27.11.2009 |
. Nosaj Thing – Drift (Alpha Pup)

Artur zmobilizował mnie do podsumowania elektronicznych doświadczeń ostatnich tygodni. Więcej będzie hybryd, bo takie lubię najbardziej, co zresztą sugeruje tytuł bloga. A poza tym w ostatniej dekadzie to hybrydy posuwają sprawy do przodu. Wreszcie muzyka spotkała się z motoryzacją.
Gdybym miał wprost odpowiedzieć na to pytanie o klimatyczną elektronikę, to poza wiosennym The Field (ciągle się broni) poleciłbym dość jednoznaczne stylistycznie Nosaj Thing. Jak z kolei swoim pseudo sugeruje nieznany z nazwiska “muzyczny modulator”, do zwykłych rzeczy – w tym wypadku melodyjnych, niespecjalnie pogłębionych, lekko zrytmizowanych ambientów – podchodzi na swój własny, odrobinę nietypowy sposób.
Tą nietypowością jest ciepłota brzmienia (przeciwieństwo The Field), ale nie taka, jak na drugiej selekcji Aphexa. Raczej jak u Boards of Canada. Co za tym stoi? “Organiczne” sample, archaiczne syntezatory, łagodne perkusjonalia, którym chwilami (“Voices”) bliżej do Afryki niż do laptopa ze świecącym jabłuszkiem. Rzecz tłumaczy pochodzenie – Alpha Pup to wytwórnia sercem oddana hip-hopowi, a nie elektronice.
W kategorii: nieradykalna, nieodkrywcza, odrobinę kiczowata, umiarkowanie ambitna i przyjemnie towarzysząca elektronika – “Drift” sprawdza się, a melodie czynią swą powinność i zapadają w pamięć. Najodważniej NJ poczyna sobie w “Coat of Arms”, najszybciej chwyta w “IOIO” – oba są na MySpace. Jest tam też remiks “Reckonera” Radiohead, znośny.
. Fuck Buttons – Tarot Sport (ATP)

A to już jest płyta absolutnie nietowarzysząca, za to kryterium klimatyczności spełnia z zadatkiem. Kilka razy próbowałem przy “Tarot Sport” czytać albo pisać i za każdym razem kończyło się na gaszeniu światła. Fuck Buttons, czyli Andrew Hung i Benjamin Power, mają jeden pomysł na muzykę, ale pomysł dobry.
Brzmi to tak, jakby połączyć przesterowane, shoegaze’owe podkłady M83 i brzmieniowe fluktuacje Animal Collective z najbardziej dosadną stopką Underworld. Mówię o dłuższych, transowych, wręcz rave’owych utworach typu “Surf Solar“, bo dwa krótsze “Rough Steez” i “Phantom Limb” przynoszą bardziej wymyślną inżynierię dźwięku. Pozostałe to kompletne dziesięciominutówki z odpowiednio przydługim wstępem, stopniowym zagęszczaniem tła i rytmu, i tak przez kolejne stadia napięcia aż do kulminacji jak w najlepszych eksplozjach post-rocka (albo i techno).
I jeszcze klejnot w koronie tego królestwa repetycji: o ile zwykle wszystko trzyma tempo, a akordy elegancko zmieniają się, kiedy kreska taktowa nakazuje, o tyle w przedostatnim “Space Mountain” sprawiają wrażenie, jakby się… ociągały. Taki dźwiękowy odpowiednik złudzenia optycznego: w głowie słyszymy już zmianę, a ona następuje sekundę później. Celne.
. Bibio – The Apple and the Tooth (Warp)

Stephen Wilkinson to mistrz syntezy i człowiek wszechstronnych talentów, który próbuje pisać niepiosenkowe piosenki, nieelelektroniczną elektronikę, eksperymentować bez ryzyka utraty kontaktu ze słuchaczem. Obiektywnie: udaje mu się to znakomicie. Subiektywnie: jak dla mnie nie wystarczająco dobry ani w śpiewaniu, ani w komponowaniu, ani w produkcji, więc mieszanka jest mdła.
Na drugą płytkę dla Warpa wrzucił tylko cztery oryginalne utwory, a reszta to remiksy: klimatyczne (Wax Stag, czyli Rob Lee z Friendly Fires), destrukcyjne (Clark), chilloutowe (niejaka Leatherette), a “Haikuesque” brzmi tutaj jak utwór Hood. Ile głów, tyle podejść, a mówiąc precyzyjnie – osiem. Czyli raczej składak niż płytka Bibio. Jeśli ktoś lubi bryki, to znajdzie tutaj streszczenie kilku ważniejszych nurtów ostatnich lat. A “Dwrcan” w wersji Eskmo pozostawia oryginał daleko w tyle. Jednak remiksy mają miewają sens.
. Freeland – Cope (Marine Parade)

Dałem się przekonać wysokiej ocenie na Metacritics, tyle że zapomniałem zerknąć, z recenzji jakiego pochodzenia wyliczyli średnią. Adama Freelanda, który mimo breakbeatowej etykietki wygląda mi na miłośnika użytkowego techno, najwyraźniej nie interesuje automatyczny parkietowy sukces, jaki dałaby mu przyzwoicie brzmiąca łupanka. I dobrze.
Zamiast tego próbuje podciągnąć gatunek pod coś większego – jeszcze lepiej. Tyle że stosuje w tym celu środki podobne do tych, jakimi muzykę rockową próbowano uszlachetniać w latach 70. Może to wpływ sceny kalifornijskiej, dla której porzucił Londyn? W każdym razie symfoniczne podejście do elektroniki kiepsko się sprawdza. Za to mamy mnóstwo syczących dźwięków – w sam raz do posłuchania na komórce.
. Bike for Three! – More Heart Than Brains (Anticon)

Chociaż płyta z końca wiosny i choć częściej podpada pod tak (zabawnie) zwany alternatywny rap niż pod elektronikę, to piszę, bo projekt ledwie się zaczął, a już zapowiada się spektakularnie. No i miało być o hybrydach.
Kanadyjczyk Richard Terfry, czyli Buck 65 rapuje od 15 lat i jest w tym tak świetny jak Scroobius Pip. Belg Joëlle Phuong Minh Le, który rozsądnie posługuje się niezbyt rozsądnym pseudonimem Greetings from Tuskan, robi bardziej elektroniczne niż hiphopowe podkłady i na moje ucho jest w tym lepszy niż Dan le Sac. Nawet się nie spotkali – wystarczyło Myspace. I dzięki niemu Buck 65 po niezbyt udanym związku z Warnerem wraca do Anticonu.
Ogólnie rzecz biorąc, impreza równie ponura co okładka, muzycznie tak zakręcona jak te wszystkie pseudonimy, nazwy i tytuły, ale zadbana na obu poziomach: wokalnym i instrumentalnym, więc nie szkodzi jej wybiórcza koncentracja uwagi. Jak choćby cLOUDDEAD czy inna Anticonowa gwiazda – 13 & God (The Notwist + Themselves), Bike for Three! dla konserwatywnych hiphopowców będzie w 100% niestrawne. Reszcie da szansę na znalezienie w tym roku czegoś dla siebie w rapowanych rejonach muzyki. Do testowania polecam “All There Is to Say About Love“.
Z rzeczy bardziej ambientowych, dobrze akompaniuje codzienności “Choral” Mountains, o którym Bartek wszystko już napisał. Podobnie “Riceboy Sleeps” Jonsi & Alex – najsłynniejszy islandzki falset tutaj milczy i otrzymujemy coś w rodzaju wstępów/podkładów Sigur Rós. Wynudziła mnie za to “Tumma” Vladislava Delaya. Zamysł ciekawy – podejść do laptopa z jazzową swobodą – w praktyce okazuje się potwierdzać, że pewna liniowość i powtarzalność jednak elektronice służy. A we fragmentach bardziej konwencjonalnych za dużo jak dla mnie brzmienia, a zbyt mało muzyki.
