Czerwiec 2009


Prasa kłamie, czyli czemu Grizzly Bear są świetni inaczej

Grizzly Bear - Veckatimest (Warp, 2009)

. Grizzly Bear Veckatimest (Warp)

Ocena: 5/6

 

Bo czasem bywa tak, że mimo starań słyszy się mniej niż „opinia publiczna”. A czasem więcej i rachunek się wyrównuje. Tym razem odnoszę wrażenie, że słyszę inaczej. Nie chodzi o euforię bądź jej brak – na świecie jest tyle dobrej muzyki, że każdy z nas mógłby się codziennie ekscytować czymś innym, a lampka rezerwy ni mrugnie. Rzecz w powtarzaniu, świadomym czy bezwiednym, nieadekwatnych porównań, które mają tę euforię uzasadnić. I tak w tekstach o „Veckatimest” stale powracają takowe motywy:

1. Za przystępną formą kryją się niezwykle skomplikowane kompozycje. Bzdura, większość to typowe kilkuakordówki, które można zagrać spontanicznie z tabulatury albo i bez. A teraz spróbujcie równie spontanicznie zagrać na akustyku Radiohead – byle z tego wieku. „How to Disappear Completely” może i jakoś pójdzie, choć przestroili gitarę. „Pyramid Song” brzmi banalnie, ale rozpiszcie sobie rytm i akordy. Radiohead grywa Brad Mehldau, a nie nastolatki w sypialniach.

Rozumiem: te zanikające instrumenty, powodzie pogłosów i nieuzasadnione dekreszenda na refrenach „Veckatimest” sugerują złożony zamysł. Mehldau zanudziłby się jednak na śmierć. Jeśli po „Southern Point” jest tutaj coś, co cię kompozycyjnie zaskoczyło, wskaż proszę palcem. Akurat pod względem dziwactw kompozycyjnych nasze The Car Is On Fire wypada przy Grizzly Bear jak Bartók przy Debussym.

2. Rozbuchane, rozdmuchane, rozdęte (wybierzcie sobie) chórki. Rozdęte to są porównania Grizzly Bear do Beach Boys. Uwielbiam harmonie wokalne i wychwytuję je instynktownie, więc takie wielogłosowe dzieła jak „Illinoise” czy „Fleet Foxes” z miejsca mają u mnie fory. Grizzly Bear tego czegoś nie mają – co najwyżej miewają. Chyba że ktoś myli chórki z harmoniami, ale wtedy polecam mecze piłkarskie – tam można usłyszeć unisono (powiedzmy) kilku tysięcy męskich głosów. Piękne wielogłosy oczywiście tutaj są, do studia zawitał nawet Nico Muhly i cały chór dziecięcy. Ale to nie są żadne barokowe symfonie wokalne, lecz po wiejsku równoległe dwu-, trzygłosy. W tego typu prostych piosenkach możecie je – odwagi – improwizować na żywca.

3. Piękne melodie. Bardzo piękne. W „About Face” każda nutka jest tam, gdzie być powinna – człowiek wie, gdy raz usłyszy. Ale porównania do Beach Boys to robienie chłopakom krzywdy. Grizzly Bear mają po 2-3 świetne melodie na utwór. Beach Boysi – po 20-30.

4. Intensywność. Tu dopiero mam dysonans, bo przyłapałem się na ziewaniu. W „I Live With You” poza fajnym refrenem prawie nic się nie dzieje. W co drugim utworze poza fajnym refrenem prawie nic się nie dzieje. (Technicznie, emocje to co innego. Wszyscy pamiętamy Talk Talk). Przydługawe wstępy to przeważnie zwykła prezentacja tych 3-4 akordów i wejście wokalu. „Ready, Able” budzi się pod koniec drugiej minuty, czyli w połowie, a poza jednym chwytliwym motywem nie ma tu niczego więcej.

A teraz sprawdźmy pierwszą minutę „Here Comes the Sun” The Beatles. Zanim licznik przeskoczy z 0.59 na 1:00 w zasadzie mogliby skończyć i byłby kompletny hit. Chciałbym usłyszeć ułamek tej intensywności w „Cheerleader”. Że na chwilę pojawia się dwugłos? Czekajcie, zdejmę kapelusz.

5. Freak folk i porównania do Animal Collective, CocoRosie, Banharta i całej tej gwardii, którą raz zebrano przy okazji Antony’ego i już od pół dekady wędrują razem przez prasy drukarskie. [fri:k] zwariowany, dziwak; przedziwny, niespotykany; ~ out dostać bzika, zbzikować. Czyżby chodziło o wstęp „Ready, Able”? Klawisze w drugiej minucie „Here Comes the Sun” są bardziej freak i bardziej experimental niż całe „Veckatimest”. Stawiam na to, że chodzi o lekkie fałsze. Lekkie fałsze nie wiedzieć czemu kojarzą się ludziom z freakami.

Na szczęście potrafię to sobie jakoś wytłumaczyć. Płyty – bardziej niż filmy czy książki – często ocenia się po pierwszych minutach. A otwierające „Southern Point” to majstersztyk: i konstrukcja, i brzmienie, i melodie, harmonie, klimat. „Two Weeks” to hit. Po 9 minutach mamy wyrobione zdanie: jest innowacja i jest pop. A że chłopcy szczodrze sypią przeszkadzajkami, nurzają się w pogłosach, obsesyjnie przetwarzają instrumenty, to i łatwo o złudzenie bogactwa i złożoności.

Tyle narzekam, a tu piątka? No bo piękno „Veckatimest” leży gdzie indziej. Zaśpiewy „While You Wait” to miód kwiatowy, „Foreground” mimo banalnej struktury jest jedną z ballad półrocza (skoro zadbali o wstęp, to i o puentę). I dobrze że to wszystko, na co zżymam się powyżej, to tylko zaborcze wishful thinking, nieudana próba tańczenia wokół lewitujących pół metra nad ziemią Grizzly Bear, którzy szczęśliwie wymykają się nawet terminom zawierającym po kilka myślników. Jeno nie próbujmy zachwytów uzasadniać zdaniami, które wymyśliliśmy na potrzeby wykonawców stojących nie tyle na wyższym szczebelku, co po prostu na innej drabinie. Wzruszać się wolno.

Fine.


Okładki: styczeń-czerwiec 09

Bat For Lashes - Two Suns - miniRandy Weeks - Going My WayBig Business - Mind-The-Drift - miniDan Deacon - BromstAllen Toussaint - The Bright MississippiBusta Rhymes - Back On My BS - miniEquilibre - miniBonnie Prince Billy - BewareJarvis Cocker - Further Complications - miniHanne Hykkelberg - Blood From A Stone - miniLacuna Coil - Shallow Life - miniMono - Hymn To The Immortal WindLisa Hannigan - Sea SewSt Vincent ActorWynton Marsalis - He and Sheimage

W moim foobarze okładki mają 6,5 x 6,5 cm, co i tak uważam za wynik zupełnie niezły. Odtwarzacz mp3 pamięta czasy, gdy 20GB imponowało a wyświetlacz monochromatyczny wystarczał, więc okładek niestety nie pokazuje. I tak rzadko korzystam, bo słuchanie w autobusie/metrze to obelga dla muzyki i zabójstwo dla uszu (chyba że ktoś nosi słuchawki-pilotki).

Powyżej garść okładek, które pomimo stopniowego odchodzenia okładkowej sztuki w niebyt same wpadły mi w ostatnim półroczu w oko. W starych dobrych czasach błądzenia między sklepowymi regałami być może zaowocowałyby zakupem. Poniżej – trochę więcej obrazków w kategoriach bardziej lub mniej zaszczytnych.

Krzywdy w tych ostatnich pewnie sporo, bo oceniałem wyłącznie estetykę, klimat i/lub pomysłowość (kłóćcie się), nie zważając na styl wykonawcy, zawartość płyty bądź też możliwość wystąpienia parodii. Po pierwsze mało mnie to interesuje podczas czynności „błądzenia między regałami”. Po drugie z twórczością niektórych z tych artystów nie miałem do czynienia. I chyba mieć nie będę.

Prosta historia

Condo Fucks - FuckbookJunior Boys - Begone Dull CarePatrick Watson - Wooden ArmsMetric - FanasiesThe Decemberists - The Hazards of LoveThe Snake - Wild Birds & Peace DrumsThe Field - Yesterday and TodayThunderheist - ThunderheistTortoise - Beacons of AncestorshipWhite Lies - To Lose My Life

Kicz : Hit – 1 : 1

Chester French - Love the FutureJapandroids - Post NothingBill Callahan - Sometimes I Wish We Were An EagleMoby - Wait For MeTelekinesis - Telekinesis!The Hold Steady - A Positive RageThe Horrors - Primary ColoursMiike Snow - Miike Snow

Wilco - The AlbumTom Morello Boots Riley - Street Sweeper Social Club


„Dlaczego ludzie kumają Stockhausena, a Rothko nie”

Black Dice - RepoBlack Moth Super Rainbow - Eating UsDananananaykroyd - Hey EveryoneLindstroem Prins Thomas - IISilversun Pickups - Swoon


Bardzo mała miejscowość

Asher Roth - Asleep in the Bread AisleBranford Marsalis Quartet - MetamorphosenCradle of Filth - Godspeed On The Devil's ThunderFlo Rida - RootsGolden Silvers - True RomanceMastodon - Crack the SkyeMims - GuiltMstrkrft - Fist of GodSuper Furry Animals - Dark DaysOmar Rodriguez Lopez - CryptomnesiaPeaches - I Feel CreamTodd Snider - The Excitement PlanPrince - MplsoundRoyksopp - JuniorThe Black Eyed Peas - The End



Niech rozbłyśnie tęcza kolorami swemi

Alexisonfire - Old Crows Young CardinalsBen Lee - The Rebirth of VenusCrystal Antlers - TentaclesEmpire of the Sun - Walking on a Dream Pomegranates - Everybody, Come Outside!Enemy - Music for the PeoplePet Shop Boys - YesPrince - Lotusflow3rVs Children - Casiotone For The Painfully AloneThe Boy Least Likely To - The Law of the Playground


Szare okładki, szara muzyka


. Paul Wirkus / Mapstation – Forest Full of Drums (Gustaff)

Ocena 2/6

Leśny wypad Paula Wirkusa (rocznik 1967, urodzony w Polsce, mieszka w Kolonii) i Stefana Schneidera (basista To Rococo Rot) z małym zestawem perkusyjnym pod pachą. Na winylu pojawił się już w ubiegłym roku, teraz od dziwo także na CD. Półgodzinny materiał to field music w postaci najczystszej: skrzypienia, trzaski, łamane gałęzie, burza, garnki, sznurki, drzewa szumią, ptaki śpiewają. Towarzyszące temu werble i talerze to wszystko, co kojarzy się z tradycyjnie pojmowaną muzyką. Pięknie to wszystko nagrane, fabuła zgodna z tytułem, Philip Winter z „Lisbon Story” byłby dumny.

Rzecz w tym, że jako człek wychowany przy lesie wolałbym sam w ten sposób pomuzykować. Słuchanie, jak inni hałasują w kniei, to żadna frajda. Z perspektywy mieszkańca metropolii pocieszanie się takim erzacem to byłby znak czasu, z którym też nie chcę mieć wiele wspólnego. Field music ma sens, o ile skrywa interesujący zamysł. Tutaj jest absolutna losowość, co potwierdza krótkie making of (co za sielanka). Za to wyrazy uznania dla Gustaff Records, że uparcie wydają tak odpalone rzeczy, trzymając się swojego motto: „Muzyka niepotrzebna”.

Dakota Suite - The End of Trying (Karaoke Kalk Kalk, 2009)

.Dakota Suite The End of Trying (Karaoke Kalk Kalk)

Ocena: 1/6

Jeśli Goldmunda określało się mianem „piano for dummies”, to na Dakota Suite już nie starcza skali. Ambientowa plumkanina Chrisa Hoosona schodzi do poziomu „piano for two fingers” łamane przez MIDI. Wszystko w duchu smutek & nostalgia. Może i coś się w człowieku poruszy przy pierwszym zetknięciu z taką muzyką, zanim spróbuje się wsłuchać w coś, czego tam nie ma.

Nie widzę poza tym powodu, dla którego cennego czasu nie miałbym powierzyć krewniakom „The Pearl” Briana Eno i Harolda Budda, którzy byli wcześniej i znacznie lepsi. Chyba że kogoś przekona ukryty za smutną okładką i takimże tytułem motyw: „Dakota Suite to przedsięwzięcie bardzo osobiste, opowiadające o tragediach własnego życia oraz o wzlotach i upadkach ulubionego klubu sportowego Hoosona – FC Everton”. Oddaję walkowerem.

Dredg The Pariah The Parrot The Delusion (Ohlone, 2009). dredg – The Pariah, the Parrot, the Delusion (Ohlone)

Ocena 2/6
1. Oczarowanie (Leitmotif, 1998)
2. Miłość (El Cielo, 2002)
3. Zdrada (Catch Without Arms, 2005)
4. Rozstanie (The Pariah, the Parrot, the Delusion, 2009)

Fine.

.

St. Vincent - Actor (4AD, 2009). St. Vincent ? Actor (4AD)

Ocena: 3/6

Zrazu nastawiony byłem tak pozytywnie, że trudno zgoła o większe fory: The Polyphonic Spree w CV, występy u boku Sufjana Stevensa (namówiła go nawet na cover Phila Collinsa), kontrakt z 4AD, fajna okładka i cała otoczka graficzna; wreszcie zachęty ze wszech stron: od ?płyty tygodnia? w kulturalnym dodatku ?The Sunday Times? (jednym z ostatnich dość wiarygodnych i bardzo wszechstronnym, to zresztą pierwowzór dziennikowej ?Kultury?), aż po sny blogerów.

Spędziłem z Annie Clark cały tydzień i dochodzę do wniosku, że wiele ma do pokazania, ale mało do powiedzenia. Zdołałem zapamiętać tylko melodię otwierającego ?The Strangers? (sprytne dziew


Dlaczego ludzie kumają Rothko, a Stockhausena nie

Stockhausen - Klavierstuck X. Podobno.Książka Fear of Music – Why People Get Rothko But Don’t Get Stockhausen Davida Stubbsa, absolwenta Oxfordu, dziennikarza Melody Makera, The Wire, NME, Uncut, Guardiana, Timesa i bliskiego kumpla Simona Raynoldsa, za sprawą tytułu zasłynęła jeszcze przed premierą. Nie miałem jej dotąd w rękach, ale na łamach „Culture” Stubbs ostatnio streścił swoje tezy.

Po książkach o Hendriksie i Eminemie docieka on, czemu na wystawy malarstwa abstrakcyjnego garną się tłumy laików (gdy miesiąc temu przebiegałem przez Tate i National Gallery, w losowe plamy wgapiały się całe wycieczki; pod skarbami Malczewskiego ani żywej duszy), a okupowana przez niefiguratywną młodzież Tate Modern jest topową atrakcją Londynu. Czemu popkultura wchłonęła wzrokowych awangardzistów, podczas gdy ich partyturowi koledzy wciąż uznawani są za pomyleńców, a ich „hałasy” omijamy łukiem szerszym niż pikniki country.

Na podstawie 1,4 mln głosów Times ułożył właśnie listę 200 największych artystów XX wieku. Rothko bez trudu zmieścił się w Top30. A gdyby to byli muzycy? Kilka kliknięć i jest Elvis, Lennon, Dylan, Hendrix, Cash, Armstrong, Sinatra, Miles, Coltrane, Aretha Franklin, Ella Fitzgerald i Madonna – ale nie Stockhausen czy Schönberg. Jasne, pytamy masy, a nie krytyków, pasjonatów i opętanych, ale wszak o masach mowa.

Fear of Music: Why People Get Rothko But Don't Get StockhausenA przecież moderniści od pędzla i od partytury startowali z tego samego punktu i w tym samym czasie. Co zatem  tak bardzo ciąży atonalnej muzyce, co faworyzuje abstrakcjonistów?

1. Malarstwo miało wielkie światowe supergwiazdy: Salvador Dali kręcił z Hitchcockiem, Pollock lądował na okładkach magazynów. Stockhausen, Schaeffer i Eimert u szczytu kreatywności siedzieli w swoich studiach zaplątani w kable. W dwóch kolejnych dekadach awangarda przekroczyła granice „muzyki poważnej” (np. Coleman, Sun Ra czy AMM), ale nie próg przeciętnego domu.

2. Raz wyrzuciwszy tradycjonalistów z galerii, buntownicy płótna nie pozwolili się z powrotem wepchnąć do niszy. Rolę „hałasujących” w muzyce przejęli za to jazzmani, potem rhythm and blues, wreszcie rock’n’roll – niby agresywne, ale po staremu tonalne.

3. Aura „oryginału”. Wystarczy spojrzeć – mówi Stubbs – jak ludzie tłoczą się w Luwrze wokół Mona Lisy. Jak gdyby promieniowała swym geniuszem na przebywających w jej pobliżu. Stąd ceny Rothko, Bacona i Pollocka idą w miliony, a rano zdjęcia rekordzistów publikują gazety. Taśm-matek i partytur na aukcjach się nie widuje. Próby sprzedawania pojedynczych egzemplarzy „tylko dla twoich uszu” okazały się niewypałem. Wszak to jedynie winyl/kaseta/CD, nikt nie dłubał przy tym tygodniami. Nawet gdy nakłady są limitowane do kilkuset sztuk – muzycy żyją z reprodukcji.

4. Bycie kojarzonym ze sztuką awangardową to znamię nowoczesności, owo „promieniowanie geniuszu”, co od lat 50. rozumieją nawet wielkie korporacje tytoniowe. Ja do Tate wszedłem za free dzięki BP, wcześniej stawiał Unilever. W muzyce też pojawiają się tak hojni sponsorzy – Orange w Warszawie fundował Stinga – ale bezapelacyjnie preferują tonalnych.

5. Muzyka jest inwazyjna. Stubbs pisze, że gdy ktoś próbował puścić na lotnisku spokojne „|Music for Airports” Briana Eno, pasażerowie wymusili powrót do popowego muzaka. Muzyczny snobizm wymagałby poświęceń. A sztuka współczesna po prostu zajmuje swoje miejsce. Przy tym świetnie pasuje do miejskiego lifestyle’u – mieszkania bogatych uwielbiają radykalny minimalizm.

Najbardziej wyzywający obraz nie angażuje całej percepcji. Poza tym przyzwyczaisz się do niego po dwóch dniach, a goście zawsze mogą odwrócić wzrok. Słynny „Krzyk” Edwarda Muncha miłosiernie milczy. Wyobraź sobie: bolesny, przeszywający krzyk przenika całą galerię. Pozostaje sprint z zasłoniętymi uszami do wyjścia.

Biegiem do drzwi!


W czerwcu nie piszę…

Eminem - jesteś tym, co jesz…o Eminemie, bo podzielam opinię Bartka Winczewskiego, że płyt „Relapse” słuchać nie warto. (Oglądać można, bo okładka-recepta fajna). Poza tym po błyskotliwym skoku na OLiS szybko przegrał z Piaskiem.

…o płycie Woods – Songs of Shame, do posłuchania której zachęcił mnie Maciek Lisiecki określeniem „leśna wersja americany”. Bo jednak tytuł płyty wydaje mi się wystarczającą recenzją.

…o Camera Obscura i płycie „My Maudlin Career”. Bo podzielam entuzjazm Bartka Chacińskiego (może bez jednej gwiazdki) i Pszemcia. Singlowe „French Navy” to rzep miesiąca.

…o Selectorze, bo nie byłem mimo chęci. Jarek Szubrycht był, takoż Maciek Tomaszewski.

…o Speech Debelle i rewelacyjnym debiucie londyńskiej MC. Bo mam nadzieję pozachwycać się w „Przekroju”. Za to myślę już o katowickiej Nowej Muzyce. Uwaga, przyjeżdża też Dan Deacon!

…o Wilco nowym „Albumie” i DVD „Ashes of American Flags„, bo też będzie na papierze.

…o Pink Floydowych butach przygotowanych przez firmę Converse. Bo, jak to ujął kolega z liceum, metka-świnka mnie rozwaliła.

…o Ornetcie Colemanie świętującym 50 rocznicę wydania „The Shape of Jazz to Come”. Bo polska odmiana jego imienia boli, a jeszcze bardziej przegapienie jego własnego Meltdown Festivalu.  Mike Patton z Fredem Frithem, Patti Smith z The Silver Mt. Zion, Antony Hegarty z Yoko Ono (oficjalnie odwrotna kolejność), Charlie Haden z Robertem Wyattem… Co ja będę pisał.

Fine.


Thievery Corporation – Radio Retaliation

Thievery Corporation – Radio Retaliation (Eighteenth Street)

 

W dobrych studenckich czasach Thievery Corporation pełniło w akademikach podwójną rolę: otwieracza i zamykacza imprez. Świetne płyty „The Mirror Conspiracy” czy „The Richest Man in Babylon” umiejętnie łączyły klimat klubowego chillout roomu z ambient housem przeznaczonym do odsłuchu indywidualnego. Schematycznym, ale nie oczywistym.

Piąty krążek Erica Hiltona i Roba Garzy powinien być najciekawszym, skoro na rekordowo długiej liście gości są nazwiska z Nigerii, Brazylii, Indii a nawet ze Słowacji. Ale to egzotyka papierowa. Faktycznie Korporacja zapomniała, że nawet niespecjalnie wyrafinowanej muzyki metodą taśmową produkować nie przystoi. Powie ktoś: przecież oni grają tak samo od ponad 10 lat! Ano, jak cienka granica dzieli banał od hipnotyzującej prostoty pokazuje mistyczne pięć minut kończącego album „Sweet Tides”. Gwiazdka za puentę.

Machina

 

Fine.


Fink, Iggy Pop, Cut in the Hill Gang

Fink - Sort of Evolution (Ninja Tune 2009)

. Fink Sort of Revolution (Ninja Tune)

Ocena 4/6

Dla początkujących. Fink (aka Fin Greenal) ma szczęście posiadać jeden z najładniejszych barytonowych głosów, z jakimi miałem ostatnio do czynienia. Przy tym na wskroś nie-spektakularny. Czysty efekt nastroju, tzw. „mógłby śpiewać książkę telefoniczną”. Do głosu Londyńczyk odpowiednio dobrał gatunek: stylowo, w umiarkowanym tempie i z takimże natężeniem dawkuje emocje i melodie, ślimaczo rozwija aranżacje, które (mylnie) sprawiają wrażenie akustycznych. Bardzo późno zaczyna odsłaniać walory, ale prędko nie kończy.

Jeśli brzmi to cokolwiek zachęcająco, sprawdźcie tytułowe „Sort of Revolution” z nowego albumu. Gdy już się wam spodoba – bo powinno – natychmiast o nim zapomnijcie i poszukajcie płyty „Distance and Time” z 2007 roku. Nie ma co zaczynać od półśrodków. Stonowana, nastrojowa muzyka na wieczory długie i krótkie, jesienne i wiosenne, cieszy i smuci, że tak pozwolę sobie zebrać razem puenty rozmaitych recenzji Finkowych dziełek.

proDla zaawansowanych. Zrazu – wiadomo – nudno i wtórnie. Ale że Fink zawsze potrzebował co najmniej pół tuzina obrotów, zanim w ogóle pojawiła się sugestia, że to nie jest kolejny chilloutowy muzak, to się go słuchało przez tydzień, a potem przez dwa następne. Na „Sort of Revolution” jest słabiej, ale i tak znajdą się bardziej melodyjne i finezyjne aranżacyjnie momenty: poza znakomitym tytułowym chociażby „Nothing Is Ever Finished” czy „See It All”.

Przy sporym nakładzie skoncentrowanej uwagi pojawia się umiarkowany zwrot i to z nadzieją – po doświadczeniach z przeszłości – na drugie dno. Tego drugiego dna niestety tutaj nie ma, o czym przekonuję się, słuchając właśnie płytki po raz dwudziesty.  Ocena więc naciągana, ale ta liczba jednak o czymś świadczy. A najpewniej, o słodka naiwności, posłucham jeszcze nie raz.


Iggy Pop ? Préliminaires (EMI). Iggy Pop – Préliminaires (EMI)

Ocena 2/6

Miles Davis: „W pewnym momencie zachciało mi się rzygać na widok tych nadętych idiotów z dęciakami, którzy nie mają pojęcia, co zagrają za kilka sekund!”. Niemożliwe? W podobnym tonie, tyle że na temat gitarzystów rockowych („idiot thugs with guitars banging out crappy music”) Iggy Pop próbował ostatnio wytłumaczyć swoją życiową przemianę. Otóż protoplasta punku nagle nawrócił się na Francję-elegancję. Na New Orleans Jazz i Louisa Armstronga. Na Houellebecqa. Na serio.

Jest poprawnie, czyli źle. I wcale nie chodzi o przyzwyczajenia – szczerze mówiąc nie byłem specjalnie przywiązany do jego dotychczasowej maniery, a gdyby sięgnąć po detale, to zawsze najbardziej mnie bawił w rybnej oprawie Gorana Bregovića z soundtracku do „Arizona Dream” Kusturicy. Ale generalnie – czy to ma być idiotyczne machanie gitarami, czy absurdalna deklamacja – wyobraźnia i dystans.

Na „Préliminaires” brakuje i jednego, i drugiego, za to deklamacji jest aż nadto. Niestety Iggiemu zachciało się francuskiego. Nie, nie chodzi o moje niezrozumienie, ale o – bo ja wiem – dmuchaną powagę, udawany artyzm? Kpina bywa fajna, o ile jest świadomą postawą sceniczną. Tymczasem Pop, próbując uciec od faktycznie nieco parodycznej pozy, skoczył w przepaść, na dnie której płynie rzeka pozerstwa. A muzycznie nuda, nie obrażając Finka.

Cut in the Hill Gang ? Cut Down (Stag-o-Lee 2009). Cut in the Hill Gang Cut Down (Stag-o-Lee)

Ocena: 1/6

Myślą bluesem, brzmią punkiem, a marzy im się good ol’ rock & roll. Mogło być nieszablonowo, jest schizofrenia.

Fine.


Jacek Dukaj – wywiad

Przyznanie Nagrody Kościelskich niektórzy nazywają ukoronowaniem twojej kariery. Ty twierdzisz, że dopiero ją zaczynasz.

Trzeba zachowywać proporcje. Mam 34 lata, napisałem kilkadziesiąt lepszych i gorszych opowiadań i cztery regularne powieści, z czego dwie kiepskie dosyć, wydaje mi się, że z każdą książką czegoś się uczę. I co, to miałby być jakiś szczyt? Dajcie spokój. A czy dalej będzie lepiej, czy też zacznę wtem zjadać własny ogon, to inna sprawa. Ale przecież nie mogę na to patrzeć inaczej jak na etap w rozwoju.

Niezbyt się przejąłeś tą nagrodą. A czy Zajdle, jako najważniejsza nagroda środowiska fantastycznego, mają dla ciebie znaczenie?

Jasne, że się ucieszyłem z Kościelskich. Zajdle też cieszą. Trudno mi komentować znaczenie Nagrody Kościelskich, bo się zwyczajnie nie znam ani na tych nagrodach, ani na mechanizmach środowiskowych, medialnych itp. Przekonam się w praktyce. Na razie dowiaduję się tego i owego, np. że Kościelscy uchodzą za nagrodę bardzo konserwatywną – w porównaniu z Nike czy Paszportami Polityki. A tu proszę, takie zaskoczenie.

Nie tylko członkowie jury Nagrody Kościelskich twierdzą, że to, co dotąd osiągnąłeś, jest czymś niespotykanym jak na tak młody wiek. Czujesz się takim wyjątkiem?

Tutaj powinienem chyba wykonać jakiś rytualny gest fałszywej skromności. Ale patrząc na zimno, zdaję sobie sprawę, że mogę wyglądać na wyjątek. Pytanie: czy to tak dobrze świadczy o mnie, czy tak źle o tle, od którego się odbijam? Na miłość boską, napisać porządną powieść to nie powinien być taki wielki wyczyn.

Kilka lat temu powiedziałeś, że jest dumny tylko z tego, co akurat skończyłeś pisać. To krytyczne podejście do własnej twórczości nie uległo zmianie?

Mam wrażenie, że to wręcz kwestia fizjologii: przez jakiś czas jedziesz jeszcze na serotoninie i endorfinach, potem stopniowo poziom opada i widzisz w skończonym tekście coraz więcej wad i niedoskonałości. Tak że dumny z niczego specjalnie nie jestem, ale najmniej nie podobają mi się rzeczy stosunkowo świeże.

Pamiętasz początki swojej przygody z pisaniem i literackich bohaterów młodości?

Na pewno wpływa na mnie to, co czytam, ale nie mam i, o ile pamiętam, nie miałem żadnych idoli.
A pisałem chyba zawsze. Nic niezwykłego: dzieciak pożarł domową biblioteczkę, bazgrze po zeszytach. Przed 15-stymi urodzinami pojawiła się w domu maszyna do pisania, więc wystukałem opowiadanie i posłałem do „Fantastyki”. A potem już poszło.

Piszesz coraz dłuższe książki – „Lód” ma ponad tysiąc stron. Skąd bierze się ten rozrost kolejnych?

Na pytanie „dlaczego w ogóle grube powieści”, mogę dać odpowiedź długą i krótką: długa będzie powtórzeniem większości uwag z „Lamentu miłośnika cegieł” (artykuł opublikowany w „Gazecie Wyborczej w listopadzie 2005 roku – przyp. mh), a krótka brzmi „Bo takie powieści sam lubię”. Co oczywiście nie znaczy, że będę odtąd pisał kopie „Lodu” – w istocie najpewniej nigdy nic podobnego nie napiszę. Mnie się dość szybko zmieniają fascynacje, a i całkiem świadomie staram się unikać powtórzeń, nieoryginalności. Zresztą napinanie się na przeskoczenie „Lodu” na zasadzie „jeszcze dłuższe, jeszcze bardziej historyczne etc.” byłoby głupotą największą. Muszę zrobić jakiś krok w tył, w bok, pójść w inną stronę.

Stawiasz w powieściach spore wymagania czytelnikowi. Nie było nigdy pokusy stworzenia czegoś lżejszego, atrakcyjniejszego dla czytelnika?

Dla mnie między innymi takie właśnie rzeczy są atrakcyjne, więc takie piszę. Kiedy mówimy, że coś jest dla czytelnika za trudne albo za mało atrakcyjne, to kogo mamy na myśli? Kim jest ten „czytelnik”? Zakładamy tu, że istnieje taki twór, który zawiera w sobie w sposób niesprzeczny ogół gustów czytelniczych. Tymczasem jest to niemożliwością: to, co podoba się jednym, nie podoba się drugim, i na odwrót. Można oczywiście oprzeć się na mierze ilościowej: że jeśli 90 procent czytelników czegoś nie lubi, a tylko 10 procent lubi, to trzeba brać pod uwagę głos 90 procent. Jakoś tak jednak się składa, że w literaturze większość się myli. Bestsellery to przeważnie książki nijakie i wtórne.

Ja wcale nie mam ambicji podobania się 100 procent czytelników. W gruncie rzeczy obchodzi mnie tylko, czy tekst podoba się mnie. A jak jeszcze komuś poza mną – to już bonus. Ponieważ jednak funkcjonuję w realnym świecie, gdzie książka jest towarem, wydawnictwo biznesem, a nawet ta rozmowa – elementem gry ekonomicznej, muszę brać pod uwagę pewne obiektywne uwarunkowania. Ale nawet wówczas 10 procent czy 5 procent ogółu czytelników o umysłach skręconych podobnie do mojego to naprawdę dosyć. Reszta ma do wyboru tysiące książek zupełnie różnych od książek Dukaja, nie powodu jej nimi męczyć.

Teologia to temat wciąż powracający w twoich powieściach i opowiadaniach, ale także w artykułach publicystycznych.

To chyba pochodna mojego ogólnego nastawienia: nigdy się mianowicie nie zaraziłem tym bakcylem minimalizmu – że niby prawdziwy pisarz to pisze książki o kwiatkach w swoim ogródku albo spacerze z psem po parku, a o Bogu, wszechświecie, prawach historii, naturze rzeczywistości itp. to tylko grafomani fantazjują.

Poniekąd jest to tradycja polskiej SF, w tym Lema – w żadnym razie nie uważam się za „drugiego Lema” (to wygodny dla mediów mem), niemniej Lema sporo czytałem od małego i to najpewniej od niego zaraziłem się m. in. manierami zimnego racjonalizmu, a także tym przekonaniem, że literatura może się żywić naukami ścisłymi i że nie ma dla niej tematów zbyt wielkich.

Teologia i w ogóle religia (treść religii – nie jej socjologia) dodatkowo się tu wyróżnia, bo to wyjątkowo słabo spenetrowany obszar w naszej współczesnej literaturze, a mnie ciągnie na takie lądy bezludne.

Odniosłem wrażenie, że nie przepadasz za doszukiwaniem się w twoich książkach komentarzy do historii czy dzisiejszej rzeczywistości. Faktycznie unikasz takich odniesień?

Nie. Natomiast nie podoba mi się, gdy literatura jest postrzegana głównie przez pryzmat funkcji publicystycznych.
W Polsce wciąż pokutuje przekonanie, że jednym z wyznaczników jakości literatury jest stopień jej zaangażowania w doraźne walki ideowe (oczywiście – po „słusznej” stronie). Zbiegło się to z kompletnym uwiądem prozy realistycznej o współczesności w latach 90. (Polska była „nieopisywalna”) i teraz samo sportretowanie polskiej rzeczywistości wraz z jej warstwą polityczną, gospodarczą czy medialną wpuszcza autora w kanał „moherowy”, „antypisowski” itp.

Tymczasem nie można pisać normalnej prozy realistycznej, nie odnosząc się jakoś do tego, co stanowi przedmiot codziennych rozmów na ulicy i w pracy, z czego się biorą tzw. problemy życiowe, co definiuje „ducha czasu”. Często przywołuję przykład literatury amerykańskiej: to oczywiste, że polityka stanowi element każdego portretu USA, a autorzy bynajmniej nie ukrywają swoich poglądów (przeważnie zresztą lewicowych). To tło jest bardzo bogate – większość Polaków czuje się kulturowymi obywatelami USA – ale to tylko tło; siła i piękno opowieści bierze się skądinąd. Zdaję sobie jednak sprawę, że do takiej literatury trzeba dochodzić krok po kroku; na razie cenna jest proza opisująca współczesną Polskę choćby cząstkowo i powierzchownie.

Czy Benedykt Gierosławski, główny bohater „Lodu”, to twoja aluzja do stanu współczesnego człowieka, który zamiast być sobą często „kalkuluje” swoje zachowania?

Mam tendencję do zawieszania narracji na postaciach lekko nerdowatych, z przerostem funkcji kontrolnych i analitycznych; staram się przynajmniej uzasadniać te ich cechy wewnątrz tekstu. Bardziej ogólne analogie do współczesności budowałbym raczej na innych cechach Gierosławskiego – tej nieokreśloności, rozmemłaniu charakteru. Formuła Bildungsroman także dlatego jest dzisiaj tak nam obca, że nikt w ogóle już nie czuje potrzeby pracy nad charakterem – pracuje się nad mięśniami, sylwetką, imagem, pamięcią, wykształceniem. Ale charakter? To nawet śmiesznie brzmi. Nie możesz dotknąć, więc nie istnieje. Chyba już tylko w zakonach i w jednostkach specjalnych wojska w niego wierzą. Więc to chwyt podobny jak z historiozofią: zakładam, że coś istnieje obiektywnie i czynię to przedmiotem opowieści.

Masz bardzo krytyczne zdanie na temat polskiej literatury. A jest ktoś, kogo szczególnie cenisz?

Olga Tokarczuk – tu jest myśl i wyobraźnia. Pilcha lubię głównie za język. W ogóle frakcja „językowców” jest u nas silna, także wśród młodych: talent w garści, świetny słuch i pióro, ale jak już sprzeda w prozie własną biografię, to nie ma o czym pisać. Z takich mocnych autorów koncepcyjnych, czyli startujących z odwrotnych założeń (język na końcu, przede wszystkim pomysł) to właśnie tylko Tokarczuk znam. Mam zresztą teorię, że gdyby ona pisała na Zachodzie, to tworzyłaby regularną science fiction czy fantasy, coś w stylu Ursuli Le Guin. W Polsce świetnym fantastycznym autorem koncepcyjnym jest Marek Huberath.

Kibicuję teraz innym młodym – z pokolenia Kopaczewskiego, Żulczyka czy Orbitowskiego. Oni już nie wstydzą się przede wszystkim snuć opowieści i żyją w świecie, w kulturze, w których żyję i ja.

To „krytyczne zdanie na temat polskiej literatury” nie bierze się z jakiejś mojej wrodzonej jadowitości sądów; tu bardziej niż o to, co się pisze, chodzi o to, czego się nie pisze – o wielkie dziury, białe plamy, obszary literatury nieistniejącej. Mam po prostu zupełnie inny punkt odniesienia. Od ładnych paru lat więcej czytam prozy anglojęzycznej niż polskiej. Kiedy słyszę „powieść”, to pierwsze skojarzenie mam z książkami podobnymi nominowanym i nagradzanym Booker Prize czy Pulitzerem. Ów literacki „główny nurt” w Polsce praktycznie nie istnieje. Mówiłem już o tym: mamy nareszcie pop, czyli nisze poszczególnych konwencji – kryminału, fantastyki, romansów, sensacji – i mamy literaturę poszukującą, eksperymentalną, uciekającą od tradycyjnych narracji. Lecz dzieł ze środka, czyli tego, co powinno stanowić kręgosłup literatury i kultury w ogóle, nie ma prawie wcale.

I większość problemów, nad którymi załamują ręce krytycy, stanowi jedynie pochodną owego stanu rzeczy: brak literatury koncepcyjnej, nieopisanie Polski, brak literackiej obróbki najnowszej historii, niedostatek fabularnego paliwa dla naszej kinematografii itd. Forma wpływa na treść, treść wpływa na formę. Mody i ideologie są tu rzeczą wtórną, np. pogarda dla fabuły i podświadome przekonanie o wyższości niebeletrystycznych form literackich nad beletrystycznymi. Trzeba to jakoś przełamać, ale chyba nie ma innego sposobu niż odczekać, aż właśnie nastąpi naturalna wymiana generacyjna.

Skąd twoja niechęć do mediów, występów publicznych, nawet konwentów fantastycznych?

To nawet nie jest niechęć. Po prostu taki mam temperament. Bywam na konwentach, Targach Książki czy innych spotkaniach parę razy w roku. A nie każdy musi być showmanem. To tylko ostatnio zaczęło się wszystkim wydawać, że pisarz jest od gadania do mikrofonu albo występowania przed kamerami. Mnie to do niczego nie potrzebne. Ale mam wyrzuty sumienia, jak się dziewczyny z promocji starają, a ja nie korzystam z okazji. Czasami też coś pochopnie obiecam i potem muszę dotrzymać słowa.

Naturalnie zdążyłem sobie dorobić do tego ideologię. Pojadę Kawafisem: „Jeśli nie możesz ukształtować swego życia / tak, jak chcesz, to przynajmniej o to się staraj / tak, jak możesz: aby go nie upodlić / w ciągłym ze światem obcowaniu, / w bieganiu i gadaniu. / Upodliłbyś je, wlokąc to w prawo, to w lewo, / obnosząc je dokoła, zanurzając / w te spotkania towarzyskie, te bankiety, / w tę głupotę codzienną, / ażby się stało obcym dla ciebie brzemieniem”. Myślę, że na dłuższą metę to zdrowsze podejście; widzę, jak ludzie z różnych profesji kreatywnych potrafią się wyjałowić w parę sezonów. Oczywiście niektórzy mają inny temperament – im właśnie światła reflektorów służą. Okay. Jak komu pasuje.

Co, patrząc z perspektywy, przyniosła przygoda z prawie-oscarową „Katedrą”?

Poznałem Tomka Bagińskiego. Reszta nie ma już znaczenia.

Jaka będzie kolejna książka?

„Lód” urodził się z projektu opowiadania do zbioru „Król Bólu” – ten zbiór więc w końcu muszę skończyć, powinien się ukazać w przyszłym roku. Wyjdzie coś w rodzaju antologii przekrojowej: opowiadania z kilkunastu lat, różne języki, różne zainteresowania – autor złapany w trakcie mutacji, między niedoskonałością i niedoskonałością. Bo kiedy teraz po „Lodzie” wróciłem do zaczętych przed nim opowiadań, dopiero zobaczyłem, jak się zmieniłem: to już są teksty obcego człowieka. Prawie wszystkie wylądowały ostatecznie w koszu.

Potem mnie czeka nowelka do Mitów, a potem – zobaczymy, co mnie wciągnie. Mam sporo rzeczy zapisanych w bardziej i mniej rozbudowanych konspektach, ale w gruncie rzeczy warunek jest tylko jeden: czy mnie pomysł wystarczająco zafascynuje.

Nieczęsto wypowiadasz się na temat innych dziedzin sztuki. Jakiej muzyki Dukaj słucha?

Trudno rzec, żebym miał konkretny gust muzyczny. Słucham najróżniejszych rzeczy i nie potrafię powiedzieć, dlaczego podoba mi się, co mi się podoba. Tool, Metallica, Arvo Pärt, kawałki Kronos Quartet, zwłaszcza Clinta Mansella, Nick Cave, Tom Waits, Burial, stare Pink Floyd…

A film?

Z polskimi filmami jest jeszcze gorzej niż z literaturą. Stan faktyczny nijak się ma do opisów medialnych. Naszym recenzentom dawno już przestałem wierzyć. Im chyba wszczepiają w mózgi chipy zmieniające osobowość: gdy siadają obejrzeć nowy polski film, Zły Kontroler przekręca switch, chipy się uaktywniają i biedakom nagle zaczyna się podobać, co w innych filmach się nie podoba (teraz w Gdyni musiała nastąpić jakaś ‚system malfunction’). Inaczej nie potrafię sobie wytłumaczyć tej schizofrenii; przecież to nie są matołki, ani nikt ich nie przekupuje. O, Kłopotowskiego szanuję, chociaż często się z nim nie zgadzam – ale on nie chwali badziewia, myśli samodzielnie, coś z tych jego opinii wynoszę.
Więcej wartościowego kina znajduję teraz w serialach kręconych dla kablówek niż w filmach kinowych.

Mam wrażenie, że coś złego stało się z samą formą filmu, tzn. fabuły ok. dwugodzinnej i finansowanej z dystrybucji kinowej. Produkcje wymagające budżetów na tyle dużych, by nakręcone z gwiazdami zarobiły coś na świecie, muszą zostać oparte na schematach strawnych dla jak największej widowni (co się przekłada zazwyczaj na nastolatków) i w efekcie po 15 minutach dla widza jako-tako zaznajomionego z historią kina stają się nudne; można co najwyżej podziwiać sprawność techniczną realizacji, efekty specjalne, poszczególne szarże aktorskie. Dawne kino artystyczne, autorskie kurczy się do swego rodzaju chałupnictwa filmowego; coraz trudniej znaleźć tu coś dobrego. A już jak ktoś nie mieszka w wielkiej metropolii, to jedyna dlań nadzieja w torrentach.

A kino wielkobudżetowe?

To całkowicie odrębna dziedzina rozrywki. Widzimy jak ewoluuje, przejmując estetykę i formuły narracyjne z gier komputerowych i komiksów. Z tego też może urodzić się sztuka, ale już zupełnie inna, odwołująca się bardziej do wrażliwości malarskiej czy emocji sportowych, nie do wartości intelektualnych lub sensów zapisywalnych w klasycznych narracjach linearnych. Filmem, który przekroczył tę granicę nowej sztuki, był moim zdaniem „300” – chociaż według tradycyjnych kryteriów kicz i nudna nawalanka.

Zresztą podobnych mutacji w sztuce będzie teraz więcej. Ciekawy jestem, co urodzi się np. z wrażliwości wyhodowanej na MMOs (sieciowe gry komputerowe rozgrywane jednocześnie przez tysiące internautów – przyp. mh). Takie rozbudowane, pozbawione narzuconej struktury fabularnej („sandboxowe”) światy jak ten EVE Online pełnią funkcję otwartych środowisk dla równoległego życia, granica między serwisem społecznościowym a grą jest tu bardzo cienka. Głębokim doświadczeniem estetycznym może być samo „bycie w”, imersja w fałsz. Na razie to wszystko jest bardzo toporne i schematyczne, ale widać, z jaką siłą oddziałuje na wyobraźnię młodych: tu bije dziś źródło prawdziwie żywej sztuki. Kino natomiast ukryło się w serialach w rodzaju „The Sopranos”, „Deadwood”, „The Wire”.

Na czym polega przewaga tych seriali nad kinem?

One pozwalają na rzeczy niemożliwe w filmie przeznaczonym na duży ekran. Bo tu można pokazać postaci poza zakresem wymaganym przez mechanikę fabuły, postaci „żyjące”, a nie tylko posuwające akcję do przodu – czego nie zrobisz w filmie kinowym, gdzie każda scena, w której coś się nie „dzieje”, to scena stracona. W tych serialach charakter, osobowość postaci, jej historia, droga życiowa są pierwotne względem fabuły; fabuła jest obudowywana na ludziach, nie ludzie na fabule. Postaciami nie rządzi mechanika napięcia: ekspozycja, pierwsza kulminacja, druga kulminacja, rozwiązanie. Nie; tutaj można pokazać meandryczność, nieprzewidywalność, chaotyczność, bezsens życia, jego bezcelowość – bo w życiu nie rządzą nami strzelby Czechowa i temu podobne reguły.

W tych serialach aktor więc może naprawdę zbudować rolę – ma czas, żeby „żyć postacią”. Tam nie grają gwiazdy, ale aktorzy z drugiej, trzeciej linii. Do filmu kinowego angażujesz za miliony gwiazdę, bo to uwalnia cię z konieczności budowania jej postaci i tracenia na to cennych sekund czasu ekranowego. W serialu natomiast każdy na początku jest czystą kartą. Nie rozumiem w ogóle, jak można na jednej szali ważyć dwugodzinne kreacje aktorskie (nawet Daniela Day-Lewisa) i pracę Jamesa Gandolfini w „The Sopranos” czy Iana McShane’a w „Deadwood”. To już odrębne kategorie.
Sama struktura fabularna takiego serialu jest inna: to są powieści, każdy odcinek to rozdział, sezon to tom; film dwugodzinny odpowiada zaś strukturalnie opowiadaniu. Próby zmieszczenia w nim prawdziwie epickiej literatury dają w efekcie przeważnie olśniewającą sieczkę złożoną z samych „kluczowych” scen.

Twórcą serialu jest pisarz: autor scenariusza, głównej linii fabularnej. Twórcą filmu kinowego jest reżyser, czasami producent.

W serialu można przedmiotem kreacji uczynić sam świat – niesamowity, wielowarstwowy portret Baltimore mamy w „The Wire”. W filmie kinowym świat musimy przyjmować na wiarę, rzetelne pokazanie rządzących nim mechanizmów zmieniłoby bowiem dwugodzinną fabułę w dokument śledczy.

Mogę to ciągnąć: w tych serialach postaci mogą ze sobą naprawdę rozmawiać, podczas gdy jeden 10-minutowy dialog w filmie kinowym od razu rozwala ci całą strukturę filmu. Seriale HBO-wskie nie są przykrawane „w dół” do nastoletniego widza, co stało się powszechne w produkcjach amerykańskich, nie tylko pod względem cenzury obyczajowej, ale samej psychologii postaci. Dorosły człowiek nie zachowuje się tam jak dorosły, ale jak wyobrażenie dorosłego noszone w głowie nastolatka.

 

 

Fine.


O plagiatach

Fala pozwów o plagiat zalała branżę muzyczną. Dlaczego po cudze sięgają nawet wielcy? Bo wiedzą, że dla przeboju warto ryzykować. A nauczyli się tego od jeszcze większych

Lil’ Wayne bezprawnie przerobił utwór „Play with Fire” z repertuaru The Rolling Stones – oświadczyła ostatnio firma Abkco Music dysponująca nagraniami Stonesów z lat 60. i podała rapera do sądu.

Wayne króluje na listach przebojów w USA, jego nowy album kupiły już dwa miliony Amerykanów. Ewentualna przegrana nie zaszkodzi więc ani pozycji, ani finansom gwiazdy. Nowicjuszem nie jest jednak także Abkco. Dla brytyjskiej grupy The Verve zapożyczenie partii orkiestry od Stonesów oznaczało utratę praw do przełomowego „Bitter Sweet Symphony”. Nie dość, że utwór wbrew woli muzyków trafił do reklam, to jeszcze jego autorstwo (łącznie ze słowami!) przypisano Mickowi Jaggerowi i Keithowi Richardsowi.

– To najlepsza piosenka, jaką ta dwójka napisała w ciągu ostatnich 20 lat – komentował gorzko Richard Ashcroft, lider The Verve. Niektórzy w sądowej porażce dopatrywali się przyczyny rychłego rozpadu grupy, lecz po ubiegłorocznej reaktywacji Brytyjczycy regularnie bisują słodko-gorzkim przebojem na festiwalach muzycznych.

Niesprawiedliwy los oszczędził w tym zamieszaniu samych Stonesów. 29 września 1997 roku, dokładnie w dniu premiery pechowej płyty The Verve, album wydali także weterani rocka. Promujący go hit „Anybody Seen My Baby?” zawdzięczał refren kanadyjskiej piosenkarce k.d. Lang i jej „Contant Craving”. Singiel poszybował na szczyty list przebojów po obu stronach Atlantyku, ale samej Lang wystarczyło umieszczenie jej nazwiska przy tytule utworu.

Choć skala zjawiska rośnie – w końcu dysponujemy jedynie 12-tonową skalą muzyczną – procesy o plagiat rzadko kończą się skazującym wyrokiem. – Mimo istniejących wytycznych plagiat w muzyce jest trudno definiowalny – mówi profesor Artur Nowak-Far ze Szkoły Głównej Handlowej. – Już sama melodia powinna pokazać wtórność, a przecież sąd i biegli muszą zająć się także kwestią rytmu czy harmonii.

Jednakże podobieństwa przebojów nie zawsze bywają przypadkowe, czasem artyści sięgają bowiem po cytaty. – Tak jak w przypadku literatury, polska ustawa zezwala na cytowanie niewielkich fragmentów muzycznych, zazwyczaj do trzech taktów. Warunkiem jest jednak podanie źródła cytatu – dodaje profesor Nowak-Far. Trochę ostrzej takie zapożyczenia traktuje się w USA, gdzie dodatkowo wymagana jest zgoda autorów.

Przegrana sprawa, wygrana sława

Gordon Jenkins potrzebował kilkunastu lat, by odkryć, że jego kompozycją posłużył się w jednej z najsłynniejszych piosenek sam Johnny Cash. W „Folsom Prison Blues” sławny bard wykorzystał nie tylko muzykę, lecz także spore fragmenty tekstu Jenkinsowego „Crescent City-Blues”. Jenkins o swoje prawa upomniał się dopiero w 1968 roku, po sukcesie więziennej koncertówki Casha „At Folsom Prison”, a sprawę szybko załatwiono ugodą.

Amnezja, którą usprawiedliwiano Casha, pachnie tanią wymówką, lecz w zupełnie innym przypadku na poważnie potraktował ją nawet sąd: – Podświadomość George’a Harrisona przetworzyła piosenkę, o której świadomość zdążyła zapomnieć – głosiło orzeczenie kończące spór eks-Beatlesa z grupą The Chiffons. Harrison uniknął hańby i stracił tylko część tantiem za słynne „My Sweet Lord”. Inny wielki przebój dekady „Do Ya Think I’m Sexy?” pobrzmiewał hitem „Taj Mahal” brazylijskiego herosa muzyki popularnej Jorge Bena. Rod Stewart wykazał się podwójną bezczelnością, bo zanim sąd stwierdził plagiat, Szkot cały dochód z tantiem kazał… przelać na konto UNICEF.

Jeszcze dalej posunął się Michael Jackson, wykazując się znajomością szachowej zasady mówiącej, że najlepszą obroną jest atak. Na początku lat 90. orzeczono identyczność bestsellerowego „Will You Be There” z piosenką Ala Bano z lat 80. Brygada prawników Jacksona stwierdziła wówczas „całkowitą niekompetencję sędziego w kwestiach dotyczących muzyki” i zmieniła strategię. W ciągu kilku lat Jackson przekonał sąd apelacyjny, że – tak jak Al Bano – zainspirował- się standardem z 1939 roku. Do tego czasu singiel kupiło milion Amerykanów, a nakład albumu „Dangerous” przekroczył już 30 milionów egzemplarzy.

W powrocie na listy przebojów plagiat pomógł także Madonnie. Kradzież kilku taktów Salvatore Acquavivie ukarano jedynie zakazem rozpowszechniania piosenki „Frozen”. Rok temu prawdziwe larum podnieśli The Rubinoos, oskarżając Avril Lavigne o plagiat w ubóstwianym przez nastolatków „Girlfriend”. Artystka uparła się, że w życiu nie słyszała oryginału („I Wanna Be Your Boyfriend” z 1979 roku), i mogła mówić prawdę, ponieważ współautorem przeboju był jej producent. – Podobieństwa opierają się na pewnych popularnych zwrotach, dlatego wycofujemy nasze zarzuty – niespodziewanie oświadczyli w styczniu The Rubinoos bez wątpienia zachęceni sowitym czekiem, a promowany przez „Girlfriend” krążek okazał się jednym z czterech najpopularniejszych albumów ubiegłego roku.

Największą przychylnością losu cieszy się Britney Spears. Gwiazdce zarzucano, że na debiutanckiej płycie „Baby One More Time” ukradła piosenkę Stevena Wallace’a z wczesnych lat 90. Wprawdzie piosenkarz zarejestrował utwór dopiero w 2003 roku, ale wcześniej wysłał zapis piosenki sam do siebie. – To znana strategia. Nie otwiera się takiej paczki, lecz zachowuje oryginalne stemple do celów dowodowych – tłumaczy profesor Nowak-Far. Po oddaleniu pozwu serwis Music-Reg.com na pociechę zaoferował Wallace’owi darmową rejestrację utworów.

To nie ja skradłam przebój

Ugody zawierane poza salą rozpraw to tylko jedna z przyczyn, dla których skazujące wyroki w sprawach o plagiat są rzadkością. Ostrożność sądu wynika także z nagminnego dla świata muzyki zwyczaju pasożytowania na cudzym sukcesie.

– Popełniamy plagiat za plagiatem. Do każdej płyty powinniśmy dołączać bibliografię – wyznał kiedyś Chris Martin. Następnym razem wokalista Coldplay ugryzie się w język, gdyż jego słowa okazały się inspiracją dla mało znanej kapeli z Brooklynu. – W ubiegłym roku Chris Martin wpadł na nasz koncert. Zrobiliśmy na nim duże wrażenie. Chyba nawet zbyt duże – oświadczył w czerwcu Andrew Hoepfner, lider Creaky Boards, i opublikował na YouTube analizę porównawczą „Viva la Vida” Coldplay oraz piosenki zatytułowanej, o ironio, „The Songs I Didn’t Write” („Piosenki, których nie napisałem”). Filmik obejrzał już ponad milion osób, ale ostatecznie to Coldplay zrezygnował z wytoczenia Amerykanom sprawy, ponieważ „przypominałoby to pojedynek Goliata z Dawidem”. Za to Creaky Boards kosztem Martina przez dobę okupowało portale muzyczne, a licznikowi wizyt na ich profilu MySpace przybyły dwa zera.

Bliźniaczo podobną sytuację przerabialiśmy w połowie lat 90. po sukcesie Edyty Górniak na festiwalu Eurowizji. Izraelski muzyk Joni Nameri w zaśpiewanej przez Polkę piosence rozpoznał swoje dzieło z 1988 roku. – Melodię „To nie ja” wymyśliłem w 1984 roku i mam na to świadków – ripostował nasz kompozytor Stanisław Syrewicz. – Sukces ma wielu ojców i zawsze znajdą się chętni, by się do niego przykleić – mówi Dariusz Krupa, menedżer Edyty.

Plagiatowe kontrowersje nie ominęły też ani naszych polityków (hymn Samoobrony „Ten kraj jest nasz i wasz” okazał się kalką czeskiej piosenki), ani utworów szczególnie bliskich Polakom. Do dziś emocje budzą podobieństwa między „It’s a Man’s World” króla soul Jamesa- Browna i klasykiem Czesława Niemena „Dziwny jest ten świat”.

O ile Niemen, podobnie jak Cash czy Harrison, osiągnąłby obecny status i bez zewnętrznych inspiracji, o tyle Jeden Osiem L swoje pięć minut sławy zawdzięcza wyłącznie „Overcome” grupy Live. Na wysamplowanej z utworu frazie pianina zbudowano największy przebój 2004 roku „Jak zapomnieć”. – Fakt, zajebaliśmy ten fragment, ale kompletnie nieświadomie – przyznali szczerze muzycy (znów amnezja?).

Pop-folkowa grupa Brathanki ma z kolei dług wobec kompozytora Ferenca Sebö, bo Węgrowi zawdzięcza przełomowe „Czerwone korale”, brzmiące identycznie jak oryginał. Tym razem historia zakończyła się nie tylko ugodą, lecz także prawdziwym happy endem: Brathanki zaprosiły Sebo na występy w Polsce i wspólnie z nimi nagrały album. Plagiat sposobem na łatwą karierę? – no to już wiemy. Przepisem na przyjaźń? – czemu nie.

Mariusz Herma, „Przekrój” 34/2008

Fine.