RSS

Należało się

10.09.2009 | 11 odpowiedzi

Na koncercie miała nieco inny fryz

.

10 japońskich wykonawców których trzeba poznać – gościnnie Artur Szarecki

08.09.2009 | 16 odpowiedzi

Shamisen Ledwie poprosiłem Artura, aby mi „kiedyś” przygotował japoński niezbędnik muzyczny, a oto już dostałem odpowiedź. Chomikowanie jej byłoby grzechem, więc dzielę się i dziękuję w imieniu swoim (6/11 nie znałem) oraz wszystkich, którzy skorzystają. Jeśli macie swoje typy, to zapraszam, a sam też postaram się dorzucić kilku moich ulubieńców. Póki co zapuściłem Merzbowa, którego ostatnio słuchałem dokładnie 4,5 roku temu (takie chwile się pamięta).

Od autora: kolejność alfabetyczna.

1. Acid Mothers Temple & the Melting Paraiso U.F.O.

Niezwykle intensywne, często sięgające kilkudziesięciu minut improwizacje, w których kraurockowa motoryka łączy się ze space-rockowym klimatem i garage’owym brzmieniem, zapewniły im status chyba największej ikony japońskiej neo-psychodelii. Wydawali mnóstwo, ale generalnie formuła grania jest mniej więcej podobna. Płyty, które szczególnie warto poznać, to: „Univers Zen Ou de Zero a Zero” i „La Novia”; dla bardziej zaawansowanych także: „Electric Heavyland” (chyba najcięższa) i „In C” (chyba najbardziej awangardowa).

►Acid Mothers Temple – Electric Love Machine

2. Altered States

Bardzo ciekawe power-trio, złożone z wyśmienitych muzyków, którzy poruszają się pomiędzy kompozycją i improwizacją, przeważnie zbaczając w stronę tej drugiej. Unikalne brzmienie zawdzięczają głównie gitarzyście – Kazuhisa Uchihashi z niezwykłą wprawą posługuje się mnóstwem elektronicznych przetworników, a jego styl nie przypomina żadnego innego znanego mi muzyka (fajnie ogląda się go na żywo: najpierw słyszysz fizyczne uderzenie w struny, a dopiero chwilę potem właściwy dźwięk, często przetworzony nie do poznania). Dwójka pozostałych muzyków jest również wyśmienita, a na późniejszych płytach osiągnęli taki stopień porozumienia, że czasem ciężko zgadnąć, czy to umówione, czy spontaniczne granie (mają kilka albumów 100% free). Rzeczy do poznania: „4″, „6″ i „Cafe 9.15″ (z Rothenbergiem na saksofonie).

Altered States

3. Boredoms

Zespół szalonych eksperymentatorów o sporym poczuciu humoru. Łączyli hałas z zabawą, nie przywiązując się na długo do żadnego gatunku i dzięki temu często osiągając zaskakujące i ciekawe rezultaty. Moją ulubioną płytą jest „Pop Tatari”, ale na pewno warto też poznać bardziej elektroniczne „Super Ae” czy krautrockowe „Vision Creation Newsun”. To ważny zespół i stąd ma tu swoje miejsce, choć ja – szczerze powiedziawszy – bardziej lubię późniejsze wcielenia tych muzyków, a było ich sporo (wokalista Yamatsuka Eye darł ryja w Zornowskim Naked City, gitarzysta Seiichi Yamamoto założył trans-rockowe Rovo, a perkusistka Yoshimi P-We niedefiniowalną grupę OOIOO).

►Boredoms – Telehorse Uma

4. Boris

Jeden z najważniejszych zespołów sludge/doom/drone, choć te etykietki nie oddają złożoności ich muzyki. Na swych kolejnych wydawnictwach z zaskakującą elokwencją dokonują radykalnej dekonstrukcji rockowej tradycji, poruszając się przy tym po niezwykle szerokim spektrum gatunkowym: od ekstremalnego drone-doom metalu („Absolutego”, 1996), przez radykalną psychodelię („Amplifier Worship„, 1998) i mega-ciężki stoner-rock („Heavy Rocks„, 2002, „Pink”, 2006), po muzykę filmową („Mabuta no Ura„, 2005). Właściwie wszystko to jest warte wysłuchania, plus jeszcze „Feedbacker”, ale jeśli chcesz krótkiego przeglądu przez ich różne oblicza to posłuchaj po prostu „Akuma no Uta”.

Boris – Statement

5. DJ Krush

Nie wiem, czy warto tu pisać o kimś, kto jest tak znany, ale chciałem ukazać w miarę szerokie spektrum stylistyczne, a poza tym facet tworzy naprawdę świetną muzykę. Pamiętam, że jak kiedyś oglądałem film „Scratch”, to miałem wrażenie, że autorzy nie bardzo wiedzieli, jak włączyć tam Krusha, a zarazem nie mogli go tak po prostu pominąć. Ma więc swój własny, króciutki segment, który wyraźnie odstaje od reszty filmu, zresztą tak, jak jego klimatyczny, kontemplacyjny hip-hop odstaje od muzyki innych, efekciarskich turntablistów. Płyty do przesłuchania to np. „Kakusei” czy „Zen” oraz koniecznie „Ki-Oku” z równie niesamowitym trębaczem – Toshinorim Kondo.

DJ Krush – Kemuri

6. Haino Keiji

Niezwykle ciekawa postać: wszechstronny muzyk, wokalista, performer, udzielający się w wielu różnych projektach, ale każdy z nich naznacza swoją silną osobowością. Muszę przyznać, że często jego muzyka jest dla mnie pod pewnymi względami zbyt radykalna, ale kilka rewelacyjnych pozycji w jego dorobku i dla siebie znalazłem, np. „Tenshi no Gijinka” (tylko na instrumenty perkusyjne i głos), „Watashi Dake” (gitara akustyczna i głos) czy projekt Sanhedolin/Sanhedrin (radykalny noise-rock – tu pewno trzeba by wymienić także jego słynne trio Fushitsusha, które jest jednak bardziej eksperymentalne i ciężkostrawne).

Haino Keiji Live

7. Otomo Yoshihide New Jazz Ensemble/Quintet/Orchestra

Nie jestem wielkim zwolennikiem japońskiego jazzu, ale ten projekt jest wyjątkowy pod wieloma względami i uznaję go za jeden z najważniejszych zespołów jazzowych ostatniej dekady na świecie. Koniecznie trzeba posłuchać płyty „Dreams” z przepięknie rozimprowizowanymi piosenkami, doskonałych nagrań kwintetu, jak „ONJQ Live” i „Tails Out” oraz „ONJQ+OE” (jedna z najciekawszych prób łączenia jazzu z elektroniką, jaką znam), a także orkiestrowej „Plays Eric Dolphy’s „Out to Lunch” ze wspaniałą dekonstrukcją klasyki, która tu zyskuje nowe życie.

► Otomo Yoshihide’s New Jazz Ensemble – Dreams

8. Ruins

Jeden z zespołów, które określały oblicze japońskiej awangardy lat 90. Duet bas i perkusja. Surowa energia, dziwaczne wokale w wymyślonym języku i najbardziej połamane rytmicznie podziały, jakie tylko można sobie wyobrazić. Perkusista i założyciel Tatsuya Yoshida próbował potem przenieść ten styl na różne inne projekty, czasem z bardzo dobrym skutkiem (Koenji Hyakkei, Knead, duety z Satoko Furii i Kazuhisą Uchihashim). Najlepiej zacząć od najbardziej przystępnej płyty „Tzomborgha”, bardziej radykalne oblicze zespół prezentuje np. na „Hyderomastgroningen”.

Ruins – Pallaschtom ~ Snare ~ Ghallalvish Perrdoh

9. Tomokawa Kazuki

Niesamowity japoński bard, występujący zarówno solo, jak i z zespołem. Ma bardzo charakterystyczny styl śpiewania z łamaniem się głosu, warknięciami, krzykiem itp. Pisze świetne utwory i utrzymuje wysoki poziom na kolejnych płytach, ale kilka niewątpliwie jest wyjątkowych, np.: „Beauty Without Mercy” czy zeszłoroczna „Red Water, Blue Water” to dla mnie jego szczytowe osiągnięcia, ale mógłbym tu polecić i tuzin innych (na pewno koncertówki warto przesłuchać).

Kazuki Tomokawa – Waltz

10. Tujiko Noriko

Jako przedstawicielka laptopowych Japonek, których na tamtejszej scenie jest całe mnóstwo, ale nie każda może pochwalić się takim dorobkiem płytowym, jak Tujiko. Muzycznie to introwertyczna elektronika, która wykorzystuje szumy, owadzie szmery i inne, często uchodzące za brzydkie, dźwięki do tworzenia w miarę melodyjnych piosenek. Mój typ płytowy to „From Tokyo to Naiagara”, ale zaraz za nim są „Make Me Hard” i nagrana z Takamasą Aokim „28″.

Tujiko Noriko – Fly

10+1 Merzbow

Nie wiem, czy się skusisz, ale chyba warto przynajmniej spróbować przesłuchać w całości jakąś płytę najbardziej ikonicznej postaci sceny noise. Wbrew pozorom jego dorobek jest całkiem zróżnicowany, a przynajmniej obejmuje pozycje reprezentujące różne stadia hałasu. Ja sugerują rzucić się na głęboką wodę i załączyć „Venereology” lub „1930″, obie bardzo fizyczne i gęste, dobrze oddają specyfikę japońskiej odmiany noise.

flag_Japan_small_tcm99-58609

Orange Warsaw nie taki różowy

06.09.2009 | 7 odpowiedzi

Pharrell Williams w akcji,

N.E.R.D. nigdy nie porwali mnie w czterech ścianach, ale na żywo to żywioł, chociaż kontrolowany. Energią i profesjonalizmem przebili  wszystkich, których w tym roku widziałem – w tej drugiej dyscyplinie nawet twórców popularnej piosenki „Creep”. Pharrell Williams i towarzyszące mu dziewczę (świetny, czyściutki wokal) wycisnęli z nastoletniej publiczności więcej, niż mogła z siebie dać. I nie chodzi mi o latające staniki, ale o to, że na rzucane ze sceny zaczepki odpowiadano nawet w moim 745 rzędzie, a obok mnie refreny śpiewał facet, który słyszał je po raz pierwszy.

Co ciekawe, N.E.R.D. koncertowe to kapela mało hip-hopowa: dwa solidne zestawy perkusyjne (Greatful Dead – King Crimson – Slipknot – N.E.R.D.?), przesterowany Fender, którego dźwięk fajnie modulowały niefajne podmuchy wiatru, a w wokalach melodia na melodii. Na scenie jedna wielka feta, a kiedy pojawili się na niej przedstawiciele widowni, to kamery totalnie zgłupiały i nie wiedziały, za co się brać. Wszystko to bez strat muzycznych. Mówiąc krótko: N.E.R.D. to wzorowy przykład, jak zrobić coś z niczego.

MGMT odwrotnie, a to dla nich wybrałem się pod Pałac Kultury. Sympatyczne studyjne kawałki na  żywo zieją artystyczną pustką i kompozycyjnym prymitywizmem. No i nie zdawałem sobie dotąd sprawy, że Nowojorczycy są tak bardzo rozdarci pomiędzy Modern Talking i wczesnymi Floydami.

W tym pierwszym, parkietowym wydaniu są efektowni i nawet w 154 rzędzie! temperatura wśród fanów błyskawicznie wzrastała. Ale muzycznie za tymi wybuchami entuzjazmu nie stała charyzma zespołu, ale zwykle jedna keyboardowa melodyjka i rytmiczny prymityw (stopka rządzi). Ogólnie materiał źle znoszący próbę skoncentrowanej uwagi. Ci, którzy tańczyli, dobrze robili.

W wersji hipisowsko-psychodelicznej można z kolei zaziewać się na śmierć, jeśli na półce ma się chociaż kilka płyt z przełomu lat 60. i 70. Nawet telebimy wyświetlały obrazy montowane w duchu teledysków Led Zeppelin. Chwilami miałem wrażenie, że oglądam progresywne The Spinal Tap i zaraz ktoś się zacznie śmiać. Nie było śmiechu, za to mnóstwo śpiewu – ludzie znali teksty! Polska młodzież czyta Pitchforka!

Narzekam, a przecież na trasę wziął ich w tym roku sam Paul McCartney. Pewnie chodzi o to, że przy temperamencie Andrzeja Van Wyngardena, który wokalnie okazał się bratem bliźniakiem Dana Deacona (ale bez użycia pitch shiftera), nawet stary Bitels wygląda na studenciaka.

Główny bohater występu: publiczność. Główny antybohater: (mimo wszystko) pogoda. Chociaż w pewnym sensie te minutowe ulewy pasowały do tego, co działo się na scenie.

Groove Armada obejrzeliśmy z Arturem w mokrych, ale wygodnych wiklinowych fotelach daleko za plecami tłumu., bo podejście bliżej oznaczało ciągłe ustępowanie drogi osobnikom migrującym. Jak się okazało, oprócz fajnej nazwy i logo Groove Armada mają też barwną wokalistkę, która samotnie próbowała zaspokoić głód kamer (po N.E.R.D. trudne zadanie). Mają też baterię laserów i sporo bonusowych podkładów do puszczania z laptopa, w tym wszystkie chórki.

Co odkrywszy, wynieśliśmy się z poczuciem spełnionego obowiązku. W porządku, takie darmowe masówki są potrzebne chociażby do tego, żeby dowiedzieć się, na co pieniędzy na pewno nie warto wydawać.

Fine.

Sara Tavares – Xinti

04.09.2009 | Skomentuj

Sara Tavares – Xinti (World Connection/GiGi)

 

Miała ledwie 16 lat, gdy w 1994 roku na Eurowizji rozpoczynała międzynarodową karierę. O ile wiekiem niespecjalnie odstawała od gwiazd imprezy, o tyle ze swoją bardziej efektywną – pod względem skuteczności budowania nastroju – niż efektowną muzyką wypadała przy plastikowej euromłodzieży nie lepiej, niż pięć lat później nasz Mietek Szcześniak.

Jeśli kariery muzyczne mierzyć linijką, to występ na Eurowizji stanowił apogeum jej kariery. Pod każdym innym względem Sara Tavares – pochodząca z Wysp Zielonego Przylądka nieopodal wybrzeża Mauretanii, na co dzień mieszkająca w Lizbonie – najlepsze miała dopiero przed sobą. Po dwóch płytach, na których rozdarcie między muzyką portugalską, anglosaską piosenką i tradycją afrykańską usiłowała przekuć w coś konstruktywnego, w końcu osiągnęła równowagę na albumie wymownie zatytułowanym „Balancê”: bez mała wybitnym okazem europejskiego world music, a przy tym szalenie chwytliwym.

Najnowszy krążek altowej wokalistki i sprawnej gitarzystki to mniej przebojów i (jeszcze) więcej iberyjskiego ducha. Brakuje na „Xinti” hitów od pierwszego usłyszenia w rodzaju „Bom Feeling” czy „Balancê”, ale nie ubyło Sarze wyobraźni aranżacyjnej, chętnie sięga po egzotyczne instrumenty, a melodie ubiera w formę niezobowiązujących piosenek uparcie kojarzących się z nadmorską sjestą. Z Sarą upalne dni upłyną wolniej, ale nieporównywalnie przyjemniej niż z kimkolwiek innym. Wypada pójść za radą płyty: „Poczuj to”.

„Przekrój”

 

Fine.

Animal Collective vs Victoria Bergsman

04.09.2009 | 5 odpowiedzi

.

Animal Collective ? My Girls

vs

Taken by Trees ? My Boys

.

Agresja na scenie, hip-hop na biurku (Kiosk 8/09)

02.09.2009 | 1 odpowiedź

Poznaj nowe oblicze Dana Deacona

Rok szkolny zacząłem od solidnej lektury, czyli dziennikarskiej pisaniny na temat dziennikarskiej pisaniny. John Harris na łamach „Guardiana” wspomina początki krytyki muzycznej. Zacznijcie od akapitu „The history of rock writing begins around 1966 when…”

Wspominany tam Lester Bangs, publicysta tyleż legendarny, co enigmatyczny (w tle rockowe przedawkowanie valium w wieku 33 lat), tak radził jednemu ze swoich podopiecznych, że niejeden writer rzucający w „Machinie” hurtem czwórkami i piątkami mógłby się zawstydzić:

It’s not enough just to like the chord progression on a couple of tracks and the cowbell sound. You got to get beneath the surface: if these people turned up on your doorstep, would you invite them in? And if not, why are you listening to their music?

Długością z tym tekstem rywalizuje Pitchforkowe podsumowanie dekady w popie, ale okazuje się kluczeniem w poszukiwaniu dowodów na prawdziwość tez dowodzenia niewartych. Honor PFM trzeba jednak oddać za społeczną historię mp3, którą Licealistom 2.0 wypadało by wpisać na listę lektur obowiązkowych z WOS-u.

Sceniczną sensacją sezonu jest Patrick Wolf, który na niemieckim C/O Pop Festival urządził niezły cyrk. Potem tłumaczył się, że tylko wyrażał ogólną irytację światem. Równie nerwowy okazał się Calvin Harris – na Twitterze tak podsumował nieprzychylnych mu recenzentów:

THIS ENTIRE INDUSTRY IS FULL OF RICH PEOPLE’S KIDS, EVERYWHERE, FUCKING RICH PEOPLE’S KIDS RICH PEOPLE’S KIDS (…)

To ja nie będę ryzykował i jego koncert na Orange Warsaw ominę.

Dlaczego Spotify nie jest fajne dla artystów, wbrew wszelkim pozorom? Bo nie dość, że nawet ci w miarę popularni dostają grosze, to spore udziały w firmie mają koncerny muzyczne: Sony BMG 5,8%, Universal 4,8%, Warner 3,8%, EMI 1,9%,  Merlin 1,0%. Całe 18% akcji otrzymali oni za… 10 tysięcy euro.

Pociechą dla strapionych po rozpadzie jego ansamblu niech będzie nowy teledysk Dana Deacona, a na deser polecam dwie zabawne japońskie reklamówki z Adrianem Belew z King Crimson w roli błazna: ze słoniem oraz małpą.

„Independent” pisze o złotej erze okładek, a NPR wyprzedzając wszystkich o pół roku zmontował głosami internautów listę najlepszych utworów 2009 roku. Zestaw o tyle przydatny, że większości typów słucha się na miejscu.

Jak blogi wszystko zmieniły – bada Scott Rosenberg i dochodzi do dwóch wniosków: blogów nie wolno porównywać do kanałów telewizyjnych, których ilość musi być ograniczona. Nieprawda, że „blogów jest zbyt wiele!” bo więcej mają one wspólnego z telefonowaniem niż telewizją: poprzez oba media przekazuje się podobne treści. Stąd wniosek drugi: blogowanie to także, a może przede wszystkim, czytanie, tak jak słuchanie jest składową rozmowy.

Jeśli ktoś lubi fantastykę, to polecam opowiadanie „Exhalation” Teda Chianga, które wygrało w tym roku Hugo Awards. A żeby skończyć szkolnym akcentem, poznajcie pioniera hip-hopu biurkowego (można też poćwiczyć samemu). Calvin? Odleciał.

o1Więcej Kiosków

Fine.

M83 – wywiad

01.09.2009 | Skomentuj

Ostatni album „Saturdays = Youth” wyniósł cię z alternatywnej niszy na piedestał. Przełom?
Anthony Gonzalez: – Dla mnie każdy album był punktem zwrotnym, bo oznaczał podjęcie ryzyka. Tym razem zaryzykowałem zmianę stylu – przy zachowaniu pewnych cech charakterystycznych – na bardziej piosenkowy. Ale w muzyce najbardziej kocham właśnie ciągłą pogoń za nowością. To eksperymenty uzasadniają nagrywanie kolejnych płyt. Gdy byłem nastolatkiem, interesowały mnie podziemne kapele – im dziwniej, tym lepiej. Dzisiaj potrzebuję rzeczy prostych i bezpośrednich. Dlatego nagrałem album popowy.

Dlaczego w duchu lat 80.?
– „Saturdays = Youth” to mój hołd dla jednej z najważniejszych dekad w historii muzyki. Nagrania z tamtych czasów nadal są niezwykle poruszające. Choć był to czas poszukiwań, zrodził całe mnóstwo przepięknych piosenek.

A czego słuchasz dzisiaj?
– Siedzę po uszy w muzyce poważnej. Ale bez obaw, w najbliższym czasie nie będę się zabierał do grania klasyki! Od dawna marzy mi się jednak podwójny album, potężnie brzmiący, zróżnicowany gatunkowo. Być może nadszedł właściwy moment.

Kiedyś M83 było duetem. Lepiej czujesz się jako solista?
– Uwielbiam samotnie dłubać w studiu. Tylko ja i muzyka. Grając w zespole, nie byłbym w stanie wspiąć się na taki poziom szczerości, co tworząc solo. Łatwiej przekazywać emocje w samotności. Nie musisz nikogo przekonywać, ani silić na wyjaśnienia.

To, że śpiewasz po angielsku, nie przeszkadza twoim rodakom?
– Fakt, trudno nam się przebić we Francji. Czasem gramy w Paryżu, bo to wielkie miasto, ale poza stolicą jest spory kłopot. W radiu nas właściwie nie ma. Cóż zrobić – o muzyce myślę po angielsku, większość moich ulubionych kapel pochodzi z Ameryki i Wielkiej Brytanii. Na szczęście ostatni album trochę poprawił sytuację.

Słyszałem, że w tytułowe soboty zwykle brałeś narkotyki?
– Nie tylko w soboty! (śmiech) Ale chodzi o coś innego. Kiedy jesteś dzieckiem, sobota to najważniejszy dzień. Masz za sobą cały tydzień nauki, a nie myślisz jeszcze o poniedziałku. Słuchasz muzyki, oglądasz filmy, chodzisz na koncerty, spędzasz czas z przyjaciółmi – otwierasz się na świat. Na sobotę czekasz przez całą resztę tygodnia.

(„Przekrój” 26/2009)

 

 

Fine.