Czy ?Rzeczpospolita? zdoła cofnąć czas?

30.10.2009 | 2 odpowiedzi

W “Rzeczpospolitej” wywiad z Jackiem Szabrańskim z The Car is On Fire, którzy po powrocie z Japonii zagrają dziś w stołecznej Cafe Kulturalna. (Miejsce o tyle fajne, że patrzy się muzykom na ręce z odległości 15 cm). Wywiad ilustruje zdjęcie Borysa Dejnarowicza, który – przypomnijmy – nie dość, że Jackiem Szabrańskim nie jest, to jeszcze pożegnał się z grupą dobre dwa lata temu.

Borys Dejnarowicz jako Jacek Szabrański (źródło: www.rp.pl)

Ot, pomyłka? Mam trochę inne podejrzenia:

1) Ktoś w redakcji “Rz” cholernie tęskni za dawnym składem TCIOF. Rozumiem.

2) Ta sama osoba z redakcji “Rz” jest przekonana, że media nie tylko relacjonują, ale również kreują rzeczywistość. Znów rozumiem.

3) Skrycie liczy, że wzruszony publikacją Borys dołączy dziś do dawnej kompanii, dojdzie do pierwszego reunion w historii grupy, a swój nowy solowy album Borys ostatecznie wyda pod szyldem TCIOF.

4) Będzie mogła opublikować artykuł z gatunku moich ulubionych, to jest utrzymany w formule Sukces “Rz”!: “Po naszej interwencji…”.

To ja trzymam kciuki, o ile później spróbujemy reaktywować Talk Talk.

Fine.

Sigur Rós kontra Amica, czyli potęga bezwstydu

29.10.2009 | 7 odpowiedzi

Przedwczoraj w sali kinowej zaatakowała mnie swoją nową reklamą Amica. Kiedy już otrząsnąłem się z szoku, wstyd mi się zrobiło, że tak utalentowany producent – kimkolwiek jest – porwał się na coś tak bezczelnego. (Na wszelki wypadek linkuję oryginał). Slogan akcji: “Potęga stylu”.

Ale przy okazji przypomniało mi się, że kiedy rok temu zbierałem materiały do większego tekstu o plagiatach muzycznych, o balansowaniu na granicy plagiatu rozmawiałem też z twórcami reklam. Jeden ze speców studia Locomo tak mi wtedy streszczał zjawisko:

Idea jest zrozumiała – reklama służy zarabianiu pieniędzy, a sposób przekazu ma na celu wyłącznie to, by widz reklamę zapamiętał. Jeżeli usłyszy “Yesterday” albo “Stairway to Heaven”, sukces mamy w kieszeni, ale koszty będą wysokie.

Sprytni i zręczni producenci i kompozytorzy potrafią napisać kawałek podobny do takiego przeboju, przestawiając dajmy na to kilka nut przy niezmienionym rytmie i aranżacji. Trudno wtedy kogokolwiek oskarżyć o plagiat, a efekt jest prawie taki, jakbyśmy wykorzystali oryginał.

Klientom zresztą zwykle przedstawia wersję demo reklamy z takim oryginałem w tle. Jeśli się spodoba, przerabiamy utwór, dbając o zachowanie klimatu, który w reklamie jest kluczowy. Jeśli nie jest to zjawisko bardzo popularne, to dlatego, że wynajęcie profesjonalistów też kosztuje.

Wykupienie samego prawa do melodii, którą wykorzysta się po swojemu, to koszt rzędu dziesiątek tysięcy dolarów. Aby wykorzystać oryginalną piosenkę, trzeba do tej kwoty dodać jedno zero. W przypadku największych hitów, dajmy na to The Beatles czy Michaela Jacksona, mogą to być nawet miliony dolarów.

W innym studiu filmowym dowiedziałem się, że wykorzystanie polskiej piosenki kosztuje zazwyczaj 200-300 tys. zł. Stawki liczy się według procentu budżetu medialnego kampanii, przeznaczanego na emisję w radiu czy telewizji. Zwykle jest to jakieś 6-10 procent budżetu, a ten sięga przeciętnie kilku milionów zł.

Jeżeli dla artysty to za mało albo zupełnie odmawia współpracy, to zamawia się pół-plagiat. Dla uniknięcia problemów przed premierą specjalistyczną ekspertyzę wykonuje prawnik-muzykolog. O czym Amica na pewno pamiętała, więc szkoda islandzkim chłopakom zawracać głowę. Ale wstyd.

Fine.

Tomasz Stańko – wywiad ewolucyjny

28.10.2009 | Skomentuj

Tomasz Stanko - wywiad (październik 2009)

.

Michael Nyman – wywiad rewolucyjny

27.10.2009 | 2 odpowiedzi

Michael Nyman - wygląda jak profesor i podobnie mówi

Motion Trio to polskie “eksportowe” zgromadzenie akordeonowe, które potrafi zagrać na akordeonie wszystko: Pendereckiego, Stańkę, nawet elektronikę. Michael Nyman to ulubiony kompozytor Petera Greenawaya, ale zwykle kojarzy się ze ścieżką dźwiękową do “Fortepianu” Jane Campion. I właśnie nagrali wspólnie płytę, na której MT pokazują, że akordeon nadaje się do grania minimalizmu nie gorzej niż fortepian.

Dzień po ich wspólnym, świetnym koncercie w Trójce (półgodzinne wideo na Trójkowej stronie) dorwałem Nymana, by go zagadnąć o tę nietypową współpracę – efekty w dzisiejszym “Przekroju”. Ale jakoś dobrze nam się rozmawiało – mimo sporej różnicy wieku – więc skorzystałem z okazji i po wywiadzie oficjalnym zadałem jeszcze kilka pytań od czapy.

Co pana najbardziej interesowało w muzyce, gdy był pan – dajmy na to – w moim wieku?

To byłby początek lat 70… Powiedzmy 1970 rok. Dopiero odkrywałem minimalizm i właśnie robiłem wywiad ze Stevem Reichem. Tak, siedziałem w moim domu w Londynie i rozmawiałem z Reichem! Wtedy jeszcze nie komponowałem i, prawdę mówiąc, niewiele wiedziałem o tej muzyce. Ledwo kojarzyłem Terry’ego Rileya i La Monte Younga, ale już wtedy ten świat wydawał się bardzo świeży, żywy, wręcz obrazoburczy. Wychowałem się na Cage’u i Stockhausenie, a tu nagle pojawia się tak odmienne podejście do struktur muzycznych, brzmienia czy samej prezentacji muzyki.

I jak pan się w tym odnalazł jako kompozytor?

Zabrałem minimalizm z powrotem do punktu wyjścia, a następnie – dzięki temu, że miałem trochę inne doświadczenia muzyczne niż choćby Reich – skojarzyłem go z muzyką europejską, która mnie fascynowała. Stworzyłem nowy język pośredniczący między minimalizmem i barokiem. Ale zawsze jest tak, że jedni robią rewolucję, a inni na niej budują. Steve i La Monte Young urządzili rewolucję, a myśmy ją tylko poprowadzili dalej – każdy pociągnął ją w swoim kierunku. Nie wydaje mi się, by w ciągu kolejnych 40 lat w muzyce wydarzyło się coś równie ciekawego.

Czeka pan w ogóle na kolejną taką rewolucję?

Słucham młodych kompozytorów i szczerze mówiąc nie widzę żadnej zasadniczej zmiany. Niektórzy wciąż funkcjonują w świecie, w którym minimalizm się nie wydarzył. Inni spłycają go, jakby nie orientowali się w historii muzyki i nie słuchali muzyki współczesnej. Zresztą pop od lat 60-70. również nie poszerzył w sposób znaczący naszej świadomości muzycznej. W każdym razie w moim świecie brakuje takiej siły przewodniej, czegoś równie oryginalnego. Czegoś, czego istnienie byłoby wręcz koniecznością. Oczywiście ten zastój bardzo mi służy, bo w wieku 65 lat ciągle mam na scenie swoje miejsce oraz publiczność, wśród której są zarówno nastolatki, jak i 80-latkowie (śmiech).

No tak, nie było rewolucji, więc nie jest pan człowiekiem poprzedniej epoki?

Dokładnie. Tym bardziej, że czuję się dziś znacznie bardziej kreatywny i odważny jako kompozytor, niż ćwierć wieku temu. Wówczas tworzyłem rzeczy jednoznaczne, teraz z każdym nowym utworem staram się poszerzać zestaw narzędzi ekspresji. Niektórzy fani powiedzą, że moja nowa opera nie ma tej bezpośredniości, co ścieżka dźwiękowa “Kontraktu rysownika”. Rzecz w tym, że “Kontrakt” już się wydarzył – w 1982 r. Kilka dni temu wyszedłem ze studia, gdzie nagraliśmy nowe soundtracki do mało znanych filmów Dzigi Vertova, jak “The Sixth Part of the World” i to znów było dla mnie coś fascynującego. Lubię chodzić tam, gdzie publiczność najmniej mnie oczekuje.

Nie myśli pan sobie czasem, że w skali makro “wszystko w muzyce już wymyślono”?

Tak można było sobie pomyśleć już po Bachu. Kiedy zajmowałem się zawodowo historią muzyki, najbardziej interesowały mnie okresy przejściowe, języki przemian. Jak to jest, że Mozart używa poniekąd tego samego języka muzycznego, co Bach, ale nastrój, dynamika, wyraz jego muzyki jest tak odmienny? Ile w tym samej muzyki, a ile wynika z ówczesnych warunków społecznych, politycznych czy ekonomicznych?

O własnej muzyce nie myślę oczywiście w ten sposób. Za dużo czasu zajmuje mi jej pisanie! Ale zasadniczą różnicę widać jak na dłoni: Mozart, Beethoven czy Haydn funkcjonowali w swego rodzaju monokulturze, każdy posługiwał się tym samym językiem, miał podobny głos. Dziś żyjemy w świecie przeciwieństw, sprzeczności, kompozytorów-indywidualistów, wręcz kompozytorów-egoistów. Moja muzyka może funkcjonować w tych samych ramach kulturowych i ekonomicznych co muzyka Stockhausena. I może to jest nasza szansa.

Fine.

Nowy rasizm muzyczny

25.10.2009 | 8 odpowiedzi

Muzyka przeciwko rasizmowiCo dopiero wytykałem Pitchforkowi, że czternaście z dwudziestu ich zdaniem najlepszych albumów mijającej dekady narodziło się w Stanach (w całym Top200 napis Made in USA pojawia się 114 razy), a już objawił nam się “Uncut” z jeszcze ciekawszym zestawieniem 150 płyt lat zerowych.

Oszczędźmy sobie tym razem wykresu, bo głupio robić tort podzielony rasowo. Rzecz w tym, że na liście “Uncut” pierwszy czarny artysta pojawia się na 45. miejscu. Jest to rock’n’soulowiec Solomon Burke z albumem “Don’t Give Up on Me” z 2002 roku.

Żeby było zabawniej, Burke wykonuje na nim piosenki Wielkich Białych Muzyków: Briana Wilsona, Toma Waitsa, Boba Dylana (dwa razy w Top10!), Van Morrisona, Elvisa Costello…

Przy tym zjawiskowym fakcie prawie zauważyłem, że “Kid A” wylądowało za debiutem Arctic Monkeys i inne tego typu ciekawostki. Niestety przedtem odkryłem, że całe zestawienie wygrało, o ironio, The White Stripes niejakiego Jacka White’a.

Fine.

Czego się wstydzimy

20.10.2009 | 34 odpowiedzi

Wiadomo: Last.fm starannie bada, czego każdy z 20 mln użytkowników serwisu słucha najczęściej. I pokazuje to całemu światu, w tym twoim znajomym, i tym prawdziwym, i tym z grupy wyznawców prawdziwego indie albo podziemnego dark ambientu. I zazwyczaj jest to bardzo fajne.

Ale ze słuchaniem jest tak, jak z oglądaniem: Almodovar Almodovarem, ale każdy obejrzy sobie czasem “Love Actually”, “Underworld”, dwa sezony “Battlestar Galactica” albo wszystkie 22 filmy o Bondzie (przyznaję się) .  I potem wstyd. (Albo i nie – patrz komentarze).

Na szczęście zanim koledzy z Last.fm cię przydybią i skompromitują, możesz wykasować z profilu niechciane tracki. Zarządzający serwisem zebrali to, zliczyli, i wywiesili najbardziej wstydliwe (w praktyce, a nie teoretycznie!) utwory września. A kiedyś udawało się, że ta koszulka Anathemy w szafie to nie moja…

1. Lady GaGa – Poker Face
2. Lady GaGa – Paparazzi
3. Britney Spears – Womanizer
4. Lady GaGa – Just Dance
5. Perry – I Kissed A Girl
6. Britney Spears – Circus
7. Lady GaGa – LoveGame
8. Black Eyed Peas – I Gotta Feeling
9. Britney Spears – Piece Of Me
10. Katy Perry – Hot N Cold

11. Coldplay – Viva La Vida
12. Paramore – Misery Business
13. Rihanna – Disturbia
14. Britney Spears – Gimme More
15. Britney Spears – If U Seek Amy
16. Michael Jackson – Beat It
17. Michael Jackson – Billie Jean
18. Britney Spears – Radar
19. Muse – Supermassive Black Hole
20. Kings of Leon – Sex On Fire

Fine.

Ojej

18.10.2009 | 12 odpowiedzi

Trafiłem w “Dużym Formacie” na Roberta Sankowskiego recenzję debiutanckiej płyty Julii Marcell, na którą ostatnio coraz częściej mówię “nasza Julijka”, a i tak wszyscy wiedzą, o kogo chodzi, co jest dobrym znakiem. Autor tekstu dał jej 2/4 i tak napisał:

W utworach Julii niby dzieje się sporo, ale ani same kompozycje, ani aranżacje, ani jej głos nie przykuwają uwagi na stałe. Utwory z “It Might Like You” to zapis emocji i klimatów, bardziej impresje i szkice niż pełnoprawne piosenki. I sama Marcell wydaje się na razie tylko szkicem, a nie w pełni ukształtowaną wokalistką.

A natrafiłem na ten tekst wracając metrem z Free Form Festival, którego najjaśniejszym punktem była dla mnie właśnie Julia Marcell. I to pomimo tego, że wystąpiła solo. Mimo atmosfery lokalu, a raczej jej braku. Mimo wczesnej pory, a więc i nikłej publiki. Mimo irytującego buczenia sprzętu. Mimo hałasów z drugiej sceny. Mimo problemów z nagłośnieniem.

Właśnie dlatego, że jej kompozycje są tak znakomite, że mogłaby je zagrać na grzebieniu. I właśnie dlatego, że jej głos – zadziwiająco dojrzały jak na wiek i staż – potrafi na kilkadziesiąt minut przykuć uwagę, nawet gdy zostaje sam (bo skrzypiec niestety nie było słychać).

Moi drodzy, “It Might Like You”, o której wspominałem już w pierwszym poście, wreszcie dociera do polskich sklepów i jest to jedyna ubiegłoroczna płyta, do której regularnie wracam. Nie Portishead, nie M83, ani Erykah, ani Lykke, ani nawet (z perspektywy coraz lepsze) Fleet Foxes, ani nawet (z perspektywy coraz słabsze) TV on the Radio. Nasza Julijka.

23 listopada ma zagrać w Teatrze Rozmaitości specjalny koncert z zespołem i ponoć smyczkowymi bonusami. Z ogromną przyjemnością zobaczę ją po raz trzeci w ciągu roku.

Fine.

Wyobraźnia jazzmana

16.10.2009 | 6 odpowiedzi

Wczoraj przyszły trzy nowe płyty z ECM i to nie jakichś tam drugorzędnych grajków. Spójrzcie i spróbujcie powstrzymać zachwyt okładkami:

Jan Garbarek Group - DresdenKeith Jarret - Paris LondonTomasz Stanko Quintet Dark Eyes

A propos tego ostatniego: w najbliższym (wtorkowym) “Przekroju” będzie spory wywiad – od nowego skandynawskiego bandu Stańki po trik na 50 lat świeżości na scenie.

Fine.

Nowy darmowy świat

14.10.2009 | 4 odpowiedzi

“Dlaczego wszystko musi być biznesem? Muzyka to sztuka, rozrywka, hobby – czy musimy traktować to jako porażkę, że nie wszyscy będą mogli na niej zarobić?”

Spójrz całościowo na rynek muzyczny: od artystów i promotorów koncertowych po iTunes oraz fanów wszyscy świetnie się czują w nowej rzeczywistości. Jedynym poszkodowanym cyfrowej rewolucji są wytwórnie muzyczne, ale skoro stają się nikomu niepotrzebne, cóż w tym dziwnego, że mają kłopoty? W tej chwili powstaje więcej dzieł sztuki niż kiedykolwiek w historii świata. To dobrze czy źle?”

Tradycyjne “za darmo” opiera się na triku: kiedyś rozdawano mężczyznom maszynki do golenia, licząc na sprzedaż nożyków. Dzisiaj dostajesz telefon komórkowy w zamian za podpisanie dwuletniej umowy. Cyfrowe “darmo” jest inne: nie chodzi o przenoszenie kosztów z jednego produktu na inny, ale o to, że sam koszt produkcji i dystrybucji błyskawicznie topnieje. A więc i jego cena zmierza do zera.

Wywiad z Chrisem Andersonem, naczelnym “Wired” i twórcą koncepcji długiego ogona kultury, w którym wyjaśnia, czemu wszystko w internecie będzie free, przeczytacie (za darmo) tutaj.

Fine.

Wesołych świąt

13.10.2009 | Skomentuj

Nigdy za wcześnie na świętowanie...

.