RSS

Wulgarne MySpace-przykład

12.12.2009 | 2 odpowiedzi

wulgarne myspace Ledwie przebrnąłem przez długi, ale polecenia godny reportaż The Rise and Fall of MySpace” Financial Timesa, a oto na wulgarnym przykładzie objawiła mi się opisywana tam nieporadność dzisiejszych sterników serwisu. Wciąż jeszcze lepiej spytać człowieka niż Google Translator.

„Zobacz wszystkich K’NAAN- znajomi?” Ten trik nie działa niestety we wszystkich językach.

Fine.

Wczuł się

10.12.2009 | 4 odpowiedzi

Sting grudniowy zasieciowiony z: www.nytimes.comNie słyszałem jeszcze „If on a Winter’s Night…” Stinga, ale po zobaczeniu tej foty z wtorkowego koncertu (kradzież z nytimes.com) czuję, że powinienem. Faktycznie brody wracają do mody.

Fine.

Editors – wywiad

09.12.2009 | Skomentuj

Editors właśnie wydali swój trzeci album „In This Light and On This Evening”. Z tej okazji perkusista grupy Ed Lay opowiedział nam o…

…tym, że trzy albumy w dorobku to już coś
– Nie czujemy się całkowicie spełnieni, ale niewiele zespołów w ogóle dociera do tego momentu. Te trzy płyty dają niezłe pojęcie o naszych muzycznych osobowościach. Pierwsza była surowa i energetyczna, miała po prostu szybko pójść w świat. Drugą wymyśliliśmy jako nowoczesny, bogato brzmiący rockowy- album z mnóstwem smaczków. Wreszcie na „In This Light…” poszliśmy w eksperyment.

…unikaniu bójek
– Rok temu zaczęliśmy pisać nowe piosenki i wszystko wyglądało dokładnie tak samo jak przy poprzedniej płycie „An End Has a Start”. Mieliśmy wrażenie déja vu. A to nie miało sensu, bo zanudzilibyśmy się na śmierć i skończyli nagrywanie solidną bójką. Przerwaliśmy i podeszliśmy do tego zupełnie inaczej. Znaleźliśmy nowe instrumenty – stąd tyle na płycie różnorodnych brzmień klawiszowych – i nowe metody komponowania.

…przemianie koncertów Editors
– Zrobiły się znacznie ciekawsze, bo musimy troszczyć się o mnóstwo rzeczy. Na scenie stoi kilka klawiszy i samplerów, jeden nawet koło mojej perkusji! Editors to już nie jest czterech gości z gitarami i bębnami, którzy grają typowy rockowy koncert. Zależy nam na scenariuszu występów, na różnicowaniu nastrojów. Trochę jak w teatrze.

…„Terminatorze” i innych inspiracjach
– Ścieżka dźwiękowa „Terminatora” jest doskonale wpasowana w film. Tak samo jak „Blade Runnera” albo „Mechanicznej pomarańczy”. A my w głowach mamy mnóstwo tego typu mrocznych wizji, posępnych miejskich krajobrazów, do których chcieliśmy stworzyć naszą własną ścieżkę dźwiękową. „In This Light and On This Evening” nie opowiada tylko o Londynie, chociaż to z niego Tom, nasz wokalista, naturalnie czerpie inspiracje. To płyta dla mieszkańców metropolii. Ale także dla tych, którzy mieszkają na prowincji z obawy przed miejskim labiryntem.

…szansach na to, że Editors nagrają kiedyś radosną płytę
– Obawiam się, że żaden z nas nie potrafi się ekscytować pogodną muzyką. Wolimy ponury, histeryczny nastrój. Najciekawsze momenty w życiu mają swój tajemniczy, mroczny aspekt. Wszyscy mamy dosyć dziwne poczucie humoru i bardzo nas bawi, gdy pod postacią popowej piosenki uda nam się wepchnąć do radia coś niepokojącego.

„Przekrój” 44/2009

 

 

Fine.

9 koncertów z 2009

09.12.2009 | 7 odpowiedzi

To byłby pierwszy rok, kiedy nawet najwytrwalsi musieli to i owo przegapić – koncertowo wreszcie weszliśmy do Unii Europejskiej. Ja na przeoczenia narzekać nie będę, bo i tak przeżyłem w tym roku swoje najlepsze koncerty: z piosenkami (Antony), ze smyczkami (Herreweghe x 2), z muzyką starą (Savall) i z nowymi światłami (Radiohead). Na pewno poszedłbym jeszcze (nie) raz na:

Opeth – 21 marca – Stodoła (do rzeczy)

Amadou & Mariam – 14 marca – Palladium (do (u)śmiechu)

Jordi Savall – Jérusalem – 7 kwietnia – Opera Krakowska (do myślenia)

Antony and the Johnsons – 29 kwietnia – Teatr Wielki (do przeżycia)

Fareed Ayaz, Abu Muhammad – 15 czerwca – Studio im. W. Lutosławskiego (do rytmu)

Radiohead – 25 sierpnia – Cytadela, Poznań (do powtórzenia)

Philippe Herreweghe, Orchestre des Champs-Élysées, J. Olejniczak - Mendelssohn: Die Hebriden, op. 26, III Symfonia a-moll Szkocka op. 56; Chopin: Koncert fortepianowy f-moll op. – 29 sierpnia – Filharmonia Narodowa (co do nuty)

P. Herreweghe, j.w., Collegium Vocale Gent / Coro dell’Accademia Chigiana – Mendelssohn: Eliasz op. 70 – 30 sierpnia – j.w. (co do joty)

Márcio Faraco – 14 września – Skrzyżowanie Kultur (od-prężenie)

Fine.

Zajawki noworoczne

08.12.2009 | Skomentuj

Tak jak przed rokiem BBC opublikowało swoje typy na 2010 rok. Tak jak poprzednio zadziała zasada samospełniającej się przepowiedni i będziemy o nich czytać przez bite 12 miesięcy, więc lepiej od razu mieć wszystko zaliczone i przeklikane.  Rok temu celnym był strzał w Passion Pit, więc może i tym razem z tego sprawdzania będzie jakiś pożytek, chociaż po dotarciu do półmetka niczego z czystym sercem wam nie polecę.

Za to wieść niesie, że w lutym warto będzie sprawdzić nowe Pantha du Prince – sześciominutowa próbka płyty ?Black Noise? do posłuchania/ściągnięcia tutaj. Po drodze będzie wreszcie! nowe Massive Attack  („Heligoland”), Laura Veirs („July Flame”) i Four Tet („There Is Love in You”).

A na marzec z solowym debiutem „Go” zapowiedział się Jón Dór Birgisson, czyli Sigurrósowy Jónsi. Wydaje się nie byle gdzie, bo w XL, a na www.jonsi.com wystawił już utwór „Boy Lilikoi”, przyjemny i co najmniej tak radosny jak „Gobbledigook„.

Fine.

A jednak globalna wioska

08.12.2009 | 1 odpowiedź

„In the old days people shared music, they didn’t care who made it; a song would be owned by a village and anyone could sing it, change the words, whatever. That is how humans treated music until the late 19th century. Now with the internet we are going back to having tribal attitudes towards music”.

Ryuichi Sakamoto dla „Guardiana”, jeszcze z maja.

Fine.

Podsumowanie dekady*

06.12.2009 | 2 odpowiedzi

?This decade wasn’t the age of hip-hop, new country, alternative rock, or teen pop. It was the age of everything.

?There was so much music that most of us were too bewildered to remember to feel excited.

?The music world pays a price for diversity. Our new heroes are often only heroes to a few. The sheer volume of titles, more akin to books than to movies, means that many never claim public attention, so it’s difficult for average listeners to sift out the important ones.

?For all the industry’s corporate consolidation, the new trends worked against big gatekeepers.

?The statistical evidence suggests that a different approach to marketing contemporary music is necessary.

?Nevertheless, as one surveys the evidence, it’s clear that despite some backsliding, the last decade stands as one of pop’s most experimental periods.

?Technological advances brought down the cost of recording; computerized inventories made it easier for stores to stock more releases. The category „Other” in the recording industry association’s consumer profile more than doubled as the decade progressed, approaching 10 percent of total sales.

?Factionalization freed certain strands of hit music to mutate in ways that a single Top 40 could never accommodate. Underground scenes proliferated and flourished. Great older music found an audience.

?Opening the market to all tastes doesn’t mean that good music, whatever that is, necessarily wins. In a pop world of perfect fairness, you’d probably hate even more music than you do already.

?FINALLY, WHILE the consumer market has fractured, standard mainstream gatekeepers haven’t kept up: labels overspend on hot trends; radio burns out artists and styles with tight formatting; the news media coronates temporary figureheads. Schooled to worship bigness, they each exemplify the fickleness they mistakenly perceive in listeners. Real cultural shifts quickly feel like slick marketing schemes.

***

*tyle że poprzedniej. Fragmenty artykułu „Pop in the 90′s: Everything for Everyone” Erica Weisbarda, „New York Times” z 30 kwietnia 2000.

Fine.

Julian Plenti – Is… Skyscraper

05.12.2009 | 2 odpowiedzi

.Julian Plenti - Is... Skyscraper Julian Plenti – Is… Skyscraper (Matador / Sonic Records)

Ocena 3/6

Próbowałem w ciągu kilku dni odsłuchać cały rok pod kątem redakcyjnego pod******nia 2009, co oznacza jednoczesne sprawdzanie wszystkiego od czterech drzewek wzwyż i czyszczenie sumienia oraz półek z nieruszonych jeszcze zapoznawczych CD-Rów. Wbrew pozorom przyjemne.

Niekiepską rzecz do Polski sprowadził Sonic i głupio mi trochę, że zauważyłem ją dopiero po paru miesiącach. Winę zwalam na nijaką okładkę, ale to jakaś plaga tegoroczna. W każdym razie Julian Plenti, czyli Paul Banks z depresyjnej nudnej przereklamowanej niespecjalnie mnie pociągającej formacji Interpol, nagrał jedną z przyjemniejszych ostatnimi czasy płyt z kategorii „typowy lekki rock z typowymi lekkimi piosenkami”. W zasadzie oprócz „Waxing Gibbous” Malcolma Middletona niewiele mógłbym w tym roku polecić z tej działki.

Jeśli na wejściu nie odstraszy was sam głos Banksa (te skojarzenia!), dwa przesłuchania i niemal wszystkie z 2-3-minutowych piosenek siedzą w głowie. Czytelne konstrukcje, czytelne melodie i tyle tylko studyjnych ozdobników, aby każdy wstęp nie brzmiał tak samo. A wokal zbyt płytko – zdwojenia obowiązkowe. Bywa tak klimatycznie, że do Banksa powinien się zgłosić któryś z filmowców, patrz „On the Esplanade„, a przede wszystkim „Skyscraper„. Bodaj tylko w singlowym „Games for Days” i pompatycznym „Fly as You Might” ta nastrojowość zahacza o Interpolowy splin.

Skoro ktoś z tej kapeli zdołał chociaż odrobinę podnieść kąciki ust, to może i ponuracy z Editors – wbrew temu, co mówią – odważą się nagrać coś pogodnego? Okładkę mogę im zrobić sam.

Fine.

Jazzmani jak gwiazdy rocka

05.12.2009 | Skomentuj


Zadymiona knajpa, półmrok studia nagraniowego, strużka potu na policzku i krótka, ale wymowna wymiana spojrzeń – to wszystko składa się na urok najbardziej ulotnego gatunku muzycznego. I wychodzi na zdjęciach

Jazz to nie tylko wirtuozeria. Jazz to nie tylko innowacje i burzenie muzycznych barier. Jazz to przede wszystkim jedno z najdoskonalszych narzędzi wyrażania emocji. Tę prostą prawdę przekazuje londyńska wystawa „The Spirit of Jazz”, której tytuł („Duch jazzu”) pretensjonalny jest tylko z pozoru. Ani bowiem opasłe relacje, ani nawet najlepszy zapis dźwiękowy koncertu nie potrafi wskrzesić ducha jazzowych momentów tak doskonale jak prosta czarno-biała fotografia. Kto potrzebuje dowodu, niech sięgnie po wkładkę dowolnej płyty wydanej przez Blue Note albo okładkę „Money Jungle” Duke’a Ellingtona.

Kilkadziesiąt takich „momentów” złapanych w obiektyw przez dokumentalistów jazzu w ciągu ostatnich 80 lat zebrano w Getty Images Gallery z okazji 50. urodzin pobliskiego Ronnie Scott’s, jednego z najstarszych jazz barów na świecie. „The Spirit of Jazz” przypomina najbardziej legendarne występy w historii gatunku, ale przy okazji streszcza ewolucję jazzowej fotografii. – Z jednej strony coraz trudniej znaleźć takie postacie jak giganci sceny z lat 50. czy 60. Z drugiej – postęp techniczny pomaga nam uchwycić całą spontaniczność koncertów bez uciekania- się do sztucznych póz albo specjalnego doświetlenia – mówi David Redfern, jeden z autorów wystawianych zdjęć, który już w latach 60. dokumentował karierę Kenny’ego Balla czy Chrisa Barbera i doczekał się miana „Cartiera-Bressona jazzu” (w nawiązaniu do francuskiego ojca fotoreportażu).

Kiedy Jamie Cullum pochylał się nad przepastnym archiwum udostępnionym mu przez agencję Getty Images – bo to jego wytypowano, by został opiekunem artystycznym wystawy – kończył ledwie 30 lat. Co gorsza, jako bożyszcze nastolatków, gwiazda telewizyjnych programów, były członek hiphopowego składu, didżej amator i człowiek sięgający na koncertach po utwory Radiohead, Massive Attack, a nawet Rihanny w oczach purystów jest kolejnym w czepku urodzonym gówniarzem, który swoją multiplatynową działalnością kala pojęcie „prawdziwy jazz”. A kiedy w połowie listopada ukaże się jego nowa płyta „The Pursuit”, to będzie jeszcze gorzej, bo za jej produkcję odpowiada Greg Wells – ten od Rufusa Wainwrighta i Pink, ale także Timbalanda i Paris Hilton.

Pytanie tylko, który inny jazzman – bo kto skąpi Cullumowi tego miana, ten powinien je odebrać także Dianie Krall, a może i nawet Bradowi Mehldauowi – po odejściu od swojego instrumentu natychmiast sięga po aparat? Fotograficzna pasja Culluma ma równie głębokie korzenie jak pasja muzyczna. Kilka lat temu ukończył studia filmowe na Uniwersytecie Reading, a teraz sam biega po ulicach z aparatem Leica. Całkiem zresztą podobnym do tego, którym protesty francuskich studentów w 1968 roku utrwalał wspomniany Cartier-Bresson.

Cullum jednak jest gwiazdą i jak przystało na showmana, postanowił pokazać zdjęcia najbardziej efektowne. I jak przystało na muzyka pogranicza – nierzadko wykraczające poza zwyczajowe ramy jazzu: obok Milesa Davisa i Duke’a Ellingtona zawiesił sceny ze sceny Franka Sinatry, Leny Horne oraz Joséphine Baker.

– Przystępność była kluczem mojego wyboru. Przygotowując wstępną selekcję, ewidentnie zapomniałem, że wystawa nie ma przemawiać do ludzi takich jak ja. Ostatecznie wybrałem więc po prostu zdjęcia przekazujące niezwykłą radość, dla której w ogóle pokochałem jazz. Fascynuje mnie wiele gatunków muzycznych, ale to właśnie jazz mną całkowicie zawładnął i zainspirował do poszukiwania własnego stylu – mówi Cullum i otwarcie przyznaje, że przy niektórych fotografiach opadła mu szczęka. – Jest na nich wszystko: duch, energia, talent i pasja wielu z moich bohaterów wszech czasów. Moim ulubionym zdjęciem jest to z października 1956 roku z londyńskiej Empress Hall, na którym Lionela Hamptona przyłapano w powietrzu. Jakby zapomnieliśmy o tym, że kiedyś jazzmani nie różnili się na scenie od gwiazd rocka.

Mariusz Herma
„Przekrój” 43/2009

 

 

Fine.

Winyl rośnie

04.12.2009 | 5 odpowiedzi

Winyl rosnie (wyciete z "Rolling Stone", nr 10/12/2009)

.

.

.

The biggest growth area for vinyl is actually in country music.

.

.

.

.

.

.