Listopad 2009

Tomasz Stańko – wywiad

Tomasz Stańko jest mistrzem nastrojów, sam jednak wspomaga swoje samopoczucie muzyką innych. Wspomina się jego narkotykowe przejścia, ale dzisiaj radzi sobie bez – jak sam to ujmuje – sztucznych polepszaczy, bo wystarcza mu poranny jogging („Aby wstrzyknąć sobie do mózgu trochę naturalnej endorfiny”). Kiedy czuje się bogiem – o co nietrudno, gdy słyszy się tyle pochlebstw ze strony krytyków i kolegów po fachu – odkłada trąbkę, zakłada papucie i „pospolicie drepcze po podłodze”.

Po 10 latach pracy w kwartecie z Marcinem Wasilewskim, Sławomirem Kurkiewiczem i Michałem Miśkiewiczem pod koniec kwietnia 67-letni Stańko zarejestrował album „Dark Eyes”. Z nowym skandynawskim składem i z nowej, nowojorskiej perspektywy.

Jak dla pana kończy się ta dekada?
Tomasz Stańko: – Dobiega końca okres, który zaczął się dla mnie na początku lat 90. Chyba nazwę go „nowo narodzony”. To było prawie 20 lat rozmaitych, ale ciekawych zawirowań. Dopiero w ostatnich dwóch dekadach narodziła się moja właściwa kariera. Najpierw wyczyszczenie się z narkotyków, potem płyta „Bluish” z 1993 roku, później album „Matka Joanna” dla Manfreda Eichera i powrót do jego wytwórni ECM. Bardzo poważnie szedłem naprzód, a teraz wyraźnie czuję, że zaczyna się coś nowego.

Bo ukazuje się „Dark Eyes”, nowa płyta z nowym zespołem?
– Nie lubię rozgraniczać swojego życia, ale coraz wyraźniej wyłaniają mi się przed oczami pewne etapy. „Dark Eyes” rozpoczyna dla mnie, powiedziałbym w cudzysłowie, „okres nowojorski”, bo częściowo pomieszkuję teraz w Nowym Jorku. Jestem włóczęgą i w zależności od potrzeb zatrzymuję się w Polsce lub w USA.

I to słychać w pańskiej muzyce?
– „Dark Eyes” różni się od poprzednich płyt: inne kompozycje, inne aranżacje, jest też bardziej komunikatywna niż poprzednia – „Lontano”. Oczywiście jest moja, bo odciskam silne piętno na muzyce, ale to już jest coś nowego.

Dlaczego powstawała tak długo?
– Najdłużej z moich ostatnich płyt, jakieś trzy lata. Wolno pracuję. Najpierw muszę mieć pewność składu. Kiedy rozstałem się z moimi poprzednimi muzykami, wiedziałem, że to musi potrwać. Poza tym musiałem przestawić się na nowe brzmienie. Wymyśliłem sobie, że chcę grać z gitarą, by mieć nowe możliwości. Drugi instrument, zarówno harmoniczny, jak i melodyczny. Mnie gitara zawsze się podobała, szczególnie brzmienia pochodzące jeszcze z dawnych czasów, na przykład sound Jima Halla.

Jak zaczął pan kompletować skład?
– Najpierw w Finlandii znalazł się pianista Alexi Tuomarila. Potem duński gitarzysta Jakob Bro. Miał doskonałe brzmienie, więc zaprosiłem go na koncerty w Polsce, bo muszę z kimś pograć, aby mieć pewność wyboru. Okazał się świetny. To on zarekomendował mi basistę Andersa Christensena, swojego rodaka, a przy okazji bardzo ciekawego freaka. Na początku grał na kontrabasie, ale potem zobaczyłem, że na elektrycznym basie gra równie interesująco. Zupełnie inaczej, niż to się zwykle robi. Żaden funk, znakomicie czuje free i równie interesująco gra różne transowe rzeczy. Z dwóch bębniarzy, których miałem do wyboru, Olavi Louhivuori grał z moim pianistą i to jego ostatecznie wybrałem. Mam więc w zespole dwóch Finów i dwóch Duńczyków.

I dopiero wtedy zabrał się pan do pisania?
– Komponując, muszę powstającą muzykę na bieżąco sprawdzać na koncertach. Gros programu powstało dopiero w Nowym Jorku, właściwie wszystkie ważniejsze kompozycje wchodzące w skład „Dark Eyes”. Jej właściwa nazwa to „Dark Eyes of Martha Hirsch”, od obrazu Oskara Kokoschki, który widziałem w jednej z tamtejszych galerii. Bo ja w Nowym Jorku jestem właściwie coraz bardziej takim art consumerem. Mieszkając w tym mieście, jedną nogą stoję na najważniejszej scenie jazzowego świata. Ale zawsze byłem też fanem sztuki wizualnej i przez całe życie kochałem malarstwo. Teraz, jeśli tylko zechcę, mogę wszystkie moje ulubione obrazy zobaczyć w ciągu 15 minut.

Nowojorskie otoczenie bardzo wpływa na pańską muzykę?
– Generalnie to moja własna aktywność i wrażliwość tworzy dźwięki. Ale w Nowym Jorku łatwo znaleźć inspirację. Na ziemi zawsze był jakiś punkt centralny: starożytne Ur, Babilon, Ateny, Rzym czy Aleksandria. Nowy Jork jest punktem centralnym dzisiejszego świata, gdzie Chiny i inne kultury wschodnie spotykają się z afrykańskimi, wszystko się w tym tyglu przewraca. To miasto wibruje, tętni, a człowiek automatycznie czuje w sobie większą energię. Codziennie rano w Central Parku urządzam sobie nordic walking z kijkami. I tam już koło szóstej rano jest ruch, a przed siódmą biega tłum ludzi. Wszyscy mają tę energię.

Energię czerpie pan z miejsca, a inspirację ze sztuki?
– To zależy od potrzeb i możliwości, ten wachlarz jest bardzo szeroki, ale tak, generalnie sztuka. Operując w jej rejonach, mogę bardzo łatwo wciągnąć się w jakikolwiek nastrój. W cokolwiek.

Wracając do pańskiego zespołu, nie było świadomej decyzji, że teraz będzie pan grał wyłącznie ze Skandynawami?
– Nie, Skandynawia to zupełny przypadek. Ale ta część świata to wciąż – i to już od wielu lat – jedna z najlepszych scen muzycznych. Tradycja jest stara, w Szwecji nie było wojny, w Europie tylko tam grano wtedy jazz. A w Kopenhadze stale osiedlali się wybitni muzycy, jak Don Cherry czy Kenny Drew. Norwescy instrumentaliści są dzisiaj sławni na całym świecie. Skandynawia to kuźnia wielkich muzyków.

Odpowiada panu ich styl?
– Są mi najbardziej bliscy, bo grają konwencjonalną muzykę, są technicznie wspaniali, ale mają również bardzo otwarte głowy. Są tolerancyjni artystycznie, potrafią skręcić w każdym kierunku. Nie są tak scholastyczni jak muzycy czysto jazzowi. To się teraz coraz bardziej rozmywa, ale na przykład Włosi są bardziej mainstreamowi: bebop, hard-bop, takie rzeczy.

Znowu wybrał pan znacznie młodszych ludzi.
– Lubię młodych artystów, ale to przede wszystkim zawodowcy, wysokiej klasy muzycy. Szukam najlepszych. Wybieram tych, którzy mają bardzo dobrą reputację. Sprawdzam wcześniej, z kim grali, gdzie grali.

Nie było panu szkoda rozstawać się po tylu latach z Wasilewskim, Kurkiewiczem i Miśkiewiczem?
– Rozstaliśmy się. Nagrałem z nimi trzy płyty, zrobiłem taki tryptyk i to się wypaliło, skończyło. A sami wydali świetną płytę „January”. Cały czas jednak mamy kontakt i jeszcze długo będę z nimi grał. To był przecież jeden z moich najlepszych bandów.

Pan ma ucho do młodych. Ktoś w Polsce przyciągnął ostatnio pańską uwagę?
– Kiedy tylko mogę, gram z Dominikiem Wanią, znakomitym pianistą. Muzycy bardzo dobrej klasy pokazują się rzadko, to normalne. Ale w Polsce jest mnóstwo zdolnych młodych muzyków, którzy potrafią rozwijać się jednocześnie w bardzo różnych kierunkach.

Jak Marcin Masecki.
– O, Masecki jest świetny! Mamy w Polsce jakieś szczęście do pianistów.

Czy pan nigdy się nie nudził na scenie?
– Ale właśnie po to jest muzyka, sztuka, żeby się człowiek nie nudził.

Przecież to już prawie 50 lat grania. Bez żadnego triku?
– Trikiem jest poważne podejście do tematu. Nawet jak człowiek jest dozorcą. Kiedy widzę tutaj portierów, którzy siedzą i nic nie robią, to sobie myślę: ci to mają rutynę. A w Nowym Jorku mam pięciu portierów. Oni cały czas czyszczą, sprzątają, cieszą się tym domem. To kwestia uczciwego podejścia do tego, co się robi. Nie szanuje się samego siebie, jeśli nie szanuje się tego, co się robi.

Na swój dorobek patrzy pan jak na całość, coś większego?
– Zdecydowanie jest to pewna narracja. Ciągłość. Ale nie rozkwit. Ja się nie rozwijam, no, może technicznie, ale to jest ciągle tworzenie tej samej rzeczy na różne sposoby. Kiedyś nie podobały mi się moje stare nagrania. Teraz myślę, że gdzieś od nagrania z Komedą albumu „Astigmatic” gram już równo. Młodością nadrabiałem techniczne braki.

Nowicjusze mają takie same szanse na strzał w dziesiątkę jak weterani sceny?
– Dokładnie tak. Lubię dawać ten przykład: Arthur Rimbaud stworzył całą swoją poezję będącą synonimem piękna do 19. roku życia. A potem został kupcem! Naprawdę, natura ludzka jest niewiarygodna.

Jak pan traktuje takie komplementy jak „największy żyjący trębacz”?
– Przede wszystkim to nieprawda. Wszystko jest względne. Dobra reputacja pomaga w życiu i ułatwia rozwiązywanie pewnych problemów, ale nie sposób podchodzić do tego na serio. Muszę wręcz się od tego odcinać, bo gdybym zaczął wierzyć, to zafałszowałoby mi ogląd rzeczywistości i wpędziło mnie w zarozumialstwo.

Podoba się panu to, co dzieje się dziś w muzyce?
– Mnie się nowa muzyka bardzo podoba, chociażby elektroniczna. To są świetne brzmienia, ciągle pojawiają się nowe. Cywilizacja się rozwija, bo nie było wojny, nie było regresu. Słucham starych nagrań dla przyjemności, ale obecnie powstaje coraz więcej ciekawych rzeczy.

Muzyczną rewolucję cyfrową jakoś pan odczuł?
– Siedzę z komputerem tak jak wszyscy, chociaż może nie aż tak dużo. Gdy szukałem muzyków do obecnego składu, to sprawdzałem ich referencje i nagrania w Internecie. Bez tego już prawie nie ma życia.

A ten najnowszy rozdział życia długo zamierza pan dzielić ze skandynawskim kwartetem?
– Nie wiem, może nie. W Nowym Jorku mam już nowe składy, podoba mi się również Dominik Wania. Tak długo grałem z polskim kwartetem, że teraz mi się odwróciło i lubię zmiany. Może dwie płyty z nimi nagram, ale na trzecią już bym nie parł. Nie sięgam daleko naprzód, daję się ponieść fali życia. Z tego wychodzi życie nieprzewidywalne, ale najpiękniejsze.

rozmawiał Mariusz Herma
„Przekrój” 42/2009

 

 

Fine.


Rap w tarapatach

Simon Reynolds rozpisał się na temat tarapatów rapu i jak zwykle rozpisał się ciekawie, choć z pewną satysfakcją muszę stwierdzić, że wyprzedziłem go dostępną już online „Przekrojową” analizą. Mniejsza o to, że obu nas zainspirował cytowany Sasha Frere-Jones z „New Yorkera”, bo jego z kolei o trzy lata wyprzedził Nas singlem „Hip-Hop Is Dead„.

Fine.


Paczka elektroniczna

Nosaj Thing - Drift. Nosaj Thing – Drift (Alpha Pup)

Ocena 4/6

Artur w jednym z komentarzy zmobilizował mnie do podsumowania elektronicznych doświadczeń ostatnich tygodni. Więcej będzie hybryd, bo takie lubię najbardziej, co zresztą sugeruje tytuł bloga. A poza tym w ostatniej dekadzie to hybrydy posuwają sprawy do przodu. Wreszcie muzyka spotkała się z motoryzacją.

Gdybym miał wprost odpowiedzieć na to pytanie o klimatyczną elektronikę, to poza wiosennym The Field (ciągle się broni) poleciłbym dość jednoznaczne stylistycznie Nosaj Thing. Jak z kolei swoim pseudo sugeruje nieznany z nazwiska „muzyczny modulator”, do zwykłych rzeczy – w tym wypadku melodyjnych, niespecjalnie pogłębionych, lekko zrytmizowanych ambientów – podchodzi na swój własny, odrobinę nietypowy sposób.

Tą nietypowością jest ciepłota brzmienia (przeciwieństwo The Field), ale nie taka, jak na drugiej selekcji Aphexa. Raczej jak u Boards of Canada. Co za tym stoi? „Organiczne” sample, archaiczne syntezatory, łagodne perkusjonalia, którym chwilami („Voices”) bliżej do Afryki niż do laptopa ze świecącym jabłuszkiem. Rzecz tłumaczy pochodzenie – Alpha Pup to wytwórnia sercem oddana hip-hopowi, a nie elektronice.

W kategorii: nieradykalna, nieodkrywcza, odrobinę kiczowata, umiarkowanie ambitna i przyjemnie towarzysząca elektronika – „Drift” sprawdza się, a melodie czynią swą powinność i zapadają w pamięć. Najodważniej NJ poczyna sobie w „Coat of Arms”, najszybciej chwyta w „IOIO” – oba są na MySpace. Jest tam też remiks „Reckonera” Radiohead, znośny.

Fuck Buttons - Tarot Sport. Fuck Buttons – Tarot Sport (ATP)

Ocena 5/6

A to już jest płyta absolutnie nietowarzysząca, za to kryterium klimatyczności spełnia z zadatkiem. Kilka razy próbowałem przy „Tarot Sport” czytać albo pisać i za każdym razem kończyło się na gaszeniu światła. Fuck Buttons, czyli Andrew Hung i Benjamin Power, mają jeden pomysł na muzykę, ale pomysł dobry.

Brzmi to tak, jakby połączyć przesterowane, shoegaze’owe podkłady M83 i brzmieniowe fluktuacje Animal Collective z najbardziej dosadną stopką Underworld. Mówię o dłuższych, transowych, wręcz rave’owych utworach typu „Surf Solar„, bo dwa krótsze „Rough Steez” i „Phantom Limb” przynoszą bardziej wymyślną inżynierię dźwięku. Pozostałe to kompletne dziesięciominutówki z odpowiednio przydługim wstępem, stopniowym zagęszczaniem tła i rytmu, i tak przez kolejne stadia napięcia aż do kulminacji jak w najlepszych eksplozjach post-rocka (albo i techno).

I jeszcze klejnot w koronie tego królestwa repetycji: o ile zwykle wszystko trzyma tempo, a akordy elegancko zmieniają się, kiedy kreska taktowa nakazuje, o tyle w przedostatnim „Space Mountain” sprawiają wrażenie, jakby się… ociągały. Taki dźwiękowy odpowiednik złudzenia optycznego: w głowie słyszymy już zmianę, a ona następuje sekundę później. Celne.

Bibio - The Apple and the Tooth. Bibio – The Apple and the Tooth (Warp)

Ocena 3/6

Stephen Wilkinson to mistrz syntezy i człowiek wszechstronnych talentów, który próbuje pisać niepiosenkowe piosenki, nieelelektroniczną elektronikę, eksperymentować bez ryzyka utraty kontaktu ze słuchaczem. Obiektywnie: udaje mu się to znakomicie. Subiektywnie: jak dla mnie nie wystarczająco dobry ani w śpiewaniu, ani w komponowaniu, ani w produkcji, więc mieszanka jest mdła.

Na drugą płytkę dla Warpa wrzucił tylko cztery oryginalne utwory, a reszta to remiksy: klimatyczne (Wax Stag, czyli Rob Lee z Friendly Fires), destrukcyjne (Clark), chilloutowe (niejaka Leatherette), a „Haikuesque” brzmi tutaj jak utwór Hood. Ile głów, tyle podejść, a mówiąc precyzyjnie – osiem. Czyli raczej składak niż płytka Bibio. Jeśli ktoś lubi bryki, to znajdzie tutaj streszczenie kilku ważniejszych nurtów ostatnich lat. A „Dwrcan” w wersji Eskmo pozostawia oryginał daleko w tyle. Jednak remiksy mają miewają sens.

Freeland - Cope. Freeland – Cope (Marine Parade)

Ocena 2/6

Dałem się przekonać wysokiej ocenie na Metacritics, tyle że zapomniałem zerknąć, z recenzji jakiego pochodzenia wyliczyli średnią. Adama Freelanda, który mimo breakbeatowej etykietki wygląda mi na miłośnika użytkowego techno, najwyraźniej nie interesuje automatyczny parkietowy sukces, jaki dałaby mu przyzwoicie brzmiąca łupanka. I dobrze.

Zamiast tego próbuje podciągnąć gatunek pod coś większego – jeszcze lepiej. Tyle że stosuje w tym celu środki podobne do tych, jakimi muzykę rockową próbowano uszlachetniać w latach 70. Może to wpływ sceny kalifornijskiej, dla której porzucił Londyn? W każdym razie symfoniczne podejście do elektroniki kiepsko się sprawdza. Za to mamy mnóstwo syczących dźwięków – w sam raz do posłuchania na komórce.

Bike For Three! - More Heart Than Brains. Bike for Three! – More Heart Than Brains (Anticon)

Ocena 5/6

Chociaż płyta z końca wiosny i choć częściej podpada pod tak (zabawnie) zwany alternatywny rap niż pod elektronikę, to piszę, bo projekt ledwie się zaczął, a już zapowiada się spektakularnie. No i miało być o hybrydach.

Kanadyjczyk Richard Terfry, czyli Buck 65 rapuje od 15 lat i jest w tym tak świetny jak Scroobius Pip. Belg Joëlle Phuong Minh Le, który rozsądnie posługuje się niezbyt rozsądnym pseudonimem Greetings from Tuskan, robi bardziej elektroniczne niż hiphopowe podkłady i na moje ucho jest w tym lepszy niż Dan le Sac. Nawet się nie spotkali – wystarczyło Myspace. I dzięki niemu Buck 65 po niezbyt udanym związku z Warnerem wraca do  Anticonu.

Ogólnie rzecz biorąc, impreza równie ponura co okładka, muzycznie tak zakręcona jak te wszystkie pseudonimy, nazwy i tytuły, ale zadbana na obu poziomach: wokalnym i instrumentalnym, więc nie szkodzi jej wybiórcza koncentracja uwagi. Jak choćby cLOUDDEAD czy inna Anticonowa gwiazda – 13 & God (The Notwist + Themselves), Bike for Three! dla konserwatywnych hiphopowców będzie w 100% niestrawne. Reszcie da szansę na znalezienie w tym roku czegoś dla siebie w rapowanych rejonach muzyki. Do testowania polecam „All There Is to Say About Love„.

Z rzeczy bardziej ambientowych, dobrze akompaniuje codzienności „Choral” Mountains, o którym Bartek wszystko już napisał. Podobnie „Riceboy Sleeps” Jonsi & Alex – najsłynniejszy islandzki falset tutaj milczy i otrzymujemy coś w rodzaju wstępów/podkładów Sigur Rós. Wynudziła mnie za to „Tumma” Vladislava Delaya. Zamysł ciekawy – podejść do laptopa z jazzową swobodą – w praktyce okazuje się potwierdzać, że pewna liniowość i powtarzalność jednak elektronice służy. A we fragmentach bardziej konwencjonalnych za dużo jak dla mnie brzmienia, a zbyt mało muzyki.

Fine.


Fisherspooner – wywiad

Jak będzie wyglądał was koncert w Krakowie?

Casey Spooner: Będzie bardzo elektronicznie, bo tym razem nie zabieramy ze sobą zespołu, i bardzo teatralnie, bo mamy fantastyczną choreografię. A do tego projekcje wideo, roztańczone światła, dramaturgia… wrażenie. Staramy się zmaksymalizować każdy z dostępnych elementów koncertu na żywo, czerpiąc inspiracje z tańca, muzyki, wideoartu czy teatru. Spodziewajcie się wielkiego popowego widowiska.

Jak ma się do tego wasz nowy album „Entertainment”?

Pracowaliśmy nad nim nietypowo. Zacząłem od wymyślenia samych tytułów piosenek. Później przyszedł czas na pracę z zespołem i stopniowo zaczęły się wyłaniać melodie, akordy, wreszcie całe utwory. Każdy ma swoje własne metody na pokonanie strachu przed białą kartką, swoje własne natchnienia. Niektórych do napisania inspiruje na przykład rytm przejeżdżającego pociągu.

Przy poprzednim albumie taką inspiracją był David Byrne?

Współpraca z nim była niesamowitym doświadczeniem. Zawsze marzyłem o spotkaniu z nim, a potem się okazało, że często wpada na nasze koncerty. Zaczęliśmy mailować i w końcu stworzyliśmy coś wspólnego.

Ciągle przypisuje się wam etykietkę electro-clash. Czujecie się jeszcze częścią tego nawiązującego do lat 80. nurtu?

W przeszłości to było faktycznie prawdziwe, ale było-minęło. To był bardzo tymczasowy styl, który przekształcił się w tandetne electro, całe w różach i seledynach.

Ostatnio zaangażowałeś się w teatr…

Jako młody chłopak próbowałem grać i teraz to wróciło. A to wszystko dzięki The Wooster Group, którzy wystawiali w Nowym Jorku „Hamleta” i pozwolili mi się przyłączyć. Pomagaliśmy im też w poszukiwaniach świeżego podejścia to muzyki w teatrze. W tej chwili siedzę po uszy w przygotowaniach do trasy Fischerspooner, która – czy już wspominałem – będzie spektakularna. Ale nie zapominam ani na chwilę o dramacie. Wszystkie sztuki wykonawcze są spokrewnione, wzajemnie się pobudzają i uzupełniają.

Jaką publiczność chcielibyście zobaczyć w Krakowie?

Bądźcie podekscytowani, głodni muzyki i tańczcie! Macie się świetnie bawić i tyle.

(„Przekrój”)

 

 

Fine.


Múm – Sing Along To Songs You Don’t Know

Múm – Sing Along To Songs You Don’t Know (Morr Music)

 

Niepozorność to wredna cecha: skreślą cię, zanim porządnie się przyjrzą. Múm ma ten problem. W uszach intelektualistów ratowały ich mikroelektroniczne sztuczki, którymi podłączyli się pod laptopowy boom przełomu wieków. Serca wrażliwców zaś Islandczycy zdobyli słodyczą dziecięcych głosów sióstr Valtýsdóttir.

Odejście tych ostatnich i konsekwentny dryf ku akustycznemu instrumentarium doprowadziły jednak zespół do momentu, w którym, mówiąc oględnie, mają przerąbane – szczególnie w czasach pobieżnego internetowego słuchania. Powściągliwymi aranżacjami nie zwrócą niczyjej uwagi, „islandzki klimat” przestał być atutem dobre kilka lat temu, a kompozycyjne walory ich nowej płyty – wydanej na 10. urodziny Múm – najwyraźniej nikogo nie interesują. Błąd! Może i nie są już „tamtym zespołem”, ale piosenki wciąż piszą lepsze niż ich równie dziecinni krewniacy z kontynentu. I tylko licha okładka „Sing Along…” zdradza, że za oknem islandzkiego studia kraj tonął w kryzysie. Nie zaczynajcie od tej płyty swojej przygody z Múm, ale i nie kończcie na niej.

„Przekrój” 38-39/2009

 

Fine.


Wilco – Ashes of American Flags, Wilco (The Album)

Wilco – Ashes of American Flags (Warner)

 

Wilco – Wilco (The Album) (Nonesuch)

 

„Jeff, Jay, błagamy, wróćcie do siebie” – mantra fanów Wilco właśnie się urwała. Jay Bennett, który opuścił grupę w 2001 roku, tuż po ukończeniu „Yankee Hotel Foxtrot”, pod koniec maja w trakcie snu opuścił z kolei ten świat. Tymczasem w modłach o powrót Jaya fani skrywali rozczarowanie marazmem Jeffa Tweedy’ego.

Pal licho studyjne igraszki, każdy muzyk w końcu z tego wyrasta, ale i songwriterskie wyczucie lidera Wilco wyraźnie stępiało. Po fascynujących płytach z przełomu wieków grupa z Nashville poczęła dryfować ku statecznemu soft rockowi, a najnowszym „The Album” wprost wpycha się na regał z muzyką dla emerytów. Monotonia aranżacyjna, zanik skrajności i tylko trzy celne trafienia: „Wilco the Song” (tak zwany natychmiastowy klasyk), „You and I” zaśpiewany w duecie z Kanadyjką Feist oraz zgrabne „I’ll Fight”. Reszta „Albumu” stanowi pozbawiony ambicji skok w mainstream. To nawet nie są złe kawałki – po prostu nie ma czym się ekscytować.

Sytuacja odwraca się na koncertach. Film „Ashes of American Flags” niesie optymistyczne przesłanie: nawet gdy przestaną nas interesować studyjne dokonania Wilco, na ich koncerty będziemy biegać z wywieszonym jęzorem. Tutaj stoicyzm Tweedy’ego służy nastrojowi, a temperament reszty składu (epileptyczny amok gitarzysty Nelsa Cline’a kojarzy się z poczynaniami metalowców) dodaje kolorytu utworom, z których fani bez żalu oczyściliby setlistę. Wilco na żywo ożywa.

„Przekrój” 30/2009

 

Fine.


Nie rozpoczynaj recenzji od…

• Przyznaję, że nigdy nie byłem fanem tego zespołu. (Także: „Nigdy nie byłem w stanie pojąć fenomenu tego zespołu” i podobne).

Przyznaję, że mam problem z tą płytą. (I z pomysłem na recenzję też).

[….] po raz kolejny udowadniają, że… – potrafią pisać piosenki, należą do najbardziej utalentowanych bandów rockowych na Wyspach, jeszcze niejednym mogą nas zdziwić, itd. (Ciekawe skąd przekonanie, że w byciu muzykiem chodzi o udowadnianie).

Cztery lata kazali nam czekać… (Może i wam kazali).

Na tę płytę czekaliśmy z prawdziwą niecierpliwością. (Może i czekaliście).

O tym albumie wiele słyszałem, jeszcze zanim wpadł mi w ręce. (Hmm, recenzja jest przeterminowana?).

Trzecia studyjna płyta post-rockowców z Islandii… (Egzamin z Wikipedii zaliczony).

Mimo młodego wieku ma już na koncie 87 milionów sprzedanych płyt. (No to nikt nie zauważy, że nie przeczytałem recenzji i nie kupiłem jeszcze jednego egzemplarza).

Prawdziwi fani powinni natychmiast zaprzestać czytania tej recenzji. (Będzie się działo!)

Zaczyna się od… – czasem oryginalnego „trzęsienia ziemi”, czasem od „dźwięków zgoła niepozornych”. (Na szczęście opisowych recenzji jest coraz mniej – głupio recenzentom wykładać coś, co czytelnik zna od miesiąca).

Tytuł płyty mówi o niej prawie wszystko. (Czasem bez „prawie”, ale wtedy to już wzorcowe samobójstwo).

Fanom gatunku tego zespołu przedstawiać nie trzeba. (Ale reszcie czytelników na pewno, więc jednak łaskawie opowiem o tym i owym).

…bo ktoś już to zrobił.

Pokrewne: 10 sposobów na zgnojenie płyty i Bartka Chacińskiego „ulubione” słowa.

Fine.


Nathalie and the Loners – Go, Dare

Nathalie and the Loners – Go, Dare (Ampersand)

Jeśli nie znacie jeszcze Natalii Fiedorczuk, to jest wyłącznie wasza wina. Bo w 2009 roku dawała o sobie znać aż trzy razy. Rozpoczęła mocnym koncertem reaktywowanego Happy Pills w „Trójkowym” studiu im. Agnieszki Osieckiej. Potem przyszła kolej na debiut poznańskiego Orchid. Rzecz nieco chałupnicza, ale niesłusznie wepchnięta do niszy – albo jeszcze z niej niewypchnięta – bo kryje pokłady talentu rozmiarów rzadko spotykanych i to nie tylko nad Wisłą.

Jeśli ktoś spodziewał się jednak muzyki bardziej kobiecej – w końcu 3/5 zespołu pochodzi z Wenus – ukojenie odnajdzie w „Go, Dare”. Jako Nathalie and the Loners Fiedorczuk (i wspierający ją aranżacyjnie Piotr Maciejewski) przyciąga uwagę profesjonalizmem, różnorodnością, przyjazną barwą głosu i takąż angielszczyzną, swobodą w rozwijaniu piosenek oraz intuicją, kiedy należy je zwinąć. Razi tylko szablonowością kompozycji, ale uwolnienie się od schematów to byłoby ostatnie stojące przed nią wyzwanie.

Fiedorczuk, Kulka, Marcell, Przybysz i jeszcze parę innych młodych nazwisk – jeśli zmęczyliście się czekaniem na rodzimych wokalistów śpiewających w światowym stylu i na światowym poziomie, to czas przenieść muzyczne nadzieje na płeć piękną.

Fine.


Bierzcie

Za www.fdm.net.pl (dzięki czujności Macia):

„W związku z ciężką sytuacją dystrybucujną, postanowiliśmy bezpłatnie rozdać płyty wszystkich artystów będących pod skrzydłami FDM. Jest to symbol naszego sprzeciwu wobec polskiego oraz światowego przemysłu muzycznego, napędzanego w większości przypadków pieniędzmi, tępotą, wulgaryzmami i seksem.

Rozdanie całego nakładu nagrań symbolizuje nasze wyzwolone od materializmu podejście do sztuki oraz fakt, iż stawiamy przekazywanie swojej treści fanom muzyki, na pierwszym miejscu.W czasach, w których nie będąc potentatami w dziedzinie chłamu, nie jesteśmy w stanie liczyć na pomoc od „tych z góry”. W czasach, w których wyrazy niezależne, niekomercyjne, wolne od korupcji i układów, są synonimami wyrazów biedne, niezauważalne, słabe i gówniane.

W tych właśnie czasach postanowilismy rozdać bezpłatnie naklady płyt, aby móc w ten sposób dotrzeć do szerszego grona słuchaczy i aby to co dobre i piękne, a niekoniecznie zaspokajające masowe potrzeby, na długi czas nie zniknęło w podziemiu.

Premiera płyt – 23 listopada. Płyty można bezpłatnie zamówić na naszej stronie w e-sklepie oraz będą one rozdawane na koncertach zespołów.

Nie mogę się doczekać, aż pomysł podchwyci Blue Note.

Fine.