię, ale strony kilku artystów monitoruję w tym roku na bieżąco. „From Here We Go To Sublime” The Field od kręcenia się w odtwarzaczu stępiło już krawędzie, toteż premiery „Yesterday and Today” wyglądam od dawna. To już 19 maja, czyli część fanów musi znać płytę na pamięć. Trzy dni później nowy longplay The Car is On Fire. Jeśli nie będzie tak okropny jak tytuł („Ombarrops!”), to kasa wydana na amerykańskie studio i bilety lotnicze nie pójdzie na marne.
Na Wilco nie sposób nie czekać (widzieliście ich razem z Fleet Foxes?), to i ja czekam. I to pomimo tego, że o „Sky Blue Sky” rychło zapomniałem. Zupełnie bezkrytyczny jestem za to w stosunku do Massive Attack, którzy uparcie pną się ku legendzie. Błyskotliwe początki, bardzo dojrzałe „Mezzanine”, wybitne „100th Window”. Chcę wierzyć, że zachowają tę logikę! A tak najbardziej, na kogo w tym roku czekam? Ten jeden raz zgodzę się z red. Kydryńskim. Panie i panowie, Sara Tavares.
![]()






Tematów do muzycznych dyskusji nigdy nie brak, ale okazji jest jakby coraz mniej, wbrew pozorom tworzonym przez internetowe fora. Dawno nie widziałem w Polsce porządnej kłótni (w cudzysłowie) ekspertów na temat funkcjonowania rynku muzycznego albo chociaż jakiejś ważniejszej płyty. Stąd trzeba łapać okazje, gdy się nadarzają, a taką od trzech lat jest konferencja „Muzyka a Biznes” organizowana w Warszawie przez miesięcznik studencki 


