Będzie dobrze, czyli będzie źle

14.01.2010 | 17 odpowiedzi

(Dane organizatorów skorygowane o stałą PR. Żeby się przesadnie nie ekscytować, zauważmy na wstępie, że w lipcu przy okazji The Tall Ships’ Races do Gdyni zjechało 1,2 mln osób).

Przystanek Woodstock – 400 tys.
!(pauza na aplauz)
Opener – 60 tys.
Orange Warsaw – 50 tys.
Coke Live – 30 tys.
Ostróda Reggae Festival – 20 tys.
Audioriver – 12 tys.
Jarocin - 10 tys.
Francophonic Festival – 10 tys.
Selector Festival – 8-9 tys.
Off Festival – 8 tys.
Szczecin Rock – 7,5 tys.
Reggaeland – 7 tys.
Rawa Blues – 5 tys.
Tauron Nowa Muzyka – 4 tys.

Plus kilkanaście innych, plus Madonna, U2, Radiohead i inne gwiazdy maltańskie, plus kilkaset koncertów, które z takiego czy innego powodu wypada uznać za „ważne”. No, dużo tego było w 2009. Cieszyliśmy się jak dzieci z tej klęski urodzaju – to znaczy biadoliliśmy, ile nas omija. Z radością obserwowaliśmy, jak do rozpieszczonej Warszawy dołączają nowe centra koncertowe: Wrocław (brawo Firlej) czy Katowice (brawo Hipnoza).

Tyle że na większość z powyższych imprez mogłoby, czasem wręcz powinno, przyjść znacznie więcej osób. Nie wiem, w jakim stopniu rzecz dotyczy pojedynczych koncertów, w każdym razie Madonna mimo sprawnej promocji i wiernego wsparcia postronnych rekordu nie pobiła. Przebił ją za to na Wiankach Lenny Kravitz – zawsze to lepiej nie widzieć nic za darmo, niż za kilkaset złotych, co potwierdza też casus Woodstocku.

I tutaj pojawiają się dwa pytania:

• czy ubiegły rok był przełomowy i kilka lat po akcesji politycznej na dobre dołączyliśmy do tzw. Europy? A może syciliśmy hodowany przez dziesięciolecia głód, ale ściąganie dotąd nieściągniętych kończy się, a nadciąga przesyt? I czy finansowo wytrzymamy rozpędzonych promotorów?

• czy po kilku latach „nadrabiania zaległości”, zaczną zjeżdżać do Polski gwiazdy bieżącego sezonu, a nie poprzednich? Coś w rodzaju wizyty Speech Debelle na Nowej Muzyce (i niedoszłej Dana Deacona), Animal Collective w Jarocinie.

Marne to pocieszenie, ale o to pierwsze pytają się na początku roku także Brytyjczycy. Bo w ubiegłym liczba festiwali na Wyspach dobiła setki i to mimo odwołania części imprez z powodu epidemii. U nas póki co sprawa wygląda nie najgorzej: pod zakładką Koncerty 2010 zebrało mi się już sporo ponad pół setki koncertów. Dopisują się kolejne festiwale, a więc te powyższe liczby organizatorów w miarę satysfakcjonują (wyłączając może Artura Rojka).

W ubiegłym roku o tej samej porze mieliśmy tego dwa razy mniej, za to promotorzy straszyli silnym kryzysem i słabym złotym, które jesienią miały doprowadzić do posuchy – a pamiętamy, co w końcu działo się w listopadzie. A przy okazji chopinowskiej dwusetki dochodzi nam rozbuchane jak nigdy skrzydło klasyczne. I tak oto znów zaczynam się bać, czego w nadchodzącym sezonie nie zobaczę.

Fine.

Rok na Ziemi

12.01.2010 | 11 odpowiedzi

„Czy Ziemia może się przestać kręcić?” – zapytał ktoś wyszukiwarkę i ta skierowała go do mnie. 12 miesięcy i 155 wpisów później odpowiadam: nie zapowiada się. I przy tej okazji wszystkim linkującym, komentującym, powracającym oraz dawcy serwera – dziękuję.

Jako że dziś startuje konkurs Blog Roku 2009, to w ramach prezentu urodzinowego można Ziemi oddać głos (1,22 zł, ale nie na konto Onetu, ani tym bardziej moje). Prezentem ode mnie niech będzie ranking wyszukiwań Google w kategoriach. Sam chętnie poznam odpowiedź na ostatnie pytanie – jest tu jakiś optymista?

Muzyka:

czy muzyka electroniczna jest głupia?
ile procent czarnoskórych ludzi to muzycy?
konrad kucz czy ma prawa do tych sampli
gdzie znalesc utwory michaela jacksona w wersji akordeonowej
hit z lat 80 z syntezatorem teledysk w lesie
nie mam czasu na słuchanie całych albumów
nie mam last.fm

Życie:

jakie są australijki
10 sposobów na to ze mu zależy
ołów w firance czy szkodzi
co to znaczy „stosować taryfę ulgową”
po czym poznac ze figura jest z brazu

Śmierć:

przedawkowanie valium
domowe sposoby na bol ucha youtube video
elektroniczne płyty cmentarne

Ludzie:

robert fripp to dziwak
steven wilson jest gejem
epoka baroku+lady gaga
prawdziwi sluchacze muzyki metalowej 2009
bartek chaciński gra na jakimś instrumencie?

Moda:

jak sie ubrać na koncert muzyki klasycznej
w co się ubrać na koncert muzyki klasycznej
jak się ubrać na koncert midge ure?
co ubrać na koncert jazzowy
jak się ubrać koncert diana krall

Zagadki:

prognoza pogody na rok 2010 wedlug dawnych regul
z czego żyją zespoły metalowe?
muzyka ktora slucha sie w kolko choroba?
jak podbić sobie ilość odtworzeń na last.fm
co stanie się z ziemią za 1000 lat. odpowiedź optymisty

Fine.

Zmiótł mnie

11.01.2010 | 4 odpowiedzi

In_the_Loop

Zmiótł mnie wczoraj film „In the Loop” zupełnie obcego mi reżysera Armando Ianucciego. Piekielnie inteligentna, intensywna (i wulgarna) komedia w scenerii rozmów na linii Londyn-Waszyngton w temacie: czy (jak) rozpętać wojnę „gdzieś na Bliskim Wschodzie”.

Jak to ujął „Times”: „It’s hard to settle on a standout element because it’s all so outstanding”. No a poza tym ten film jest naprawdę zabawny.

Fine.

David Lang i Christopher Tignor, czyli poważka dla ludzi

10.01.2010 | 1 odpowiedź

Obie płyty już po pierwszym obrocie dopisałem do rekomendacji 2009. Obie do klasyki, ale proszę się nie przerażać, bo są to – jak to często u mnie bywa – rzeczy pogranicza, bywa że bardziej doceniane przez laików niż stałych bywalców filharmonii.

David Lang -  The Little Match Girl Passion (Harmonia Mundi, 2009). David Lang – The Little Match Girl Passion (Harmonia Mundi)

Ocena: 5/6

„Pasję dziewczynki z zapałkami” David Lang pokazał już w 2007 roku w Carnegie Hall, ale na nośniku wydał dopiero teraz. Kilka miesięcy po tamtej premierze odebrał Nagrodę Pulitzera – prócz dziennikarzy dostają ją też literaci i muzykopisarze. Głównym uzasadnieniem jury było: czegoś takiego dawnośmy nie słyszeli. No, to ja tym bardziej.

Koncepcja – przy czym nie przekłada się ona bezpośrednio na muzykę – to wyjąć z bachowskiej „Pasji wg św. Mateusza” Jezusa i w to miejsce podrzucić Andersenowską dziewczynkę. Brzmi absurdalnie, ale wyszło arcydziełko muzyki chóralnej. Lang zachwyca tym, jak wiele osiąga drobnymi środkami: wszystko mieści w czterogłosie, tylko sporadycznie dorzuca pojedyncze perkusjonalia – notabene obsługiwane przez chór – za to w ekspresję inwestuje co niemiara.

Szczebiotania, wymijanki, półgłosy, wokalna antysymfonia obietnic i zapowiedzi, które spełnić trzeba sobie samemu w wyobraźni. W każdej minucie chwytliwa i efektowna, a nawet efekciarska, bo wykonanie powierzono ultraprezycyjnemu Theatre of Voices (w 2008 roku gościli na Sacrum Profanum). Carnegie Hall z myślą o grupie Paula Hilliera zamawiała „Pasję”, więc trudno powiedzieć, czy ze swoim naukowym podejściem do dźwięku oraz instrumentalnym traktowaniem głosu to Amerykanie intuicyjnie realizują intencje Langa, czy może Lang stworzył świat, na który czekali – w każdym razie dobrali się.

Do różnych forteli uciekają się kompozytorzy współcześni w pogoni za ową współczesnością: jedni do starego sukna przyszywają łatki nowoczesności, inni tradycję drą na strzępy, a ze szczątek próbują montować nowy szkielet, co często pachnie desperacją i donikąd nie prowadzi. Lang pisze muzykę, która nie mogła powstać pięćdziesiąt czy sto lat temu. Ale gdyby ówcześni ją usłyszeli – na pewno nie zatykaliby uszu.

Christopher Tignor - Core Memory Unwound (Western Vinyl, 2009). Christopher Tignor Core Memory Unwound (Western Vinyl)

Ocena 4/6

Tignor należy do tych, którzy wiedzą i czują zbyt wiele, by nagrywać rzeczy w stylu Maxa Richtera, ale brakuje im trochę do Arvo Pärta czy Góreckiego – odwagi? charyzmy? praktyki? Błądzą gdzieś pomiędzy poważnym eksperymentem a markowaniem; nie potrafią (nie chcą) się zdeklarować, czy grają w tle, czy tylko tło pozorują („Alina”).

Sam Tignor, który na co dzień realizuje się w bardziej post-rockowym niż neoklasycznym Slow Six, na swoim solowym debiucie wielokrotnie przechodzi z jednej strony mocy na drugą. Intuicyjnie mam jednak ochotę zaliczyć go już do partyturowej arystokracji – podobnie jak Jóhanna Jóhannssona, inaczej niż np. Petera Brodericka, przy całej sympatii do niego. Decydują detale: nieprzypadkowe dysonanse, głębokie harmonie mimo skromnych środków, niezawodny talent do unikania przewidywalności przy zachowaniu ogólnej przystępności. Decyduje także ogólny ciężar tego, no właśnie, dzieła.

Tignor gra”na skrzypcach i oprogramowaniu”, ale smyczek włożył w dłoń Colina Jacobsena (na co dzień w New York Philharmonic i ansamblu Yo-Yo Ma), a za fortepianem usadził Margaret Kampmeier, pupilkę Kronos Quartet. Sam jako wykonawca sięga po elektronikę.  To ona odpowiada tu za najlepsze tematy – patrz „Last Nights on Eagle Street” (próbka poniżej) czy „Left in Fragments” – podczas gdy akustycznemu kontekstowi płyta zawdzięcza rys szlachetności. Wygląda więc na to, że nie ma dla Tignora innej przyszłości: w jednej ręce batuta, w drugiej myszka.

Fine.

http://www.silkroadproject.org/tabid/36/default.aspx

Singiel roku? DIY

09.01.2010 | 6 odpowiedzi

zrób to sam (w b-moll)

Najpiękniejszy utwór nowego roku zmiksowałem sobie sam, ale nie jestem w stanie odtworzyć go po raz drugi: www.inbflat.net ? (Piotrku – dzięki!).

Fine.

Chamski Chopin i 40 hardkorowców (Kiosk 12/09)

06.01.2010 | 10 odpowiedzi

I weź uderz taką o scenę...

Minioną dekadę świetnymi zdjęciami podsumował „Guardian”, a Pitchfork zrobił to samo z 2009 rokiem. Przy okazji wybrał najgorsze okładki minionego roku (część była i w moim zestawieniu półrocza). Ciekawych wrażeń dostarcza też galeria gitar dla dziewczyn firmy Daisy Rock, ale moim grudniowym hitem wizualnym są koncertowe wizualizacje Nosaj Thing.

„The Nation” wszechstronnie podsumowuje wiek dźwięku nagrywanego, ale szczytem wszystkich podsumowań jest opublikowane przez RocksBackPages zestawienie zestawień dekady autorstwa 100 krytyków. Zastanów się, zanim klikniesz.

NPR ubolewa, że studia nagraniowe bankrutują, bo wszyscy nagrywają we własnych sypialniach. Dla równowagi obalmy 5 mitów o upadku przemysłu muzycznego. Problemy finansowe ma za to bez wątpienia Public Enemy, któremu zbieranie kasy na nową płytę za pośrednictwem Sellaband zdecydowanie nie idzie.

Wspominałem w komentarzach, ale warto powtórzyć, że wg PopMatters Kapela ze Wsi Warszawa nagrała płytę roku w kategorii world music. Lady GaGa wygrała zaś w rocznych statystykach Last.fm i jak widać nie przeszkodził jej wstyd słuchaczy. Karierze Led Zeppelin nie przeszkodziło zaś BBC, chociaż 40 lat temu uznało, że są marną imitacją Muddy’ego Watersa.

Zbyt mało jazzową okazała się grupa Larry’ego Ochsa, co skończyło się interwencją hiszpańskiej policji.  Jeden z fanów otrzymał od lekarza zakaz słuchania muzyki współczesnej, do której Ochs niebezpiecznie się zbliżył. A że miejscem zdarzeń był festiwal jazzowy, to poczuł się oszukany. Przy nim będąc, „New York Times” dowodzi, że jazz to rewniak metalu, a w innym miejscu wspomina profesorskie rozważania o black metalu.

„NME” w niezbyt ekscytującym tekście o schedzie po The Strokes wychodzi z dość ciekawą tezą, że po wydaniu „Merriweather Post Pavilion” znajdujemy się w tym samym miejscu, co na początku dekady po ukazaniu się „Kid A”. Z kolei na blogu „Guardiana” w cyklu długaśnych artykułów Simon Reynolds podsumowuje dekadę. Połowę warto przeczytać, w tym linkowany już w komentarzach esej o ogólnej fragmentacji społeczności fanowskiej.

Music Think Tank w totalnym rozdrobnieniu widzi zaczątek ostatecznego pożegnania z „niedzielnymi fanami” (to ci, którzy kupują 2-3 płyty rocznie i chodzą na koncerty U2). Zostaną tylko hardkorowcy – garstka, która nie utrzyma muzyków przy życiu. Sporo czytania i tyleż pesymistycznych wniosków. Nie do końca się zgadzam, ale czarny scenariusz wypada uwzględniać.

Artyście wystarczy 40 wiernych fanów – przekonuje tymczasem Matthew Ebel. To kontynuacja długiej i owocnej dyskusji, którą wpisem „1000 True Fans” w 2008 roku zapoczątkował Kevin Kelly. W sześciu punktach Ebel radzi, jak przestać jęczeć i zacząć zarabiać w nowych realiach. Dosadniej rzecz ujmuje Dave Allen, który mówi muzykom: bądźcie świetni albo spadajcie.

Najwytrwalszym i niewyżytym czytelniczo polecam zaś biologiczne wyjaśnienie podobieństw skal muzycznych spotykanych w odległych geograficznie i historycznie kulturach. A na deser po ciężkich analizach:

• płyta Moldovera, która faktycznie gra
• do posłuchania nowe albumy Laury Veirs (zacny) i Vampire Weekend (jeszcze nie wiem też)
• do ściągnięcia z NPR parę fajnych koncertów: m.in. K’Naana, Dana Deacona i St. Vincent
• bezdenna baza miniwystępów rozgłośni KCRW
Phoenix muzykujące na paryskich ulicach
• wyjaśnienie, dlaczego Chopin był chamem
• oraz kompletnie niemuzyczne, ale fascynujące zdjęcia prądu Hiroshiego Sugimoto

Uff, stary rok zamknięty. A na nową dekadę narzeka Calvin - czy raczej starą, bo tym razem obrazek sprzed równo dwudziestu lat.

o1Więcej Kiosków

Fine.

Święta górą

04.01.2010 | Skomentuj

Święta górą (źródło: "Billboard")

I ciekawostka: Japończycy w ubiegłym roku kupili więcej (fizycznej) muzyki niż Amerykanie.

Czyli przestajemy traktować powodzenie/klęskę w Stanach jako wyznacznik muzycznego sukcesu w ogóle? I już wiemy, czemu nasze The Car is on Fire na trasę wybrało się właśnie do Japonii.

Fine.

Dolewka

03.01.2010 | 2 odpowiedzi

Listę płyt roku wzbogacili Ben Sharpa i Finale (hip-hop), Phoenix (po dłuższym zastanowieniu), The Avett Brothers (pieśniarstwo), The Young Lovers i świetna EP-ka Zomby (elektronika). Poważnym kandydatem (dosłownie i w przenośni) jest łojenie Converge znalezione w podsumowaniu Jarka, chociaż wstawienie tego do kategorii Rock / Indie byłoby ryzykowne.

Playlistę singlową uzupełnił słodki Sondre Lerche i wspomnianego Zomby „Godzilla„.

Filmowo nadrabiałem głównie czarno-białe zaległości, ale na początku 2009 roku zachwycił mnie „Slumdog”, a pod koniec „Mary & Max” (dzięki reklamie Marcelego). Na piątkę: „Moon” z muzyką Clinta Mansella i głosem Kevina Spacey, „Ponyo on the Cliff” Miyazakiego, „The Hurt Locker” i „500 Days of Summer”.

Niczego sobie „Gran Torino”, „Seven Pounds” i „Vicky Cristina Barcelona”. Trochę rozczarowały, ale jednak jakoś ubawiły i „Bękarty wojny”, i „Dystrykt 9″, i wymęczony „Benjamin Button”.  Ale czeka na mnie jeszcze połowa podsumowania „Przekroju”.

Nie porwała mnie żadna nowa książka, bo „O wciskaniu kitu” („On Bullshit”) Harry’ego Frankfurta pewnie się nie liczy. Moja wina,  bo przez tak skromną liczbę książek przegryzłem się ostatnio chyba w podstawówce, mimo że czytaniu poświęcam dziś więcej czasu niż kiedykolwiek przedtem. Forma krótsza szturmem wypiera dłuższą, zaległy grudniowy Kiosk lada moment, a powyższe foto z wczoraj.

Fine.