The xx – xx

30.09.2009 | 7 odpowiedzi

.The xx - xx The xx – xx (XL/Sonic)

Ocena: 5/6

To już w tym roku druga (po “Bitte Orca” Dirty Projectors) płyta, którą chce się odłożyć po pierwszym przesłuchaniu z głębokim przekonaniem, że wszystko się o niej wie. “xx” swoje prawdziwe oblicze zaczęła przede mną odsłaniać mniej więcej po dwóch tygodniach obcowania i rację mieli ci, którzy już na początku roku polecali uważnie obserwować profil The xx na MySpace.

The xx to triumf treści nad formą oraz umiar niespotykany u dwudziestolatków, a po tyle mają członkowie kwartetu. Swoją pierwszą płytę mogliby w 90% zarejestrować na archaicznym czterośladzie, bo nie interesuje ich oszałamianie bogactwem aranżacji, ale wyciąganie bogactwa z pojedynczych dźwięków, interwałów, często szczątkowych melodii. Wystarczy posłuchać samego “Fantasy” – wejście glissującego bezprogowego basu w połowie to jeden z kandydatów do tytułu “Moment Roku”.

I jeszcze jedna ważna rzecz: udanych debiutów ostatnio nam nie brakuje, ale zazwyczaj bazują na jednym fajnym pomyśle. Mijają trzy lata i dzieją się straszne rzeczy, i to niezależnie od tego, czy owi młodzi (ale niekoniecznie) zdolni ciągną ów pomysł dalej, czy też porzucają go, pozostając de facto z pustymi rękami.

Ten debiut nie opiera się na pomyśle, ale na rozumieniu muzyki. Dlatego mam silne przeczucie, że The xx dopiero zaczynają obdarzać nas ciekawymi, choć z założenia niespektakularnymi rzeczami. Że monotonia? Tak to ja się chętnie ponudzę.

Fine.

Dlaczego odcinanie internetu piratom nie ma sensu

26.09.2009 | 5 odpowiedzi

Francuzi już zadecydowali o odcinaniu łącz upartym ściągaczom muzyki po trzech ostrzeżeniach, a Brytyjczycy toczą właśnie żywą dyskusję. Najciekawsze wypowiedzi już cytowałem – Lily Allen najwyraźniej przekonała nawet Featured Artists Coalition, które ostatecznie poparło pomysł.

Zawieszam na chwilę pytanie o sens takich działań (kolejna odsłona zawracania kijem Wisły, czyli prób przywracania rynku muzycznego do poprzedniego stanu, jeszcze bardziej patologicznego niż obecny) oraz o jej prawny wymiar (obrońcy praw człowieka już się miotają).

Jest mnóstwo technicznych powodów, dla których to nie zadziała. Sędziwi senatorowie o tym nie wiedzą, bo konta pocztowe konfigurują im pewnie asystenci.

• Zamiast z domu, ludzie będą ściągać przez coraz szybsze i powszechniejsze Wi-Fi. Sąsiedzi. Knajpy. Miasta. Odetniemy cały krakowski rynek, bo ktoś zasysa Turnaua spod Kościoła Mariackiego przez publiczne łącze?

• Anonimowe surfowanie jest coraz łatwiejsze. Jasne, do każdego jakoś się dojdzie, tylko czy zatrudnianie sztabu policjantów w celu wyłuskiwania pojedynczych ściągaczy ma sens? Wobec faktu, że stanowią jakieś 2/3 nastoletniego społeczeństwa?

• Za rok albo dwa będzie się ściągać prosto na iPoda, iPhone’a, na komórkę. Albo nie będzie się ściągać w ogóle, tylko ładować na wirtualny dysk, a później i to będzie niepotrzebne. Trzeba było odcinać 10 lat temu.

• Pliki można przesyłać przez komunikatory albo mailem i tego już się nie wykryje. Kto nigdy nie traktował konta na Gmailu jako wirtualny dysk?

• Przy nagonce na p2p zakwitły blogi, a różne rapidshare’y zbiły majątek. Przy zatykaniu kolejnych odpływów powstaną dziesiątki nowych. Większych. Czemu wytwórnie nie dostrzegają tego, że same stymulują ewolucję pirackich metod?

• W skrajnej sytuacji zawsze jest możliwy powrót do wymiany dysków, tradycji sięgającej synchronizowania magnetofonów. Wtedy nawet nie zmierzymy skali nielegalnego przepływu mp3, którą dzisiaj widać już w podpowiedziach Google.

I jedno zdanie komentarza: 80 procent użytkowników Spotify po odkryciu możliwości serwisu zrezygnowało z ściągania muzyki z nielegalnych źródeł (stąd).

Fine.

David Sylvian, czyli zaśpiewaj mi książkę telefoniczną

23.09.2009 | 25 odpowiedzi

David Sylvian - Manafon

Ostatnio czas poświęcałem głównie Beatlesom – okazjonalną wyliczankę zasług w zwięzłej formie znajdziecie tutaj (niestety nie w takiej oprawie, jak na papierze), ale polecam też świeży post i dyskusję na blogu Bartka. Skłamałbym jednak mówiąc, że tej jesieni na ich remastery – jakkolwiek świetne – czekałem bardziej niż na nową płytę człowieka, który jest mniej znany niż najmniej znany utwór Beatlesów.

Reklamowałem już wywiad z Davidem Sylvianem z wrześniowego numeru Wire, ale skoro właśnie znika on z Empików, to podzielę się kilkoma fragmentami:

If you had asked me prior to my leaving Virgin, did I find being with Virgin restrictive in any way, did I find that it coloured the kind of work that I was attempting to put together?, I’d have said, ‘No, I’ve got a complete free hand here.’

But having left Virgin, I think there maybe was self-censorship involved, knowing that you could only go so far with a major label. (…) I couldn’t really see it until I started working on Blemish. (…) I realised I would never have undertaken something like this while I was signed with a major label.

Co ciekawe, muzyków, którzy pojawiają się na “Manafonie” (wszystkich poza Evanem Parkerem i Johnem Tilburym) Sylvian poznał za pośrednictwem Fennesza, czyli kolegi z “Blemish”, który tu udziela się w aż ośmiu kawałkach z dziewięciu. I znów szersza obserwacja:

What’s happened since the collapse of the major labels is that you have a global collection of musicians that interact with one another without contractual obligations to either management or labels – or very limited ones. So I don’t have to go through Evan Parker’s manager to talk to Evan, and that’s very liberating.

And it started even before I’d left Virgin with Robert Fripp, when we started writing together. He liked to work on the bartering system, you know, ‘I’ll do this for nothing if you work for me when I need your kind of approach’ (…). We’ve done away with that whole mechanism of the industry which controlled the talent.

Nagrania zaczęły się dawno temu, bo w 2004 roku, pod okiem Fennesza w Wiedniu, potem były Tokio i Londyn. Kiedy instrumentaliści, wchodząc do studia, pytali Sylviana: “Co teraz zrobisz?”, odpowiadał: “Nic”. Z free improv chciał wyciągnąć jak najwięcej free. I tu małe przypomnienie:

With Rain Tree Crow, though there was a fair amount of Improv involved in the initial recording of the tracks, we tended to sculpt the work over time and fairly often we were replacing the Improv elements, you know.

Coming from a pop background as we did, there was always the temptation to polish. (…) We were working toward compositions, it was just very useful that they came out of improvisational sessions, jam sessions.

Jeszcze parę słów o kontekście (pamiętamy też o rozwodzie z Ingrid Chavez w 2005 roku)…

I lead a very isolated existence and I spend 90 per cent of my days alone. It took me a while to acclimatise to that way of life and it’s quite difficult to reacclimatise to interaction with other people, let alone performing to an audience. (…)

But I’ve always thought that to produce something fresh or new or of value you have to withdraw yourself from the common influences of society (…). The further I get away from that, the more I feel that this is my true voice. (…)

I’m not saying I can continue to live this way or wish to live in this way (…), but this work was born out of that environment, it was born out of isolation.

…i szansach na koncerty, a raczej ich braku:

I enjoyed taking Blemish on the road, but it was very restrictive in terms of the amount of freedom that Steve Jansen and I had in performing the material. So after about two weeks we’d explored all we could really explore in terms of how far we could go with the material (…).

At that point I thought, ‘I think I’m done with the live experience. I don’t think it’s got anything more to offer me.

A do starszego materiału, który znacznie bardziej nadaje się na scenę i na pewno wzbudziłby sporo entuzjazmu przed nią, Sylvian wracać nie chce, bo z tamtymi piosenkami nic go już nie łączy:

On a good night I could get back into it, to the heart of that material, but on a bad night I felt like a complete fraud.

Pewnie wygląda to tak, jakbym wstukał tu połowę wywiadu. Gdzie tam – tego są cztery strony. A co myślę o samej płycie? Poza wrażeniem twórczej kontynuacji “Blemish” (i duch, i poziom), pierwsze przesłuchanie “Manafonu” w porównaniu z pierwszymi przesłuchaniami większości tegorocznych premier to jak niebo a ziemia.

Jak będzie przy dziesiątym, to się okaże. Ale czuję, że na dziesiątym się nie skończy.

Fine.

Kongresowa tańczy, Nowa Huta drży (od Youssou N'Doura do Aphex Twina)

21.09.2009 | 10 odpowiedzi

Prześwietlenie, czyli Aphex Twin w Nowej Hucie

Strona wróciła i ja też. W ciągu tygodnia zahaczyłem o bodaj dwa najciekawsze festiwale jesieni – pechowo nakładają się na siebie – a w międzyczasie udało mi się jeszcze złapać resztki lata w Gorcach. Będę pisał o zaskoczeniach.

Niespodzianka pierwsza to początek Skrzyżowania Kultur, czyli roztańczona Sala Kongresowa. Spodziewałem się tłumu smutnych panów w garniturach. Koło mnie był tylko jeden i z wyraźnym trudem znosił to, że publiczność posłuchała Youssou N’Doura i kolegów, zachęcających ze sceny: “You can dance if you want!”. Skutecznie, bo ludzie powstawszy (podskoczywszy) w drugim utworze długo nie zamierzali wracać do niewygodnych siedzisk.

I nie ma się czemu dziwić, bo aż czterech z dziewięciu czarnych muzyków na scenie odpowiadało za rytm. Bywał tak gęsty, że dla pozostałych instrumentalistów brakowało miejsca. Za to na scenie pojawiał się tancerz spontaniczny. Raczej zabawa niż słuchanie, raczej widowisko niż koncert, czasem na granicy kiczu. Ale wciągnęło nawet tych, którzy znali Youssou tylko z “7 Seconds”. Ten zresztą sympatycznie zaśpiewany w duecie z Anną Marią Jopek.

Występ gwiazdy festiwalu poprzedził Tcheka (MySpace) z Republiki Zielonego Przylądka, który okazał się kameralną rewelacją. 36-letni Manuel Lopes Andrade to jeden z najzdolniejszych gitarzystów jakich ostatnio widziałem. Po gryfie porusza się z wrodzoną swobodą (i nie chodzi mi tylko o umiejętności manualne), a kilkakrotne zmiany metrum w ramach jednej piosenki wychodzą mu tak naturalnie, że większość publiczności pewnie nawet ich nie zauważyła.

O ile Youssou robił za medialną twarz Skrzyżowania Kultur – bo najciekawsze działo się dopiero potem w festiwalowym namiocie; mnie oczarowała jazzująca bossa nova Márcio Faraco z Brazylii – o tyle krakowskie Sacrum Profanum przyciągało wykrzywioną buźką Aphex Twina.

Tej buźki na sobotnim występie było aż za wiele: 2/3 wizualizacji stanowiło często brutalne wariacje na temat oblicza Jamesa. Ale to i tak wizja – quasi-trójwymiarowe formy ponad głowami, lasery prześlizgujące się po ożebrowaniu nowohuckiej hali – uratowały ten koncert. Czy raczej – powtórka z Kongresowej? – spektakl, tyle że po drugiej stronie technologicznej osi.

Podejrzewam, że muzycznie było wybitnie. Aphex Twin, ledwie widoczny w cieniu telebimów, do swojej muzyki podchodzi z równym dystansem, co do własnej buźki: niszczy ją na wszelkie sposoby, żadnego odgrywania płyt. A do tego w pełni wykorzystuje potencjał dźwięku dookólnego. Głośniki były z przodu, po bokach i z tyłu płyty.

Piszę “podejrzewam”, bo nie wziąłem zatyczek do uszu i przez większość czasu słyszałem tylko hałas, od którego nie dało się uciec przez to okrężne nagłośnienie. Wpakowano we mnie więcej infradźwięków, niż nazbierałem przez całe życie, i generalnie zamiast koncertu muzyki elektronicznej miałem wrażenie uczestniczenia w imprezie w stylu noise extreme. Po co? Nie mam pojęcia. Ludzie wychodzili na papierosa i część już nie wracała. W połowie występu tłum kończył się przy stoliku dźwiękowca.

Supportujący mistrza Florian Hecker (którego Rafał Księżyk w nowej Machinie stawia Aphexowi za wzór) pozwolił nam nieco więcej usłyszeć, ale przy gwieździe wieczoru wypadł na prymitywnego rzemieślnika dyskotekowego 2/2 (zdobywamy publiczność podkręcając stopkę). Aphex dyskretnie wszedł na scenę i przez dobry kwadrans nie dał ludziom zaznać równego bitu, do którego można by się chociaż pokiwać.

Tyle wspominek. Planuję przeprowadzkę na nowy serwer, więc jeśli przerwy w dostawach powrócą – proszę o cierpliwość. A wszystkim czujnym dziękuję za maile.

aphex twin icon

Biją się

15.09.2009 | 1 odpowiedź

Z ramienia Featured Artists Coalition (niezależny brytyjski związek muzyków, od Kate Nash i Annie Lennox po Toma Jonesa, Robbiego Williamsa i Little Boots), powiedzieli Timesowi:

Ed O’Brien z Radiohead:

“My generation grew up with the point of view that you pay for your music. Every generation has a different method. File sharing is like a sampler, like taping your mate’s music. You go, “I like that, I’ll go and buy the album”. Or, “you know what, I’ll go and see them live”. What’s going on is a huge paradigm shift.”

Dave Rowntree z Blur:

“The fact that file sharing goes on, and is as popular as it is, is an incredibly positive thing for the music industry. The fact is that music is so popular that people are willing to break the law to get it. Can you have a big red button that Peter Mandelson [brytyjski minister; zamierza odcinać piratom internet] can press and the problem goes away? No. You\re on the back foot constantly.

As soon as you bring out a method to stop it, they find new methods to get round it. You have to deal with the way the world is. We have to try and bring these people into the fold of doing it legitimately, but with a light touch.”

Nick Mason z Pink Floyd

“The last thing we want to be doing is going to war with our fanbase. File sharing means a new generation of fans for us. It’s a great thing to have another generation discovering your music and thinking you’re rather good. File sharing plays a part in that, because that generation don’t do it any other way.”

Fran Healy z Travis:

“I think if you can afford to buy a record then you should buy it. People who hunt down a record and download it for free will probably talk it up. They are the unsung word-of-mouthers who spread the word and create tipping point situations for a greedy record business that has got so fat it is unable to see its own footsoldiers.”

Doba nie minęła, gdy swoje zdanie wyraziła Lily Allen:

“The Featured Artists Coalition also says file sharing’s fine because it ‘means a new generation of fans for us’. This is great if you’re a big artist at the back end of your career with loads of albums to flog to a new audience, but emerging artists don’t have this luxury.”

“Basically the FAC is saying ‘we’re alright, we’ve made it, so file sharing’s fine’, which is just so unfair to new acts trying to make it in the industry.”

Swoje zdanie każdy może (powinien) mieć, ale Allen wypłynęła dzięki masowemu linkowaniu do jej stron i blogowaniu na temat jej utworów – których raczej nikt nie kupił, bo jeszcze nie było ich w sklepach. Powinna więc lepiej ogarniać temat. Tak intuicja, jak i cała post-napsterowa publicystyka ostatnich 10 lat, podpowiada, że jest dokładnie na opak. Czyli:

Korzystają mali, dla których miejsce w p2p/MySpace jest historycznie pierwszą przestrzenią w sieci dystrybucyjnej. Nie było dla nich miejsca na półkach, ramówkach i gazetach, więc przygarnęli ich piraci i bloggerzy. Czy bez p2p sprzedaliby więcej płyt? Przekonajcie mnie. Wiem za to, że bez p2p i okolic nie byłoby ani kilku tysięcy ludzi na festiwalu Nowa Muzyka gdzieś w Europie Środkowej, ani porównywalnej z T.Love frekwencji na ostatnich koncertach God is an Astronaut.

Tracą medialne krowy, które kiedyś martwiły się tylko o to, aby nikt ich nie zepchnął z piedestału. Teraz ten piedestał – wznoszony w latach 40. i 50. przez radio, a w kolejnych dekadach przez TV – sypie się. Uwaga publiczności, odkrywającej w sobie alternatywne (własne!) gusta, rozprasza się po niszach. A gdy raz wdepniesz w niszę, to prędko nie odpuścisz. Za to na zawsze uodpornisz się na propagandę bestsellerów. Duzi tracą, bo publiczność sprawdza produkt przed przesłuchaniem. Tracą, bo bazują na singlach, a te łatwo ściągnąć/kupić w sieci. Itd.

Więc jasne – ktoś zyskuje, ktoś traci, nie ma rewolucji bez ofiar. Ale niedouczeniem albo tanią propagandą pachnie zarzucanie dawcom plików, że tłamszą maluczkich, a O’Brienowi fundują siódmą limuzynę.

Fine.

Jackson vs Twitter

12.09.2009 | 6 odpowiedzi

jackson twitter

Jacyś wariaci przebadali 1,860,427 wpisów na Twitterze, które dotyczyły śmierci Michaela Jacksona. Głównie pod kątem emocji.

Key findings

  • At its peak, the conversation about Michael Jackson’s death on Twitter proceeded at a rate of 78 tweets per second.
  • Users tweeting about Jackson’s death tend to use far more words associated with negative emotions than are found in ‘everyday’ tweets.
  • Roughly 3/4 of tweets about Jackson’s death that use the word ’sad?’ actually express sadness
  • Tweets expressing personal, emotional sadness about the Jackson’s death showed strong agreement among coders while commentary on the auxiliary social effects of Jackson’s death showed strong disagreement.

Z błahszych obserwacji: spora część internatów opłakiwała Micheala Jacksona.

Fine.

Należało się

10.09.2009 | 11 odpowiedzi

Na koncercie miała nieco inny fryz

.

10 japońskich wykonawców których trzeba poznać – gościnnie Artur Szarecki

08.09.2009 | 16 odpowiedzi

Shamisen Ledwie poprosiłem Artura, aby mi “kiedyś” przygotował japoński niezbędnik muzyczny, a oto już dostałem odpowiedź. Chomikowanie jej byłoby grzechem, więc dzielę się i dziękuję w imieniu swoim (6/11 nie znałem) oraz wszystkich, którzy skorzystają. Jeśli macie swoje typy, to zapraszam, a sam też postaram się dorzucić kilku moich ulubieńców. Póki co zapuściłem Merzbowa, którego ostatnio słuchałem dokładnie 4,5 roku temu (takie chwile się pamięta).

Od autora: kolejność alfabetyczna.

1. Acid Mothers Temple & the Melting Paraiso U.F.O.

Niezwykle intensywne, często sięgające kilkudziesięciu minut improwizacje, w których kraurockowa motoryka łączy się ze space-rockowym klimatem i garage’owym brzmieniem, zapewniły im status chyba największej ikony japońskiej neo-psychodelii. Wydawali mnóstwo, ale generalnie formuła grania jest mniej więcej podobna. Płyty, które szczególnie warto poznać, to: “Univers Zen Ou de Zero a Zero” i “La Novia”; dla bardziej zaawansowanych także: “Electric Heavyland” (chyba najcięższa) i “In C” (chyba najbardziej awangardowa).

►Acid Mothers Temple – Electric Love Machine

2. Altered States

Bardzo ciekawe power-trio, złożone z wyśmienitych muzyków, którzy poruszają się pomiędzy kompozycją i improwizacją, przeważnie zbaczając w stronę tej drugiej. Unikalne brzmienie zawdzięczają głównie gitarzyście – Kazuhisa Uchihashi z niezwykłą wprawą posługuje się mnóstwem elektronicznych przetworników, a jego styl nie przypomina żadnego innego znanego mi muzyka (fajnie ogląda się go na żywo: najpierw słyszysz fizyczne uderzenie w struny, a dopiero chwilę potem właściwy dźwięk, często przetworzony nie do poznania). Dwójka pozostałych muzyków jest również wyśmienita, a na późniejszych płytach osiągnęli taki stopień porozumienia, że czasem ciężko zgadnąć, czy to umówione, czy spontaniczne granie (mają kilka albumów 100% free). Rzeczy do poznania: “4″, “6″ i “Cafe 9.15″ (z Rothenbergiem na saksofonie).

Altered States

3. Boredoms

Zespół szalonych eksperymentatorów o sporym poczuciu humoru. Łączyli hałas z zabawą, nie przywiązując się na długo do żadnego gatunku i dzięki temu często osiągając zaskakujące i ciekawe rezultaty. Moją ulubioną płytą jest “Pop Tatari”, ale na pewno warto też poznać bardziej elektroniczne “Super Ae” czy krautrockowe “Vision Creation Newsun”. To ważny zespół i stąd ma tu swoje miejsce, choć ja – szczerze powiedziawszy – bardziej lubię późniejsze wcielenia tych muzyków, a było ich sporo (wokalista Yamatsuka Eye darł ryja w Zornowskim Naked City, gitarzysta Seiichi Yamamoto założył trans-rockowe Rovo, a perkusistka Yoshimi P-We niedefiniowalną grupę OOIOO).

►Boredoms – Telehorse Uma

4. Boris

Jeden z najważniejszych zespołów sludge/doom/drone, choć te etykietki nie oddają złożoności ich muzyki. Na swych kolejnych wydawnictwach z zaskakującą elokwencją dokonują radykalnej dekonstrukcji rockowej tradycji, poruszając się przy tym po niezwykle szerokim spektrum gatunkowym: od ekstremalnego drone-doom metalu (“Absolutego”, 1996), przez radykalną psychodelię (“Amplifier Worship“, 1998) i mega-ciężki stoner-rock (“Heavy Rocks“, 2002, “Pink”, 2006), po muzykę filmową (“Mabuta no Ura“, 2005). Właściwie wszystko to jest warte wysłuchania, plus jeszcze “Feedbacker”, ale jeśli chcesz krótkiego przeglądu przez ich różne oblicza to posłuchaj po prostu “Akuma no Uta”.

Boris – Statement

5. DJ Krush

Nie wiem, czy warto tu pisać o kimś, kto jest tak znany, ale chciałem ukazać w miarę szerokie spektrum stylistyczne, a poza tym facet tworzy naprawdę świetną muzykę. Pamiętam, że jak kiedyś oglądałem film “Scratch”, to miałem wrażenie, że autorzy nie bardzo wiedzieli, jak włączyć tam Krusha, a zarazem nie mogli go tak po prostu pominąć. Ma więc swój własny, króciutki segment, który wyraźnie odstaje od reszty filmu, zresztą tak, jak jego klimatyczny, kontemplacyjny hip-hop odstaje od muzyki innych, efekciarskich turntablistów. Płyty do przesłuchania to np. “Kakusei” czy “Zen” oraz koniecznie “Ki-Oku” z równie niesamowitym trębaczem – Toshinorim Kondo.

DJ Krush – Kemuri

6. Haino Keiji

Niezwykle ciekawa postać: wszechstronny muzyk, wokalista, performer, udzielający się w wielu różnych projektach, ale każdy z nich naznacza swoją silną osobowością. Muszę przyznać, że często jego muzyka jest dla mnie pod pewnymi względami zbyt radykalna, ale kilka rewelacyjnych pozycji w jego dorobku i dla siebie znalazłem, np. “Tenshi no Gijinka” (tylko na instrumenty perkusyjne i głos), “Watashi Dake” (gitara akustyczna i głos) czy projekt Sanhedolin/Sanhedrin (radykalny noise-rock – tu pewno trzeba by wymienić także jego słynne trio Fushitsusha, które jest jednak bardziej eksperymentalne i ciężkostrawne).

Haino Keiji Live

7. Otomo Yoshihide New Jazz Ensemble/Quintet/Orchestra

Nie jestem wielkim zwolennikiem japońskiego jazzu, ale ten projekt jest wyjątkowy pod wieloma względami i uznaję go za jeden z najważniejszych zespołów jazzowych ostatniej dekady na świecie. Koniecznie trzeba posłuchać płyty “Dreams” z przepięknie rozimprowizowanymi piosenkami, doskonałych nagrań kwintetu, jak “ONJQ Live” i “Tails Out” oraz “ONJQ+OE” (jedna z najciekawszych prób łączenia jazzu z elektroniką, jaką znam), a także orkiestrowej “Plays Eric Dolphy’s “Out to Lunch” ze wspaniałą dekonstrukcją klasyki, która tu zyskuje nowe życie.

► Otomo Yoshihide’s New Jazz Ensemble – Dreams

8. Ruins

Jeden z zespołów, które określały oblicze japońskiej awangardy lat 90. Duet bas i perkusja. Surowa energia, dziwaczne wokale w wymyślonym języku i najbardziej połamane rytmicznie podziały, jakie tylko można sobie wyobrazić. Perkusista i założyciel Tatsuya Yoshida próbował potem przenieść ten styl na różne inne projekty, czasem z bardzo dobrym skutkiem (Koenji Hyakkei, Knead, duety z Satoko Furii i Kazuhisą Uchihashim). Najlepiej zacząć od najbardziej przystępnej płyty “Tzomborgha”, bardziej radykalne oblicze zespół prezentuje np. na “Hyderomastgroningen”.

Ruins – Pallaschtom ~ Snare ~ Ghallalvish Perrdoh

9. Tomokawa Kazuki

Niesamowity japoński bard, występujący zarówno solo, jak i z zespołem. Ma bardzo charakterystyczny styl śpiewania z łamaniem się głosu, warknięciami, krzykiem itp. Pisze świetne utwory i utrzymuje wysoki poziom na kolejnych płytach, ale kilka niewątpliwie jest wyjątkowych, np.: “Beauty Without Mercy” czy zeszłoroczna “Red Water, Blue Water” to dla mnie jego szczytowe osiągnięcia, ale mógłbym tu polecić i tuzin innych (na pewno koncertówki warto przesłuchać).

Kazuki Tomokawa – Waltz

10. Tujiko Noriko

Jako przedstawicielka laptopowych Japonek, których na tamtejszej scenie jest całe mnóstwo, ale nie każda może pochwalić się takim dorobkiem płytowym, jak Tujiko. Muzycznie to introwertyczna elektronika, która wykorzystuje szumy, owadzie szmery i inne, często uchodzące za brzydkie, dźwięki do tworzenia w miarę melodyjnych piosenek. Mój typ płytowy to “From Tokyo to Naiagara”, ale zaraz za nim są “Make Me Hard” i nagrana z Takamasą Aokim “28″.

Tujiko Noriko – Fly

10+1 Merzbow

Nie wiem, czy się skusisz, ale chyba warto przynajmniej spróbować przesłuchać w całości jakąś płytę najbardziej ikonicznej postaci sceny noise. Wbrew pozorom jego dorobek jest całkiem zróżnicowany, a przynajmniej obejmuje pozycje reprezentujące różne stadia hałasu. Ja sugerują rzucić się na głęboką wodę i załączyć “Venereology” lub “1930″, obie bardzo fizyczne i gęste, dobrze oddają specyfikę japońskiej odmiany noise.

flag_Japan_small_tcm99-58609

Orange Warsaw nie taki różowy

06.09.2009 | 7 odpowiedzi

Pharrell Williams w akcji,

N.E.R.D. nigdy nie porwali mnie w czterech ścianach, ale na żywo to żywioł, chociaż kontrolowany. Energią i profesjonalizmem przebili  wszystkich, których w tym roku widziałem – w tej drugiej dyscyplinie nawet twórców popularnej piosenki “Creep”. Pharrell Williams i towarzyszące mu dziewczę (świetny, czyściutki wokal) wycisnęli z nastoletniej publiczności więcej, niż mogła z siebie dać. I nie chodzi mi o latające staniki, ale o to, że na rzucane ze sceny zaczepki odpowiadano nawet w moim 745 rzędzie, a obok mnie refreny śpiewał facet, który słyszał je po raz pierwszy.

Co ciekawe, N.E.R.D. koncertowe to kapela mało hip-hopowa: dwa solidne zestawy perkusyjne (Greatful Dead – King Crimson – Slipknot – N.E.R.D.?), przesterowany Fender, którego dźwięk fajnie modulowały niefajne podmuchy wiatru, a w wokalach melodia na melodii. Na scenie jedna wielka feta, a kiedy pojawili się na niej przedstawiciele widowni, to kamery totalnie zgłupiały i nie wiedziały, za co się brać. Wszystko to bez strat muzycznych. Mówiąc krótko: N.E.R.D. to wzorowy przykład, jak zrobić coś z niczego.

MGMT odwrotnie, a to dla nich wybrałem się pod Pałac Kultury. Sympatyczne studyjne kawałki na  żywo zieją artystyczną pustką i kompozycyjnym prymitywizmem. No i nie zdawałem sobie dotąd sprawy, że Nowojorczycy są tak bardzo rozdarci pomiędzy Modern Talking i wczesnymi Floydami.

W tym pierwszym, parkietowym wydaniu są efektowni i nawet w 154 rzędzie! temperatura wśród fanów błyskawicznie wzrastała. Ale muzycznie za tymi wybuchami entuzjazmu nie stała charyzma zespołu, ale zwykle jedna keyboardowa melodyjka i rytmiczny prymityw (stopka rządzi). Ogólnie materiał źle znoszący próbę skoncentrowanej uwagi. Ci, którzy tańczyli, dobrze robili.

W wersji hipisowsko-psychodelicznej można z kolei zaziewać się na śmierć, jeśli na półce ma się chociaż kilka płyt z przełomu lat 60. i 70. Nawet telebimy wyświetlały obrazy montowane w duchu teledysków Led Zeppelin. Chwilami miałem wrażenie, że oglądam progresywne The Spinal Tap i zaraz ktoś się zacznie śmiać. Nie było śmiechu, za to mnóstwo śpiewu – ludzie znali teksty! Polska młodzież czyta Pitchforka!

Narzekam, a przecież na trasę wziął ich w tym roku sam Paul McCartney. Pewnie chodzi o to, że przy temperamencie Andrzeja Van Wyngardena, który wokalnie okazał się bratem bliźniakiem Dana Deacona (ale bez użycia pitch shiftera), nawet stary Bitels wygląda na studenciaka.

Główny bohater występu: publiczność. Główny antybohater: (mimo wszystko) pogoda. Chociaż w pewnym sensie te minutowe ulewy pasowały do tego, co działo się na scenie.

Groove Armada obejrzeliśmy z Arturem w mokrych, ale wygodnych wiklinowych fotelach daleko za plecami tłumu., bo podejście bliżej oznaczało ciągłe ustępowanie drogi osobnikom migrującym. Jak się okazało, oprócz fajnej nazwy i logo Groove Armada mają też barwną wokalistkę, która samotnie próbowała zaspokoić głód kamer (po N.E.R.D. trudne zadanie). Mają też baterię laserów i sporo bonusowych podkładów do puszczania z laptopa, w tym wszystkie chórki.

Co odkrywszy, wynieśliśmy się z poczuciem spełnionego obowiązku. W porządku, takie darmowe masówki są potrzebne chociażby do tego, żeby dowiedzieć się, na co pieniędzy na pewno nie warto wydawać.

Fine.

Animal Collective vs Victoria Bergsman

04.09.2009 | 5 odpowiedzi

.

Animal Collective ? My Girls

vs

Taken by Trees ? My Boys

.