RSS

Nowy szowinizm muzyczny

19.11.2009 | 20 odpowiedzi

NME lubi kobiety tylko trochę bardziej niż CzarnychNo to mamy komplet. O ile zestawienie najlepszych albumów dekady Pitchforka pokazało klasyczny amerykocentryzm, a podobna lista „Uncut” była zwyczajnie rasistowska, o tyle setka dekady NME bije wszelkie rekordy.

Nie dość,  że (jak sugeruje ilustracja) jest biała jak śnieg z bodaj czterema czarnymi płytami (to nawet lepsze niż The Strokes, The Libertines, Primal Scream oraz Arctic Monkeys w pierwszej czwórce), wąska gatunkowo (jak tu pytać o world music, skoro ledwie załapał się hip-hop albo cięższe odmiany rocka)  i anglofilska (już wolę amerykocentryzm, bo nie jest równoznaczny z gitarocentryzmem), to jeszcze „NME” zupełnie nie zauważa dokonań płci pięknej w być może najlepszej dekadzie dla kobiet od czasów śpiewów plemiennych ku czci Matki Natury.

To jest o tyle ciekawe, że od lipca naczelną „NME” jest Krissi Murison, pierwsza kobieta na tym stanowisku w prawie półwiecznej historii pisma. Bo chociaż zwycięzców wybrało „gremium złożone z muzyków, producentów, dziennikarzy i szefów wytwórni”, to przecież ich też ktoś musiał wybrać.

10. Radiohead – In Rainbows
9. The Streets – Original Pirate Material
8. Interpol – Turn On The Bright Lights
7. Arcade Fire – Funeral
6. PJ Harvey – Stories From the City, Stories From the Sea
5. Yeah Yeah Yeahs – Fever To Tell
4. Arctic Monkeys – Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not
3. Primal Scream – XTRMNTR
2. The Libertines – Up The Bracket
1. The Strokes – Is This It

Fine.

Dygresja

18.11.2009 | Skomentuj

Brian Eno i Steven Johnston debatują o innowacjach i okolicznościach im sprzyjających przy okazji premiery nowej książki tego ostatniego. Godzina i 16 minut, ale nie tylko o tym, jak odkrycie kawy doprowadziło do rewolucji technologicznej. Jest i o muzyce.

Johnston kilka miesięcy temu popełnił też na łamach „Time’a” zacny tekst o Twitterze.

Fine.

Co z tym hip-hopem

17.11.2009 | 15 odpowiedzi

Billboard:

Speaking of New York, what do you think of critics claiming that the Big Apple isn’t holding its weight in terms of the genre these days?

Rakim:

New York is kind of all over the place with its sound right now. Overall, I think the substance of hip-hop is a little shallow and I think listeners and consumers realize that. We need to get back to a little more consciousness — to the essence of hip-hop, not just partying and negativity.

Żałuję, że trafiłem na tę wypowiedź już po tym, jak wydrukował się tekst o trzytorowym wygasaniu hip-hopowego ogniaZa to przy okazji Marcin Flint sprzedał mi album „Troubadour” K’Naana. Zapamiętamy 2009 rok jako ten, w którym człowiek z Somalii przypomniał Amerykanom, że w hip-hopie da się lepiej.

Fine.

Lisa Mitchell, czyli mam romans z Australijką

15.11.2009 | 7 odpowiedzi

Lisa Mitchell

Lisa Mitchell - Wonder (Scorpio / Sony 2009). Lisa Mitchell – Wonder (Scorpio/Warner/Sony)

Ocena 4/6

Skoro wiosną wyznałem, że zadurzyłem się w 21-letniej dziewczynie, to nie będę teraz ukrywał, że szara jesień przywiała mi kolejne dziewczę. I to ledwie 19-letnie…

Całe szczęście, że posłuchałem przed czytaniem. I chodzi nie tylko o mało obiecujący wiek, ale też o fakt, że największym dotychczas wyczynem medialnym Lisy Mitchell było przebicie się do finału australijskiego „Idola”, co załatwił jej niespecjalnie ekscytujący występ, a w finale było niewiele lepiej. Ostatecznie zajęła 6. miejsce i to mogła być najszczęśliwsza przegrana w jej życiu. Bo gdyby trafiła pod opiekę specjalistów od karier, to stanęłoby na kolejnym telewizyjno-radiowym muzaku. A tak skleciła w domowym zaciszu „Wonder”, debiut więcej niż „obiecujący”, rzecz wiosennie* pogodną i młodzieńczego wdzięku pełną.

To piosenki: zwrotki, refreny i w zasadzie nic więcej. Do tego kompozycyjnie banalne: od żelaznego 8/8, najlepiej bez synkop, aż po irytująco prymitywne pianino (aczkolwiek nie aż tak irytujące, jak na otwarciu „Far” Reginy Spector). Lisa wygrywa serca melodiami, urokiem własnym i głosem z gatunku niezwykle zwykłych. W połowie utworów jest skromną, kruchą dziewczynką – tym zresztą (prócz urody) urzekła „Idolowych” jurorów i widzów. W innych radośnie bawi się aranżacjami: proto beatbox, cymbałki, harmonijki, jakieś gwizdy. Tylko chwilami robi coś z większym rozmachem, ale wtedy zostawia w tyle wszystkie Florencje i inne maszyny – przykładem oblane katebushowskim pogłosem Pirouette„.

Jeśli zajrzycie na MySpace, obejrzycie teledysk Coin Laundry” i posłuchacie tego, co pod zdjęciem powyżej, to będziecie mieć dość dobre wyobrażenie o potencjale tej 19-latki, bo upubliczniła swoje najlepsze kawałki. Ja trochę na kredyt adoptuję ją do rodziny moich ulubionych żeńskich głosów, która w tym roku poszerzyła się już o wspomnianą na wstepię Laurę Groves z Blue Roses.

Lisa ma o jedno drzewko mniej od Laury, ale nie szkodzi, bo jest dopiero sadzonką. *W Australii mają teraz wiosnę, szybko wyrośnie i zakwitnie.

australia

Jeszcze lubimy słuchać płyt

14.11.2009 | 5 odpowiedzi

Jeszcze lubimy sluchac plytWyciągnięte z badania przygotowanego przez theleadingquestion.com na tegoroczne targi Midem, czyli największy spęd biznesowomuzyczny. Ciekawe tylko, w ilu z tych przypadków za deklaracjami idzie faktyczne słuchanie. Informacji o widełkach wiekowych niestety brak.

Fine.

Dlaczego hip-hopowe płyty są dłuższe niż metalowe

12.11.2009 | 17 odpowiedzi

Nawet na niezbyt z pozoru poważne tematy można ciekawie podyskutować. W skrócie wychodzi na to, że większość płyt hip-hopowych trwa ponad godzinę, nierzadko po 70-79 minut, bo:

• gatunek jest relatywnie młody i nie ma tradycji 45-minutowego LP. Wręcz przeciwnie – tradycja DJ-ska mówiła: im więcej kawałków, sampli i loopów, tym lepiej

• sama ilość materiału świadczy o potencjale artystycznym wykonawcy – w latach 90. nagranie albumu podwójnego oznaczało: „oto mój życiowy opus” (od Tupaca i Notoriousa B.I.G. aż po Jaya-Z)

• przeciętna kariera rapera jest krótka – trzeba się wykazać, póki można

• hip-hop odwołuje się do aktualnych wydarzeń – magazynowanie utworów grozi przeterminowaniem

• technika nagrywania w dużej mierze opiera się na kopiuj-wklej i ogólnym recyclingu, a do tego dochodzą skity, ficzuringi, intra, outra… Wskaźnik praca/materiał, a zatem i koszt/materiał jest niski

• ewentualny freestyle, jak jazzowa improwizacja, powstaje znacznie szybciej niż starannie komponowane piosenki (nie mówiąc o muzyce klasycznej)

• kupę roboty odwala za rapera producent, który w rocku czy metalu rzadko kiedy zabiera się za pisanie muzyki

• wreszcie tego oczekują słuchacze – podobno zdarzały się przypadki zwracania do sklepu tych płyt hip-hopowych, które trwały poniżej godziny

W metalu z kolei:

• tradycja sprzyja zwięzłości i selekcji, a sporo klasyków gatunku nie imponowało długością, wręcz przeciwnie (patrz niespełna półgodzinne „Reign in Blood” Slayera)

• wierność fanów sprawia, że można bez obaw oszczędzić trochę materiału i wydać go później

• sprzyjają temu abstrakcyjne i obfitujące w metafizykę teksty, zawsze aktualne

• metalowe kawałki często są bardzo szybkie (kilkadziesiąt bpm przed hip-hopem), więc riffy i, hem, melodie równie szybko się wyczerpują

• zmęczenie rąk (szczególnie na koncertach) sprzyja zwięzłości. Wolniejszy i mniej złożony (kompozycyjnie) metal od dłużyzn nie stroni: patrz Sunn O)))

• nie dość że szybki, to jeszcze skomplikowany: napisanie materiału, wyćwiczenie, spamiętanie i nauczenie kolegów z zespołu – to wszystko musi trwać

• oczywiście jest mnóstwo bardzo długich albumów metalowych, a progmetal aż kipi od nich, więc bezpieczniej byłoby porównać hip-hop z popem, ale pokusa większego kontrastu wygrała.

Fine.

Klęska urodzaju

09.11.2009 | 1 odpowiedź

Taki szort:

According to SoundScan, 105,000 new full-length albums were released in 2008, up almost 300% from earlier in the decade.

Tyle że:

The number that sold over 1000 units in the first year? Only 6,000.

Fine.

Karl Bartos (Kraftwerk) – wywiad

08.11.2009 | Skomentuj

Dużo się ostatnio mówi o The Beatles. Podobno to im zawdzięcza pan swoją muzyczną pasję?
– To wspaniałe, że Beatlesi ciągle są wśród nas i w ciągu jednego dnia potrafią sprzedać 2,5 miliona płyt, a tak stało się w dniu premiery ostatnich remasterów. Oni są dziedzictwem kulturowym naszej cywilizacji. Gdy wspomina się lata 60., nie sposób ich pominąć, bo co roku zaskakiwali nas swoją muzyką. W ogóle rock’n'roll zalał nas wtedy niczym fala, otworzył tyle nowych perspektyw.

Pan miał wtedy kilkanaście lat…
– Dlatego pierwszy raz usłyszałem tę muzykę w pokoju mojej siostry, która kochała się w Elvisie. A gdy mój przyjaciel kupił którąś z płyt Beatlesów, wpadłem w pułapkę – kulturową i muzyczną – w której tkwię do dziś.

Do Polski przyjeżdża pan nie tylko z koncertem, ale także z wykładem „Musica ex Machina”.
– To spojrzenie na muzykę w kontekście czasu. Cofnięcie się nawet przed 1887 rok, zanim człowiek potrafił rejestrować dźwięk. Zapisywaliśmy nuty, ale to nie był sam dźwięk, jedynie jego transkrypcja. I w 1887 roku to się zmieniło.

Za sprawą Thomasa Edisona.
– Wymyślił, jak nagrać dźwięk, czyli jak oddzielić go od czasu i przestrzeni. Dzięki temu możemy usłyszeć muzykę, która zabrzmiała sto lat temu. Ten historyczny moment bardzo mnie interesuje, podobnie jak późniejszy rozwój produkcji muzycznej. U początków rock’n'rolla mieliśmy jeden albo dwa mikrofony. Ówczesne nagrania stanowiły zapis konkretnych wykonań, w które nie można było ingerować. Z czasem pojawiły się magnetofony wielościeżkowe i wszystko się zmieniło.

Czy nie zgubiliśmy w ten sposób uroku chwili? Kiedyś grupa wchodziła do studia i nagrywała płytę niemal na żywo. Obecnie dopracowuje się ją nawet latami.
– Nie cofniemy zegara. Teraz muzyczne „momenty” przeżywamy na koncertach. To obecnie jedyna okazją, by publiczność mogła usłyszeć dokładnie to, co wykonuje zespół. W jednej sali, w tym samym czasie, wszyscy razem.

Koncerty stają się też głównym źródłem zarobku muzyków.
– W ten sposób wracamy do lat 50., gdy potęga biznesu muzycznego jeszcze nie istniała. Frank Sinatra odniósł sukces dzięki temu, że wychodził do tłumów z wielką orkiestrą. A potem, w latach 60. i 70., wszystko zdominował tak zwany przemysł nagraniowy, zresztą w dużej mierze za sprawą Beatlesów.

Czy dzisiaj za sprawą internetu nie wracamy do korzeni?
– Nie pierwszy raz nowe medium „zabija” muzykę – przynajmniej nagrywaną. Podobne skutki miał rozkwit rozgłośni radiowych w USA. Nikt nie chciał kupować nagrań! Przecież muzyka była dostępna za darmo w eterze. Patrząc wstecz, możemy częściowo przewidzieć, co nas czeka. A na pewno nie czeka nas koniec ewolucji muzyki, metod jej nagrywania i dystrybucji. Ludzie są przecież tak pomysłowi, gdy chodzi o robienie pieniędzy. Chciwość uratuje naszą kulturę! (śmiech)

Wracamy też do kultu piosenki, kosztem albumów.
– Takie płyty Beatlesów jak „Revolver” albo „Sgt. Pepper” stanowiły mini-opery. Utwory były ważne, ale ważniejsze były ich konstelacje. Całość była czymś więcej niż tylko sumą składowych. I to była nowość. W latach 80. telewizja MTV na nowo skierowała uwagę publiczności na wykonanie, a z czasem zamieniła muzykę – czy szerzej kulturę – w produkt. Piosenka i obraz stały się nierozłączne. W latach 90. szkielet przemysłu muzycznego tworzyły właśnie single i teledyski. Potem mieliśmy krótki renesans albumu, a teraz za sprawą internetu znów zaczynamy słuchać pojedynczych piosenek.

Dzisiaj też trudno sobie wyobrazić koncerty bez towarzyszących im wizualizacji.
– Wystarczy zamknąć oczy! (śmiech) Albo pójść na koncert Berlin Philharmonic Orchestra. A mówiąc serio, właśnie to przenikanie obrazu i dźwięku najbardziej mnie fascynuje. Film jest wizualną artykulacją czasu, podczas gdy muzyka – dźwiękową. A obie łączy ruch.

Któremu medium daje pan pierwszeństwo podczas tworzenia?
– Komponuję muzykę i obraz równolegle. Obecnie pracuję w ten sposób nad 19-minutowym filmem. Czasami wykorzystuję oczywiście fragmenty cudzych filmów i zdjęć albo migawki serwisów informacyjnych. Nawet w czasach Kraftwerk wieszaliśmy na ścianach obrazy i plakaty, które chcieliśmy zespolić z muzyką. Niektóre trafiały potem na okładki naszych płyt.

Technika nagraniowa daje dziś muzykom niewiarygodne możliwości. Ale może panu jeszcze czegoś w studiu brakuje?
– Ludzie. To najcenniejsze, co możesz mieć w studiu. Wynalazki przychodzą i odchodzą, technologia starzeje się na naszych oczach, sprzęt trzeba nieustannie aktualizować. Gdyby Bach nie miał fortepianu, na pewno znalazłby sobie inny instrument. Gdybyśmy nie mieli komputerów, wymyślilibyśmy coś innego.

I to mówi artysta, który zasłynął dzięki muzyce elektronicznej?
– Bo prawdziwe inspiracje pochodzą z prawdziwego świata – świata innych ludzi.

A to mieliśmy jeszcze przed Edisonem.
– Wszystko, co najważniejsze, mieliśmy już przed Edisonem.

„Przekrój” 40/2009

 

 

Fine.

<p style=”text-align: left;”></p>
<p style=”text-align: center;”></p>
<p style=”text-align: center;”><img class=”aligncenter” title=”Fine.” src=”http://www.ziemianiczyja.pl/wp-content/uploads/2009/01/fine3.gif” alt=”Fine.” width=”17″ height=”17″ /></p>

Wszystkie Metalowe Kapele Świata

06.11.2009 | 12 odpowiedzi

Dan Nelson - All Known Metal BandsJakiś szalony człowiek Dan Nelson napisał spisał książkę pt. All Known Metal Bands„, w której zebrał przeważnie rozbrajające nazwy 50 tysięcy kapel metalowych, w układzie alfabetycznym, bez komentarza.

Tutaj autor czyta fragment swojego opusu – niepozorna litera „O” – przy adekwatnym akompaniamencie.

Spójrz mi w oczy i powiedz, że nie chcesz mieć tej książki w swojej biblioteczce.

Fine.

Mówiące pianino, grające schody (Kiosk 9-10/09)

03.11.2009 | 5 odpowiedzi

Mówiące pianino Petera Ablingera

Zacznijmy od absurdu roku: nowojorski sąd federalny uznał, że jeśli zadzwoni wam komórka, to jeszcze nie znaczy, że urządzacie koncert. Uznał oczywiście mądrze, chodzi o sam pomysł. ASCAP (Amerykańskie Stowarzyszenie Kompozytorów, Autorów i Wydawców), które najwyraźniej ściga się z RIAA o tytuł najbardziej upierdliwej organizacji na świecie, chciało pobierać tantiemy za każde „publiczne wykonanie” telefonicznego dzwonka. Wow.

Sasha Frere-Jones podpytał Jonny’ego Greenwooda o jego zdanie na temat formatu mp3. Na stronie „New Yorkera” znajdziecie też zabawną dyskusję w temacie rozpadów grup muzycznych (przesłanki) i modnych ostatnio reaktywacji (po ilu latach reunion się liczy).

Ile kasy generują dla swych regionów niezależne festiwale zbadało „NME”, a przy okazji przyznania chłopakom z Fucked Up tegorocznej Polar Prize „Village Voice” podsumował zmagania z nazwą grupy poprawnego politycznie „New York Timesa”. No i mamy kolejne badanie, które pokazuje, że tzw. piraci wydają najwięcej na muzykę. I znów nie wiadomo, czy okradają artystów, czy jednak ich utrzymują.

Miłośnikom dłuższych analiz polecam esej Music & Theory Simona Reynoldsa. Rzecz dotyczy świętej wojny pomiędzy krytyką muzyczną nieco wydumaną i żurnalizmem typu „kawa na ławę”. Nie dość, że ciekawe to i – jak przystało na Reynoldsa – lekkim piórem pisane, to jeszcze podrzuca kilka nazwisk wartych sprawdzenia (niezależnie od tego, po której stronie barykady się stoi). Potem możecie odreagować przy generatorze nazw metalowych.

Pewnie już wiecie, że Sufjan Stevens się załamał i stracił wiarę w sens nagrywania albumów, a nawet piosenek. Mam nadzieję, że mu się odwidzi, bo wydane niedawno quasi-orkiestralne „BQE” nie jest dziełem szczególnie fascynującym. Przeprowadził za to wywiad z Nedelle Torrisi, kumpelą z wytwórni, jakiego nie zrobiłby żaden dziennikarz.

„Najfajniejszy jest ten kompozytor. Jest taki na maksa kompozytorowy!!! Lekko rozwichrzony włos, trochę jak Chopin, znak szczególny w postaci tajemniczego uzębienia i ten cudowny zblaz w mówieniu” – skomentowała moja znajoma (kompozytorka), kiedy pokazałem jej gadające pianino imitujące mowę ludzką bez żadnych wspomagaczy. A skoro jesteśmy przy klawiszach, to polecam też grające schody (i całą serię The Fun Theory).

Kończę najciekawszym wykonaniem „Always the Sun” The Stranglers, jakie słyszałem (wczujcie się), sympatyczną fotką i kolejnym rozczarowaniem Calvina.

o1Więcej Kiosków

Fine.