RSS

Złość piękności nie szkodzi (Kiosk 4/09)

07.05.2009 | 3 odpowiedzi

portmanrapTym razem kiosk bardziej do słuchania i oglądania niż czytelniczy, ale zacznijmy od problemów: Brytyjczycy obawiają się, że z powodu wiadomego pochodzenia grypy przyjdzie im odwołać Glastonbury (na temat bohaterki mediów muzycznie wypowiedział się też Mike Skinner, o którym więcej za chwilę). Chociaż niczym się w Meksyku nie zaraził, dobrych wspomnień nie wywiózł z tego kraju Manu Chao. Komentując politykę meksykańskich władz, Chao niefrasobliwie użył określenia „terroryzm”. Przed błyskawiczną deportacją uchroniła go dopiero interwencja Petera Gabriela: „Pozwólcie mu zostać!” – zaapelował anioł, no i pozwolili.

Nawet wsparcie archanioła Gabriela nie uratowałoby niejakiej Triny Johnson przed gniewem obywateli Surinamu. Najpierw, podając się za menedżerkę Toni Braxton, obiecała Surinamczykom ściągnąć amerykańską gwiazdę na wielki koncert. Potem, w dniu owego wielkiego koncertu, na scenę wmaszerowała… ona sama. Jakimś cudem obyło się bez linczu.

Skoro jesteśmy przy emocjach, piorunujące wrażenie zrobiła na mnie wściekła Natalie Portman, rapująca i przeklinająca ile wlezie. (Nawet większe niż kiedyś w teledysku Devendry Banharta – co będzie następnym razem?). Z kolei z trzech nowych utworów The Streets, które Skinner udostępnił za darmo (fajna ta moda): David Hassles, I Love My Phone oraz Trust Me – chociażby ze względu na fantastyczny podkład polecam ten ostatni. Reszta niekonieczna.

W ramach dóbr pełnometrażowych: świetnej jakości (merytorycznie i technicznie) półtoragodzinny tokijski koncert Radiohead będzie ostatnim gwoździem do trumny tych, którzy nie wybierają się do Poznania. Wyczekiwanie na inną spragnioną wizytę można sobie umilić audycją NPR, w którym Joanna Newsom para się DJ-ką. A moje paranie się blogerstwem dzięki waszym wizytom (już 10 tysięcy!) i dyskusjom godnym niejednej konferencji nie idzie na marne, za co odwdzięczam się Calvinem (przesadnie) optymistycznym.

Zobacz pierwszą część podsumowaniaWięcej Kiosków

Fine.

Dov3s & Princ3

03.05.2009 | 3 odpowiedzi

Prince - Lotusflow3r (2009). Prince – LotusFlow3r (NPG)

Ocena 4/6

Zdolni muzycy pozostają zdolnymi i to słychać nawet w latach podeszłych, o ile to faktycznie cecha, a nie jeden czy dwa szczęśliwe zbiegi okoliczności. Prince się do tych talentów  zalicza, dlatego nawet teraz – gdy na koronie osiadło nieco patyny – książęce audiencje dostarczają niemało przyjemności (aczkolwiek już bez poczucia zaszczytu). Jeśli O(+> z czymś ma problem, to z nadprodukcją – aż trzy albumy naraz?

Artysta Znany Wcześniej Jako Artysta Znany Wcześniej Jako Prince może lekką ręką rozdawać swoje płyty i traktować  je głównie jako zapowiedzi koncertów, bo te reklamówki wciąż świetnie mu wychodzą. Skoro takie „Boom”, „Crimson & Clover”, „4Ever” czy „Feel Good, Feel Better, Feel Wonderful” tak znakomicie wypadają na „LotusFlow3r” – podobno bardziej gitarowej niż wydane równolegle „MPLSoUND” (elektronika) i „Elixer” (pop) – to co dopiero na żywo? Pewnie nie tylko ja zadaję sobie to pytanie, dzięki czemu biznes będzie się kręcił (na zdrowie!).

Nie zamierzam zachęcać do słuchania „LotusFlow3r” dla (jak zawsze) doskonałej produkcji, dla (jak zawsze) świeżego podejścia do wokalu i aranżacji albo (jak wyżej) unikatowego czarno-białego eklektyzmu, ani nawet walorów czysto estetycznych (pół tuzina dobrych kawałków i tyle). Namawiam do starcia z dziwem nad dziwy: facet wyrzuca z siebie piosenki jak Woody Allen filmy, a i tak każda sekunda jest wychuchana niczym w filmach… Woody’ego Allena. Takoż ironiczna podsz3wka.

Doves - Kingdom of Rust (2009). Doves – Kingdom of Rust (EMI Music Poland)

Ocena 2/6

Grupa rockowa Doves z Manchesteru swój czwarty album studyjny nagrała według najlepszego zachodniego przepisu niezliczone razy testowanego w ubiegłej dekadzie, którego ogólny kształt zawiera się w dwóch punktach:

1) Zadbajmy o 1-2 dobre single, a resztę płyty jakoś uzupełnimy nagraniami instrumentów oraz śpiewu. Znając realia (kapitalistyczna młodzież ma dzisiaj wszystko – poza cierpliwością) dwie najlepsze piosenki umieścili na początku płyty. Uroku odmówić im nie sposób, melodii aż nadto, a jak na pseudo-progresywne Doves całkiem sporo dzieje się na poziomie aranżacji. W „Jetstream” udało się nawet wyjść poza kompozycyjne schematy, za to utwór tytułowy obdarzono wypasionym refrenem. Niech tylko potencjalny klient usłyszy to w sklepie / na MySpace / w radiu / na YouTube – nie będzie sprawdzał dalszych 40 minut (z braku cierpliwości).

2) Zadbajmy o pozytywne recenzje w Najważniejszych Tytułach Prasowych (chociażby wysyłając promosy właściwym recenzentom), a wówczas bez trudu przekonamy resztę niedowiarków od Urugwaju po Polskę, zgodnie z odwieczną hierarchią. Udało się: od „Uncut” i „Mojo?” po „NME” i „Q” zapanował niespotykany konsensus, którego jakoś nie podzielają tylko… słuchacze. Być może i dziennikarzom cierpliwości starcza dzisiaj ledwie na przesłuchanie dwóch pierwszych utworów? Zalecany selektywny empetrójkowy zakup, plastik omijajcie z daleka.

Fine.