Wrzesień 2009

The xx – xx

.The xx - xx The xx – xx (XL/Sonic)

Ocena: 5/6

To już w tym roku druga (po „Bitte Orca” Dirty Projectors) płyta, którą chce się odłożyć po pierwszym przesłuchaniu z głębokim przekonaniem, że wszystko się o niej wie. „xx” swoje prawdziwe oblicze zaczęła przede mną odsłaniać mniej więcej po dwóch tygodniach obcowania i rację mieli ci, którzy już na początku roku polecali uważnie obserwować profil The xx na MySpace.

The xx to triumf treści nad formą oraz umiar niespotykany u dwudziestolatków, a po tyle mają członkowie kwartetu. Swoją pierwszą płytę mogliby w 90% zarejestrować na archaicznym czterośladzie, bo nie interesuje ich oszałamianie bogactwem aranżacji, ale wyciąganie bogactwa z pojedynczych dźwięków, interwałów, często szczątkowych melodii. Wystarczy posłuchać samego „Fantasy” – wejście glissującego bezprogowego basu w połowie to jeden z kandydatów do tytułu „Moment Roku”.

I jeszcze jedna ważna rzecz: udanych debiutów ostatnio nam nie brakuje, ale zazwyczaj bazują na jednym fajnym pomyśle. Mijają trzy lata i dzieją się straszne rzeczy, i to niezależnie od tego, czy owi młodzi (ale niekoniecznie) zdolni ciągną ów pomysł dalej, czy też porzucają go, pozostając de facto z pustymi rękami.

Ten debiut nie opiera się na pomyśle, ale na rozumieniu muzyki. Dlatego mam silne przeczucie, że The xx dopiero zaczynają obdarzać nas ciekawymi, choć z założenia niespektakularnymi rzeczami. Że monotonia? Tak to ja się chętnie ponudzę.

Fine.


Dokoła globu

Jonsi & Alex „Riceboy Sleeps”, EMI
Islandia, Reykjavik

Jeśli jęki wokalisty Sigur Rós od zawsze cię irytują, ale nie potrafisz pozbyć się tęsknoty za atmosferą muzyki islandzkich samouków / emocjonalnych rewolucjonistów, daj Jónsiemu Birgissonowi jeszcze tę jedną szansę. Lider Sigur Rós wespół ze swoim życiowym, a teraz także muzycznym, partnerem Alexem Somersem poświęcają całą godzinę rozlewaniu dźwiękowych plam. Bez konturów i bez wyraźnego przebiegu, „Riceboy Sleeps” stanowi wzorcowy okaz ambientu pojmowanego zgodnie z klasyczną definicją Briana Eno. Jednoznaczne są także skojarzenia z duchem Sigur Rós, a mówiąc technicznym konkretem – z przestrzennymi, oblanymi pogłosami podkładami ich utworów od debiutu począwszy. Jeśli Jónsi otwiera usta, to od razu całymi seriami, by wszystkie falsety i mormoranda złożyć później w wielowarstwowy bajkowy pejzaż pogłębiony basowym burdonem. Po gitarę nawet nie sięga.

Fareed Ayaz, Abu Muhammad & Bros „Soul of the Sufi”, CM Records
Pakistan, Karachi

Niemały to dla nas zaszczyt, że charyzmatyczni mistrzowie śpiewu qawwali z Pakistanu swoją pierwszą europejską płytę wydają właśnie w Polsce. Odkąd w zaświaty odszedł wypromowany przez Petera Gabriela Nusrat Fateh Ali Khan, to oni są najwięksi. „Soul of the Sufi” stanowi zapis koncertu, jaki duet oraz ich ośmiu synów, kuzynów i wnuków dało w studiu Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego w grudnia 2007 roku. Koncertu, czy raczej ekspresyjnej, mantrycznej modlitwy? Zakorzenione w średniowiecznej mistyce sufi transowe pieśni to bezpośrednie przedłużenie tradycyjnych hymnów ku czci Allaha. Rozimprowizowany śpiew skontrastowany z monotonią harmonii, poskramiany tylko przez stabilny puls bębnów to przepustka do świata tyleż egzotycznego, co na poziomie pozaintelektualnym nieoczekiwanie swojskiego.

Tinariwen „Imidiwan: Companions”, Independiente
Mali, Bamako

Amadou & Mariam koncertują dziś z Coldplay, a grupę Tinariwen Chris Martin wskazał jako jedną z kluczowych inspiracji przy nagrywaniu albumu „Viva la Vida”. Cokolwiek mówić o dobrych latach dla muzyków z Mali, najpierw trzeba się im nisko pokłonić za cierpliwość. Amadou & Mariam, małżeństwo niewidomych muzyków z Bamako, potrzebowali aż 25 lat, by  zadebiutować na kontynencie europejskim. Wywodzący się z saharyjskiego pustkowia Tinariwen (czyli: „Bezludne miejsca”) chwycili za gitary u zarania lat 80., ale dopiero występ na etno-festiwalu WOMAD w 2004 roku uczynił ich rozpoznawalnymi dla białej publiczności. W tym roku wystąpili na Glastonbury i festiwalu Coachella, nowy album zarejestrowali jednak na rodzinnej ziemi. Prawdziwy afrykański blues z prawdziwej afrykańskiej pustyni. I potwierdzenie, że zmarły trzy lata temu Ali Farka Touré ma godnych następców.

Randy Brecker „Randy in Brasil”, BHM/GiGi
Brazylia, Rio de Janeiro

Z blisko rocznym opóźnieniem dotarła do nas nagrodzona Grammy płyta, która dokumentuje amerykańskiego trębacza wyprawę do Brazylii. Brecker otwiera się nie tylko na latynoskie stylistyki, ale także na miejscowych muzyków – w tym lokalnego guru gitary Ricardo Silveirę. Nagrana w Rio to fuzja funkowego stylu trębacza z klasycznymi pieśniami Djavana, bossa novą Gilberto Gila i dorobkiem jazzowej legendy Ivana Linsa. Za sprawą „Randy in Brasil” na jednym ogniu można upiec dwie pieczenie: poznać najbardziej słoneczne oblicze Breckera i przybliżyć sobie nieco brazylijski żywioł, który w mniej oswojonej formie często przekracza możliwości percepcyjne oziębłych europejskich serc.

Yo La Tengo „Popular Songs”, Matador/Sonic
USA, New Jersey

Ze wszystkich stanów USA New Jersey jest bodaj najczęściej wyśmiewanym w amerykańskim kinie, ale takiej grupy jak Yo La Tengo reszta kraju nie może mu nie zazdrościć. Małżeńska kapela Iry Kaplana i Georgii Hubley (trzecią osobą w zespole jest basista James McNew) w ciągu ćwierćwiecza aktywności nie osiągnęła wprawdzie oszałamiających sukcesów komercyjnych, ale rosnąca z albumu na album sympatia krytyków i oddanie słuchaczy są najlepszym świadectwem szczególnego wyczucia tria w znajdowaniu złotego środka między potrzebą rozwoju (by nie znudzić krytyków) i wiernością własnemu stylowi (by nie zrazić do siebie fanów).

Dwunasty krążek Yo La Tengo jest jednak raczej stylistycznym kalejdoskopem niż kompromisem: a to trio powraca do nastroju swoich klasycznych piosenek (poniekąd zgodnie z tytułem), a to sięga do mętnej gitarowej gmatwaniny w duchu pionierów post rocka (na przekór temuż tytułowi). Równie dobrze mogą przez 11 minut cyzelować minimalistyczny instrumental na gitarę akustyczną, elektryczną i bas, co bez udawanej  finezji przygrzmocić w sześć strun z dosadnością Sonic Youth. Nazwę zapożyczyli z baseballowego boiska: Yo La Tengo to z hiszpańskiego „Mam to!”. Faktycznie, oni to mają.

Nouvelle Vague „3”, Peacefrog/Isound
Francja, Paryż

Cover to kiepski wynalazek. Nawet w najbardziej twórczym wydaniu pozostają procederem ze samej natury wtórnym. Choćby i nawet chodziło o „Hurt” w spektakularnie subtelnym wykonaniu Johnny’ego Casha. Ale Nouvelle Vague w graniu coverów dorównują talentom kompozytorskim tych, których utwory przerabiają na własną modłę: zwiewną, barwną, francuską. Przy takim podejściu nie strach zabierać się za klasyki Magazine czy Depeche Mode, The Police czy Talking Heads. W tym pierwszym pomógł Barry Adamson, a w drugim sam Martin Gore, bo założeniem „3” było wykonać utwory w duetach oryginalnymi artystami. Co udało im się tylko połowicznie, ale może to i dobrze, bo za „God Save the Queen” w tak słodkim wydaniu fani Sex Pistols zlinczowaliby Johnny’ego Rottena. Prezent dla polskich fanów to wspólne z Anią Dąbrowską wykonanie „Johnny And Mary” Roberta Palmera. Pod publiczkę, ale z klasą.

Fine.


Piotr Anderszewski – wywiad

Ostatnio Krystian Zimerman pożegnał się z amerykańską publicznością słowami: „Ręce precz od mojego kraju”. Jest w muzyce miejsce na takie polityczne gesty?
– W zasadzie absolutnie nie ma, ale to bardzo delikatny temat. Polityka jest tak brudną sprawą, że gdyby bliżej się przypatrzeć, to właściwie nigdzie w żadnym kraju nie powinno się grać. Są oczywiście przypadki wyjątkowe: występować w nazistowskich Niemczech w roli hitlerowskiego instrumentu propagandy – to naturalne, że człowiek się temu przeciwstawia. Cóż, każdy tutaj musi swoim własnym sumieniem wypracować właściwe podejście.

Właśnie ukazała się pańska płyta z zapisem koncertu w Carnegie Hall. Ta sala zasługuje na swoją sławę?
– Jest wyjątkowa pod względem historii wykonawstwa, drugiej takiej nie ma na świecie. Poza tym ma naprawdę fantastyczną akustykę.

Album wychodzi równo 10 lat po tym, jak związał się pan z dużą wytwórnią Virgin Classics. To była dobra decyzja?
– Myślę, że tak, chociaż trudno ocenić, gdzie zaprowadziłby mnie inny wybór. Virgin akceptuje moje artystyczne propozycje, nagrywam dokładnie to, na co mam ochotę. W dzisiejszych czasach to dość trudne do osiągnięcia.

Skąd w pańskim repertuarze obok Bacha, Beethovena i Brahmsa wziął się czeski kompozytor Leoš Janácek?
– Janácek jest mi bliski od bardzo wielu lat. Jego literatura fortepianowa nie jest specjalnie szeroka, ale kompozycja „V mlhách” jest dla mnie chyba najwybitniejszą na ten instrument. Ta głęboko słowiańska muzyka naprawdę mnie dotyka. Ciekawe, że słowiańszczyzna zupełnie inaczej wyraża się w Polsce, Czechach i Rosji. Czeska ma w sobie coś prymitywnego, żywiołowego, ściśle związanego z ziemią, z przyrodą. Jest fantastycznie nieokiełznana i nieucywilizowana. Polska słowiańszczyzna jest nieporównywalnie bardziej wyrafinowana. Polskę zawsze ciągnęło ku Zachodowi, szczególnie ku Francji, i choć wydawało się, że to niemożliwe, Chopin zdołał pogodzić słowiański rozmach z francuską elegancją. Umieścił słowiańszczyznę w dobrze skrojonym kostiumie francuskim. Tego specyficznego napięcia u Czechów nie ma.

Na dłużej odstawił pan Chopina…
– Chopin do mnie przychodzi i ode mnie odchodzi falami. I tak chyba powinno być, przynajmniej u mnie. To na pewno wynika ze specyfiki Chopina, który – z małymi wyjątkami w młodości – pisał tylko na fortepian, co stanowi absolutne kuriozum w historii muzyki. Jego muzyka nabiera dla mnie sensu w małych dozach. Chopin na co dzień? Jakoś tego nie wytrzymuję, i to w żadnym razie nie jest krytyka. Tworzył tak subtelnie, jest coś tak intymnego w jego muzyce, że nie można go grać codziennie. Gdyby nawet najlepsze, najbardziej wyrafinowane danie jadło się codziennie, rychło stanie się niestrawne. Takie rzeczy trzeba sobie zostawiać na specjalne okazje.

Nie próbowano pana przekonywać, że Rok Chopinowski 2010 jest taką okazją?
– Parę razy próbowano, ale to przecież trwa od lat: jestem Polakiem i gram na fortepianie, więc siłą rzeczy powinienem grać Chopina. A ja nie działam w ten sposób. To nawet nie jest kwestia wyboru, ja zwyczajnie inaczej nie potrafię. Ale publiczność i organizatorzy już się chyba przyzwyczaili i jest z tym coraz mniej problemów. Spontaniczna chęć grania – tak. Ale Rok Chopinowski czy Mozartowski – dla mnie to naprawdę wszystko jedno. To są takie zewnętrzne okoliczności, a ja potrzebuję impulsu wewnętrznego.

Prawie 10 lat po nakręceniu pańskich „Wariacji na temat Diabellego” reżyser Bruno Monsaingeon powrócił, by zrobić o panu dokument „Podróżujący fortepian”.
– Przez cały czas pozostawaliśmy w częstym kontakcie – po prostu się przyjaźnimy. Bruno zaś od wielu lat wspominał o tym, że chce zrobić film koncentrujący się nie wokół utworu, ale większy dokument związany z moją osobą. Długi czas dyskutowaliśmy o formie, w końcu udało się ten pomysł zrealizować.

Podobało się panu wejście w taką rolę?
– To zawsze jest niewygodne. Oglądanie siebie jest okropne.

Monsaingeon kręcił też Glenna Goulda. Pan ma chyba upodobania podobne do jego?
– Upodobania muzyczne mamy podobne, ale Glenn Gould na pewno nie stanowi dla mnie ideału. Zawsze coś wspólnego można znaleźć, ale jego podejście do nagrań, do repertuaru… Im więcej gram, tym mniej wierzę w takie ekstremalne decyzje, jak skupienie się wyłącznie na nagraniach – bo koncerty z publicznością rzekomo nie mają sensu. Dla mnie rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana. Tak jak powiedziałem na początku filmu, najchętniej bym w ogóle przestał grać, porzucił studio, koncerty i w ogóle wszelką działalność.

I co bez tego może robić pianista?
– Kontemplować egzystencję.

Inni pianiści też pana niespecjalnie frapują.
– Ja w ogóle nie słucham, po prostu mnie to nie interesuje.

Wystarcza panu dialog z partyturą?
– Dialog z partyturą, ze sobą, po prostu życie. To, jak żyjemy, jak odczuwamy otaczające nas rzeczy – to wszystko razem tworzy interpretację. Ja się bardzo dużo nasłuchałem wcześniej, dzisiaj tego zupełnie nie potrzebuję.

Słynie pan z dążenia do perfekcji, ale chyba już w nią nie wierzy?
– Perfekcja nie jest możliwa. Perfekcja to jest śmierć. Ale zawsze jest jakaś chęć, żeby do tego dążyć. I to jest taki dziwny konflikt między poszukiwaniem perfekcji oraz akceptacją tego, że to wszystko nas przewyższa i pod kontrolą mamy bardzo mało. Zasadniczych rzeczy w sztuce nie jesteśmy świadomi. Trzeba pracować, szukać, dążyć do tej doskonałości, ale tylko przy założeniu, że do perfekcji można się jedynie zbliżyć. Można jej co najwyżej tknąć jednym palcem, i to tylko na moment.

U pana jest coraz więcej tych tknięć?
– Powiedziałbym, że jest ich coraz mniej. Ja w perfekcję kiedyś wierzyłem, ale z roku na rok przestaję, jestem coraz bardziej zrezygnowany – chociaż może to złe słowo, chodzi raczej o pewien fatalizm. I tutaj też Glenn Gould mi przeszkadza. Jest to dla mnie zbyt proste, zbyt oczywiste.

Marzyło się kiedyś panu dyrygowanie dzieł wokalnych Bacha i Beethovena.
– Coraz wyraźniej widzę, że dyrygentura to jest zawód sam w sobie. Jedną rzecz robić dobrze – to już jest niezwykle trudne. Owszem, może gdybym wybrał pewne specyficzne dzieła i dużo nad nimi popracował… Ale w roli zawodowego dyrygenta zupełnie siebie nie widzę.

W Łodzi urządza pan serię niezwykłych koncertów z przyjaciółmi pianistami.
– To moi przyjaciele, ale przede wszystkim pianiści, którzy według mnie mają coś wyjątkowego do przekazania, a nie są może specjalnie znani. Grają rzadko, a w Polsce być może w ogóle nie występowali. I to jest wspaniała okazja, by ich zaprezentować. To spora odpowiedzialność, ja tutaj w pewnym sensie gwarantuję, że te osoby na pewno przekażą publiczności coś ciekawego, innego. A to się dzisiaj rzadko zdarza.

A jak to jest koncertować z siostrą skrzypaczką?
– Ostatnio wiele ze sobą nie gramy, ale to zawsze jest wyjątkowe przeżycie. Myśmy razem zaczynali muzykować – ja miałem sześć, a ona osiem lat. Razem się wychowaliśmy i od początku tworzyliśmy muzyczny duet, więc łączy nas coś naprawdę niezwykłego. Mało kto mnie tak rozumie muzycznie jak siostra.

Muzyka – i poważna, i rozrywkowa – nieustannie ewoluuje, czasami gwałtownie. Czy to jakoś przekłada się na pianistykę?
– Oczywiście ten kontekst ma wpływ na pianistów. Inna sprawa, że nasz zawód jest bardzo młody. Pianiści jako wykonawcy pojawili się właściwie pod koniec XIX wieku, a więc ta profesja ma nieco ponad sto lat. Trudno powiedzieć, w jakim kierunku to wszystko zmierza, ale na pewno przeżywamy obecnie jakiś kryzys: z nagraniami, firmami płytowymi, z publicznością, której jest coraz mniej. Coś poszło w fundamentalnie złym kierunku. Może to jest zawód, który niebawem się skończy ?

rozmawiał Mariusz Herma
„Przekrój” 23/2009

 

 

Fine.


Dlaczego odcinanie internetu piratom nie ma sensu

Francuzi już zadecydowali o odcinaniu łącz upartym ściągaczom muzyki po trzech ostrzeżeniach, a Brytyjczycy toczą właśnie żywą dyskusję. Najciekawsze wypowiedzi już cytowałem – Lily Allen najwyraźniej przekonała nawet Featured Artists Coalition, które ostatecznie poparło pomysł.

Zawieszam na chwilę pytanie o sens takich działań (kolejna odsłona zawracania kijem Wisły, czyli prób przywracania rynku muzycznego do poprzedniego stanu, jeszcze bardziej patologicznego niż obecny) oraz o jej prawny wymiar (obrońcy praw człowieka już się miotają).

Jest mnóstwo technicznych powodów, dla których to nie zadziała. Sędziwi senatorowie o tym nie wiedzą, bo konta pocztowe konfigurują im pewnie asystenci.

• Zamiast z domu, ludzie będą ściągać przez coraz szybsze i powszechniejsze Wi-Fi. Sąsiedzi. Knajpy. Miasta. Odetniemy cały krakowski rynek, bo ktoś zasysa Turnaua spod Kościoła Mariackiego przez publiczne łącze?

• Anonimowe surfowanie jest coraz łatwiejsze. Jasne, do każdego jakoś się dojdzie, tylko czy zatrudnianie sztabu policjantów w celu wyłuskiwania pojedynczych ściągaczy ma sens? Wobec faktu, że stanowią jakieś 2/3 nastoletniego społeczeństwa?

• Za rok albo dwa będzie się ściągać prosto na iPoda, iPhone’a, na komórkę. Albo nie będzie się ściągać w ogóle, tylko ładować na wirtualny dysk, a później i to będzie niepotrzebne. Trzeba było odcinać 10 lat temu.

• Pliki można przesyłać przez komunikatory albo mailem i tego już się nie wykryje. Kto nigdy nie traktował konta na Gmailu jako wirtualny dysk?

• Przy nagonce na p2p zakwitły blogi, a różne rapidshare’y zbiły majątek. Przy zatykaniu kolejnych odpływów powstaną dziesiątki nowych. Większych. Czemu wytwórnie nie dostrzegają tego, że same stymulują ewolucję pirackich metod?

• W skrajnej sytuacji zawsze jest możliwy powrót do wymiany dysków, tradycji sięgającej synchronizowania magnetofonów. Wtedy nawet nie zmierzymy skali nielegalnego przepływu mp3, którą dzisiaj widać już w podpowiedziach Google.

I jedno zdanie komentarza: 80 procent użytkowników Spotify po odkryciu możliwości serwisu zrezygnowało z ściągania muzyki z nielegalnych źródeł (stąd).

Fine.


Mark Kozelek – Q&A

Masz w sobie słowiańską krew?

Mark Kozelek: Moi przodkowie przyjechali z Polski! Ale to zamierzchła historia sprzed wieków.

Chodziłeś na festiwale muzyczne jako nastolatek?

Ani trochę. Bywałem tylko na tych, na których sam występowałem. Przyjazd na festiwal w roli fana byłby dla mnie katorgą. Nie wyobrażam sobie spania przez cztery dni w namiocie i dzielenia przenośnych toalet z 40 tysiącami ludzi.

Znasz wykonawców, którzy oprócz ciebie przyjadą na Off Festival?

Tylko jednego, może dwóch. Z festiwalami jest taki problem, że możesz grać dla pustego pola, jeśli na sąsiedniej scenie występuje PJ Harvey. Ale taki jest ten biznes. Rezerwujesz termin i próbujesz być optymistą.

Podobno od dziecka pasjonowałeś się spokojną muzyką, a jednocześnie po uszy siedziałeś w heavy metalu.

No tak, bo brałem wszystko to, co Ohio miało do zaoferowania. Lubiłem metalowe kapele w rodzaju Black Sabbath czy Iron Maiden. Z drugiej strony moimi wielkimi idolami byli Cat Stevens oraz Simon & Garfunkel. Niezłym kompromisem wydawało mi się Led Zeppelin.

Jak radzisz sobie na dużych scenach, które preferują rock’n’rollowy łomot?

Wszystko zależy od tego, kto w tym samym czasie gra obok! Mam dobre i złe doświadczenia.

Koncertujesz na całym świecie, od Korei Południowej po Brazylię, od Australii po Europę. Jest coś, co łączy wszystkich twoich fanów?

Gdziekolwiek pojadę, ludzie zazwyczaj są po prostu… ludźmi: uprzejmi i wdzięczni za muzykę. Od czasu do czasu trafi się paru idiotów albo ktoś bezmyślnie przerwie klimat koncertu i zburzy całą atmosferę. Ale większość występów to świetne doświadczenia, od Tokyo przez Szwecję aż po Alabamę.

 

 

Fine.

„Przekrój”: Masz w sobie słowiańską krew?
Mark Kozelek: – Moi przodkowie przyjechali z Polski! Ale to zamierzchła historia sprzed wieków.

Chodziłeś na festiwale muzyczne jako nastolatek?
– Ani trochę. Bywałem tylko na tych, na których sam występowałem. Przyjazd na festiwal w roli fana byłby dla mnie katorgą. Nie wyobrażam sobie spania przez cztery dni w namiocie i dzielenia przenośnych toalet z 40 tysiącami ludzi.

Znasz wykonawców, którzy oprócz ciebie przyjadą na Off Festival?
– Tylko jednego, może dwóch. Z festiwalami jest taki problem, że możesz grać dla pustego pola, jeśli na sąsiedniej scenie występuje PJ Harvey. Ale taki jest ten biznes. Rezerwujesz termin i próbujesz być optymistą.

Podobno od dziecka pasjonowałeś się spokojną muzyką, a jednocześnie po uszy siedziałeś w heavy metalu.
– No tak, bo brałem wszystko to, co Ohio miało do zaoferowania. Lubiłem metalowe kapele w rodzaju Black Sabbath czy Iron Maiden. Z drugiej strony moimi wielkimi idolami byli Cat Stevens oraz Simon & Garfunkel. Niezłym kompromisem wydawało mi się Led Zeppelin.

Jak radzisz sobie na dużych scenach, które preferują rock’n’rollowy łomot?
– Wszystko zależy od tego, kto w tym samym czasie gra obok! Mam dobre i złe doświadczenia.

Koncertujesz na całym świecie, od Korei Południowej po Brazylię, od Australii po Europę. Jest coś, co łączy wszystkich twoich fanów?
– Gdziekolwiek pojadę, ludzie zazwyczaj są po prostu… ludźmi: uprzejmi i wdzięczni za muzykę. Od czasu do czasu trafi się paru idiotów albo ktoś bezmyślnie przerwie klimat koncertu i zburzy całą atmosferę. Ale większość występów to świetne doświadczenia, od Tokyo przez Szwecję aż po Alabamę.


The Field – Yesterday and Today

The Field – Yesterday and Today (Kompakt)

 

Bliźniacze podobieństwo okładki „Yesterday and Today” do tej towarzyszącej debiutanckiemu „From Here We Go Sublime” sprzed dwóch lat to zmyłka. Axel Willner, szwedzki producent i gość tegorocznego Off Festivalu, do niedawna stanowczo stronił od melodii, wokalu czy żywej perkusji. Teraz ogrzewa nimi chłód swojej drobiazgowo programowanej, ale wciąż miksowanej na żywo elektroniki. Sampluje (m.in. Cocteau Twins), importuje (bębniarza Battles), radykalnie zmniejsza tempo. Sięga nawet po obce muzyce techno synkopy.

Wśród wszystkich prób wyjścia poza sterylny świat transowych mikrodźwięków – od udanego coveru „Everybody’s Got To Learn Sometime” The Korgis z brutalnie zmienionym refrenem aż po trwające o kwadrans za długo „Sequenced” – paradoksalnie Willner najbardziej emocjonująco wypada wówczas, gdy powraca do korzeni. I znów staje się wyrachowanym muzycznym architektem rodem z Kraftwerkowego „We Are the Robots”.

„Przekrój”

Fine.


David Sylvian, czyli zaśpiewaj mi książkę telefoniczną

David Sylvian - Manafon

Ostatnio czas poświęcałem głównie Beatlesom – okazjonalną wyliczankę zasług w zwięzłej formie znajdziecie tutaj (niestety nie w takiej oprawie, jak na papierze), ale polecam też świeży post i dyskusję na blogu Bartka. Skłamałbym jednak mówiąc, że tej jesieni na ich remastery – jakkolwiek świetne – czekałem bardziej niż na nową płytę człowieka, który jest mniej znany niż najmniej znany utwór Beatlesów.

Reklamowałem już wywiad z Davidem Sylvianem z wrześniowego numeru Wire, ale skoro właśnie znika on z Empików, to podzielę się kilkoma fragmentami:

If you had asked me prior to my leaving Virgin, did I find being with Virgin restrictive in any way, did I find that it coloured the kind of work that I was attempting to put together?, I’d have said, ‚No, I’ve got a complete free hand here.’

But having left Virgin, I think there maybe was self-censorship involved, knowing that you could only go so far with a major label. (…) I couldn’t really see it until I started working on Blemish. (…) I realised I would never have undertaken something like this while I was signed with a major label.

Co ciekawe, muzyków, którzy pojawiają się na „Manafonie” (wszystkich poza Evanem Parkerem i Johnem Tilburym) Sylvian poznał za pośrednictwem Fennesza, czyli kolegi z „Blemish”, który tu udziela się w aż ośmiu kawałkach z dziewięciu. I znów szersza obserwacja:

What’s happened since the collapse of the major labels is that you have a global collection of musicians that interact with one another without contractual obligations to either management or labels – or very limited ones. So I don’t have to go through Evan Parker’s manager to talk to Evan, and that’s very liberating.

And it started even before I’d left Virgin with Robert Fripp, when we started writing together. He liked to work on the bartering system, you know, ‚I’ll do this for nothing if you work for me when I need your kind of approach’ (…). We’ve done away with that whole mechanism of the industry which controlled the talent.

Nagrania zaczęły się dawno temu, bo w 2004 roku, pod okiem Fennesza w Wiedniu, potem były Tokio i Londyn. Kiedy instrumentaliści, wchodząc do studia, pytali Sylviana: „Co teraz zrobisz?”, odpowiadał: „Nic”. Z free improv chciał wyciągnąć jak najwięcej free. I tu małe przypomnienie:

With Rain Tree Crow, though there was a fair amount of Improv involved in the initial recording of the tracks, we tended to sculpt the work over time and fairly often we were replacing the Improv elements, you know.

Coming from a pop background as we did, there was always the temptation to polish. (…) We were working toward compositions, it was just very useful that they came out of improvisational sessions, jam sessions.

Jeszcze parę słów o kontekście (pamiętamy też o rozwodzie z Ingrid Chavez w 2005 roku)…

I lead a very isolated existence and I spend 90 per cent of my days alone. It took me a while to acclimatise to that way of life and it’s quite difficult to reacclimatise to interaction with other people, let alone performing to an audience. (…)

But I’ve always thought that to produce something fresh or new or of value you have to withdraw yourself from the common influences of society (…). The further I get away from that, the more I feel that this is my true voice. (…)

I’m not saying I can continue to live this way or wish to live in this way (…), but this work was born out of that environment, it was born out of isolation.

…i szansach na koncerty, a raczej ich braku:

I enjoyed taking Blemish on the road, but it was very restrictive in terms of the amount of freedom that Steve Jansen and I had in performing the material. So after about two weeks we’d explored all we could really explore in terms of how far we could go with the material (…).

At that point I thought, ‚I think I’m done with the live experience. I don’t think it’s got anything more to offer me.

A do starszego materiału, który znacznie bardziej nadaje się na scenę i na pewno wzbudziłby sporo entuzjazmu przed nią, Sylvian wracać nie chce, bo z tamtymi piosenkami nic go już nie łączy:

On a good night I could get back into it, to the heart of that material, but on a bad night I felt like a complete fraud.

Pewnie wygląda to tak, jakbym wstukał tu połowę wywiadu. Gdzie tam – tego są cztery strony. A co myślę o samej płycie? Poza wrażeniem twórczej kontynuacji „Blemish” (i duch, i poziom), pierwsze przesłuchanie „Manafonu” w porównaniu z pierwszymi przesłuchaniami większości tegorocznych premier to jak niebo a ziemia.

Jak będzie przy dziesiątym, to się okaże. Ale czuję, że na dziesiątym się nie skończy.

Fine.


Kongresowa tańczy, Nowa Huta drży (od Youssou N'Doura do Aphex Twina)

Prześwietlenie, czyli Aphex Twin w Nowej Hucie

Strona wróciła i ja też. W ciągu tygodnia zahaczyłem o bodaj dwa najciekawsze festiwale jesieni – pechowo nakładają się na siebie – a w międzyczasie udało mi się jeszcze złapać resztki lata w Gorcach. Będę pisał o zaskoczeniach.

Niespodzianka pierwsza to początek Skrzyżowania Kultur, czyli roztańczona Sala Kongresowa. Spodziewałem się tłumu smutnych panów w garniturach. Koło mnie był tylko jeden i z wyraźnym trudem znosił to, że publiczność posłuchała Youssou N’Doura i kolegów, zachęcających ze sceny: „You can dance if you want!”. Skutecznie, bo ludzie powstawszy (podskoczywszy) w drugim utworze długo nie zamierzali wracać do niewygodnych siedzisk.

I nie ma się czemu dziwić, bo aż czterech z dziewięciu czarnych muzyków na scenie odpowiadało za rytm. Bywał tak gęsty, że dla pozostałych instrumentalistów brakowało miejsca. Za to na scenie pojawiał się tancerz spontaniczny. Raczej zabawa niż słuchanie, raczej widowisko niż koncert, czasem na granicy kiczu. Ale wciągnęło nawet tych, którzy znali Youssou tylko z „7 Seconds”. Ten zresztą sympatycznie zaśpiewany w duecie z Anną Marią Jopek.

Występ gwiazdy festiwalu poprzedził Tcheka (MySpace) z Republiki Zielonego Przylądka, który okazał się kameralną rewelacją. 36-letni Manuel Lopes Andrade to jeden z najzdolniejszych gitarzystów jakich ostatnio widziałem. Po gryfie porusza się z wrodzoną swobodą (i nie chodzi mi tylko o umiejętności manualne), a kilkakrotne zmiany metrum w ramach jednej piosenki wychodzą mu tak naturalnie, że większość publiczności pewnie nawet ich nie zauważyła.

O ile Youssou robił za medialną twarz Skrzyżowania Kultur – bo najciekawsze działo się dopiero potem w festiwalowym namiocie; mnie oczarowała jazzująca bossa nova Márcio Faraco z Brazylii – o tyle krakowskie Sacrum Profanum przyciągało wykrzywioną buźką Aphex Twina.

Tej buźki na sobotnim występie było aż za wiele: 2/3 wizualizacji stanowiło często brutalne wariacje na temat oblicza Jamesa. Ale to i tak wizja – quasi-trójwymiarowe formy ponad głowami, lasery prześlizgujące się po ożebrowaniu nowohuckiej hali – uratowały ten koncert. Czy raczej – powtórka z Kongresowej? – spektakl, tyle że po drugiej stronie technologicznej osi.

Podejrzewam, że muzycznie było wybitnie. Aphex Twin, ledwie widoczny w cieniu telebimów, do swojej muzyki podchodzi z równym dystansem, co do własnej buźki: niszczy ją na wszelkie sposoby, żadnego odgrywania płyt. A do tego w pełni wykorzystuje potencjał dźwięku dookólnego. Głośniki były z przodu, po bokach i z tyłu płyty.

Piszę „podejrzewam”, bo nie wziąłem zatyczek do uszu i przez większość czasu słyszałem tylko hałas, od którego nie dało się uciec przez to okrężne nagłośnienie. Wpakowano we mnie więcej infradźwięków, niż nazbierałem przez całe życie, i generalnie zamiast koncertu muzyki elektronicznej miałem wrażenie uczestniczenia w imprezie w stylu noise extreme. Po co? Nie mam pojęcia. Ludzie wychodzili na papierosa i część już nie wracała. W połowie występu tłum kończył się przy stoliku dźwiękowca.

Supportujący mistrza Florian Hecker (którego Rafał Księżyk w nowej Machinie stawia Aphexowi za wzór) pozwolił nam nieco więcej usłyszeć, ale przy gwieździe wieczoru wypadł na prymitywnego rzemieślnika dyskotekowego 2/2 (zdobywamy publiczność podkręcając stopkę). Aphex dyskretnie wszedł na scenę i przez dobry kwadrans nie dał ludziom zaznać równego bitu, do którego można by się chociaż pokiwać.

Tyle wspominek. Planuję przeprowadzkę na nowy serwer, więc jeśli przerwy w dostawach powrócą – proszę o cierpliwość. A wszystkim czujnym dziękuję za maile.

aphex twin icon


Biją się

Z ramienia Featured Artists Coalition (niezależny brytyjski związek muzyków, od Kate Nash i Annie Lennox po Toma Jonesa, Robbiego Williamsa i Little Boots), powiedzieli Timesowi:

Ed O’Brien z Radiohead:

„My generation grew up with the point of view that you pay for your music. Every generation has a different method. File sharing is like a sampler, like taping your mate’s music. You go, „I like that, I’ll go and buy the album”. Or, „you know what, I’ll go and see them live”. What’s going on is a huge paradigm shift.”

Dave Rowntree z Blur:

„The fact that file sharing goes on, and is as popular as it is, is an incredibly positive thing for the music industry. The fact is that music is so popular that people are willing to break the law to get it. Can you have a big red button that Peter Mandelson [brytyjski minister; zamierza odcinać piratom internet] can press and the problem goes away? No. You\re on the back foot constantly.

As soon as you bring out a method to stop it, they find new methods to get round it. You have to deal with the way the world is. We have to try and bring these people into the fold of doing it legitimately, but with a light touch.”

Nick Mason z Pink Floyd

„The last thing we want to be doing is going to war with our fanbase. File sharing means a new generation of fans for us. It’s a great thing to have another generation discovering your music and thinking you’re rather good. File sharing plays a part in that, because that generation don’t do it any other way.”

Fran Healy z Travis:

„I think if you can afford to buy a record then you should buy it. People who hunt down a record and download it for free will probably talk it up. They are the unsung word-of-mouthers who spread the word and create tipping point situations for a greedy record business that has got so fat it is unable to see its own footsoldiers.”

Doba nie minęła, gdy swoje zdanie wyraziła Lily Allen:

„The Featured Artists Coalition also says file sharing’s fine because it ‚means a new generation of fans for us’. This is great if you’re a big artist at the back end of your career with loads of albums to flog to a new audience, but emerging artists don’t have this luxury.”

„Basically the FAC is saying ‚we’re alright, we’ve made it, so file sharing’s fine’, which is just so unfair to new acts trying to make it in the industry.”

Swoje zdanie każdy może (powinien) mieć, ale Allen wypłynęła dzięki masowemu linkowaniu do jej stron i blogowaniu na temat jej utworów – których raczej nikt nie kupił, bo jeszcze nie było ich w sklepach. Powinna więc lepiej ogarniać temat. Tak intuicja, jak i cała post-napsterowa publicystyka ostatnich 10 lat, podpowiada, że jest dokładnie na opak. Czyli:

Korzystają mali, dla których miejsce w p2p/MySpace jest historycznie pierwszą przestrzenią w sieci dystrybucyjnej. Nie było dla nich miejsca na półkach, ramówkach i gazetach, więc przygarnęli ich piraci i bloggerzy. Czy bez p2p sprzedaliby więcej płyt? Przekonajcie mnie. Wiem za to, że bez p2p i okolic nie byłoby ani kilku tysięcy ludzi na festiwalu Nowa Muzyka gdzieś w Europie Środkowej, ani porównywalnej z T.Love frekwencji na ostatnich koncertach God is an Astronaut.

Tracą medialne krowy, które kiedyś martwiły się tylko o to, aby nikt ich nie zepchnął z piedestału. Teraz ten piedestał – wznoszony w latach 40. i 50. przez radio, a w kolejnych dekadach przez TV – sypie się. Uwaga publiczności, odkrywającej w sobie alternatywne (własne!) gusta, rozprasza się po niszach. A gdy raz wdepniesz w niszę, to prędko nie odpuścisz. Za to na zawsze uodpornisz się na propagandę bestsellerów. Duzi tracą, bo publiczność sprawdza produkt przed przesłuchaniem. Tracą, bo bazują na singlach, a te łatwo ściągnąć/kupić w sieci. Itd.

Więc jasne – ktoś zyskuje, ktoś traci, nie ma rewolucji bez ofiar. Ale niedouczeniem albo tanią propagandą pachnie zarzucanie dawcom plików, że tłamszą maluczkich, a O’Brienowi fundują siódmą limuzynę.

Fine.


Jackson vs Twitter

jackson twitter

Jacyś wariaci przebadali 1,860,427 wpisów na Twitterze, które dotyczyły śmierci Michaela Jacksona. Głównie pod kątem emocji.

Key findings

  • At its peak, the conversation about Michael Jackson’s death on Twitter proceeded at a rate of 78 tweets per second.
  • Users tweeting about Jackson’s death tend to use far more words associated with negative emotions than are found in ‚everyday’ tweets.
  • Roughly 3/4 of tweets about Jackson’s death that use the word ‚sad?’ actually express sadness
  • Tweets expressing personal, emotional sadness about the Jackson’s death showed strong agreement among coders while commentary on the auxiliary social effects of Jackson’s death showed strong disagreement.

Z błahszych obserwacji: spora część internatów opłakiwała Micheala Jacksona.

Fine.