RSS

Nowy darmowy świat

14.10.2009 | 4 odpowiedzi

„Dlaczego wszystko musi być biznesem? Muzyka to sztuka, rozrywka, hobby – czy musimy traktować to jako porażkę, że nie wszyscy będą mogli na niej zarobić?”

Spójrz całościowo na rynek muzyczny: od artystów i promotorów koncertowych po iTunes oraz fanów wszyscy świetnie się czują w nowej rzeczywistości. Jedynym poszkodowanym cyfrowej rewolucji są wytwórnie muzyczne, ale skoro stają się nikomu niepotrzebne, cóż w tym dziwnego, że mają kłopoty? W tej chwili powstaje więcej dzieł sztuki niż kiedykolwiek w historii świata. To dobrze czy źle?”

Tradycyjne „za darmo” opiera się na triku: kiedyś rozdawano mężczyznom maszynki do golenia, licząc na sprzedaż nożyków. Dzisiaj dostajesz telefon komórkowy w zamian za podpisanie dwuletniej umowy. Cyfrowe „darmo” jest inne: nie chodzi o przenoszenie kosztów z jednego produktu na inny, ale o to, że sam koszt produkcji i dystrybucji błyskawicznie topnieje. A więc i jego cena zmierza do zera.

Wywiad z Chrisem Andersonem, naczelnym „Wired” i twórcą koncepcji długiego ogona kultury, w którym wyjaśnia, czemu wszystko w internecie będzie free, przeczytacie (za darmo) tutaj.

Fine.

Wesołych świąt

13.10.2009 | Skomentuj

Nigdy za wcześnie na świętowanie...

.

Skąd wziął się „post-rock”

11.10.2009 | 10 odpowiedzi

Nie będzie teoretyzowania o tym, czy pierwsze było Tortoise, Slint, Talk Talk, czy jednak Beatlesi. Chodzi wyłącznie o termin, bo przeglądając dziś bezcenne archiwa RocksBackpages natrafiłem na wiekopomny tekst Simona Reynoldsa z „Mojo” z marca 1994 roku, w którym (słusznie) zachwycał się debiutem grupy Bark Psychosis „Hex”. Tak to się kończy:

The rise of ambient-tinged rock (and ambient techno) is a response to, or retreat from, our increasingly strife-wracked, deteriorating social fabric. Soundscape gardeners like Bark Psychosis and Seefel make the aural equivalent of the bower of bliss, a haven from an intolerable reality.

But if the economic outlook still reads NO FUTURE, the future of rock is looking more buoyant than it has for a while, thanks to Bark Psychosis and their „post-rock” ilk.

Dwa miesiące później w „Wire” Reynolds – błyskotliwy gość – poświęcił post-rockowi cały referat, czym utwierdził się na pozycji ojca chrzestnego (ten od nadawania imion) gatunku. Nie zaszkodziły mu potem ani wykopaliska archeologiczne – ktoś niby wydrukował „post-rock” w latach 70. – ani wyznanie samego Reynoldsa, że w gruncie rzeczy termin krążył po redaktorskich kolumnach od dobrej dekady.

Co ciekawe, z czasem desygnat nowej etykietki począł dryfować ku matematycznym konstrukcjom opartym na dialogu gitary-bas (od Slint przez Tortoise po Mogwai), oddalając się od „pastelowego” rozumienia post-rocka, który – tak to wtedy widział Reynolds – zaczyna się tam, gdzie struktura kompozycji i „rockowe” brzmienie rocka ustępują miejsca schedzie po Eno: zmiana myślenia przy niezmienionym instrumentarium.

Była szansa na powrót do korzeni za sprawą „luźnego” (i jakże „malowniczego”) debiutu Godspeed You Black Emperor! Była szansa trzy lata później przy okazji sukcesów Sigur Rós. Ale seria mocnych płyt w centrum uwagi postawiła chłopców z Mogwai i na początku nowego millenium wraz z całą okoliczną menażerią (od Explosions in the Sky po Mono) robili za twarz nurtu. I tak post-rock wciąż kojarzy się z trzema gitarami, czterema akordami, przez pięć minut.

Fine.

The rise of ambient-tinged rock (and ambient techno) is a response to, or retreat from, our increasingly strife-wracked, deteriorating social fabric. Soundscape gardeners like Bark Psychosis and Seefel make the aural equivalent of the bower of bliss, a haven from an intolerable reality. But if the economic outlook still reads NO FUTURE, the future of rock is looking more buoyant than it has for a while, thanks to Bark Psychosis and their „post-rock” ilk.

Odpowiadam na pytania z Google'a (albo i nie)

08.10.2009 | 16 odpowiedzi

- Najbardziej znany japoński wykonawca
Sam chętnie się dowiem! O najciekawszych, ale przez to raczej mało znanych,
niedawno pisał tutaj Artur.

- mariusz herma podsumowanie (212 wejść!)
Będzie, jakieś będzie, obiecuję.

- Ile kosztował koncert kravitza (115 wejść!)
Chodzi o krakowskie Wianki. Kosztował 600 tysięcy dolarów, czyli pod koniec lutego dobre 2,2 mln nowych polskich złotych.

- czy elvis presley sprzedał więcej płyt niż michael jackson
Jak niedawno ustalono, Jackson prześcignął Elvisa o dobre 80 milionów płyt. A w tym roku przybyło mu jeszcze parę milionów przewagi. Może Elvis powinien się wreszcie ujawnić?

- ile beatles sprzedali płyt
Ponad 500 milionów longplayów. Po ostatnim miesiącu trzeba doliczyć jeszcze 5-6 mln.

- szukam agenta do organizowania mi koncertów z muzyką klasyczną (104 wejścia)
To proszę wrzucić w Google coś w rodzaju management muzyka klasyczna„.  Ale te 104 wejścia dały mi do myślenia: może warto zmienić profesję?

- tomaszewski teraz rock (67)
Blog Maćka jest tutaj.

- susie ro & ayla amazon (66)
Też chętnie kupiłbym ich płytę, ale najwyraźniej istnieje tylko teoretycznie. Póki co pozostaje cieszyć się  „As the Ivy Grows Tall„, wciąż jedną z moich ulubionych tegorocznych piosenek.

- dlaczego jazz w latach 60 tych byl zakazany ?
Today you play jazz, tomorrow you betray your country.

- dukaj or dukaja or dukaju or dukajem or dukajowi
Dobrze!

- Piotr Anderszewski (Andreszewski) wywiad przekrój (>40)
Dostępny jest na stronie Przekroju.

- jak radzić sobie ze stresem na scenie
Sam się chętnie dowiem. Ale z tego co mówią praktycy – czas, czas, czas.

- jak się stosownie ubrać na koncert opeth
Biała koszulka na pewno ułatwi twoim znajomym zlokalizowanie cię.

- jak się ubrać na koncert jazzowy
Zależy, czy jazz będzie klasyczny (zaszalej z muszką), czy free (freestyle).

- jak udekorowac pokój dla nastolatki
A jakiej muzyki słucha?

- jak wygląda znak repetycji na pięciolinii

- „piotr metz” blog
Kilka miesięcy temu na konferencji Muzyka a Biznes twierdził, że nie ma, bo póki co jego blogiem są Trójkowe audycje.

- kto gra dziś oprócz abby na polach mokotowskich?
Przegapiłem!

- porównanie 3 symfonia góreckiego z pendereckim
Jestem za Góreckim, cokolwiek wybierzecie z arsenału Pendereckiego.

- a może jazz jest dla nich czymś więcej niż muzyką,co?
If you have to ask, you’ll never know. (Louis Armstrong)

- jak nazywamy śmieszne podsumowanie filmu
Y?

- słoje w drzewie – symbolika i znaczenie
j.w.

- reidiohed co o nich wiesz
Że mają dziwną nazwę.

- mariusz herma gra na gitarze w zespole
Grałem w duecie microgone, ale nie tylko na gitarze (i nie tylko ja na gitarze).

- steven wilson nie lubi riverside
- steven wilson nie lubi sylviana
Stawiałbym raczej na to pierwsze.

- typ słuchanej muzyki a osobowość
Według Uniwersytetu Cambridge zależność jest bardzo wyraźna.

- warto kupowac djembe w riffie ?
Riff ma mnóstwo salonów, ale jest drogi. Mojego akustycznego Garrisona gdzie indziej kupiłem za 1600-1700 zł, w Riffie nie miałbym szans na mniej niż 2300-2400 zł.

- z czego słynie ziemia na której mieszkasz?
Niestety nie z dobrej muzyki…

- bartek chaciński piractwo
Bartek trochę się wypowiadał na ten temat u siebie i na blogu Jarka Szubrychta.

- podgatunki jazzu
W tego typu zabawach najlepsze jest Allmusic.com.

- chory psychicznie nie jest w stanie zgrzeszyć
OK.

- co roku zdarza się ten cud-powraca do nas wiosna
OK!

- archive jak grać again
Na początku banał – o ile pamiętam na zmianę d-moll (z odpuszczanym F na strunie e) i Bb (czy jak tam nazywa się akord x13311). Wraz z palcowaniem przypomina to lekką zżynkę ze „Street Spirit” Radiohead, ale o dziwo nie szkodzi.

- chwyty do radiohead-creep (wersja akustyczna)
Tutaj.

- co znaczy la revancha del tango
Zgaduję, że „Zemsta tanga”, czyli tytuł bardzo fajnej płytki Gotan Project.

- herma myślenicach
Tak, tam się urodziłem i tam kupowałem moje pierwsze kasety, poczynając od „Direct” Vangelisa (tłoczenie by Echo).

- „mariusz herma” „dziewczyna”
Jestem chłopcem.

- „mariusz” „miserere mei”
Faktycznie, tajemnicze dzieło Allegriego to jeden z moich ulubionych utworów.  Wykonanie go, i to w gronie przyjaciół, zaliczam do Top10 życiowych osiągnięć. Ci ludzie z YouTube nie bez powodu stoją tak dziwnie. Co lepsze, robią tak co roku od prawie 400 lat.

- jak powstała muzyka
Popełniłem tekst pt. „Jak powstaje muzyka„, ale czy państwu na pewno chodziło o mastering i miksowanie?

- aj śmiesne momenky świata
Aj śmiesznych rzeczy ludzie szukają w sieci.

To tylko wybór z 1891 indywidualnych haseł. Nie obiecuję, że CDN.

Fine.

Pitchfork 200, czyli nowa geografia muzyczna

03.10.2009 | 24 odpowiedzi

Pitchfork-200-geograficznie-m

Setny wpis zbiegł mi się z publikacją 200 najlepszych płyt dekady zdaniem Pitchforka, którym to rankingiem kończą oni mozolne dzieło rozpoczęte wyborem 500 singli dekady (o czym tutaj trochę dyskutowaliśmy). Przy okazji tych okrągłości poświęcę im jeszcze raz uwagę, chociaż z przykrością stwierdzam, że mimo wszystkich ułomności podsumowanie singlowe było bardziej inspirujące.

Nie, nie będę narzekał na wybiórczość gatunkową albo na to, że „Ys” Joanny Newsom wylądowało na 83. miejscu, Godspeed You Black Emperor!, tutaj nazywanych „Godpseed”, na pozycji 65., a wiadomy Antony tuła się gdzieś pod koniec pięćdziesiątki.

Zamiast narzekać sprawdziłem, jak geograficznie rozkładają się te pitchforkowe wyróżnienia. I to w zasadzie wystarcza za komentarz:

USA – 119
UK – 37
Kanada – 11
Francja – 7
Szwecja – 7
Islandia – 3
Niemcy – 3
Australia – 2
Norwegia – 2
Japonia – 2
Finlandia – 1
Austra – 1
Belgia – 1
Australia – 1
Chile (na obczyźnie) – 1

W pierwszej pięćdziesiątce jest 31 płyt ze Stanów. W czołowej dwudziestce okupują, uwaga, 14 miejsc, przy jednej tylko płycie brytyjskiej. Cóż, Radiohead trudno było pominąć, bo bez nich pewnie nie byłoby i samego Pitchforka.

No dobra, jest coś, co mnie intryguje: ten rodzynek z Chile, Ricardo Villalobos, ktoś kojarzy?

usa znów górą

Speech Debelle – wywiad

02.10.2009 | Skomentuj

Jak się czujesz jako jedyna czarna artystka nominowana do nagrody Mercury?
– Ano właśnie, czarni artyści nie mają w Wielkiej Brytanii łatwo. Możesz stawać na głowie, a często i tak nic w tym biznesie nie zdziałasz. Z drugiej strony gdy szukałam wydawcy i dzwoniłam do rozmaitych wytwórni wyspecjalizowanych w czarnej muzyce, traktowano mnie, jakbym była nie dość czarna.

Skąd się w ogóle wzięłaś?
– Od początku? No więc pochodzę z południowego Londynu, miałam świetne dzieciństwo i tonęłam w prezentach. Uwielbiałam moją babcię, projektantkę mody – to od nazwy jej firmy Madame de Belle zaczerpnęłam połówkę pseudonimu. A Speech to moja stara szkolna ksywka.

W szkole podobno nie było już tak wesoło.
– Byłam kilkanaście razy zawieszona za przeszkadzanie na lekcjach i złośliwości. Żadne straszne rzeczy, po prostu gadałam jak najęta.

A kiedy miałaś 19 lat, zwiałaś z domu­.
– Pokłóciłam się z mamą i postanowiłam się wyprowadzić. Włóczyłam się przez kilka lat po motelach, imałam się różnych zajęć, to był trudny czas. Ale nie aż tak, jak przedstawia to brytyjska prasa. Nie spałam na ulicy i nie kradłam.

Na płycie jest też utwór „Daddy’s Little Girl”.
– Ojciec zostawił nas, gdy byłam jeszcze zbyt mała, by go pamiętać. Ta piosenka to mój list do niego. Wiesz, że przedwczoraj próbował się do mnie dodzwonić? Nie oddzwoniłam. Chyba nie mam ochoty z nim gadać.

Skąd w tym wszystkim wzięła się muzyka?
– Rapować zaczęłam jeszcze w szkole. Miałam jakieś 10 lat i natknęłam się na muzykę 2Paca. On wywrócił mój świat. Potem zakochałam się w muzyce Michaela Jacksona, a w końcu odkryłam londyńską scenę hiphopową.

„Speech Therapy” naprawdę jest twoją­ terapią?
– Moją i twoją. Dopiero nagrywając pewne rzeczy, zdałam sobie sprawę z ich znaczenia i teraz inaczej na nie patrzę. Jest mi dużo łatwiej. Ale to też twoja terapia, bo prawda ma działanie uzdrawiające. A na tej płycie jest mnóstwo prawdy.

Gościem festiwalu Tauron Nowa Muzyka będzie też Roots Manuva. Zagracie razem „Wheels in Motion” jak na płycie?
– Roots też przyjeżdża? To świetna wiadomość! Zaraz do niego zadzwonię i będę go namawiać, żeby zajrzał do nas podczas koncertu!

„Przekrój”, nr 34/2009

 

 

Fine.

Wire – wywiad

01.10.2009 | Skomentuj

W końcu przyjeżdżacie do Polski. 33 lata po założeniu zespołu.
Colin Newman: – To jedna z tych prostych rzeczy, które należy zrobić, ale ich realizacja nie wiedzieć czemu zajmuje wieki. Już dawno temu powinniśmy byli u was zagrać, ale potrzebowaliśmy poważnego zaproszenia. Niektórzy nazywają nas zespołem wszech czasów, ale są miejsca, gdzie ludzie w ogóle o nas nie słyszeli. Jak będzie w Polsce? Przyjeżdżamy to sprawdzić! Wiesz, jak to jest z Wire – jesteśmy najsłynniejszym z zespołów, o których nigdy nie słyszałeś.

Mówi się, że jesteście jak The Velvet Underground. Wasze płyty może i kupuje ledwie garstka osób, ale każda z nich zakłada potem własny zespół.
– Jest w tym trochę prawdy. Jak powiedział Churchill: Historię piszą zwycięzcy. Z nami historia obeszła się całkiem nieźle, chociaż bywały trudne momenty. Na początku lat 80. cała scena, którą współtworzyliśmy, odeszła w niebyt, a muzyka gwałtownie skręciła w kierunku popu. Byliśmy traktowani jak przeżytek z poprzedniej dekady. W latach 70. zresztą było niewiele lepiej. Większość punków nienawidziła nas, bo byliśmy zbyt dziwni, zbyt „artystyczni” i rzekomo zbyt skomplikowani.

W Ameryce było dokładnie na odwrót, dla nich Wire brzmiało zbyt banalnie. Wiesz, na Wyspach mnóstwo kapel grało całe piosenki na jednym czy dwóch akordach, a w Stanach musiałeś ćwiczyć 20 lat, zanim dostałeś się do zespołu. Technika była tam traktowana bardzo serio. Część publiczności wychodziła więc z naszych koncertów, w przekonaniu, że ich obrażamy: „Wy to nazywacie graniem na instrumentach!?”. To niezrozumienie prostoty było niedorzeczne. Potem, w latach 90., ludzie tańczyli w klubach przy dźwięku stopki perkusyjnej i jakiegoś szumu w tle, a Wire nagle otrzymało etykietkę „pop”… Muzyka niewiarygodnie się uprościła. Ale nie od dziś wiemy, że awangarda jednego pokolenia staje się popem następnego.

Co takiego jest w waszej muzyce, że inspiruje kolejne rockowe generacje? Obecnie chociażby Bloc Party, The Futureheads czy Franz Ferdinand?
– Może chodzi o to, że Wire łatwo rozszyfrować. Trudno nas skopiować, ale nie ma nic specjalnie wyszukanego w naszej muzyce, wszystko jest przejrzyście poukładane. Łatwo czerpać z naszych rozwiązań. Wiesz, jak to jest z artystami? Słuchają jakiegoś kawałka i nie zastanawiają się, czy to ich wzrusza albo pobudza. Pierwsza myśl brzmi: „Jak oni to zrobili?”.

Gdy na początku dekady wznawialiście działalność, zespoły inspirujące się między innymi Wire zaczynały dominować na listach przebojów.
– W specyficznej atmosferze nowego millennium rock, szczególnie garażowy, faktycznie wrócił do mody. W połowie lat 90. zrobiło się tak elektronicznie, że poważnie zastanawialiśmy się, czy rock jeszcze kiedykolwiek stanie na nogi. Niemal każdej rockowej płycie przyklejano wtedy łatkę „indie”. I oto pod koniec lat 90. rock nagle powraca, z niewiarygodnym impetem.

Korzenie tego comebacku widzę w dwóch zjawiskach – po pierwsze, muzyka drum’n'bass stała się tak mroczna i szorstka, że w zaczęła przypominać rock. Po drugie, post rock przygotował grunt i po stronie publiczności, i po stronie wykonawców. Dzięki niemu byli jeszcze ludzie, którzy grali na żywych instrumentach! W okolicach 1998, czy 1999 roku nagle okazało się, że ta muzyka całkiem nieźle sobie radzi. Zarówno soft rock, jak i bardzo agresywne rzeczy. To był bardzo piękny moment. W 2002 roku chyba z sześć razy widziałem Liars na żywo.

Co ekscytuje cię teraz?
– Mnóstwo dziewczyn zaczęło zajmować się muzyką! Nam jest z nimi zasadniczo po drodze, bo nie mają tej typowo męskiej obsesji na punkcie sprawności technicznej. Grają bardzo proste rzeczy. W latach 70. byliśmy uważani za grupę dla facetów, a teraz jest wprost przeciwnie. Wyobraź sobie, że niemal wszystkie osoby, które odzywają się do nas i dziękują za inspirację, to dziewczyny.

Do niedawna jak ognia unikaliście nostalgii. W latach 80. zatrudniliście nawet cover band, żeby przed koncertem odgrywał za was debiutanckie „Pink Flag”.
– Gdy masz 20 lat i tęsknisz za czasami, w których nie było ci dane żyć, to może być nawet interesujące. Ale co innego, kiedy masz lat 50 i gnębi cię nostalgia za pięknymi latami młodości. To już jest smutne, a artystycznie bardzo cię ogranicza. W latach 70. byliśmy bardzo radykalni i w ogóle nie graliśmy starszych piosenek. Przy czym oznaczało to utwory, które miały więcej niż sześć miesięcy… Z kolei w latach 80. nie wracaliśmy do poprzedniej dekady, wtedy w muzyce liczyło się tylko to, co nowe.

Teraz to nie ma znaczenia. Pod sceną może stać 14-latek, który ledwie tydzień temu kupił „Pink Flag” i absolutnie nie zrozumie, czemu nie gramy utworów z tej płyty. Wiesz, przychodzisz na koncert zobaczyć zespół Wire. Nie Wire dzisiejsze, wczorajsze albo sprzed 30 lat. Dlatego dzisiaj sięgamy po utwory z całego naszego dorobku, od samych początków, po materiał sprzed roku. Oczywiście, jak każda starsza kapela ryzykujemy w ten sposób, że granie pewnych rzeczy stanie się obowiązkiem do odbębnienia. Ale póki co, wystarczająco mocno tkwimy w teraźniejszości, by nie wpaść w tę pułapkę.

Słuchasz czasem „Pink Flag”?
– Niedawno pojawiła się na rynku książka o tym albumie, w związku z tym musieliśmy do niego powrócić. Myślę, że 50 procent „Pink Flag” brzmi całkiem innowacyjnie. Reszta to z dzisiejszej perspektywy dosyć standardowy rock. Sekret niegasnącej popularności tej płyty tkwi chyba w tym, że ludzie z łatwością mogą ją powiązać z współczesną muzyką rockową i odkryć, gdzie tkwią korzenie wielu młodych kapel. Rok temu graliśmy w Chicago. Po koncercie podeszła do nas dziewczyna, niecałe 30 lat, z zawodu księgowa. Prawdziwy muzyczny świr – jeździ od festiwalu do festiwalu, śledzi te wszystkie indie-kapele, ale dotąd znała Wire tylko z nazwy. I mówi do nas: „Właśnie widziałam na jednej scenie wszystkie zespoły, które kiedykolwiek kochałam!”

No właśnie, to już któreś pokolenie, które chodzi na wasze koncerty.
– Na niektórych występach 90 procent osób nie ma nawet 25 lat. To jakiś absurd.

Gdy już jesteście razem, nagrywacie bardzo szybko. Pracujecie już nad nową płytą?
– Pracujemy koncepcyjnie. (śmiech) Oprócz Wire gram też w zespole Githead. Właśnie kończymy trzeci album, który ukaże się późną jesienią i wtedy zajmiemy się Wire. Na spokojnie, bo tworzenie muzyki pochłania ogromne ilości energii, a w dzisiejszych czasach nie ma najmniejszego sensu nagrywać przeciętnych płyt. Muzyki jest obecnie zdecydowanie zbyt wiele. Brakuje ludzi, którzy mieliby jej słuchać.

To cię zniechęca?
– Muzyka ma dziś bardzo krótki „okres ważności”. Współczuję tym, którzy zaczynają teraz karierę – są szybko przyswajani i jeszcze szybciej wydalani. Gdyby nie to, że koncerty cieszą się sporym zainteresowaniem, wielu z nich miałoby spory problem z zarobieniem na życie, skoro muzyki można słuchać w sieci za darmo i to coraz częściej legalnie.

Wire słynie z ciągłej ewolucji. Czy wynikała one z waszego osobistego rozwoju, czy raczej reagowaliście na to, co dzieje się dookoła?
– Jedno i drugie. Jako ludzie naturalnie się rozwijamy i nawet w wymiarze czysto biologicznym nie jesteśmy tymi samymi osobami, co przed dziesięciu laty. Z drugiej strony – ci, którzy postrzegają kulturę jako coś zewnętrznego względem siebie, nie rozumieją tego pojęcia. Kultura to my. Kultura to komunikowanie się i dzielenie się z innymi tym, gdzie i kim w tej chwili jesteś. A przez to kultura odzwierciedla stan całego społeczeństwa. Jeśli zajrzysz na MySpace, niemal wszyscy wymieniają tam swoje „inspiracje”. Dziesiątki nazw i nazwisk, o których często nikt inny nie słyszał.

Podziwiam was za to, że chociaż tyle razy się rozpadaliście, prędzej czy później znów stawaliście na nogi.
– Rozstania zawsze wiązały się z bardzo ludzkimi sprawami, których nie powinienem zanadto nagłaśniać. Natomiast powroty… Czuliśmy, że powinniśmy się znów zebrać i chwycić za instrumenty. Bez Wire nasze życie byłoby niepełne. Epitafium na moim grobie nie będzie litanią moich zalet i zasług, tylko krótkim: „Tutaj leży ten facet z Wire”. Czas najwyższy przestać się wygłupiać i nie robić wielkiej sprawy z bycia w tym zespole. Teraz cieszymy się tym, co Wire nam daje. A dotarliśmy do momentu, gdy nasze wzajemne relacje więcej zyskują, niż tracą dzięki graniu na jednej scenie. Nauczyliśmy się problemy załatwiać po cichu, a głośno mówić o tym, co nam się podoba i na co mamy ochotę.

Godzinę lekcyjną przegadał Mariusz Herma
„Przekrój”

 

 

Fine.