Sierpień 2009

Jesteś tym, czego słuchasz (albo na odwrót)

Uniwersytet w Cambridge wykoncypował, a Telegraph odnotował:

 

People with a preference for rock songs are regarded to be ‚natural rebels’, thoroughly irresponsible and emotionally unstable.

Pop fans are seen as conventional and calm but lacking in intelligence and wisdom.

Jazz fans elicited the most positive response as they were considered to be imaginative, peace-loving liberals with friendly and outgoing natures.

Classical buffs are perceived as quiet, friendly, responsible and intelligent but also unathletic, physically unattractive and dull.

Rap aficionados are viewed as athletic and self-respecting but disorganised and ?more hostile? than other music fans.

Lovers of electronica are ‚a bit neurotic’.

 

Już widzę wasze miny – wy, którzy postawilibyście krzyżyki przy wszystkich etykietkach – bo sam spojrzałem w lustro. Wszystko się zgadza.

 

 


Barbarzyńcy w filharmonii!

Elegancki, lekko siwiejący mężczyzna pod pięćdziesiątkę, do żony:

Wiesz co, ja to jednak jestem konserwatystą. Ta wydekoltowana altowiolinistka w klapkach… Przecież to trzeba trzymać jakiś fason.

Gorąco tu, coś mało tlenu. Chyba zdejmę tę marynarkę.

Elegancka, lekko siwiejąca kobieta pod pięćdziesiątkę, do sąsiadki:

Nie zostaję na Trzecią*, bo słyszałam ją już w tym składzie – w Londynie i Nowym Jorku. To oczywiście wyborna orkiestra. Naszych orkiestr już nie mogę słuchać. To jest barbarzyństwo. Ciosanie, a nie granie muzyki.

Polskiej orkiestry żaden solista mi nie wynagrodzi. Ja wszystko słyszę, każdy fałsz, każdy rozstrojony instrument. U nas już wolę chodzić do opery – siedzą sobie w tej swojej fosie i choćby nie wiem, jak chcieli, nie pohałasują.

A na Antoniego Wita to już patrzeć nie mogę. To jest barbarzyńca, a nie dyrygent. Jak ostatnio zaczęli pierwszy skrzypcowy Karłowicza, to myślałam, że wyjdę z sali. Zresztą dla mnie liczy się już tylko muzyka dawna.

*III Symfonia a-moll Mendelssohna, czyli popularna „Szkocka”, do której przez lata nie mogłem się przekonać, ale widocznie trzeba mi ją było usłyszeć w wykonaniu tańczącej-na-krzesłach Orchestre des Champs-Élysées: precyzyjnej w dynamice, ale w barwie miękkiej niczym południowokarpacki mech. Zabrało mi dobre kilka minut, zanim w ogóle oderwałem uwagę od samego brzmienia tej ekipy. Postuluję więcej dekoltów i klapek.


Nowa Muzyka – głośna muzyka

dan le sac vs scroobius pip @ Nowa Muzyka 2009

(foto z muzyka.onet.pl)

Poprzednią wizytę Pivot w Polsce przegapiłem i bardzo tego żałowałem. Przynajmniej do wczoraj, bo początek festiwalu Nowa Muzyka niespodziewanie  przyniósł największe rozczarowanie, chociaż mogło być świetnie. Przeszkodziły temu dwa elementy:

1) Decybele, które przegoniły połowę publiczności aż do ogródka piwnego. Nie było głośno – było ogłuszająco. Mnie przetrwać i cokolwiek usłyszeć pozwoliły kupione po raz pierwszy w życiu zatyczki do uszu. Rozumiem, że chodziło ostatnią próbę zwrócenia uwagi Katowiczan, że w okolicy dzieje się coś fajnego? No, przynajmniej hucznego.

2) Może ja mam rockowe (jazzowe? klasyczne?) skrzywienie, ale muzyka z playbacku mało mnie interesuje. U laptopowców ścisłych jeszcze rozumiem, ale żeby Pivot puszczał z taśmy bas? Kiedy jeszcze podkłady, główna linia melodyczna oraz pół perkusji szły z Maca, to wyglądało to, jakby trójka panów przygrywała niewidzialnym solistom.

Speech Debelle – zgodnie z oczekiwaniami najprzyjemniejszy koncert wieczoru. Dziewczyna nie boi się publiczności (co innego jej współraper, skądinąd sympatyczny, który patrzył na Speech jak na panią matkę), charyzmy jej zbywa, bawi się (z) publicznością, a jedyny problem jaki ma – raczej bolesny w tej branży – to absolutny brak słuchu. Ale w śpiewanych refrenach ratowali ją koledzy, a z gadaniem nie ma najmniejszych problemów.

Jeśli czegoś zabrakło, to melodyjnej strony aranżacji – a to przecież połowa frajdy wynikającej z obcowania ze Speech. Na takiej imprezie delikatna gitara akustyczna to za mało, by powalczyć o harmonię, bardzo przydałby się jakiś smyczek albo klawisz. Stąd też dwa kawałki rozpoznałem dopiero w refrenie, a śmiem twierdzić, że „Speech Therapy” znam na pamięć (na pewno lepiej niż cokolwiek innego AD2009).

Jechałem głównie na ten koncert i po trzech kwadransach (wliczając spontaniczny kryptobis) pozostał spory niedosyt. Speech, wracaj prędko! Najlepiej z kwartetem smyczkowym. Przy okazji polecam nowy teledysk do Spinnin’, które wczoraj wypadło chyba najfajniej i do dziś nie chce się ode mnie odczepić.

Dan le Sac vs Scroobius Pip – ten drugi wymiata i nawet najlepsze filmiki na YouTube nie oddają niezwykłości tej brodatej postaci. Tyle że powrócił problem nagłośnienia: ktoś zapomniał, że w hip-hopie najbardziej liczą się słowa, a te trudno było wyłapać spod dudniących podkładów (znów przydały się zatyczki). Podczas kawałków, które znałem na pamięć („Angles”!) bawiłem się świetnie. Z nowych rzeczy zrozumiałem i zapamiętałem tylko The Beat.

Mam nadzieję, że przyjemnie umiarkowana frekwencja nie zaszkodzi przyszłorocznej edycji Nowej Muzyki – łatwo się przemieszczać, dostać nawet pod samą scenę i wyłapywać znajome twarze (pozdrawiam!). Mnie to na pewno zachęciło do powrotu, o ile tylko dźwiękowiec nie będzie próbował robić z przeglądu muzyki tyleż dla głowy, co dla nóg – permanentnej dyskoteki.

A dziś, dla odmiany po Nowej Muzyce, muzyka stara, czyli końcówka festiwalu Chopin i jego Europa. Bardziej niż dla „Szkockiej” Mendelssohna, bardziej niż dla Janusza Olejniczaka – idę zobaczyć Philippe’a Herreweghe, bo nawet wśród dyrygentów można mieć swojego ulubieńca.


Złota polska koncertowa jesień

aphex twin @ sacrum profanum

Po wiosennym Misteria Paschalia żadnej imprezie nie udało się pokonać mojego festiwalowego sceptycyzmu (argumentów szukajcie u Davida Stubbsa), może poza Off Festivalem – ale kolidował mi z wakacjami bardziej offowymi. Wygląda na to, że jesienią przyjdzie mi nadrobić to leniwe lato – wciąż rosnącą listę imprez znajdziecie w zakładce Koncerty. Tutaj chciałem o trzech:

1) W piątek zaczyna się katowicka Nowa Muzyka. Najbardziej interesuje mnie Speech Debelle (wywiad w Przekroju), ale na otwarcie są jeszcze Pivot, Ebony Bones, The Bug i złote duo Dan le Sac vs Scroobius Pip. Sobota to raj laptopowców, ale jak pokochałem ostatnio Flying Lotus, tak podziwianie osób bawiących się na scenie  klawiaturą bawi mnie średnio, nawet gdy muzyka zacna (patrz Moderat przed Radiohead). Ale za to niedziela… Roots Manuva, Múm i Dan Deacon są tak smakowici, że wygrać z nimi może tylko…

2) „Messe de Nostre Dame” Guillaume’a de Machauta z XIV wieku w wykonaniu speca od średniowiecza Marcela Péresa i chóru kilkudziesięciu osób. Widziałem go niedawno, jak ze swoim kameralnym Ensemble Organum odczarowywał chorał gregoriański. Warszawska dogrywka w kamedulskim kościółku w Lasku Bielańskim pozwoli nadrobić największe przeoczenie kończącego się właśnie Festiwalu Muzyki Dawnej w Jarosławiu.

3) Kolejne nazwiska dodawane do śląskiego Ars Cameralis Festival to najmilsza niespodzianka jesieni. Czy PKP może wprowadzić miesięczne karnety na trasie Warszawa-Katowice?

6 list. – Roque Banos + Orkiestra Kameralna Miasta Tychy (Katowice)
7 list. – My Name is Nobody / Matt Elliott (Hipnoza, Katowice)
8 list. – Avishai Cohen „Aurora” (Sosnowiec)
18 list. – Oskaras Korsunovas Theatre „Romeo and Juliet” (Chorzów)
19 list. – Josephine Foster / Andrew Bird (Chorzów)
21 list. – Amiri Baraka Speech Quartet (Katowice)
22 list. – St. Vincent / Micah P. Hinson / Grizzly Bear (Katowice)
24 list. – Żywiolak / Kabbalah / Valravn (Katowice)
25 list. – Yo La Tengo (Katowice)
28 list. – Ramallah Underground
29 list. – Obara Quartet Special
30 list. – Philippe Jaroussky + Concerto Koeln (Katowice)

A po drodze jeszcze Sacrum Profanum (dla słuchowców Cinematic Orchestra, dla wzrokowców Chris Cunningham, dla wszystkich Aphex Twin) krzyżujący się terminami z przyjemnie niedrogim Skrzyżowaniem Kultur. W październiku rewelacyjnie zapowiada się krakowski Unsound (Biosphere, Soap & Skin, Monolake, Sunn O))), a nade wszystko Jóhann Jóhannsson z Sinfonietta Cracovia) oraz stołeczny Free Form Festival (Herbaliser, Dj Food, Luomo). No a skoro grudzień zacznie się od Tortoise, Gogol Bordello i Air, to czym się skończy?


Imogen Heap / Massive Attack

Nowa płyta zatytułowana „Eclipse” jest całkiem ciekawa (głównie produkcyjnie – i chodzi nie tylko o „Little Bird”), a do tego można jej posłuchać za free.

Wreszcie odezwało się też Massive Attack: EP-ka 6 października, już teraz hula po radiach i sieci utwór „Splitting the Atom„.


Czym Radiohead się różni

Radiohead

Na szybko „po”: wszyscy byli, zgodnie z oczekiwaniami, bezbłędni, łącznie z oświetleniowcami. A Yorke – po tym, jak już rozśpiewał się w 2-3 utworach – wydawał z siebie prześliczne dźwięki. Ale największe wrażenie zrobili na mnie cisi bohaterowie drugiego planu: Colin Greenwood, który w „Karma Police” zagrał pięć razy więcej dźwięków niż na „OK Computer”, i Phil Selway, który w „Videotape” na akustycznym zestawie tak wiarygodnie imitował elektroniczne loopy, że Moderat mogą się schować ze swoimi laptopami.

No i zmieniłem zdanie w jednej sprawie: zawsze myślałem, że grają jednak relatywnie proste rzeczy za pomocą zaawansowanych środków i stąd wrażenie komplikacji. Na koncercie wyszło na to, że – nawet przy wszystkich bębenkach i przetaczaniu pianina wte i wewte – grają bardzo złożone rzeczy mając pod ręką relatywnie proste środki.

Czy ktoś rozpoznał, co leciało z głośników przed koncertem tuż po Flying Lotus? Takie smętne, melodyjne akordy zapętlone przez kilka minut.

Radiohead logo

W nocy z soboty na niedzielę w Trójce ciurkiem leciały kawałki Radiohead z różnych płyt. Żadnych przerw, żadnych komentarzy – i paradoksalnie ich brak wydawał się najlepszym komentarzem. Nie ma potrzeby tłumaczyć, czemu utwory Radiohead można puszczać ciurkiem, bez wyjaśnień i w dowolnej kolejności.

Tajemnic Radiohead mają oczywiście multum i sporo z nich opisano w quasi-naukowych esejach (od przedziwnych jak na rozrywkę inspiracji i stopnia złożoności kompozycyjnej piosenek po rewolty brzmieniowe i wszechstronną niezależność). Innych pewnie nigdy nie poznamy – może losują akordy z książki chwytów dla początkujących?

Parę szybkich myśli ode mnie:

1. Wszystko grają JAKOŚ. Każdy instrument gra JAKOŚ. Każdy sampel jest JAKIŚ. Nie ma tak, żeby utwór był po prostu odegrany: wrażenia same pchają się do kanałów słuchowych. I dlatego nawet przy tych słabszych (mniej wyjątkowych) utworach nie sposób się nudzić: posłuchaj bicia w struny (a zwykle to perkusja zwraca uwagę na rytm), brzmienia basu (brzmienie nie jest zazwyczaj domeną basu), roztrzęsionych klawiszy (częściej to gitary są, kocham to słowo, rozedrgane). Wokal Yorke’a to oddzielny temat.

Radiohead są pomysłowi, podczas gdy ich rówieśnicy i naśladowcy tylko pomysłowo wykorzystuje rzeczy znane. Co nie wyklucza inspiracji, ale „nikt wcześniej tak nie robił” pasuje do co najmniej kilku utworów na płytę. Ostatnia „po prostu zagrana” piosenka to było „Fake Plastic Trees”, ale akurat w jej wypadku do kompozycji nie trzeba było, nie należało niczego dodawać. To współczesny standard: ktokolwiek i jakkolwiek zagra – wyjdzie pięknie.

Thom Yorke w najlepszej formie2. Wczuwają się, ale nie świrują (kompletnie). Pamiętacie mały wypadek w Toronto? Yorke błyskawicznie wychodzi z transu, w jaki tylko on potrafi wejść. Stanowczym „Stop! Stop, stop, stop, stop, STOP!” zatrzymuje koncert. Zadaje pytanie. Wydaje instrukcje: „Get security, get an ambulance, and get him out of here”. Rzuca chłopakom „Third verse: My thoughts are misguided”. Trzy sekundy później jadą dalej, jakby w ogóle nie przerwali, Yorke znów hipnotyzuje publiczność i samego siebie. Ale odtąd już wiemy, że czuwa.

A to tylko przykład czegoś, co rozciąga się na wszystkie sfery ich działalności (kolektywnej, bo solo w ogóle nie wariują. Nawet Thom).

3. Są zwyczajni. Wyróżnia ich to, że nic ich nie wyróżnia; nie dajcie się zmylić Yorke’owi. Pewnie nie zauważylibyśmy ich na ulicy, chociaż znamy ich od dzieciństwa. Nawet Thoma, którego w wydaniu bardziej rozczochranym po zmroku ominęlibyście szerokim łukiem i natychmiast zapomnieli. Nie zauważyć Bono albo The Edge? Choćbyś widział ich po raz pierwszy, od razu wiesz, że są KIMŚ.

Radiohead to chłopaki z sąsiedniej klatki i ani w im w głowie to maskować – dlatego też tak trudno o dobre zdjęcia. Mimo milionów sprzedanych płyt, to zdecydowanie nie jest okładkowy zespół. Bodaj najwięcej z Yorke’a wycisnął „Blender„, ale może powinien się za niego sam wziąć Quentin Tarantino?

4. Są wymagający. Nie tylko muzycznie – medialnie, towarzysko. Przyjeżdża Madonna – piszemy o świętach, profanacjach i nawet biskup się załapie do dyskusji. Przyjeżdża U2 – piszemy o Afryce, o polskiej fladze i piosence dla Solidarności; zapytajmy, co na to Wałęsa. Przyjeżdża Radiohead – nie piszemy wcale albo tak nudny tekst, że aż słabo. Bo o muzykach Radiohead ciężko pogadać (trochę pomogło internetowe rozdawnictwo), za to ich muzyce – można bez końca.

I tym przesunięciem akcentów różnią się bodaj najbardziej, za to przybliżają do… muzyki poważnej. Tu wciąż kultywuje się dyskusje na temat muzyki jako takiej, stąd recenzje płyt klasycznych często bardziej przypominają niż publicystykę. Bo nie sposób po raz setny uciekać w bibliograficzne fakty z życia Bacha, Mozarta albo Mykietyna. Zresztą wokół Radiohead tych autentycznie ciekawych faktów wiele nie ma. Tak, przerabiałem książkowe biografie Radiohead, nuda. Za to czytać o ich kompozycjach mogę bez końca.

5. Mają coś do powiedzenia. Ale serio, a nie tylko na potrzeby tekstów: dzielą się autentycznymi troskami. Widać to po tym, że żyją nimi także w działalności pozamuzycznej. Kiedy Yorke śpiewa o strachu – on faktycznie się boi. Przeczytajcie wywiad albo dwa z Philem Selwayem. Na scenie najbardziej stabilny za swoim zestawem perkusyjnym, poza sceną zwykle milczący (choć ostatnio zaczął sam pisać piosenki i szykuje album solowy: link 1, link 2). Ale to umysł myślący tymi samymi kategoriami co Brian Eno, filozof muzyki.

To tak na szybko, pewnie nazbierałaby się setka (jakieś propozycje?). A tymczasem dość gadania – czas do Poznania.

Radiohead logo


Co udało mi się wyssać z Pitchforkowej 500

Pitchfork 500 singles 2000-2009

Serwis Pitchfork wybrał 500 singli dekady. Oczywiscie kuriozów nie brakuje. W skali mikro jednym z jaskrawszych jest wyrzucenie „Out of Time” Blur na koniec czwartej setki, kilka oczek za Gwen Stefani i wymowne sto miejsc poniżej wymęczonych pojękiwań The Darkness. Nie, to już nie jest kwestia gustów!

Kuriozum w skali makro jest oczywiście olanie dobrej połowy roku bieżącego i nie zmienia tego zapowiedź uzupełnień „na początku 2010”. W ujęciu mikro mamy nadreprezentację Cat Power, bo obecność ćwierci dorobku Animal Collective, TV on the Radio czy Spoon była do przewidzenia. Gorszy beznadziejne „Fizheuer Zieheuer” Ricardo Villalobosa, śmieszy uporczywe przywoływanie Mastodona przy pominięciu dziesiątek ważniejszych i lepszych (post)metalurgów.

Ale PFM zwykł wybierać po 1-2 przedstawicielach poszczególnych gatunków, którymi z zasady się nie interesuje (większość istniejących), gdyż to pozwala zachować pozory stylistycznego otwarcia. Bo całościowo 500 = pop + indierock + hiphop, a Fennesz z The Field, Tinariwen z Amadou & Mariam tego nie zmienią. Czasem (szósta dziesiątka) bywa duszno od rapu, za to „Cosmię” Joanny Newsom olano. Pierwsza dziesiątka jest oryginalna, ale… słaba!

No, ale mniejsza o usterki, setki tytułów, których obecność dziwi i tyle samo brakujących. Mniejsza o postawienie „Svefn-G-Englar” obok „Can’t Get You Out of My Head” i nawet nie będę tłumaczył, że nie mam antypopowego urazu. „1 Thing” Amerie kilka oczek wyżej jest bardzo na miejscu – szkoda tylko, że pod „Umbrellą„, skoro to zestawienie muzyczne, a nie sprzedażowe. Ale Rihanna jeszcze ujdzie – posłuchajcie Kelly Clarkson na 21. Sponsor kazał?

Mniejsza o to, bo poza przypomnieniem Ekkeharda Ehlersa, którego abstrakcyjnych repetycji nie ruszałem od trzech lat, zawdzięczam zestawieniu pierwsze spotkanie z tą zacną piątką, wyrzuconą wprawdzie gdzieś do dalszych setek:

The Honeydrips i ich sympatycznie tandetna melodyka, nieumiejętnie powstrzymywane ciągoty ku psychodelii, bezpretensjonalny synkretyzm i (bywa że toporna) prostota kompozycyjna – link

High Places i ich absurdalne podejście do brzmienia i produkcji. I takież rozumienie muzycznego ekumenizmu – link

King Khan and the Shrines i ich niewyczerpana, rock’n’rollowo-soulowa energia. I zadziwiający, zasadzony w samym pochodzeniu zespołu eklektyzm – link

Booka Shade i minimalistyczny upór niemieckiego duetu, niepozbawiony wprawdzie ciągotek ku parkietowi i lekko kiczowym brzmieniom, zapożyczonym pewnie z berlińskich klubów techno – link

Califone i ich plumkane symfonie z jednej oraz akustyczne miniaturki z drugiej strony, w obu przypadkach podparte nieoczywistymi melodiami oraz brzmieniem subtelnie wyważonym pomiędzy nowoczesnością i staroświecką ciepłotą – link

Przypomnieli mi też o Midlake i ich misji muskania aranżacji i uczulania chórków. Gdyby ktoś także o nich zapomniał, to szybkie przypomnienie w postaci „Roscoe„. Sama słodycz!

Pomijając więc wszelkie kompromitujące ją elementy – bo to stała cecha zbiorowych zestawień – PFMięćsetka to piękny znak czasów: w jednym miejscu można posłuchać kilkudziesięciu w całości i kilkuset we fragmentach (od czego jest YouTube) topowych singli zdaniem najbardziej wpływowej redakcji muzycznej wirtualnego świata.

Samo wysłuchanie rzeczy mi obcych zajęło dobre kilka godzin i boleśnie przypomniało, jak słabo znam współczesny hip-hop (aczkolwiek Pitchfork poszedł tu po linii najmniejszego oporu, czyli po liście Billboardu). Wygodne to nadrabianie zaległości: hurtowe, darmowe i legalne. I to bez użycia Google – tego jeszcze nie było.


Jak Michael Jackson nie sprzedał 750 mln płyt

Nawet w starciu z milionami (płyt) pojedynczy człowiek może wiele zdziałać. Budowlaniec z Hong Kongu Lau Ho Hoi uporczywymi wpisami na forum ukmix.org rozpętał, jak się wydaje, szerszą dyskusję na temat absurdalnie przejaskrawionych statystyk sprzedaży albumów Jacksona, Abby czy Beatlesów, którzy w mediach faktycznie od zawsze funkcjonowali w otoczeniu beztrosko rzucanych setek milionów.

I tak Lau dowodzi, że przykładowo nic nie wskazuje na to, jakoby Jackson sprzedał – wymieniane ostatnio absolutnie wszędzie – 750 milionów płyt. Ani „Thriller” nie rozszedł się w 100 milionach egzemplarzy, ale 64 mln. Według jego badań z osiągnięciami Jacksona było tak:

~ 205 million solo albums
~ 115 million solo singles
~ 45 million with J5 albums
~ 45 million with J5 singles
~ 15 million downloads
~ 15 million music videos

Czyli razem 440 milionów wszystkiego. Płyt długogrających trzy i pół raza mniej, niż wieść niesie. RIAA, która nadaje złote i platynowe wyróżnienia, oficjalnie zaksięgowała zresztą Jacksonowi „tylko” 61,5 mln płyt. Śledztwo Ho Hoia drobiazgowo opisał i potwierdził The Wall Street Journal:

For many years, Mr. Jackson’s lifetime sales tally typically was reported at 200 million albums world-wide. But in late 2006, news articles began putting the number at 750 million, a figure that became part of the popular lore as Mr. Jackson was attempting a comeback. In the last few weeks, it has popped up in obituaries and retrospectives.

The Beatles’ supposed one-billion-plus sales record also reflects an estimate of the number of songs, not albums, according to trackers of such landmarks. Other performers, such as AC/DC, Julio Iglesias and ABBA, supposedly are members of the 200 million album club, but compiled sales figures put their respective totals closer to 100 million.

Równolegle na blogu Hitsville pojawiła się rozmowa z innym muzycznym detektywem-amatorem. Gouillaume Vieira (tym razem inżynier z Paryża) wyliczył, że Jackson sprzedał 450-480 mln singli i albumów, co daje mu wynik o 80 mln lepszy od osiągnięć Elvisa Presleya, ale jakieś 40 mln więcej wycisnęli z rynku Beatlesi.

Ważne: statystyki MJ to Jackson 5 + Jacksons + kariera solowa. Gdyby analogicznie potraktować poszczególnych Beatlesów, to McCartney miałby na liczniku 670 mln, Lennon 620 mln, Harrison 550 mln, a Ringo 525 mln płyt. Jackson ląduje na piątym miejscu!

Oczywiście pozostaje numerem jeden, gdy przyjrzymy się poszczególnym tytułom: „Thriller” zdaniem Vieiry rozszedł się w 64 mln sztuk: 28,5 mln USA, 17 mln Europa, 3,3 mln Kanada, 6,5 mln Azja, 6 mln Ameryka Łac., 2 mln Afryka. Srebro należy się „Dark Side of the Moon” z 42 mln na płytometrze, a brąz dzierży któryś z sountracków: „Grease”, „Saturday Night Fever” bądź „Bodyguard”. Ciekawa jest też wyliczanka osiągnięć Motown, które wytłoczyło ponad miliard płyt!

~ Jackson 5 – 70 million
~ Michael Jackson – 20 million
~ Stevie Wonder – 170 million
~ Lionel Richie – 85 million
~ Diana Ross/Supremes – 190 million
~ Commodores – 60 million
~ The Temptations – 110 million
~ Marvin Gaye – 110 million
~ Four Tops – 40 million
~ Miracles/Smokey Robinson – 55 million

A wracając do (zbyt) wielkich liczb: tym razem wyjątkowo nie chodzi wyłącznie o życzeniowe zapędy wytwórni muzycznych. Do 1991 roku – wtedy ruszył Nielsen SoundScan – w USA nikt kompleksowo nie zliczał płyt, a Billboard był raczej rankingiem popularności niż rzetelną listą sprzedaży. Zdobyć wiarygodne dane z Europy było – i nadal bywa – jeszcze trudniej.

Dziennikarze i fani też zrobili swoje, doliczając single do longplayów, a dalej to już typowa inflacja liczb, bezkrytyczne powtarzanie rekordów  i pokusa ustanawiania nowych. No i nieustająca potrzeba potwierdzenia dziejowej doniosłości przedstawicieli popowej elity – statystyką.


Radiogłowych wyścig z czasem (i z CO2)

Radiohead Twisted Woods.

1. Thomowi Yorke i spółce wycieka do sieci nowy utwór „These Are My Twisted Words”. Zawisł sobie na YouTube i nawet nikt nie próbuje go zdejmować.

2. Miast się pienić, Thom Yorke i spółka bez zbędnego gadania publikują utwór na stronie sklepu Radiohead wraz z oprawą graficzną (próbka powyżej). Sklepu, ale ściąga się go oczywiście za free, jednym kliknięciem, bez podawania maila. Kawałek równolegle wrzucają na – brzydkie słowo – torrenta. (Zabawne: skoro zespoły zaczynają oficjalnie wydawać swoją muzykę poprzez „zakazane narzędzia”, to jednak wszyscy będziemy zasysać?). Sam utwór sugeruje, że chłopcy odświeżali sobie ostatnio King Crimson.

3. Czy Radiohead zamierzają tak trwonić cały przyszły dorobek? Jonny Greenwood dla „Australian Friday”: „Tradycyjnie zebralibyśmy 10-11 piosenek, ale to już nie wydaje się oczywiste jak kiedyś. Nie mam pojęcia, jak to teraz będzie. Może zlepimy cztery pasujące do siebie kawałki i nazwiemy to albumem?  Nie wiem. Nikt już nie wie, jak wydawać muzykę, wliczając nas. W jakim kształcie? W jakim formacie? Jakiej długości? To dla nas taka sama zagwozdka jak dla wszystkich”.

4. Thom Yorke dla „The Believer”: „CD od zawsze budziło moją niechęć. Stanley Donwood, twórca naszych okładek, miał tak samo. Pieprzony koszmar. Na agonię formatu CD patrzę z rozkoszą. To tylko proces selekcji naturalnej. Przemysł muzyczny w swojej obecnej formie czekał na śmierć już 20 lat temu, ale nagle, alleluja, pojawiło się CD i pociągnęło to jeszcze przez chwilę. Ale zasadniczo ta branża już wtedy była trupem”.

5. Znów Yorke: „Żaden z nas nie ma zamiaru przechodzić przez kolejną longplayową męczarnię. To prawdziwa udręka. Z „In Rainbows” to zadziałało, bo mieliśmy cel, jasny kierunek. W tej chwili wszyscy się zgadzamy, że nie będziemy w to wchodzić po raz kolejny. To by nas zabiło”.

6. Do Poznania wybieramy się ubrani na zielono.


Urlopowy The Best Of

retezat-mini

Znikam w te skałki powyżej sprawdzić, czy na wyżynach cisza dalej stroi (mam zamiar zmieścić się w czymś takim). W związku z tym i blog na chwilę ucichnie. Dla tych, którzy zaglądają tutaj od niedawna albo trafią po raz pierwszy, garść archiwalnych propozycji do poczytania w wolnej chwili z kilku ostatnich miesięcy:

Jak powstaje muzyka, czyli o tym, co dzieje się z taśmami po wygonieniu zespołu ze studia, po co komu producent i czym do licha miksowanie różni się od masteringu.

Czemu ludzie kumają Rothko, a Stockhausena nie, czyli o uprzywilejowanej pozycji trudnej sztuki względem trudnej muzyki. I czemu nie ma perspektyw na zmianę tej sytuacji.

• Spisanych w ramach dziennikarskiego rachunku sumienia 10 sposobów na zgnojenie płyty oraz krótka refleksja nad tym, jakie znaczenie dla stylu pisania o muzyce mają preferencje wzrokowo-słuchowo-czuciowe.

• Wzrokowców odsyłam do wyboru najlepszych okładek pierwszego półrocza 2009. I najgorszych.

• O powodach, dla których w latach 50. panowało przekonanie, że polskiego jazzu nie będzie. I szczególnym kontekście narodzin gatunku w naszym kraju.

• O zagrożonych wymarciem domowych biblioteczkach muzycznych – także tych na dyskach twardych, czyli o pożegnaniu z kolekcją. Tekst z marca, znów aktualny za sprawą nowej aplikacji Spotify na iPhone, która te wizje za moment niechybnie zrealizuje.

• Dochodzenie w sprawie cen biletów koncertowych, czyli dlaczego tak drogo. Główny tekst w Przekroju, post scriptum z wypowiedziami na blogu.

• Największy mistyk naszych czasów? Sylwetka Arvo Pärta oraz zachęta do przesłuchania „In Principio”, nowej płyty Estończyka.

• Listy recenzji oraz wywiadów dostępnych tutaj lub na stronach ?Przekroju? (?Machiny? wciąż w internecie prawie nie ma) są w odpowiednich zakładkach na górze strony. Z krótkich rozmów najfajniej było przyłapać na wagarowaniu Joannę Newsom.

• Wreszcie mnóstwo linków do godnych uwagi artykułów około-muzycznych (głównie z prasy zagranicznej) polecałem w comiesięcznych kioskach.

• A jeśli lubicie czynnie słuchać muzyki, to serdecznie polecam interaktywną piosenkę zespołu Labaut.

• Wciąż nic ciekawego? Na pewno znajdziecie coś dzięki linkom po prawej.

Darzbór!