Rap w tarapatach

30.11.2009 | Skomentuj

Simon Reynolds rozpisał się na temat tarapatów rapu i jak zwykle rozpisał się ciekawie, choć z pewną satysfakcją muszę stwierdzić, że wyprzedziłem go dostępną już online “Przekrojową” analizą. Mniejsza o to, że obu nas zainspirował cytowany Sasha Frere-Jones z “New Yorkera”, bo jego z kolei o trzy lata wyprzedził Nas singlem “Hip-Hop Is Dead“.

Fine.

Paczka elektroniczna

27.11.2009 | 13 odpowiedzi

Nosaj Thing - Drift. Nosaj Thing – Drift (Alpha Pup)

Ocena 4/6

Artur zmobilizował mnie do podsumowania elektronicznych doświadczeń ostatnich tygodni. Więcej będzie hybryd, bo takie lubię najbardziej, co zresztą sugeruje tytuł bloga. A poza tym w ostatniej dekadzie to hybrydy posuwają sprawy do przodu. Wreszcie muzyka spotkała się z motoryzacją.

Gdybym miał wprost odpowiedzieć na to pytanie o klimatyczną elektronikę, to poza wiosennym The Field (ciągle się broni) poleciłbym dość jednoznaczne stylistycznie Nosaj Thing. Jak z kolei swoim pseudo sugeruje nieznany z nazwiska “muzyczny modulator”, do zwykłych rzeczy – w tym wypadku melodyjnych, niespecjalnie pogłębionych, lekko zrytmizowanych ambientów – podchodzi na swój własny, odrobinę nietypowy sposób.

Tą nietypowością jest ciepłota brzmienia (przeciwieństwo The Field), ale nie taka, jak na drugiej selekcji Aphexa. Raczej jak u Boards of Canada. Co za tym stoi? “Organiczne” sample, archaiczne syntezatory, łagodne perkusjonalia, którym chwilami (“Voices”) bliżej do Afryki niż do laptopa ze świecącym jabłuszkiem. Rzecz tłumaczy pochodzenie – Alpha Pup to wytwórnia sercem oddana hip-hopowi, a nie elektronice.

W kategorii: nieradykalna, nieodkrywcza, odrobinę kiczowata, umiarkowanie ambitna i przyjemnie towarzysząca elektronika – “Drift” sprawdza się, a melodie czynią swą powinność i zapadają w pamięć. Najodważniej NJ poczyna sobie w “Coat of Arms”, najszybciej chwyta w “IOIO” – oba są na MySpace. Jest tam też remiks “Reckonera” Radiohead, znośny.

Fuck Buttons - Tarot Sport. Fuck Buttons – Tarot Sport (ATP)

Ocena 5/6

A to już jest płyta absolutnie nietowarzysząca, za to kryterium klimatyczności spełnia z zadatkiem. Kilka razy próbowałem przy “Tarot Sport” czytać albo pisać i za każdym razem kończyło się na gaszeniu światła. Fuck Buttons, czyli Andrew Hung i Benjamin Power, mają jeden pomysł na muzykę, ale pomysł dobry.

Brzmi to tak, jakby połączyć przesterowane, shoegaze’owe podkłady M83 i brzmieniowe fluktuacje Animal Collective z najbardziej dosadną stopką Underworld. Mówię o dłuższych, transowych, wręcz rave’owych utworach typu “Surf Solar“, bo dwa krótsze “Rough Steez” i “Phantom Limb” przynoszą bardziej wymyślną inżynierię dźwięku. Pozostałe to kompletne dziesięciominutówki z odpowiednio przydługim wstępem, stopniowym zagęszczaniem tła i rytmu, i tak przez kolejne stadia napięcia aż do kulminacji jak w najlepszych eksplozjach post-rocka (albo i techno).

I jeszcze klejnot w koronie tego królestwa repetycji: o ile zwykle wszystko trzyma tempo, a akordy elegancko zmieniają się, kiedy kreska taktowa nakazuje, o tyle w przedostatnim “Space Mountain” sprawiają wrażenie, jakby się… ociągały. Taki dźwiękowy odpowiednik złudzenia optycznego: w głowie słyszymy już zmianę, a ona następuje sekundę później. Celne.

Bibio - The Apple and the Tooth. Bibio – The Apple and the Tooth (Warp)

Ocena 3/6

Stephen Wilkinson to mistrz syntezy i człowiek wszechstronnych talentów, który próbuje pisać niepiosenkowe piosenki, nieelelektroniczną elektronikę, eksperymentować bez ryzyka utraty kontaktu ze słuchaczem. Obiektywnie: udaje mu się to znakomicie. Subiektywnie: jak dla mnie nie wystarczająco dobry ani w śpiewaniu, ani w komponowaniu, ani w produkcji, więc mieszanka jest mdła.

Na drugą płytkę dla Warpa wrzucił tylko cztery oryginalne utwory, a reszta to remiksy: klimatyczne (Wax Stag, czyli Rob Lee z Friendly Fires), destrukcyjne (Clark), chilloutowe (niejaka Leatherette), a “Haikuesque” brzmi tutaj jak utwór Hood. Ile głów, tyle podejść, a mówiąc precyzyjnie – osiem. Czyli raczej składak niż płytka Bibio. Jeśli ktoś lubi bryki, to znajdzie tutaj streszczenie kilku ważniejszych nurtów ostatnich lat. A “Dwrcan” w wersji Eskmo pozostawia oryginał daleko w tyle. Jednak remiksy mają miewają sens.

Freeland - Cope. Freeland – Cope (Marine Parade)

Ocena 2/6

Dałem się przekonać wysokiej ocenie na Metacritics, tyle że zapomniałem zerknąć, z recenzji jakiego pochodzenia wyliczyli średnią. Adama Freelanda, który mimo breakbeatowej etykietki wygląda mi na miłośnika użytkowego techno, najwyraźniej nie interesuje automatyczny parkietowy sukces, jaki dałaby mu przyzwoicie brzmiąca łupanka. I dobrze.

Zamiast tego próbuje podciągnąć gatunek pod coś większego – jeszcze lepiej. Tyle że stosuje w tym celu środki podobne do tych, jakimi muzykę rockową próbowano uszlachetniać w latach 70. Może to wpływ sceny kalifornijskiej, dla której porzucił Londyn? W każdym razie symfoniczne podejście do elektroniki kiepsko się sprawdza. Za to mamy mnóstwo syczących dźwięków – w sam raz do posłuchania na komórce.

Bike For Three! - More Heart Than Brains. Bike for Three! – More Heart Than Brains (Anticon)

Ocena 5/6

Chociaż płyta z końca wiosny i choć częściej podpada pod tak (zabawnie) zwany alternatywny rap niż pod elektronikę, to piszę, bo projekt ledwie się zaczął, a już zapowiada się spektakularnie. No i miało być o hybrydach.

Kanadyjczyk Richard Terfry, czyli Buck 65 rapuje od 15 lat i jest w tym tak świetny jak Scroobius Pip. Belg Joëlle Phuong Minh Le, który rozsądnie posługuje się niezbyt rozsądnym pseudonimem Greetings from Tuskan, robi bardziej elektroniczne niż hiphopowe podkłady i na moje ucho jest w tym lepszy niż Dan le Sac. Nawet się nie spotkali – wystarczyło Myspace. I dzięki niemu Buck 65 po niezbyt udanym związku z Warnerem wraca do  Anticonu.

Ogólnie rzecz biorąc, impreza równie ponura co okładka, muzycznie tak zakręcona jak te wszystkie pseudonimy, nazwy i tytuły, ale zadbana na obu poziomach: wokalnym i instrumentalnym, więc nie szkodzi jej wybiórcza koncentracja uwagi. Jak choćby cLOUDDEAD czy inna Anticonowa gwiazda – 13 & God (The Notwist + Themselves), Bike for Three! dla konserwatywnych hiphopowców będzie w 100% niestrawne. Reszcie da szansę na znalezienie w tym roku czegoś dla siebie w rapowanych rejonach muzyki. Do testowania polecam “All There Is to Say About Love“.

Z rzeczy bardziej ambientowych, dobrze akompaniuje codzienności “Choral” Mountains, o którym Bartek wszystko już napisał. Podobnie “Riceboy Sleeps” Jonsi & Alex – najsłynniejszy islandzki falset tutaj milczy i otrzymujemy coś w rodzaju wstępów/podkładów Sigur Rós. Wynudziła mnie za to “Tumma” Vladislava Delaya. Zamysł ciekawy – podejść do laptopa z jazzową swobodą – w praktyce okazuje się potwierdzać, że pewna liniowość i powtarzalność jednak elektronice służy. A we fragmentach bardziej konwencjonalnych za dużo jak dla mnie brzmienia, a zbyt mało muzyki.

Fine.

Nie rozpoczynaj recenzji od…

23.11.2009 | 27 odpowiedzi

• Przyznaję, że nigdy nie byłem fanem tego zespołu. (Także: “Nigdy nie byłem w stanie pojąć fenomenu tego zespołu” i podobne).

Przyznaję, że mam problem z tą płytą. (I z pomysłem na recenzję też).

[....] po raz kolejny udowadniają, że… - potrafią pisać piosenki, należą do najbardziej utalentowanych bandów rockowych na Wyspach, jeszcze niejednym mogą nas zdziwić, itd. (Ciekawe skąd przekonanie, że w byciu muzykiem chodzi o udowadnianie).

Cztery lata kazali nam czekać… (Może i wam kazali).

Na tę płytę czekaliśmy z prawdziwą niecierpliwością. (Może i czekaliście).

O tym albumie wiele słyszałem, jeszcze zanim wpadł mi w ręce. (Hmm, recenzja jest przeterminowana?).

Trzecia studyjna płyta post-rockowców z Islandii… (Egzamin z Wikipedii zaliczony).

Mimo młodego wieku ma już na koncie 87 milionów sprzedanych płyt. (No to nikt nie zauważy, że nie przeczytałem recenzji i nie kupiłem jeszcze jednego egzemplarza).

Prawdziwi fani powinni natychmiast zaprzestać czytania tej recenzji. (Będzie się działo!)

Zaczyna się od… – czasem oryginalnego “trzęsienia ziemi”, czasem od “dźwięków zgoła niepozornych”. (Na szczęście opisowych recenzji jest coraz mniej – głupio recenzentom wykładać coś, co czytelnik zna od miesiąca).

Tytuł płyty mówi o niej prawie wszystko. (Czasem bez “prawie”, ale wtedy to już wzorcowe samobójstwo).

Fanom gatunku tego zespołu przedstawiać nie trzeba. (Ale reszcie czytelników na pewno, więc jednak łaskawie opowiem o tym i owym).

…bo ktoś już to zrobił.

Pokrewne: 10 sposobów na zgnojenie płyty i Bartka Chacińskiego “ulubione” słowa.

Fine.

Bierzcie

22.11.2009 | 7 odpowiedzi

Za www.fdm.net.pl (dzięki czujności Macia):

“W związku z ciężką sytuacją dystrybucujną, postanowiliśmy bezpłatnie rozdać płyty wszystkich artystów będących pod skrzydłami FDM. Jest to symbol naszego sprzeciwu wobec polskiego oraz światowego przemysłu muzycznego, napędzanego w większości przypadków pieniędzmi, tępotą, wulgaryzmami i seksem.

Rozdanie całego nakładu nagrań symbolizuje nasze wyzwolone od materializmu podejście do sztuki oraz fakt, iż stawiamy przekazywanie swojej treści fanom muzyki, na pierwszym miejscu.W czasach, w których nie będąc potentatami w dziedzinie chłamu, nie jesteśmy w stanie liczyć na pomoc od “tych z góry”. W czasach, w których wyrazy niezależne, niekomercyjne, wolne od korupcji i układów, są synonimami wyrazów biedne, niezauważalne, słabe i gówniane.

W tych właśnie czasach postanowilismy rozdać bezpłatnie naklady płyt, aby móc w ten sposób dotrzeć do szerszego grona słuchaczy i aby to co dobre i piękne, a niekoniecznie zaspokajające masowe potrzeby, na długi czas nie zniknęło w podziemiu.

Premiera płyt – 23 listopada. Płyty można bezpłatnie zamówić na naszej stronie w e-sklepie oraz będą one rozdawane na koncertach zespołów.

Nie mogę się doczekać, aż pomysł podchwyci Blue Note.

Fine.

Muzyka do biegania?

21.11.2009 | 15 odpowiedzi

roadrunnerrr

Pomocy, bo obie płyty The Field zabiegałem prawie na śmierć.

Fine.

Nowy szowinizm muzyczny

19.11.2009 | 20 odpowiedzi

NME lubi kobiety tylko trochę bardziej niż CzarnychNo to mamy komplet. O ile zestawienie najlepszych albumów dekady Pitchforka pokazało klasyczny amerykocentryzm, a podobna lista “Uncut” była zwyczajnie rasistowska, o tyle setka dekady NME bije wszelkie rekordy.

Nie dość,  że (jak sugeruje ilustracja) jest biała jak śnieg z bodaj czterema czarnymi płytami (to nawet lepsze niż The Strokes, The Libertines, Primal Scream oraz Arctic Monkeys w pierwszej czwórce), wąska gatunkowo (jak tu pytać o world music, skoro ledwie załapał się hip-hop albo cięższe odmiany rocka)  i anglofilska (już wolę amerykocentryzm, bo nie jest równoznaczny z gitarocentryzmem), to jeszcze “NME” zupełnie nie zauważa dokonań płci pięknej w być może najlepszej dekadzie dla kobiet od czasów śpiewów plemiennych ku czci Matki Natury.

To jest o tyle ciekawe, że od lipca naczelną “NME” jest Krissi Murison, pierwsza kobieta na tym stanowisku w prawie półwiecznej historii pisma. Bo chociaż zwycięzców wybrało “gremium złożone z muzyków, producentów, dziennikarzy i szefów wytwórni”, to przecież ich też ktoś musiał wybrać.

10. Radiohead – In Rainbows
9. The Streets – Original Pirate Material
8. Interpol – Turn On The Bright Lights
7. Arcade Fire – Funeral
6. PJ Harvey – Stories From the City, Stories From the Sea
5. Yeah Yeah Yeahs – Fever To Tell
4. Arctic Monkeys – Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not
3. Primal Scream – XTRMNTR
2. The Libertines – Up The Bracket
1. The Strokes – Is This It

Fine.

Dygresja

18.11.2009 | Skomentuj

Brian Eno i Steven Johnston debatują o innowacjach i okolicznościach im sprzyjających przy okazji premiery nowej książki tego ostatniego. Godzina i 16 minut, ale nie tylko o tym, jak odkrycie kawy doprowadziło do rewolucji technologicznej. Jest i o muzyce.

Johnston kilka miesięcy temu popełnił też na łamach “Time’a” zacny tekst o Twitterze.

Fine.

Co z tym hip-hopem

17.11.2009 | 15 odpowiedzi

Billboard:

Speaking of New York, what do you think of critics claiming that the Big Apple isn’t holding its weight in terms of the genre these days?

Rakim:

New York is kind of all over the place with its sound right now. Overall, I think the substance of hip-hop is a little shallow and I think listeners and consumers realize that. We need to get back to a little more consciousness — to the essence of hip-hop, not just partying and negativity.

Żałuję, że trafiłem na tę wypowiedź już po tym, jak wydrukował się tekst o trzytorowym wygasaniu hip-hopowego ognia (w nowym “Przekroju” z psychodeliczną okładką; polecam ilustracje Andrzeja Wieteszki).

Za to przy okazji Marcin Flint sprzedał mi album “Troubadour” K’Naana. Głupio trochę, że człek z Somalii przypomina Amerykanom, jak się robi hip-hop, ale ktoś musi.

Fine.

Lisa Mitchell, czyli mam romans z Australijką

15.11.2009 | 7 odpowiedzi

Lisa Mitchell

Lisa Mitchell - Wonder (Scorpio / Sony 2009). Lisa Mitchell – Wonder (Scorpio/Warner/Sony)

Ocena 4/6

Skoro wiosną wyznałem, że zadurzyłem się w 21-letniej dziewczynie, to nie będę teraz ukrywał, że szara jesień przywiała mi kolejne dziewczę. I to ledwie 19-letnie…

Całe szczęście, że posłuchałem przed czytaniem. I chodzi nie tylko o mało obiecujący wiek, ale też o fakt, że największym dotychczas wyczynem medialnym Lisy Mitchell było przebicie się do finału australijskiego “Idola”, co załatwił jej niespecjalnie ekscytujący występ, a w finale było niewiele lepiej. Ostatecznie zajęła 6. miejsce i to mogła być najszczęśliwsza przegrana w jej życiu. Bo gdyby trafiła pod opiekę specjalistów od karier, to stanęłoby na kolejnym telewizyjno-radiowym muzaku. A tak skleciła w domowym zaciszu “Wonder”, debiut więcej niż “obiecujący”, rzecz wiosennie* pogodną i młodzieńczego wdzięku pełną.

To piosenki: zwrotki, refreny i w zasadzie nic więcej. Do tego kompozycyjnie banalne: od żelaznego 8/8, najlepiej bez synkop, aż po irytująco prymitywne pianino (aczkolwiek nie aż tak irytujące, jak na otwarciu “Far” Reginy Spector). Lisa wygrywa serca melodiami, urokiem własnym i głosem z gatunku niezwykle zwykłych. W połowie utworów jest skromną, kruchą dziewczynką – tym zresztą (prócz urody) urzekła “Idolowych” jurorów i widzów. W innych radośnie bawi się aranżacjami: proto beatbox, cymbałki, harmonijki, jakieś gwizdy. Tylko chwilami robi coś z większym rozmachem, ale wtedy zostawia w tyle wszystkie Florencje i inne maszyny – przykładem oblane katebushowskim pogłosem Pirouette“.

Jeśli zajrzycie na MySpace, obejrzycie teledysk Coin Laundry” i posłuchacie tego, co pod zdjęciem powyżej, to będziecie mieć dość dobre wyobrażenie o potencjale tej 19-latki, bo upubliczniła swoje najlepsze kawałki. Ja trochę na kredyt adoptuję ją do rodziny moich ulubionych żeńskich głosów, która w tym roku poszerzyła się już o wspomnianą na wstepię Laurę Groves z Blue Roses.

Lisa ma o jedno drzewko mniej od Laury, ale nie szkodzi, bo jest dopiero sadzonką. *W Australii mają teraz wiosnę, szybko wyrośnie i zakwitnie.

australia

Jeszcze lubimy słuchać płyt

14.11.2009 | 5 odpowiedzi

Jeszcze lubimy sluchac plytWyciągnięte z badania przygotowanego przez theleadingquestion.com na tegoroczne targi Midem, czyli największy spęd biznesowomuzyczny. Ciekawe tylko, w ilu z tych przypadków za deklaracjami idzie faktyczne słuchanie. Informacji o widełkach wiekowych niestety brak.

Fine.