To jest urlop

25.06.2009 | 14 odpowiedzi

Panorama muzyczna, czyli góry i doliny

Prasa kłamie, czyli czemu Grizzly Bear są świetni inaczej

23.06.2009 | 20 odpowiedzi

Grizzly Bear - Veckatimest (Warp, 2009)

. Grizzly Bear - Veckatimest (Warp)

Ocena: 5/6

Bo czasem bywa tak, że mimo starań słyszy się mniej niż “opinia publiczna”. A czasem więcej i rachunek się wyrównuje. Tym razem odnoszę wrażenie, że słyszę inaczej. Nie chodzi o euforię lub bądź brak – na świecie jest tyle dobrej muzyki, że każdy z nas mógłby się codziennie ekscytować czymś innym, a lampka rezerwy ani błyśnie. Rzecz w powtarzaniu, świadomym czy bezwiednym, nieadekwatnych porównań, które mają tę euforię uzasadniać. I tak w tekstach o “Veckatimest” stale powracają takowe motywy:

1. Za przystępną formą kryją się niezwykle skomplikowane kompozycje. Bzdura, większość to typowe kilkuakordówki, które można zagrać spontanicznie z tabulatury albo i bez. A teraz spróbujcie spontanicznie zagrać na akustyku Radiohead – byle z tego wieku. “How to Disappear Completely” może i jakoś pójdzie, choć przestroili gitarę. “Pyramid Song” brzmi banalnie, ale rozpiszcie sobie rytm i akordy. Radiohead grywa Brad Mehldau, a nie nastolatki w sypialniach.

Ja rozumiem, że te zanikające instrumenty, powodzie pogłosów i nieuzasadnione dekreszenda na refrenach “Veckatimest” sugerują złożony zamysł, ale Mehldau zanudziłby się tu na śmierć. Jeśli po “Southern Point” jest tu coś, co cię kompozycyjnie zaskoczyło, wskaż mi proszę palcem. Naprawdę, akurat pod względem dziwactw kompozycyjnych nasze The Car Is On Fire wypada przy Grizzly Bear jak Bartók przy Debussym.

2. Rozbuchane, rozdmuchane, rozdęte (wybierzcie sobie) chórki. Rozdęte to są porównania Grizzly Bear do Beach Boys. Uwielbiam harmonie wokalne i wychwytuję je instynktownie, więc takie wielogłosowe dzieła jak “Illinoise” czy “Fleet Foxes” z miejsca mają u mnie fory. Tak, wiem że Robin Pecknold ogłosił “Veckatimest” albumem dekady, ale facet ma szczególny gust.

Grizzly Bear tego czegoś nie mają – co najwyżej miewają. Chyba że ktoś myli chórki z harmoniami, ale wtedy polecam mecze piłkarskie – tam można usłyszeć unisono (powiedzmy) kilku tysięcy męskich głosów. Piękne wielogłosy oczywiście tutaj są, do studia zawitał nawet Nico Muhly i cały chór dziecięcy. Ale to nie są żadne barokowe symfonie wokalne, ale po wiejsku równoległe dwu-, trzygłosy. W tego typu prostych piosenkach możecie je – odwagi – improwizować na żywca.

3. Piękne melodie. Bardzo piękne. W “About Face” każda nutka jest tam, gdzie być powinna – człowiek wie, gdy raz usłyszy. Ale porównania do Beach Boys to robienie chłopakom krzywdy. Grizzly Bear mają po 2-3 świetne melodie na utwór. Beach Boysi – po 20-30.

4. Intensywność. Tu dopiero mam dysonans, bo przyłapałem się na ziewaniu. W “I Live With You” poza fajnym refrenem prawie nic się nie dzieje. W co drugim utworze poza fajnym refrenem prawie nic się nie dzieje. (Technicznie, emocje to co innego. Wszyscy pamiętamy Talk Talk). Przydługawe wstępy to przeważnie zwykła prezentacja tych 3-4 akordów i wejście wokalu. “Ready, Able” budzi się pod koniec drugiej minuty, czyli w połowie, a poza jednym chwytliwym motywem nie ma tu niczego więcej.

A teraz sprawdźmy pierwszą minutę “Here Comes the Sun” The Beatles. Zanim licznik przeskoczy z 0.59 na 1:00 w zasadzie mogliby skończyć i byłby kompletny hit. Chciałbym usłyszeć ułamek tej intensywności w “Cheerleader”. Że na chwilę pojawia się dwugłos? Czekajcie, zdejmę kapelusz.

5. Freak folk i porównania do Animal Collective, CocoRosie, Banharta i całej tej gwardii, którą raz zebrano przy okazji Antony’ego i już od pół dekady wędrują razem przez prasy drukarskie. [fri:k] zwariowany, dziwak; przedziwny, niespotykany; ~ out dostać bzika, zbzikować. Czyżby chodziło o wstęp “Ready, Able”? Klawisze w drugiej minucie “Here Comes the Sun” są bardziej freak i bardziej experimental niż całe “Veckatimest”. Stawiam na to, że chodzi o lekkie fałsze. Lekkie fałsze nie wiedzieć czemu kojarzą się ludziom z freakami.

Na szczęście potrafię to sobie jakoś wytłumaczyć. Płyty – bardziej niż filmy czy książki – często ocenia się po pierwszych minutach. A otwierające “Southern Point” to majstersztyk: i konstrukcja, i brzmienie, i melodie, harmonie, klimat. “Two Weeks” to hit. Po 9 minutach mamy wyrobione zdanie: jest innowacja i jest pop. A że chłopcy szczodrze sypią przeszkadzajkami, nurzają się w pogłosach, obsesyjnie przetwarzają instrumenty, to i łatwo o złudzenie bogactwa i złożoności.

Tyle narzekam, a tu piątka? No bo piękno “Veckatimest” leży gdzie indziej. Zaśpiewy “While You Wait” to miód kwiatowy, “Foreground” mimo banalnej struktury jest jedną z ballad półrocza (skoro zadbali o wstęp, to i o puentę). I dobrze że to wszystko, na co zżymam się powyżej, to tylko zaborcze wishful thinking, nieudana próba tańczenia wokół lewitujących pół metra nad ziemią Grizzly Bear, którzy szczęśliwie wymykają się nawet terminom zawierającym po kilka myślników. Jeno nie próbujmy zachwytów uzasadniać zdaniami, które wymyśliliśmy na potrzeby wykonawców stojących nie tyle na wyższym szczebelku, co po prostu na innej drabinie. Wzruszać się wolno.

Fine.

Okładki: styczeń-czerwiec 09

19.06.2009 | 6 odpowiedzi

Bat For Lashes - Two Suns - miniRandy Weeks - Going My WayBig Business - Mind-The-Drift - miniDan Deacon - BromstAllen Toussaint - The Bright MississippiBusta Rhymes - Back On My BS - miniEquilibre - miniBonnie Prince Billy - BewareJarvis Cocker - Further Complications - miniHanne Hykkelberg - Blood From A Stone - miniLacuna Coil - Shallow Life - miniMono - Hymn To The Immortal WindLisa Hannigan - Sea SewSt Vincent ActorWynton Marsalis - He and Sheimage

W moim foobarze okładki mają 6,5 x 6,5 cm, co i tak uważam za wynik zupełnie niezły. Odtwarzacz mp3 pamięta czasy, gdy 20GB imponowało a wyświetlacz monochromatyczny wystarczał, więc okładek niestety nie pokazuje. I tak rzadko korzystam, bo słuchanie w autobusie/metrze to obelga dla muzyki i zabójstwo dla uszu (chyba że ktoś nosi słuchawki-pilotki).

Powyżej garść okładek, które pomimo stopniowego odchodzenia okładkowej sztuki w niebyt same wpadły mi w ostatnim półroczu w oko. W starych dobrych czasach błądzenia między sklepowymi regałami być może zaowocowałyby zakupem. Poniżej – trochę więcej obrazków w kategoriach bardziej lub mniej zaszczytnych.

Krzywdy w tych ostatnich pewnie sporo, bo oceniałem wyłącznie estetykę, klimat i/lub pomysłowość (kłóćcie się), nie zważając na styl wykonawcy, zawartość płyty bądź też możliwość wystąpienia parodii. Po pierwsze mało mnie to interesuje podczas czynności “błądzenia między regałami”. Po drugie z twórczością niektórych z tych artystów nie miałem do czynienia. I chyba mieć nie będę.

Prosta historia

Condo Fucks - FuckbookJunior Boys - Begone Dull CarePatrick Watson - Wooden ArmsMetric - FanasiesThe Decemberists - The Hazards of LoveThe Snake - Wild Birds & Peace DrumsThe Field - Yesterday and TodayThunderheist - ThunderheistTortoise - Beacons of AncestorshipWhite Lies - To Lose My Life

Kicz : Hit – 1 : 1

Chester French - Love the FutureJapandroids - Post NothingBill Callahan - Sometimes I Wish We Were An EagleMoby - Wait For MeTelekinesis - Telekinesis!The Hold Steady - A Positive RageThe Horrors - Primary ColoursMiike Snow - Miike Snow

Wilco - The AlbumTom Morello Boots Riley - Street Sweeper Social Club


“Dlaczego ludzie kumają Stockhausena, a Rothko nie”

Black Dice - RepoBlack Moth Super Rainbow - Eating UsDananananaykroyd - Hey EveryoneLindstroem Prins Thomas - IISilversun Pickups - Swoon


Bardzo mała miejscowość

Asher Roth - Asleep in the Bread AisleBranford Marsalis Quartet - MetamorphosenCradle of Filth - Godspeed On The Devil's ThunderFlo Rida - RootsGolden Silvers - True RomanceMastodon - Crack the SkyeMims - GuiltMstrkrft - Fist of GodSuper Furry Animals - Dark DaysOmar Rodriguez Lopez - CryptomnesiaPeaches - I Feel CreamTodd Snider - The Excitement PlanPrince - MplsoundRoyksopp - JuniorThe Black Eyed Peas - The End



Niech rozbłyśnie tęcza kolorami swemi

Alexisonfire - Old Crows Young CardinalsBen Lee - The Rebirth of VenusCrystal Antlers - TentaclesEmpire of the Sun - Walking on a Dream Pomegranates - Everybody, Come Outside!Enemy - Music for the PeoplePet Shop Boys - YesPrince - Lotusflow3rVs Children - Casiotone For The Painfully AloneThe Boy Least Likely To - The Law of the Playground

Szare okładki, szara muzyka

16.06.2009 | 3 odpowiedzi


. Paul Wirkus / Mapstation - Forest Full of Drums (Gustaff)

Ocena 2/6

Leśny wypad Paula Wirkusa (rocznik 1967, urodzony w Polsce, mieszka w Kolonii) i Stefana Schneidera (basista To Rococo Rot) z małym zestawem perkusyjnym pod pachą. Na winylu pojawił się już w ubiegłym roku, teraz od dziwo także na CD. Półgodzinny materiał to field music w postaci najczystszej: skrzypienia, trzaski, łamane gałęzie, burza, garnki, sznurki, drzewa szumią, ptaki śpiewają. Towarzyszące temu werble i talerze to wszystko, co kojarzy się z tradycyjnie pojmowaną muzyką. Pięknie to wszystko nagrane, fabuła zgodna z tytułem, Philip Winter z “Lisbon Story” byłby dumny.

Rzecz w tym, że jako człek wychowany przy lesie wolałbym sam w ten sposób pomuzykować. Słuchanie, jak inni hałasują w kniei, to żadna frajda. Z perspektywy mieszkańca metropolii pocieszanie się takim erzacem to byłby znak czasu, z którym też nie chcę mieć wiele wspólnego. Field music ma sens, o ile skrywa interesujący zamysł. Tutaj jest absolutna losowość, co potwierdza krótkie making of (co za sielanka). Za to wyrazy uznania dla Gustaff Records, że uparcie wydają tak odpalone rzeczy, trzymając się swojego motto: “Muzyka niepotrzebna”.

Dakota Suite - The End of Trying (Karaoke Kalk Kalk, 2009)

.Dakota Suite - The End of Trying (Karaoke Kalk Kalk)

Ocena: 1/6

Jeśli Goldmunda określało się mianem “piano for dummies”, to na Dakota Suite już nie starcza skali. Ambientowa plumkanina Chrisa Hoosona schodzi do poziomu “piano for two fingers” łamane przez MIDI. Wszystko w duchu smutek & nostalgia. Może i coś się w człowieku poruszy przy pierwszym zetknięciu z taką muzyką, zanim spróbuje się wsłuchać w coś, czego tam nie ma.

Nie widzę poza tym powodu, dla którego cennego czasu nie miałbym powierzyć krewniakom “The Pearl” Briana Eno i Harolda Budda, którzy byli wcześniej i znacznie lepsi. Chyba że kogoś przekona ukryty za smutną okładką i takimże tytułem motyw: “Dakota Suite to przedsięwzięcie bardzo osobiste, opowiadające o tragediach własnego życia oraz o wzlotach i upadkach ulubionego klubu sportowego Hoosona – FC Everton”. Oddaję walkowerem.

Dredg The Pariah The Parrot The Delusion (Ohlone, 2009). dredg – The Pariah, the Parrot, the Delusion (Ohlone)

Ocena 2/6
1. Oczarowanie (Leitmotif, 1998)
2. Miłość (El Cielo, 2002)
3. Zdrada (Catch Without Arms, 2005)
4. Rozstanie (The Pariah, the Parrot, the Delusion, 2009)

Fine.

.

St. Vincent - Actor (4AD, 2009). St. Vincent ? Actor (4AD)

Ocena: 3/6

Zrazu nastawiony byłem tak pozytywnie, że trudno zgoła o większe fory: The Polyphonic Spree w CV, występy u boku Sufjana Stevensa (namówiła go nawet na cover Phila Collinsa), kontrakt z 4AD, fajna okładka i cała otoczka graficzna; wreszcie zachęty ze wszech stron: od ?płyty tygodnia? w kulturalnym dodatku ?The Sunday Times? (jednym z ostatnich dość wiarygodnych i bardzo wszechstronnym, to zresztą pierwowzór dziennikowej ?Kultury?), aż po sny blogerów.

Spędziłem z Annie Clark cały tydzień i dochodzę do wniosku, że wiele ma do pokazania, ale mało do powiedzenia. Zdołałem zapamiętać tylko melodię otwierającego ?The Strangers? (sprytne dziew

Wywiad: Piotr Anderszewski

15.06.2009 | 1 odpowiedź

Piotr Anderszewski - wywiad

Dlaczego ludzie kumają Rothko, a Stockhausena nie

10.06.2009 | 6 odpowiedzi

Stockhausen - Klavierstuck X. Podobno.Książka Fear of Music – Why People Get Rothko But Don’t Get Stockhausen Davida Stubbsa, absolwenta Oxfordu, dziennikarza Melody Makera, The Wire, NME, Uncut, Guardiana, Timesa i bliskiego kumpla Simona Raynoldsa, za sprawą tytułu zasłynęła jeszcze przed premierą. Nie miałem jej dotąd w rękach, ale na łamach “Culture” Stubbs ostatnio streścił swoje tezy.

Po książkach o Hendriksie i Eminemie docieka on, czemu na wystawy malarstwa abstrakcyjnego garną się tłumy laików (gdy miesiąc temu przebiegałem przez Tate i National Gallery, w losowe plamy wgapiały się całe wycieczki; pod skarbami Malczewskiego ani żywej duszy), a okupowana przez niefiguratywną młodzież Tate Modern jest topową atrakcją Londynu. Czemu popkultura wchłonęła wzrokowych awangardzistów, podczas gdy ich partyturowi koledzy wciąż uznawani są za pomyleńców, a ich “hałasy” omijamy łukiem szerszym niż pikniki country.

Na podstawie 1,4 mln głosów Times ułożył właśnie listę 200 największych artystów XX wieku. Rothko bez trudu zmieścił się w Top30. A gdyby to byli muzycy? Kilka kliknięć i jest Elvis, Lennon, Dylan, Hendrix, Cash, Armstrong, Sinatra, Miles, Coltrane, Aretha Franklin, Ella Fitzgerald i Madonna – ale nie Stockhausen czy Schönberg. Jasne, pytamy masy, a nie krytyków, pasjonatów i opętanych, ale wszak o masach mowa.

Fear of Music: Why People Get Rothko But Don't Get StockhausenA przecież moderniści od pędzla i od partytury startowali z tego samego punktu i w tym samym czasie. Co zatem  tak bardzo ciąży atonalnej muzyce, co faworyzuje abstrakcjonistów?

1. Malarstwo miało wielkie światowe supergwiazdy: Salvador Dali kręcił z Hitchcockiem, Pollock lądował na okładkach magazynów. Stockhausen, Schaeffer i Eimert u szczytu kreatywności siedzieli w swoich studiach zaplątani w kable. W dwóch kolejnych dekadach awangarda przekroczyła granice “muzyki poważnej” (np. Coleman, Sun Ra czy AMM), ale nie próg przeciętnego domu.

2. Raz wyrzuciwszy tradycjonalistów z galerii, buntownicy płótna nie pozwolili się z powrotem wepchnąć do niszy. Rolę “hałasujących” w muzyce przejęli za to jazzmani, potem rhythm and blues, wreszcie rock’n'roll ? niby agresywne, ale po staremu tonalne.

3. Aura “oryginału”. Wystarczy spojrzeć – mówi Stubbs – jak ludzie tłoczą się w Luwrze wokół Mona Lisy. Jak gdyby promieniowała swym geniuszem na przebywających w jej pobliżu. Stąd ceny Rothko, Bacona i Pollocka idą w miliony, a rano zdjęcia rekordzistów publikują gazety. Taśm-matek i partytur na aukcjach się nie widuje. Próby sprzedawania pojedynczych egzemplarzy “tylko dla twoich uszu” okazały się niewypałem. Wszak to jedynie winyl/kaseta/CD, nikt nie dłubał przy tym tygodniami. Nawet gdy nakłady są limitowane do kilkuset sztuk – muzycy żyją z reprodukcji.

4. Bycie kojarzonym ze sztuką awangardową to znamię nowoczesności, owo “promieniowanie geniuszu”, co od lat 50. rozumieją nawet wielkie korporacje tytoniowe. Ja do Tate wszedłem za free dzięki BP, wcześniej stawiał Unilever. W muzyce też pojawiają się tak hojni sponsorzy – Orange w Warszawie fundował Stinga – ale bezapelacyjnie preferują tonalnych.

5. Muzyka jest inwazyjna. Stubbs pisze, że gdy ktoś próbował puścić na lotnisku spokojne “|Music for Airports” Briana Eno, pasażerowie wymusili powrót do popowego muzaka. Muzyczny snobizm wymagałby poświęceń. A sztuka współczesna po prostu zajmuje swoje miejsce. Przy tym świetnie pasuje do miejskiego lifestyle’u – mieszkania bogatych uwielbiają radykalny minimalizm.

Najbardziej wyzywający obraz nie angażuje całej percepcji. Poza tym przyzwyczaisz się do niego po dwóch dniach, a goście zawsze mogą odwrócić wzrok. Słynny “Krzyk” Edwarda Muncha miłosiernie milczy. Wyobraź sobie: bolesny, przeszywający krzyk przenika całą galerię. Pozostaje sprint z zasłoniętymi uszami do wyjścia.

Biegiem do drzwi!

W czerwcu nie piszę…

08.06.2009 | 4 odpowiedzi

Eminem - jesteś tym, co jesz…o Eminemie, bo podzielam opinię Bartka Winczewskiego, że płyt “Relapse” słuchać nie warto. (Oglądać można, bo okładka-recepta fajna). Poza tym po błyskotliwym skoku na OLiS szybko przegrał z Piaskiem.

…o płycie Woods – Songs of Shame, do posłuchania której zachęcił mnie Maciek Lisiecki określeniem “leśna wersja americany”. Bo jednak tytuł płyty wydaje mi się wystarczającą recenzją.

…o Camera Obscura i płycie “My Maudlin Career”. Bo podzielam entuzjazm Bartka Chacińskiego (może bez jednej gwiazdki) i Pszemcia. Singlowe “French Navy” to rzep miesiąca.

…o Selectorze, bo nie byłem mimo chęci. Jarek Szubrycht był, takoż Maciek Tomaszewski.

…o Speech Debelle i rewelacyjnym debiucie londyńskiej MC. Bo mam nadzieję pozachwycać się w “Przekroju”. Za to myślę już o katowickiej Nowej Muzyce. Uwaga, przyjeżdża też Dan Deacon!

…o Wilco nowym “Albumie” i DVD “Ashes of American Flags” (trailer), bo też będzie na papierze.

…o Pink Floydowych butach przygotowanych przez firmę Converse. Bo, jak to ujął kolega z liceum, metka-świnka mnie rozwaliła.

…o Ornetcie Colemanie świętującym 50 rocznicę wydania “The Shape of Jazz to Come”. Bo polska odmiana jego imienia boli, a jeszcze bardziej przegapienie jego własnego Meltdown Festivalu.  Mike Patton z Fredem Frithem, Patti Smith z The Silver Mt. Zion, Antony Hegarty z Yoko Ono (oficjalnie odwrotna kolejność), Charlie Haden z Robertem Wyattem… Co ja będę pisał.

Fine.

Fink, Iggy Pop, Cut in the Hill Gang

05.06.2009 | 4 odpowiedzi

Fink - Sort of Evolution (Ninja Tune 2009)

. Fink - Sort of Revolution (Ninja Tune)

Ocena 4/6

Dla początkujących. Fink (aka Fin Greenal) ma szczęście posiadać jeden z najładniejszych barytonowych głosów, z jakimi miałem ostatnio do czynienia. Przy tym na wskroś nie-spektakularny. Czysty efekt nastroju, tzw. “mógłby śpiewać książkę telefoniczną”. Do głosu Londyńczyk odpowiednio dobrał gatunek: stylowo, w umiarkowanym tempie i z takimże natężeniem dawkuje emocje i melodie, ślimaczo rozwija aranżacje, które (mylnie) sprawiają wrażenie akustycznych. Bardzo późno zaczyna odsłaniać walory, ale prędko nie kończy.

Jeśli brzmi to cokolwiek zachęcająco, sprawdźcie tytułowe “Sort of Revolution” z nowego albumu. Gdy już się wam spodoba – bo powinno – natychmiast o nim zapomnijcie i poszukajcie płyty “Distance and Time” z 2007 roku. Nie ma co zaczynać od półśrodków. Stonowana, nastrojowa muzyka na wieczory długie i krótkie, jesienne i wiosenne, cieszy i smuci, że tak pozwolę sobie zebrać razem puenty rozmaitych recenzji Finkowych dziełek.

proDla zaawansowanych. Zrazu – wiadomo – nudno i wtórnie. Ale że Fink zawsze potrzebował co najmniej pół tuzina obrotów, zanim w ogóle pojawiła się sugestia, że to nie jest kolejny chilloutowy muzak, to się go słuchało przez tydzień, a potem przez dwa następne. Na “Sort of Revolution” jest słabiej, ale i tak znajdą się bardziej melodyjne i finezyjne aranżacyjnie momenty: poza znakomitym tytułowym chociażby “Nothing Is Ever Finished” czy “See It All”.

Przy sporym nakładzie skoncentrowanej uwagi pojawia się umiarkowany zwrot i to z nadzieją – po doświadczeniach z przeszłości – na drugie dno. Tego drugiego dna niestety tutaj nie ma, o czym przekonuję się, słuchając właśnie płytki po raz dwudziesty.  Ocena więc naciągana, ale ta liczba jednak o czymś świadczy. A najpewniej, o słodka naiwności, posłucham jeszcze nie raz.


Iggy Pop ? Préliminaires (EMI). Iggy Pop - Préliminaires (EMI)

Ocena 2/6

Miles Davis: “W pewnym momencie zachciało mi się rzygać na widok tych nadętych idiotów z dęciakami, którzy nie mają pojęcia, co zagrają za kilka sekund!”. Niemożliwe? W podobnym tonie, tyle że na temat gitarzystów rockowych (“idiot thugs with guitars banging out crappy music”) Iggy Pop próbował ostatnio wytłumaczyć swoją życiową przemianę. Otóż protoplasta punku nagle nawrócił się na Francję-elegancję. Na New Orleans Jazz i Louisa Armstronga. Na Houellebecqa. Na serio.

Jest poprawnie, czyli źle. I wcale nie chodzi o przyzwyczajenia – szczerze mówiąc nie byłem specjalnie przywiązany do jego dotychczasowej maniery, a gdyby sięgnąć po detale, to zawsze najbardziej mnie bawił w rybnej oprawie Gorana Bregovića z soundtracku do “Arizona Dream” Kusturicy. Ale generalnie – czy to ma być idiotyczne machanie gitarami, czy absurdalna deklamacja – wyobraźnia i dystans.

Na “Préliminaires” brakuje i jednego, i drugiego, za to deklamacji jest aż nadto. Niestety Iggiemu zachciało się francuskiego. Nie, nie chodzi o moje niezrozumienie, ale o – bo ja wiem – dmuchaną powagę, udawany artyzm? Kpina bywa fajna, o ile jest świadomą postawą sceniczną. Tymczasem Pop, próbując uciec od faktycznie nieco parodycznej pozy, skoczył w przepaść, na dnie której płynie rzeka pozerstwa. A muzycznie nuda, nie obrażając Finka.

Cut in the Hill Gang ? Cut Down (Stag-o-Lee 2009). Cut in the Hill Gang - Cut Down (Stag-o-Lee)

Ocena: 1/6

Myślą bluesem, brzmią punkiem, a marzy im się good ol’ rock & roll. Mogło być nieszablonowo, jest schizofrenia.

Fine.

Wywiad: Emiliana Torrini

01.06.2009 | 1 odpowiedź

emiliana-torrini

“Zawsze gdy nadciąga kryzys, rodzą się rzeczy niesamowite. Islandczycy potrafią nawet sytuacje przemieniać w coś pozytywnego. I teraz także powstaje coś bardzo dobrego.

Musimy jeszcze chwilę poczekać, bo na razie wszyscy są w szoku. Ale sztuka naprawdę kwitnie – może nie według kryteriów finansowych, ale głębi ekspresji, zaangażowania ludzi. Spodziewajcie się wkrótce świetnej muzyki z Islandii!”

Wśród tych najprzyjemniejszych wywiadów, jakie pamiętam. A dzwoniłem z mieszanymi uczuciami, bo z jednej strony słodkie Me And Armini, z drugiej – marcowa batalia, jaką stoczyła z Guardianem.

Rozmowa odbyła się w kwietniu. W całości na stronie Przekroju. Dorzućcie uśmiechy.

Islandia