Dziwne sprawy wokół rozprawy Joela Tenenbauma

07.08.2009 | Skomentuj

foto z: www.isiria.wordpress.comJeśli macie ochotę podyskutować o ściąganiu muzyki z sieci jako takim, to odsyłam do pirackiego wątku na blogu Jarka Szubrychta i równie ciekawej kontynuacji u Bartka Chacińskiego. Jak łatwo zauważyć: ile głów, tyle opinii. I tym razem nie chodzi o „ci Polacy!”, tak jest wszędzie. Sama złożoność tej materii i jej  dynamika powinny hamować radykalizm sądów – niezależnie od tego, po której stronie barykady się stoi. (Szczęśliwie ta barykada z jednej strony się rozlatuje, z drugiej gnije, a od spodu ją rozbierają).

Ale radykalizm sądów (w obu znaczeniach) w Ameryce chleb powszedni. (Polecam artykuł Maćka Jarkowca: „Sprawiedliwość po amerykańsku„). Najświeższym tego przejawem jest kolejna bezmyślna  pokazówka przeciw „piratom”, niczym na zlecenie RIAA. A niestety w takich sprawach świat patrzy właśnie na USA.

W dużym skrócie: tydzień temu Joel Tenenbaum, 25-letni doktorant fizyki Uniwersytetu w Bostonie, oberwał grzywną 675 tysięcy dolarów za to, że jeszcze w college’u ściągnął, a następnie udostępnił 30 utworów za pomocą programu Kazaa. Od Green Day, Red Hot Chili Peppers i Nirvany po Goo Goo Dolls i OutKast. Kara: po 22,5 tysięcy zielonych za utwór.

Absolutely surreal. It has no bearing to reality or any sort of market price of anything. (Wszystkie cytaty pochodzą z wywiadu, jakiego Tenenbaum udzielił New Yorkerowi).

Sędziowie nie byli zgodni. Jedni chcieli Tenenbauma mocniej uderzyć po kieszeni, inni – wprost przeciwnie. Poszli na kompromis, spotkali się w środku (ale chyba nie złotym). W dotychczasowych wyrokach za piractwo w USA jeden utwór wyceniano na kwotę od 750 do 150 000 dol., symboliczna rozbieżność. Gdyby średnia wieku sędziów nie przekraczała 174 lat, wyroki zmierzałyby ku tej niższej kwocie – chyba że zamierzamy doprowadzić do bankructwa połowę amerykańskich gospodarstw (dura lex sed lex). A tymczasem biją nowe rekordy.

Cenne doświadczenie skryte pod siwizną? Nie jestem taki pewny, czy w tym akurat kontekście doświadczenia sprzed epoki pomagają. Czy tak jak na rozprawie dotyczącej Pirate Bay trzeba było sędziemu tłumaczyć, co to jest torrent? Tego nie wiem. Za to nie obyło się bez dowodzenia krok po kroku,  że „skradzione” piosenki  da się pojedynczo kupić na iTunes i że faktycznie kosztują tylko 0,99 centów. Dobrze, że wynalazek płyty kompaktowej trzecia władza już zna.

In a world of flagrant disregard for copyright, they argue this will scare/educate people into respecting it. The majority of people will only get music through legitimate sources.This all ignores the fact that music is essentially free now. They’d prefer not to compete with free, but I think iTunes does this quite well.

Wymiar sprawiedliwości ma dbać o sprawiedliwość, ale nie dostrzegam jej choćby w identycznym wycenianiu wszystkich kawałków – weźmy „By the Way” RHCP i „Come As You Are” Nirvany oraz „New Skin Incubus” i „Look to Your Orb For The Warning” Monster Magnet. To drugie kojarzę tylko dzięki „Matriksowi„.

Albo utwory mają swoją konkretną cenę – i wtedy wypada spytać o nie rynek, bo jeszcze dojdzie do sytuacji, że wytwórnie będą zarabiać na utworach nie poprzez ich sprzedaż, ale przez szukanie kandydatów do pozwania za ściąganie owych dzieł. Albo też piosenki ceny nie mają, wówczas proponuję piracki ryczałt, a nie loterię o dwustukrotnej rozpiętości wyników.

When an entire generation has been raised without supervision on music as a post-scarcity resource, it effectively becomes free, and it’s a little late for an incredibly small but immensely powerful minority to impose its will and alter the norms of an entire generation. It won’t work and it’s wrong to try.

Dla mnie różnica pomiędzy ściągnięciem utworu wystawionego na Rapidshare a słuchaniem go na YouTube, gdzie trafił równie nielegalnie, jest bardzo nikła. Co więcej, za pomocą legalnego narzędzia keepvid.com z legalnego serwisu YouTube można sobie ów kawałek zgrać na dysk albo do mp3. To już będzie nielegal? A jeśli zapiszesz rzecz wrzuconą legalnie? A VHS-y z filmami z TVP albo CD-Ry „Trójkowymi” koncertami z lat 90. są moje? To grząski temat – im więcej bezmyślnej szarpaniny, tym głębiej toniemy w bagnie.

Tymczasem na rozprawie jeden ze świadków demonstrował możliwość „ściągania z YouTube”. Natenczas Matt Oppenhein, prawnik i były wiceprezydent RIAA (amerykański ZAiKS), wyskoczył z ławy ratować swoich klientów (wytwórnie) przed kolejnym naruszeniem ich praw. I to w sali sądowej! Na tydzień przed ogłoszeniem wyroku Oppenheim pisał na Twitterze: „My prediction: $2 million against Joel. Anything less is wrong”. W dniu ogłaszania kary chciał ją podnieść do 4,5 mln dolarów – 150 tys. dol. od piosenki. W domu wszyscy zdrowi?

They are „educating” a generation about how „wrong” file-sharing is. Hold me up high enough and people will stop sharing music out of fear.

Wracamy to błyskotliwego pomysłu: ukażmy Joela i paru innych absurdalną karą, aby odstraszyć miliony. To sprawiedliwość czy edukacja? Już lepiej nałóżmy grzywnę na całe społeczeństwo – skoro prawie połowa internautów ściąga to i owo, to przynajmniej skuteczność karania sięgnie 1/2, a nie 2/307088000. Ten drugi to Jammie Thomas-Rasset. W 2007 roku za 24 piosenki dostał 222 tys. dol., ale niedawno poprawiono mu na 1,92 mln dol.

Tak więc Joel Tenenbaum ściągnął i udostępnił 30 utworów. Z całego akademika chłopak musiał być ostatnim w kolejce po piracką przepaskę na oko (na ucho). Ale nawet nie w tym rzecz. Bardziej chamskie jest wykorzystywanie przypadkowego gościa jako narzędzie machiny propagandowej RIAA. Gdy za parę lat wszystkie te prawne i moralne dylematy trafi wreszcie szlag, to sędziom będzie bardzo, bardzo głupio.

I’m not saying file-sharing is wrong. I’m not saying file-sharing is right. I’m saying that file-sharing is.

Wire / Colin Newman – wywiad

06.08.2009 | Skomentuj

Wire - wywiad.

Nie zdawałem sobie sprawy

04.08.2009 | Skomentuj

Przystanek Alaska - Roslyn's Cafe.

Nie zdawałem sobie sprawy, że „Brytyjska Inwazja” na Amerykę z połowy lat 60. miała też takie konsekwencje. Oczywiście jeśli wierzyć „Przystankowi Alaska”. Sezon 6, odcinek 4, do Cicely zjechał nowy fryzjer (poprzedni uciekł dwa lata wcześniej):

Angelo: Time were that being a good barber meant something. Hasn’t been that way for ages. You know all about that Mr. DJ. Bet you a big fan of that David Crosby? „Almost cut my hair. Almost cut my hair, It happened just the other day”.

Chris-in-the-morning: Yeah, yeah. Crosby, Stills & Nash, yeah.

Angelo: But it was really those damn tea bags from over in England: The Beatles, The Stones, Cream.

Chris: The 60′s. I see how a barber would have a real slack period.

Angelo: Slack period? It was the Battle of Chancellorsville – 20,000 man dead after the 1st hour. I should have gone out after „A Hard Day’s Night”.

Chris: I never thought of the destruction of the barber profession as a by-product of counter culture. I mean long hair – it’s come and it’s gone dozen times, don’t you think?

Angelo: It’s not just hair leap; it’s the all sale breakdown values, the decline of goods and services, the death of personal accountability.

Chris: Yeah, but you can’t blame all that on John, Paul, George & Ringo?

Swoją drogą właśnie odkryłem, że John Corbett – czyli „Przystankowy” Chris-O-Poranku – sam nie wstydzi się od czasu do czasu chwycić za gitarę i wdrapać na scenę. Większości zespołu Angelo by nie polubił.

Ólafur Arnalds – wywiad

03.08.2009 | Skomentuj

Olafur Arnalds

Phoenix, Barzin, The Low Anthem (przez was polecone)

02.08.2009 | 5 odpowiedzi

Barzin - Notes To Absent Lover

. Barzin – Notes to an Absent Lover (Monotreme)

Ocena 4/6


„Posłuchaj za to Barzin „Notes to an Absent Lover” i powiedz mi, czy słusznie się podniecam muzyką, która jest taka ckliwa i zwyczajna”? – pytał ArtS pod multirecenzją urlopową. Pewnie retorycznie, ale z radością przytaknę i od razu (nie po raz pierwszy) podziękuję. Bo bardzo szanuję i lubię muzyków, którzy bez uciekania się do aranżacyjnych i/lub produkcyjnych tricków walą prosto z mostu prostymi piosenkami, pozwalając słowu i melodii bez dodatkowego wyposażenia walczyć o uwagę słuchacza. Jeśli chodzi o mnie, to Barzin walkę tę wygrał już kilkanaście razy.

„Barzin is the name of a Canadian singer-songwriter known for his slow and melancholic songs” – poucza Wikipedia, całkiem słusznie, chociaż wypada dwa razy dorzucić „ale nie tylko”: nie zawsze jest wolno i nie zawsze melancholijnie. Tak też i wymienione dalej Low, Red House Painters i Sparklehorse jako stylistyczni krewniacy Kanadyjczyka nasuwają się na myśl samoistnie, ale jeszcze bardziej Richmond Fontaine, którego od ojczyzny Barzin/Barzina (to pseudonim czy nazwa projektu?) oddziela zresztą tylko granica.

Definiującym dla całej płyty będzie w zasadzie dowolny jej fragment. Możecie rozpocząć od singla „Nobody Told Me„. Jak mawiają CB-mobilki: Artur, podziękował!

.

The Low Anthem - Oh My God, Charlie Darwin. The Low Anthem – Oh My God, Charlie Darwin (Nonesuch)

Ocena 2/6


Niewygórowaną oceną chcę zniechęcić do zakupu płyty, ale nie w ogóle interesowania się Low Anthem. „To Ohio„, od którego moje zainteresowanie triem się rozpoczęło (po liście od Kasi), to kształtna ballada i wcale się nie dziwię, że słyszałem ją już w Trójce i słyszałem, że podbija brytyjskie kampusy (chociaż stawiałbym, że to muzyka raczej dla starszego pokolenia). W Stanach pomogła im zaliczyć jednego lata SXSW, Bonnaroo, Coachellę, Lollapaloozę i zjazd folkowców w Newport.

I bardzo fajnie, bo melodyjne akustyczne plumkanie z Nowej Anglii to jakże potrzebna przeciwwaga dla efekciarsko zorientowanych hitów z Anglii właściwej. Tylko trzeba mieć świadomość, że wśród ballad na „Oh My God, Charlie Darwin” (niecnie podpięli się pod setną rocznicę urodzin piewcy ewolucji) wspomniany kawałek jest najlepszym. A połowa 38-minutowej płyty to blues-rockowe hałasy, nie najwyższych zresztą lotów. Tylko skorzystanie z archaicznej funkcji programowania daje szansę na wkręcenie się w folkowe wykręty The Low Anthem. Pewnie niektórzy będą raczej woleli wyprogramować z zestawu smęty – w obu przypadkach satysfakcja niepełna.

Posłuchajcie tego, co jest dostępne w sieci (myspace), a jeśli przyjdzie wam ochota kupić płytę, to raczej zaryzykujcie którąś z poprzednich albo realizację planów odłóżcie do czwartej próby tria. Jeśli zachowają dotychczasowy rytm: 1 rok = 1 płyta, będzie to jeszcze tej jesieni.

.

Phoenix - Wolfgang Amadeus Phoenix. Phoenix – Wolfgang Amadeus Phoenix (Universal)

Ocena 4/6


Zainteresowałem się dzięki komentarzowi Maćka w wątku o Grizzly Bear, a na Screenagers zachwalał ich także Kuba Ambrożewski. Nie słyszę w tej muzyce ani opiewanej w niektórych recenzjach francuskiej wrażliwości, ani fascynacji klasyką, którą szpanują w wywiadach i na okładce – od tytułu płyty po „Lisztomanię„. Nie szkodzi, mają wszystko inne. Najbardziej słoneczna z najbardziej letnich płyt tych wakacji.