Die Antwoord – $O$

18.02.2010 | 4 odpowiedzi

Die Antwoord – $O$ (Watkykjy)

Pitchfork: The U.S. pop singer Katy Perry posted lyrics to “Enter the Ninja” on her Twitter. Do you like her?

Die Antwoord: We don’t know who this is. Did she write all the lyrics out? Fok! Dis hectic!

Pitchfork: When did you realize Die Antwoord were reaching a big international audience via the internet?

Die Antwoord:
We noticed on the 3rd of February. It was a full moon. We just stared at the computer screen. We started getting about 1000 emails per day. When it got to 5000 mails on day five, I just gave up, lay down on the floor and looked at the roof. It was like tripping on acid. But now every time we wake up it still won’t go away.

***

Hajp – nie hajp, żarty – nie żarty, z Dana Deacona też się śmiali. Die Antwoord niezależnie od tego, jak się do nich podejdzie – wymiatają. Przynajmniej werbalnie: poczynając od ichniego “r”, a kończąc na setkach absurdalnych foków. Jednocześnie sami opisom słownym się wymykają. Stąd ponadprogramową radość daje obserwowanie bezsilności zakochanej w etykietkach społeczności sieciowej wobec karkołomnej rapowanki “$O$”.

Nie zawsze jest tak wesoło i muzycznie świeżo jak w reprezentacyjnym “Enter the Ninja“. W drugiej połowie “$O$” napięcie wyraźnie siada, ale po godzinie chłonięcia tej egzotycznej południowoafrykańskiej inwazji słowno-produkcyjnej głowa każdorazowo i tak dymi na tyle, że trzeba odreagowywać jakimiś ambientami.

Zjawiskowi kompleksowo – muzycznie, wizualnie, ideologicznie, a podobno jeszcze kręcą film. Szkoda, że 5′Nizza się rozpadła, bo prędzej czy później może by się zderzyli, i to by dopiero była katastrofa.

* Posłuchaj

Fine.

Dla (wytrącenia z) równowagi

17.02.2010 | 16 odpowiedzi

“Mamo, tato, nie ma Kid A”

O Screenagers – Kuba Ambrożewski

16.02.2010 | 4 odpowiedzi

Screenagers po liftingu ruszyło właśnie z serią tekstów podsumowujących dekadę, co jest niezgorszą okazją, aby z kierującym tą maszynerią Kubą Ambrożewskim trochę o serwisie pogadać.

Co robię z tym większą przyjemnością, że znamy się mniej więcej tyle, ile serwis istnieje. A znajomości owej nie przeszkodziło nawet to, że wymiana ówczesnych „płyt życia” (patrz niżej) gdzieś u jej zarania zaowocowała uprzejmym milczeniem obu stron (dziś bardziej mi się podoba!).

Przyznasz się, jaka jest dziś oglądalność Screenagers?

Dawno już doszedłem do przekonania, że serwisy takie jak Screenagers – działające oddolnie, nie nastawione na komercjalizację – są skazane na niszę, którą wypełniają stosunkowo szybko i skutecznie, tyle że dalej nie bardzo jest z czego „pociągnąć”. Myślę, że prawie każdy, kto ma dziś w Polsce na półce – czy bardziej: na iPodzie – płyty Animal Collective, Phoenix albo Broken Social Scene, zetknął się z nazwą Screenagers, a pewnie jest naszym stałym bądź okazjonalnym czytelnikiem. Tyle że ta grupa liczy moim zdaniem w porywach kilka tysięcy osób – i to potwierdzają nasze statystyki.

No to czemu się nie komercjalizujecie?

Przyczyny są prozaiczne – ludzie zaangażowani w tworzenie Screenagers mają zazwyczaj całkiem poukładane życie osobiste i zawodowe, a serwis jest dla nich tylko przyjemnym wycinkiem rzeczywistości. Prowadzenie działalności komercyjnej to szereg mało przyjemnych obowiązków, do których trudno zmusić ludzi zajmujących się czymś charytatywnie. Wiąże się też z nim sporo zgniłych, a jakże, kompromisów, z którymi nie spałoby nam się za dobrze. Niemniej jednak mam w ostatnim czasie poczucie nie tyle komercjalizacji, co logicznego i stabilnego rozwoju. A na tym chyba każdemu, kto uczestniczy w tego rodzaju inicjatywie, zależy najmocniej.

A ile osób pisze dziś dla serwisu?

Około dwudziestu – przy czym stopień ich aktywności bywa bardzo różny.

Motywacja?

Mnie wystarczy kilka ciepłych słów od znajomych bądź nieznajomych – nie spotykam się z nimi jakoś szczególnie często, ale wystarczająco, żeby wciąż mi się chciało. Mówiąc bardziej wprost: wszyscy jesteśmy trochę próżni. Myślę też, że możliwość współtworzenia „rynku” dla dobrej muzyki w szerokim tego słowa rozumieniu jest mobilizująca.

Może ludzie wierzą, że to wstęp do „poważnej” kariery?

Nie wydaje mi się, żeby dla kogokolwiek była to motywacja numer jeden.

A co najbardziej demotywuje?

Zdarzyło się w czasie istnienia Screenagers kilka sytuacji, w których mocno zwątpiłem w sens tego, co robimy. Na szczęście większość z nich miała miejsce dawno temu. Część tych sytuacji miała charakter zewnętrzny, część – wewnętrzny. To jednak naturalne, kiedy tworzysz medium o strukturze tak pluralistycznej i demokratycznej.

Szczerze mówiąc nie pamiętam, skąd Screenagers w ogóle się wzięło. Jak to się zaczęło?

Wyjaśnię od razu, że nie jestem ani założycielem Screenagers, ani autorem nazwy, nie było mnie też przy narodzinach serwisu. Genezę Screenagers znam z drugiej ręki – powstało jako platforma wymiany opinii grupy ludzi zainteresowanych gitarową muzyką nieobecną w polskich mediach. Odnoszenie ówczesnego kształtu Screenagers do dzisiejszych realiów jest nieporozumieniem. Z obecnego punktu widzenia była to inicjatywa szczytna, choć nieco naiwna – w takim pozytywistycznym, pracy-od-podstaw tego słowa rozumieniu. Cieszę się, jeśli ktoś dzięki tamtemu Screenagers sięgnął po …Trail Of Dead czy Idlewild i potraktował to jako odskocznię od side-projectów ex-członków Alice In Chains. Na szczęście przez tych siedem lat wiele się zmieniło. Imponująco rozwinęły się zarówno kompetencje twórców Screenagers, jak i obycie czytelników serwisu.

A ty pamiętasz, czym najbardziej się wtedy jarałeś? I jak to się ma do dziś?

Mój gust ewoluuje od zawsze w dość konsekwentny i logiczny sposób, co bywa dość nudne, ale tak już jest i nic na to nie poradzę. W 2003 roku siedziałem mocno w klasyce nowej fali i indie-popu z mocnymi tendencjami w kierunku brytyjskim. Słuchałem namiętnie The Go-Betweens i British Sea Power, a moją płytą wszech czasów był pierwszy album Stone Roses. Mniej lub bardziej, ale nadal szanuję większość artystów, którzy wtedy byli dla mnie wyznacznikiem jakości. To, że spora część moich wrażeń i opinii nie dezaktualizuje się dla mnie samego, ma dla mnie znaczenie. Kilka ówczesnych zajawek wydaje się z dzisiejszej perspektywy zupełnie nieistotnych, a nawet zabawnych – i to też dobrze, dwadzieścia lat ma się raz w życiu.

Powoli ale konsekwentnie poszerzacie horyzonty, co – jak widać w komentarzach – trochę boli. Jak to gubienie indie odbija się na nastrojach w redakcji?

Dla mnie „indie” nigdy nie było drogowskazem samym w sobie. To, że na pewnym etapie mocno zasłuchiwałem się w tego rodzaju brzmieniu i że nadal sporą część mojej kolekcji zajmują niezależne zespoły grające na gitarach, wynika w stu procentach z preferencji estetycznych, wrażliwości, dorastania w określonej tradycji. Ludzie tworzący dziś Screenagers to osoby myślące podobnie i otwarte na to, co się dzieje wokół nich. Nie zainteresujesz nikogo swoimi opiniami, jeśli sam nie jesteś zainteresowany niczym poza czubkiem swojego nosa. Mieliśmy w przeszłości kilka rzęsistych dyskusji na temat programu serwisu – moim zdaniem czas pokazał, że możliwie najszerszy zakres tematyczny jest najmocniej stymulujący dla kreatywności autorów. Dowodzi tego fakt, że do najlepszych tekstów Screenagers w ostatnich kilkunastu miesiącach nie należały rozprawki o znaczeniu Sonic Youth czy Modest Mouse.

Jak to jest z konkurencją między Wami a Porcysem?

Mogę mówić tylko za siebie. Nie odbieram Porcys na zasadzie konkurencji – myślę wręcz, że jeden serwis tworzy nową przestrzeń dla drugiego i odwrotnie. Oczywiście trudno ignorować istnienie tej strony i udawać, że nie miała wpływu na dużą część środowiska, bo jest jasne, że miała. Było tam w swoim czasie kilku świetnych autorów i sporo świetnych tekstów. Oprócz tego wszyscy bez wyjątku redaktorzy tego serwisu, których miałem okazję poznać, okazali się bardzo sympatycznymi i ciekawymi ludźmi. Natomiast ja osobiście za sprawą Porcys nie poznałem zbyt wielu płyt, które zmieniłyby moje życie – może mieć tu znaczenie fakt, że generalnie 90% muzyki odkrywam na własną rękę. A jeśli rozmawiamy w kontekście tego, co robię na Screenagers, to Porcys nigdy nie był dla mnie motywacją do działania. Wydaje mi się, że większość redakcji tak właśnie do tego podchodzi w tej chwili – życzymy powodzenia i robimy swoje.

A jak się trafi w załodze Screenagers dwóch z zupełnie innym zdaniem na temat płyty i każdy chce recenzować?

Nie ma takiej możliwości – wszystkie oceny ja przydzielam odgórnie. Żart! Z takiej naprawdę rzadkiej sytuacji szukamy zwykle wyjścia „obiektywnie” najmniej szkodliwego – płytę zrecenzuje autor, który możliwie najlepiej reprezentuje punkt widzenia tych osób, które wyraziły swoją opinię na temat.

Podsumowujecie teraz dekadę. Nie bawi cię to, że żadne „poważne” medium nie podjęło się tego zadania, a tu ludzie ze Screenagers odwalają po nocach małe licencjaty?

Raczej smuci niż bawi. Mam nadzieję, że ktoś się jeszcze obudzi.

Twój ulubiony writer?

Nominowani są Paweł Sajewicz, Marta Słomka i Maciek Maćkowski (tylko pisz częściej, chłopie!).

A redakcyjne frakcje?

Myślę, że wszelkiego rodzaju frakcje tworzą się zwykle w oparciu o barierę technologiczną – internet jest strasznie upośledzoną formą komunikacji. Ludzie, którzy mają okazję do tego, żeby wymienić się płytami, opiniami na żywo, przeżyć wspólnie koncert albo wyjazd na festiwal, znajdują między sobą lepsze, bardziej naturalne porozumienie i bardziej sobie ufają. Nie ma moim zdaniem w tej chwili jakiegoś wyraźnego podziału w redakcji na osoby skupione wokół konkretnych, fundamentalnych postulatów – zdarzają się sytuacje, w których różnimy się opiniami. Zero sensacji.

Jeden z redaktorów PopMatters przyznał ostatnio, że ludzie przestają im czytać recenzje – według statystyk klikają w nie tylko po to, by zobaczyć ocenę, nawet nie czytają pierwszego zdania (a miałem nadzieję, że moje zachowania nie są reprezentatywne!). Ostatni lifting Pitchforka i przestawienie się na newsy, na wideo sugeruje, że chyba mają ten sam problem. Nie boisz się o Screenagers, które bazuje właśnie na recenzjach?

Ja mimo wszystko wierzę w ludzi. Poza tym taki detal – piszesz o serwisach, które istnieją w zupełnie innej przestrzeni niż my (choć paradoksalnie w tej samej). Czytelnik PopMatters ma dziennie do obskoczenia kilkadziesiąt stron o podobnej tematyce. Kilkaset – jeśliby liczyć blogi. Na wielu z nich codziennie znajdzie kilka nowych aktualizacji. Czytelnik Screenagers może wejść na Porcys, Nową Muzykę, twojego bloga i coś tam jeszcze – wszystko jest w stanie przestudiować w kwadrans przy kawie.

Fine.

Nosfell – wywiad

15.02.2010 | Skomentuj
Francuz, dziwak (nawet dla rodaków), na scenie bardziej performer niż „muzyk”, jako że nie potrafi poprzestać na czymkolwiek – dobrym czy złym – ciągle przyciąga uwagę czymś nowym, szczególnie w wydaniu koncertowym. 19 lutego Nosfell (strona oficjalna | myspace) zagra w warszawskim Centralnym Basenie Artystycznym, i przy okazji pytam go.

Cieszysz się, że twoja kariera muzyczna przypadła na czasy internetu i mp3?

Absolutnie. To bardzo dziwny czas dla przemysłu muzycznego, ale przed twórcami otwiera mnóstwo możliwości. Tyle że musimy być naprawdę kreatywni, bo póki co dostawcy internetu trzymają łapę na większości zysków z tego, co przepływa przez sieć. Coraz trudniej zdobyć fundusze na produkcję nagrań i promocję, skoro sprzedaje się ledwie kilka procent tego, co jest ściągane. Ale to jest OK. Zmiany są dobre i zdrowe.

A co dziś w muzyce kręci cię najbardziej - i jako muzyka, i jako odbiorcę?

Interesuje mnie ruch wpisany w piosenkę czy kompozycję. To specyficzne uczucie, kiedy całe twoje ciało zaczyna reagować na dźwięki, na aranżację, na groove, błyskotliwy zamysł stereofoniczny, ślady procesu nagrywania. No i muszę czuć zaangażowanie artysty, aby słuchać jego muzyki.

Skąd wziął się pomysł na wiolonczelę w zespole? Grasz w różnych składach, z jakim przyjeżdżasz do Polski?

Och, po prostu bardzo zależało mi na tym, by grać razem z Pierrem Le Bourgeois! A tak się składało, że jest wiolonczelistą. W Polsce wystąpimy we trzech: Pierre Le Bourgeois zagra na wiolonczeli i basie, a Orkhan Murat usiądzie za bębnami. To prosta konfiguracja, która wymaga konkretu. Będziemy zmierzać prosto do celu! (śmiech). Dla nas piosenka musi być sprawdzona w wielu różnych składach, byśmy nabrali co do niej pewności, dotarli do jej istoty.

Śpiewasz też w różnych językach – wymyśliłeś nawet własny.

Dla mnie to naturalne szukać różnych rodzajów intymności, które przychodzą do nas wraz z każdym językiem. Ten mój własny przejąłem po ojcu. On sam znał siedem języków, często wieczorami mówił do słowami, których nie rozumiałem. Zanim zniknął, zostawił mi więc swoistą listę słów. Musiałem im nadać znaczenie, i tak to się zaczęło. Dla publiczności może to brzmieć jak wygłupy wokalne, ale dla mnie to ma sens. Chcę, by to publiczność poczuła się jak dzieci słuchające egzotycznej, zagranicznej muzyki.

Jest jeszcze francuski i angielski.

Kiedy śpiewam po francusku, to co innego. To mój język ojczysty [a raczej matczyny, bo użył angielskiego „mother tongue” - mh]. Czuję się bardzo kruchy, kiedy go używam. Ale to bardzo ekscytujące uczucie. Z kolei angielski ma korzenie w mojej nauce śpiewu. Na samym początku naśladowałem angielskich i amerykańskich wokalistów. Wybór języka piosenki to jak wybór postaci, którą zagrasz w sztuce lub filmie. Każda z nich niesie za sobą zupełnie inne przeżycia.

Powiesz coś o powiązaniu twojej ostatniej płyty „Nosfell” z książką Le Lac aux Velies, którą pisałeś ty i Ludovic Debeurme?

Moje trzy albumy studyjne to tryptyk, który zbiera historie szeregu postaci i moje przemyślenia względem nich. Książka stanowi klucz do zrozumienia tego, co chcę przekazać. Zresztą do niej także dołączona jest płyta, nagrywaliśmy ją równolegle z pracami nad trzecim albumem. Pierre zaaranżował ponad godzinę muzyki na orkiestrę symfoniczną – część to piosenki z naszej pierwszej płyty, część z drugiej, dodaliśmy też kilka nowych. „Le Lac aux Velies” w zasadzie wyjaśnia, dlaczego ta czy tamta piosenka w ogóle powstała. Do tego dochodzą pastelowe ilustracje, więc portrety postaci rysyjemy w trzech wymiarach: muzycznym, słownym i wizualnym.

Na profilu na MySpace wymieniasz mnóstwo inspiracji, ale gdybyś miał wymienić, powiedzmy, trzy nazwiska?

The Residents za kreatywność, melodie i za to, że artystycznie idą w poprzek wszystkiemu. Neil Young za jego styl gry na gitarze oraz potęęęężne brzmienie. I Debussy. Za wizjonerstwo.

A z żyjących Francuzów? Poleć nam kogoś, kogo na pewno pokochamy.

Projekt Kafka. Dawno nie słyszałem czegoś równie kreatywnego.


(A na pożegnanie dodał: „Na razie!”, więc chyba wdał się w ojca)


Ewolucja wspomnień

11.02.2010 | 27 odpowiedzi

„…pryzmat Floydów przywiózł mi ojciec z Niemiec Zachodnich, byłem pierwszy w mieście” (lata 70.)

„…godzinami przegrywaliśmy z kumplem kasety The Police, dla siebie i połowy klasy” (lata 80.)

„…trzymam tego CD-Ra do dziś, sam ozdabiałem. Trochę się sypie” (lata 90.)

„…p2p sucks, torrent’s dead, long live rapidshop” (lata 00.)

„…na początku trafiłem na dwa fejki, ale potem znalazłem na nodacie. Rano sami wystawili za friko” (2010)


Filharmonia Zabrzańska

09.02.2010 | 5 odpowiedzi

(Przepraszam). Foto: Wiki

Fine.

Massive Attack – Heligoland

08.02.2010 | 15 odpowiedzi

Massive Attack - Heligoland (EMI, 2010)Massive Attack — Heligoland (EMI)

1. Pray For Rain feat. Tunde Adebimpe – bardzo dobre
2. Babel feat. Martina Topley-Bird – ujdzie
3. Splitting The Atom feat. Horace Andy – dobre
4. Girl I Love You feat. Horace Andy – słabe
5. Psyche feat. Martina Topley-Bird – ujdzie
6. Flat Of The Blade feat. Guy Garvey – zjawiskowe (Sylvianie – drżyj)
7. Paradise Circus feat. Hope Sandoval – spektakularne
8. Rush Minute – dobre
9. Saturday Come Slow feat. Damon Albarn – zjawiskowe
10. Atlas Air – ujdzie

W rytmie hype’u

07.02.2010 | Skomentuj

Delphic — Acolyte (Chimeric Records)

Co jest gorsze od hype’u oddolnego? Hype odgórny. Wyniesione zeszłorocznym singlem „Doubt” na podium kompilowanej przez BBC listy Sound of 2010 (skądinąd wyjątkowo słabej w tym roku), Delphic ma być „antidotum na skostniałe indie i bezduszny dance”.

Zbyt miękka to techniawka, przynajmniej w albumowym całokształcie, by zdolna była rozruszać ciało. A żeby poruszyć głowę – zbyt toporna i schematyczna. Jeszcze większym nadużyciem jest używanie w stosunku do Delphic określenia „nowe”. Mam podejrzenie, że chodzi tutaj o przynależność do tych zespołów przyszłości, których kariera kończy się w dniu wydania debiutu.

Lindstrøm & Christabelle — Real Life Is No Cool (Smalltown Supersound)

Hype dla odmiany amerykański, nieoczekiwany, a do tego przez pierwszą minutę płyty wygląda na stuprocentowo trafiony. Potem napięcie opada, bo ów wstęp jest ciekawszy niż pozostałe trzy kwadranse „Real Life Is No Cool” i po nim można zasadniczo zakończyć uważne słuchanie płyty.

Ale jako że życie obfituje w okazje, kiedy potrzeba poprawnego, niewiejskiego, umiarkowanie melodyjnego chilloutu (no, przy „Baby Can’t Stop” od biedy można potańczyć), to ukoronowanie lat współpracy Lindstrøma z Christabelle będzie na takie chwile kandydatem niemal idealnym, rasowym, nawet szlachetnym.

Poziom stężenia treści w czasie nie dorasta do liczby pochlebstw, jakie L&Ch ostatnio zbierają, ale to przecież nie ich wina. Poza tym nie tylko świetnie zaczynają, bo i bajecznie kończą, a po tym, jak wiadomo, to i owo się poznaje.

Hot Chip — One Life Stand (Parlophone)

Ktoś zliczył liczbę powtórek w „Hand Me Down Your Love”? Albo spotkał się z bardziej tandetnym użyciem klawiszy, stopki i auto-tune’a niż w „I Feel Better”? Bardziej zmarnowaną szansą niż w „Slush”? (Kicz-ballada roku?)

Na moje ucho przyłożyli się tylko do tytułowego singla, ale podobnie jak „Brothers” po dwóch przesłuchaniach będzie wam wychodził bokami. Równolegle z „One Life Stand” słuchałem koweru „Boy From School” w wykonaniu Grizzly Bear podlinkowanego przez Maćka i to on zgarnął resztę drzewek.

Irak etc.

06.02.2010 | 3 odpowiedzi

Kingdom (2007) < Jarhead (2005) < The Hurt Locker (2008)

Najlepsze z 2010

05.02.2010 | 22 odpowiedzi

Pierwszy.

Płyty:

Four Tet – There Is Love In You (Domino)
Owen Pallett – Heartland (Domino)
Richard Skelton – Landings (Type)
Yeasayer – Odd Blood (Secretly Canadian)
Massive Attack – Heligoland (od połowy) (EMI)
Gil Scott-Heron – I’m New Here (XL)
Dan le Sac vs Scroobious  Pip – Logic of Chance (Sunday Best)
Vampire Weekend – Contra (XL)
Toro y Moi – Causers of This (Carpark)
Univers Zéro – Clivages (Cuneiform)
Beach House – Teen Dream (Sub Pop)
Joanna Newsom – Have One On Me (CD1) (Drag City)
Pantha du Prince – Black Noise (Rough Trade)
Tord Gustavsen Ensemble – Restored, Returned (ECM)
Freeway & Jake-One – The Stimulus Package (Rhymesayers)
Aga Zaryan – Looking Walking Being (Blue Note)
Yellow Swans – Going Places (Type)

Ścieżki:

Massive Attack – Paradise Circus (feat. Hope Sandoval)
Joanna Newsom – Good Intentions Paving Company
Yeasayer – Ambling Alp
Tord Gustavsen Ensemble – Left Over Lullaby No. 1 – Oh Stand, Stand at the Window
Die Antwoord – Enter the Ninja
Four Tet – Love Cry

Toro y Moi – Fax Shadow
Vampire Weekend – White Sky
Beach House – Zebra
David Byrne & Fatboy Slim – Please Don’t (feat. Santigold)
Paperplain – 1130
Jónsi – Go Do (wersja akustyczna)

Fine.