RSS

Angus, Julia, Corinne i Ted

19.03.2010 | 12 odpowiedzi

Angus and Julia Stone – Down the Way (Flock)

Przyjemność, obojętność, znudzenie, zmęczenie – ten schemat powtarza się przy każdym przesłuchaniu „Down the Way”. Nie żeby rodzeństwo Stone, bodaj najsłodszy duet Australii,  jakoś znacząco opuściło się w balladopisarstwie w ciągu trzech lat od wydania „A Book Like This”. Okazuje się raczej, że zaspokajanie niedosytu, jaki pozostawił ich sympatyczny debiut poprzez nagranie jego powtórki nie jest dobrym pomysłem. Szczególnie gdy ta powtórka to 66 minut jednolitego emocjonalnie materiału, którego główną zmienną jest płeć wokalu.

Niby pozwalają sobie na 8-9 minutowe wycieczki, zagęszczają też instrumentarium, ale przy tym wiernie trzymają się prawideł rządzących krótkimi akustycznymi piosenkami, jakby pisanie długich utworów polegało na rozciąganiu krótkich. Julia jest nawet bardziej krucha niż poprzednio, Angus z kolei przesadza z prostotą, bo jednak jakaś synkopa od czasu do czasu by się przydała – połowę uroku „Paper Aeroplane” zawdzięczało rytmowi. W tym wspomnianym na wstępie schemacie najsmutniejsze jest to, że większość dobrych kawałków – bo jest tu mnóstwo świetnych melodii – ustawili w środkowo-końcowej części albumu, gdy my docieramy już do fazy REM.

Corinne Bailey Rae – The Sea (Virgin)

Tak się zastanawiałem przy okazji Corinne, czy – a raczej na ile – szczególne okoliczności powstania płyty powinny rzutować na ocenę samego materiału. Bo jest tak, że samoopowiadająca się historia stojąca za albumem czy artystą – od Gila Scotta-Herona po Sufjana Stevensa, od Buena Vista Social Club po Lao Che – to pół sukcesu. Dziennikarz ma o czym pisać, wykonawca ma o czym opowiadać w wywiadach, sieciowe maszynki newsowe mają co wrzucić do lidu, opis na Wikipedii nie ogranicza się do daty wydania i nazwiska producenta. Ale czy rzeczywiście bonusowa treść przekłada się na muzykę, czy to tylko efekt halo?

Corinne Bailey Rae równo dwa lata temu straciła męża (przedawkował) i częściowo wokół tej tragedii obraca się jej druga płyta. Jak się łatwo domyślić, charakterystyczny optymizm (na ile stonowany soul pozwala) Corinne wyparował, choć bardzo chciałbym poznać opinię kogoś, kto słuchał tej płyty bez świadomości backgroundu. Gdyby nie ono, ja w każdym razie nie miałbym do „The Sea” wiele cierpliwości. Mam zresztą wrażenie, że chcąc dobrze, dziennikarze jednak nieuczciwie eksploatują tę tragedię. Opisują „The Sea” jako jedno wielkie requiem, podczas gdy połowa, jeśli nie większość, utworów powstała jeszcze przed całym zajściem.

Rozumiem, odruch współczucia każe spojrzeć łagodniejszym okiem. Jest też bardziej interesowna nadzieja – nie wiem, czy zdrowa, ale historia ją usprawiedliwia – na to, że szczególne przeżycia twórcy zaowocowały szczególną muzyką. Więc tym razem nie zaowocowały.

Ted Leo & the Pharmacists – The Brutalist Bricks (Matador)

Tutaj nawet najlepsza (najgorsza) historia nie byłaby w stanie uratować sytuacji. Zamiast o rozsądek, powinni się sami pytać o gust – przetrzymajcie ostatnie 20 sekund bez uśmiechu. Szkoda fajnej okładki.

Fine.

Chopin uziemiony

18.03.2010 | Skomentuj

Rozczarowuje nowe Muzeum Chopina na warszawskiej Tamce, nawet przy świadomości, że część niedociągnięć i pustych przestrzeni do oficjalnego otwarcia w kwietniu zostanie uzupełniona. Rozczarowuje, bo za chipami, kolorkami i efektownym oświetleniem kryje się typowo staromuzealne myślenie.

Mimo obietnicy „odczuwania Chopina”, wystawa ma się nijak do Muzeum Powstania Warszawskiego albo zachodnich muzeów muzycznych (moim ideałem jest brukselskie Muzeum Instrumentów – rzecz na dwa dni zwiedzania słuchania). Wyłączając kilka w miarę urokliwych, aczkolwiek mało praktycznych pomysłów (grające szuflady), multimedialność ekspozycji ogranicza się do poziomu Wikipedii: kliknij, poczytaj / posłuchaj.

Czego nie zapomnę? Rozmowy posuniętej już w latach zwiedzającej z jedną z pracowniczek muzeum. Ta pierwsza usiadła w tubie odsłuchowej (wizualizacja powyżej), ale zanim zdążyła z niej skorzystać, została błyskawicznie wyproszona. Zrobiła wielkie oczy – ja jeszcze większe – gdy usłyszała, że tuba nie jest uziemiona, więc nie mogą z niej korzystać osoby z rozrusznikami serca. Szkoda, bo emeryci byli jedynymi gośćmi Muzeum, na których ekrany dotykowe zrobiły jakieś wrażenie.

Fine.

Oblicza hałasu – Yellow Swans, Skullflower, AFCGT

17.03.2010 | 2 odpowiedzi

Skullflower – Strange Keys To Untune Gods’ Firmament (Neurot)

Kolorystyka tych okładek mówi sama za siebie: noise. Zaczyna nim rok nie tylko Neurot – stajnia Neurosis, więc bez niespodzianek – ale także Sub Pop z jedną z odważniejszych pozycji w katalogu oraz Type, mimo pewnych odchyłów kojarzony z umiarem. Wspólny mianownik: to hałasy raczej kontemplacyjne niż budzące żądzę destrukcji.

Matthew Bower ze swoim Skullflower poszedł raczej w ilość niż w jakość. „Strange Keys” to sto minut czystego – choć to złe słowo, więc raczej – wydestylowanego przesteru. Monotonna, monumentalna, męcząca symfonia sprzężeń, która w świecie sztuk wizualnych byłaby jak ogromna hala pomalowana w jednolity szaro-czarny deseń. Czy będziesz się tu dobrze czuł – to zależy wyłącznie od tego, na ile ów deseń trafi w twój gust. Jeśli zasmakujesz w tej jedynej barwie – bo modulacje i wtręty elektroniczne są tutaj symboliczne – możesz liczyć na niekończące się pasmo uniesień. Mnie to brzmienie ni bawi, ni czaruje – nuży.

Mimo to uważam Skullflower za warte posłuchania dla szczególnego, rzadko spotykanego wrażenia. Każdy z 12 utworów trwa po 7-14 minut. To dosyć, by narządy słuchu oraz sam umysł przestawiły się na zupełnie inne tory odbioru i zaczęły cały ten jednostajny szum tolerować, wręcz ignorować. Nie będę nawet próbował opisywać intensywności, z jaką po każdym z nich wybrzmiewa – niby zwyczajna, ale w tych okolicznościach nadzwyczajna – cisza. To trzeba samemu usłyszeć.

Yellow Swans – Going Places (Type)

Yellow Swans, tak jak Bower, własny odcień hałasu doskonalili przez lata. Nie wiem, czy ktokolwiek dotarł do wszystkich wydawnictw duetu – bo to dziesiątki głównie improwizowanych CD-Rów, siedmio- i dwunastolacówek. „Going Places” jest niestety ich ostatnią próbą, bo ukazuje się już po oficjalnym rozwiązaniu grupy.

A może powinienem raczej napisać: wszystkich wcześniejszych prób ukoronowaniem. Para z Portland osiąga tutaj szczyt swoich (czyichkolwiek?) możliwości w zakresie bardziej ambientowych niż noise’owych szumów. Oparte na repetycjach, rytmicznie nieregularne, podszyte kilkutonowymi melodiami wizje Yellow Swans mają kompleksową przewagę nad konkurencją: są piękne w wymiarze estetycznym, są też bardziej wstrząsające. Nie przez radykalizm, ale metodę: uspokoić, przyzwyczaić, zahipnotyzować, by w końcu przywalić walcem przesteru albo histerycznym krzykiem nurzającym się z noise’owej magmie. To jakby Brian Eno improwizował z Timem Heckerem, a całą imprezę nagłaśniał im Merzbow.

W słuchaniu tego typu muzyki chodzi zasadniczo o określony stan umysłu, o wrażenie kosmosu albo przeciwnie – całkowite uziemienie, a kunszt artysty mierzy się skutecznością w budowaniu (burzeniu) nastroju. Czy to ten podskórny puls, czy też jakieś podprogowe triki, sekretny przepis Swansona-Mindeli, cała maszyneria, którą ukryli za kurtyną spienionych fal dźwiękowych – odpowiedź Yellow Swans zabrało ze sobą do grobu, ale metoda działa.

AFCGT – AFCGT (Sub Pop)

Oswojenie z AFCGT – nowym wcieleniem ludzi z A-Frames, The Intelligence i Climax Golden Twins – i ocena ich hałaśliwego debiutu pod nową nazwą wymaga najwięcej czasu, bo jest rzeczą najbardziej w tym towarzystwie… konwencjonalną. Żaden paradoks: skoro pojawia się tu coś na kształt kompozycji, zajawki riffów (jakkolwiek minimalistycznych) i melodii (jakkolwiek skromnych), a gdzieniegdzie wręcz struktura punkowej piosenki, to przybywa też wymiarów wymagających przyjrzenia się. Nawet okładka jakby ciekawsza.

Mroczny, jednostajny, zabarwiony sixtisową psychodelią i surowym post-rockiem garażowy post-punk AFCGT (ha, napisałem to) może się sprawdzać na koncertach czy festiwalach, gdzie zawsze znajdą się amatorzy niszczącego bębenki rzężenia na brutalnie klasyczną baterię gitar i perkusji (My Bloody Valentine, Mogwai czy Sun O))) na żywo brzmią w końcu stosunkowo podobnie). W domowym, ekhem, zaciszu nijak nie da się znaleźć tu elementów choćby i względnie ciekawych: kompozycje toporne, brzmienie cienkie, klimat nastoletniej próby piwnicznej, a melodeklamacja z „Nacht” kojarzy się z… Rammsteinem.

Fine.

Z ciekawości

14.03.2010 | 24 odpowiedzi

Ile nowych (dla Ciebie) płyt poznajesz w ciągu miesiąca?

 

Słucham tylko tego, co już znam 

Kilka 

6-10 

Kilkanaście 

Ponad dwadzieścia 

Codziennie coś nowego 

Będzie z pół setki
.

.
Stan na 31 marca 2012:

.

Co z tym EMI?

13.03.2010 | 5 odpowiedzi

Bo najpierw pojawiły się pogłoski, że zadłużona po uszy wytwórnia będzie musiała sprzedać Abbey Road. Ostatecznie EMI zmieniło zdanie, ale dzięki całemu zamieszaniu studia wciągnięto na listę brytyjskiego dziedzictwa narodowego, więc przerobienie na hotel legendzie nie grozi (za to trudniej będzie wyremontować dach).

W tym czasie grupa OK Go wytaczała własnej wytwórni wojenkę – począwszy od listu do słuchaczy, a kończąc na wyznaniach w New York Timesie. EMI blokowało możliwość osadzania teledysków OK Go na niezależnych stronach, a jak wiadomo, tak właśnie zbudowali swoją karierę. Biorąc pod uwagę, ile trudu OK Go wkładają w swoje filmiki  (ten z farbami też jest świetny), łatwo zrozumieć, dlaczego kilka dni temu ostatecznie pożegnali się z EMI.

Teraz doszedł do tego wyrok brytyjskiego sądu, który uznał, że EMI nie miało prawa sprzedawać pojedynczych tracków „Dark Side of the Moon” bez zgody Pink Floyd. Mniejsza o to, że znowu będą bulić. Wyrok przede wszystkim formalnie potwierdza – oczywistość, zdawałoby się – iż zapis o integralności dzieła dotyczy także sieci. (Z wykwitłej przy tej okazji dyskusji o formule albumu szczególnie polecam komentarz Davida Stubbsa).

Aha, jest jeszcze niesmaczny wątek „Dark Night of the Soul”, wspólnej płyty Danger Mouse’a i Sparklehorse z udziałem Davida Lyncha, której wydanie blokowało właśnie EMI, toczące od lat spór z tym pierwszym. Niby ustąpili, ale dopiero na wieść o samobójczej śmierci Marka Linkousa (= Sparklehorse). [Korekta: jednak dogadali się tuż przed. Niesmak pozostał].

Mniej więcej w tym samym czasie po 1,5 roku rządzenia ze stanowiska szefa EMI wylatywał Elio Leoni-Sceti.  A tak naprawdę wszyscy czekają, kiedy Terra Firma odda wreszcie EMI Warnerowi, bo chyba od trzech lat (czyli od dnia zakupu) Terra żałuje tamtej decyzji. Przydałoby się, bo od Warnera przynajmniej artyści masowo nie uciekają – w końcu OK tylko poszło w ślady the Rolling Stones, Paula McCartneya i Radiohead.

A to wszystko na tle głośnego raportu IFPI (→ tekst źródłowy), który wylicza, ile to duże wytwórnie inwestują w artystów – średnio milion dolarów. Muzycy nadal potrzebują bogatych opiekunów, bo mimo całego tego internetu żadnemu z nich nie udało się samodzielnie osiągnąć sukcesu i prędzej czy później – patrz Lily Allen, Arctic Monkeys – wiązali się z którymś z gigantów.

Ja tylko zwrócę uwagę na to, że „sukces” w rozumieniu Wielkiej Czwórki to zupełnie co innego, niż dla rozpoczynającego karierą artysty wydającego się samodzielnie albo w jakimś indie (300 tysięcy egzemplarzy „Ys” to dla Drag City chyba już sukces?). A jeśli ktoś na wstępie daje milion, to znaczy, że z powrotem będzie chciał znacznie więcej. Tymczasem zainteresowanie wielkich Małpkami czy Lily – albo wczorajsze upolowanie Die Antwoord przez Interscope – to ni mniej, ni więcej, tylko najlepszy dowód na to, że jednak sukces już jest.

Fine.

Prośba o opinię do tekstu

11.03.2010 | 6 odpowiedzi

„Dzień dobry,

jestem studentem drugiego roku dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, a przy okazji osobą żywo zainteresowaną muzyką. W trzyosobowej grupie studentów przygotowujemy tekst artykułu zaliczeniowego, którego tematem jest obecna kondycja dziennikarstwa muzycznego w Polsce (z położeniem nacisku na internet). Ponieważ w tekście mają znaleźć się opinie ekspertów argumentujące stawiane tezy pomyślałem, że warto zwrócić się o nią do Pana.

Pytanie brzmi: skąd bierze się negatywny odbiór dużej części tekstów poświęconych muzyce pojawiających się w – najogólniej mówiąc – mainstreamowych mediach? I czy w związku z oczywistymi przewagami jakie ma internet nad tradycyjnym dziennikarstwem (regularność i swoboda publikacji, objętość tekstów – czego dobrą ilustracją jest choćby Pański blog) ma ono jeszcze w ogóle sens? Jeśli tak, to w czym upatrywać jego przyszłości”.

Myślę, że są (co najmniej) trzy powody  - jeden nieuzasadniony, ale poniekąd naturalny, drugi uzasadniony częściowo, a trzeci całkowicie zrozumiały.

Pierwszy to zwykła niechęć młodych ambitnych do starszego pokolenia, ‘establishementu’, czy w ogóle do mainstreamu, podejrzenia o interesowność prasy profesjonalnej, i tak dalej. Do niedawna pewnie też i jakaś tam zazdrość, że człowiek może dostawać płyty za darmo, wchodzić bez biletów na koncerty, i jeszcze się z tego utrzymywać. Nic nowego i trzeba się z tym pogodzić. Skądinąd zdaje się, że takie serwisy jak Porcys czy Screenagers przez niektórych są odbierane jako na tyle już profesjonalne, by traktować je z podobnym sceptycyzmem.

Druga rzecz to fakt, że dziennikarz nie pisze dla innych dziennikarzy – choćby (pół)amatorów. To normalne, że nie znajdują oni w dziennikach czy tygodnikach tekstów takich, jakie mogłyby ich zainteresować i słusznie robią, że szukają ich w sieci. Recenzje muzyczne na papierze to zwykle krótkie notki, ale takich właśnie szuka „zwykły czytelnik”. Krótko i atrakcyjnie. Media tradycyjne reagują też z pewnym opóźnieniem, co czasem denerwuje, a w oczach osób będących bardzo na bieżąco jest wręcz kompromitujące, ale jednocześnie ratuje je przed dziecinnym skakaniem od hype’u do hype’u.

(Inaczej rzecz ma się oczywiście z prasą muzyczną, od której wymaga się nieco innego podejścia, ale tu nie możemy patrzeć przez pryzmat polskiego, koślawego przecież rynku – „Machina” nie jest pismem muzycznym, ale popkulturowym, choć z ambicjami ogarniania muzyki, „Teraz Rock” jest fenomenem samym w sobie, a prasa metalowa to megafony wytwórni płytowych. Nie miałbym za to problemu ze wskazaniem kilku anglosaskich tytułów, które świetnie piszą o muzyce nawet z punktu widzenia osoby siedzącej w muzyce po uszy – a sam należę do pokolenia dość krytycznego względem „tradycyjnej krytyki”, bo pierwsze kroki stawiałem już w internecie).

Trzecia rzecz dotyczy pobieżności, nieścisłości, czy nawet błędów, które od czasu do czasu popełnia dziennikarz z natury mniej wyspecjalizowany niż tych kilku fanów, którzy zawsze przeczytają jego artykuł i wyłapią najdrobniejsze potknięcia. Oni są znawcami danego zespołu czy nurtu, on w każdym artykule zajmuje się nieco innym tematem (szczególnie trudno bywa w dziennikach, gdzie na napisanie tekstu ma się niekiedy kilka kwadransów). To nie usprawiedliwia ewentualnych błędów i słusznie wytykają je czytelnicy – zawsze tak było, tyle że dzięki internetowi wyraźniej to widać.

Pewnie więcej jest tych przyczyn – sam chętnie zapytałbym Ciebie o zdanie.

Co do sensowności „tradycyjnego” dziennikarstwa w dzisiejszych czasach: dzięki internetowi łatwiej zauważyć przepaść, jaka oddziela „prawdziwych” fanów muzyki, hobbystów żyjących nią na co dzień – „nerdów”, jak to ujął lewar – od osób traktujących ją jako jedną z wielu rozrywek, kupujących / poznających kilka, kilkanaście płyt rocznie. Ci pierwsi oczywiście poradzą sobie bez zawodowych krytyków, bo rekomendacje czerpią od znajomych (choćby i wirtualnych), a informacje potrafią znaleźć sobie sami – mają na to czas i energię. Dlatego tak trudne czasy nastały dla prasy muzycznej – sprzedaż NME zdaje się po raz pierwszy w historii spadła do liczby pięciocyfrowej, a to przecież tygodnik, reagujący stosunkowo szybko.

Słuchacze niedzielni (niezaangażowani?) wolą dostać gotową rekomendację – coraz częściej raczej koncertową niż płytową – gotowy artykuł, gotową syntezę, bez przeklikiwania się przez Wikipedię, fora i blogi. A liczba takich słuchaczy rośnie, bo muzyka jako taka już od dekad nie była równie popularna. I to widać w prasie mainstreamowej, która paradoksalnie coraz więcej miejsca poświęca muzyce, jeszcze do niedawna traktowanej po macoszemu w porównaniu z kinem, które ma podobny zasięg. (Teatr czy sztuka mają oczywiście jeszcze mniej miejsca – choć w Wielkiej Brytanii bywa inaczej – ale to ma uzasadnienie w popularności).

Wbrew pozorom dziennikarz mainstramowy z jakimś tam bagażem doświadczeń nie konkuruje z sieciowymi portalami / blogami, bo interesują go inne formy i inna publiczność. A jeśli nawet jest inaczej, to ma przewagę w postaci warsztatu pisarskiego – bądźmy szczerzy: teksty blogerów często potrafią czytać tylko inni blogerzy, a nie ludzie czekający w kolejce na poczcie. Ma też (powinien mieć) dystans, szersze spojrzenie – kosztem specjalizacji, ale czytelnik oczekuje dobrej historii, a nie bardzo szczegółowej analizy. Ma też dostęp do artystów, a dobrego wywiadu nie zastąpią chaotyczne wpisy wykonawców na Twitterze czy MySpace. No i wreszcie ja jestem w stanie spędzić kilka dni dopracowując większy artykuł – to moja praca, tak zarabiam na życie, a mój tekst przechodzi jeszcze potem przez sito redakcyjne  – podczas gdy writerzy sieciowi muszą pisać po zajęciach / po pracy.

Jak to się będzie zmieniało wraz z przechodzeniem „profesjonalnych mediów” do internetu i czytników elektronicznych? Sam jestem ciekaw, ale podejrzewam, że w przypadku prasy mainstreamowej nie tak bardzo, jak byśmy się tego spodziewali.


Fine.

Nowy człowiek wielozadaniowy

10.03.2010 | Skomentuj

Ciągle robisz kilka rzeczy naraz? Pozbądź się poczucia winy. Kultura „drobnych elementów” czyni nasze umysły bardziej wydajnymi – uważa profesor Tyler Cowen, amerykański specjalista od nowych mediów

W jednej ręce myszka, w drugiej komórka, w tle muzyka i jeszcze telewizor nastawiony na kanał informacyjny. Czy ta wielozadaniowość nie prowadzi nas prosto do szaleństwa?
– Trudno dziś uniknąć przesytu informacyjnego, ale sytuacja nie jest taka zła. Większość z nas starannie reguluje dopływ bodźców, wyłuskując wyłącznie te, które odpowiadają na nasze potrzeby i zainteresowania. Któryś z badaczy stwierdził, że regularne sprawdzanie skrzynki e-mailowej sprowadza poziom naszych zdolności poznawczych do sprawności pijanego. Gdyby tak było, już dawno przestalibyśmy to robić! A tymczasem wielozadaniowość kwitnie, a my wraz z nią. Dlaczego? Bo wykonywane jednocześnie czynności nie odrywają nas od głównej aktywności – to one są główną aktywnością.

Pisze pan o tym w swojej nowej książce „Create Your Own Economy: The Path to Prosperity in a Disordered World”, dziesiątej już. A więc jest pan przywiązany do dłuższych form. Nie smuci pana to, że stopniowo odchodzimy od papierowych książek?
– Książka przestaje być święta. I co z tego? Większość książek jest stanowczo za długa. Teraz widać to wyraźnie, bo główny trend kulturowy można obecnie opisać hasłem „Przejdźmy do rzeczy”. Ale w gruncie rzeczy robimy się coraz bardziej oczytani. Jako ludzkość piszemy też więcej niż kiedykolwiek wcześniej, tyle że za pośrednictwem Internetu. Zamiast czytać opasłe tomiska, wolimy wyłapywać informacje z większej liczby źródeł i samodzielnie sklejać je w całość.

Czy jesteśmy przygotowani do tej zabawy w puzzle? Moje „sklejanie” to często chaotyczne skakanie od jednej informacji do drugiej. Kompletna strata czasu.
– Ludzie marnują mnóstwo czasu, kończąc lekturę książki, którą powinni byli zostawić po pierwszym rozdziale. A tak serio, to w sieci jest mnóstwo źródeł, które kierują nas bezpośrednio do ciekawych miejsc. Nie musisz nawet używać Google – miliony ludzi na blogach i Twitterze udzielą ci kompetentnej rekomendacji w ciągu kilkunastu minut. Prawda jest taka, że w sieci łatwiej znaleźć coś wartościowego niż gdziekolwiek indziej.

Przyzwyczailiśmy się, że wielozadaniowość zbiera cięgi od naukowców. Dlaczego pan ją pochwala?
– Mnóstwo ludzi tak funkcjonuje, a świat się rozwija, jesteśmy bardzo produktywni i kreatywni. Wielozadaniowość to nic innego jak przejmowanie kontroli nad informacją, podczas gdy dawniej jej się podporządkowywaliśmy – czy była to książka, film, czy może radio. Sam pracuję wydajniej, odkąd działam na wielu frontach naraz. W ten sposób mogę absorbować więcej informacji.

Nigdy nie marnuje pan czasu, przeklikując się bezmyślnie przez kolejne strony?
– Tylko ci się wydaje, że marnujesz czas. Może w tym czasie gromadziłeś informacje, które wykorzystasz później? Poznawałeś tło, kontekst swojej przyszłej pracy? Każda intelektualna strategia zawiera element ryzyka i nie zawsze przynosi oczekiwane efekty. Moja codzienna dawka kultury to słuchanie muzyki, czytanie książek, esejów w Internecie, artykułów na stronie „The New York Times” i sprawdzanie poczty co kilka minut. I nie zamierzam rezygnować z żadnej z tych czynności na rzecz innej. Lubię tę mieszankę.

Czy nie „rozpuszczamy się” w niej?
– Tak naprawdę to większość z nas śledzi w sieci zaledwie kilka wątków. W Internecie okazujemy się tak samo wierni miejscom i ludziom jak w realnym świecie. Nie czytamy wszystkiego, co popadnie. Jeśli chcemy długoterminowo zgłębiać jakiś temat, Internet nadaje się do tego lepiej niż biblioteka.

I w ten sposób wszyscy możemy być specjalistami?
– Niektórzy oskarżają Internet o stymulowanie nadmiernej specjalizacji, a inni o to, że promuje szeroką, lecz płytką wiedzę. Tak naprawdę obserwujemy oba trendy. Dobre jest to, że sami możemy wybrać strategię, która nam odpowiada. Nowe media pomagają nam rozwijać talenty i pozwalają utrzymać kontakt ze światem nawet wówczas, gdy po uszy zaangażujemy się w jakiś specjalistyczny projekt.

Ale czy takie podejście nie odbiera nam do reszty naszej zdolności koncentracji?
– W XVIII wieku prorokowano, że czytanie nowel przyczyni się do spadku umiejętności intelektualnych człowieka. To samo mówiono o komiksie, rock and rollu, telewizji, a teraz to samo powtarza się o Internecie. To mit, że kiedyś ludzie mieli wyjątkową zdolność koncentracji, którą teraz zatracili. Pewnie w młodości uczyłeś się z książek, teraz czerpiesz wiedzę głównie z sieci i może w związku z tym masz wyrzuty sumienia. A ja ci mówię: jeśli powieści cię nudzą, przyznaj to głośno i przestań czuć się winny. To problem książek, a nie twój czy sieci. Kultura „drobnych elementów” czyni nasze umysły bardziej, a nie mniej wydajnymi.

To nie mój problem, że nie potrafię usiedzieć paru godzin z książką w ręku?
– Po prostu przyciąga cię coś ciekawszego. Nasza uwaga jest selektywna, a jej główne zadanie to wyszukiwanie cennych informacji. Jeśli pojawiają się one w wielu miejscach, do których mamy szybki dostęp, to dlaczego umysł miałby tego nie wykorzystać? Wielozadaniowość nie niszczy naszej uwagi, ale ją intensyfikuje.

Nie gubimy przy okazji piękna dłuższej formy?
– Jeśli dostrzegasz to piękno, to przecież ciągle masz je w zasięgu ręki. Internet ułatwia dostęp do książek i czyni go tańszym. Pozostali z nas znajdą piękno w krótkich formach i nie widzę w tym nic złego. Zresztą wielkie XIX-wieczne powieści też drukowano w odcinkach. To, że zbieramy drobne fragmenty informacji, nie znaczy, iż gubimy pełny obraz. Kiedy znajdziemy interesujący nas temat, śledzimy go miesiącami, latami. Różnica jest taka, że dawniej byłeś zależny od pośredników – pisarzy, dziennikarzy, filmowców. Teraz możesz poszerzać swoją wiedzę bez przerwy. W ten sposób Internet – zaskoczę cię – wydłuża naszą uwagę. Dlatego tak chętnie siadamy rano do komputera, bo jesteśmy ciekawi kolejnych odcinków historii.

Internet daje nam niemal nieograniczony dostęp do dóbr kultury. Czy ten przepych nie spłyca naszego odbioru?
– Zacznijmy od tego, że w przeszłości nasze przeżywanie kultury niekoniecznie było głębsze, za to wielu mieszkańców wsi nie mogło jej w ogóle doświadczać. Dzisiaj muzykę Beethovena czy dzieła Szekspira zna więcej ludzi niż kiedykolwiek wcześniej. Wartościowa sztuka zawsze dawała sobie radę i myślę, że tę konkurencję również wygra.
Nie zauważyłem też, byśmy rzadziej rozmawiali o poważnych sprawach. Jeden z najpopularniejszych filmów na YouTube to nagranie umierającego na raka mężczyzny, który postanowił zostawić po sobie przesłanie. Miliony osób już wysłuchały, jak mówi o „wielkich sprawach”. Strony poświęcone religii kwitną, debaty teologiczne czy filozoficzne należą do najgorętszych w sieci.

Zamiast iść do kościoła, włączamy komputer?
– Nie powiedziałbym „zamiast”, ale „oprócz”. Nasze sieciowe odkrycia zazwyczaj łączymy z „prawdziwym” życiem. Jedno z ostatnich badań pokazało, że ci, którzy spędzają dużo czasu w sieci, są bardziej – a nie mniej! – towarzyscy. Nie jest więc Internet substytutem świata realnego, lecz jedynie ujawnia tkwiące w nas emocje, pokłady ciekawości, potrzeby społeczne.
Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego, niż zamknąć przeglądarkę i wyłączyć komputer. Dlaczego tak trudno to zrobić? Bo Internet daje nam szybko to, czego szukamy. Ciągle uczymy się sprawnie poruszać po sieci i unikać pułapek, ale ten proces obserwowaliśmy już w historii ludzkości. Trochę nam zajęło nauczenie się prowadzenia samochodów i przygotowanie dla nich odpowiedniej infrastruktury. Ale dzisiaj zabierają nas tam, gdzie tylko zechcemy.

„Przekrój” 03/2010

Tyler Cowen, 48 lat, jest profesorem ekonomii George Mason University, a także felietonistą „The New York Times”, współpracownikiem „The Wall Street Journal” i „The Washington Post”. Jest również współautorem jednego z najpoczytniejszych blogów ekonomicznych na świecie (www.marginalrevolution.com). Pisarz Daniel H. Pink powiedział o nim: „Tylko taki umysł potrafi skojarzyć ze sobą Facebooka, buddyzm i Sherlocka Holmesa, a następnie stworzyć z tego przekonującą myśl”.

Fine.

Jaron Lanier: Prorok wypada z sieci

10.03.2010 | Skomentuj

Apatia, przeciętniactwo i cyfrowe niewolnictwo – do tego prowadzi nas kolektywizm Internetu – ostrzega Jaron Lanier, ojciec chrzestny wirtualnej rzeczywistości

Piraci to twoi przyjaciele – w roku narodzin Napstera ta dewiza brzmiała nawet bardziej prowokacyjnie niż dziś. W 1999 roku pod takim właśnie hasłem Jaron Lanier kierował do muzyków swój prointernetowy manifest. Radził w nim, by zamiast zżymać się na globalną sieć, otworzyli się na jej dobrodziejstwa.

Podczas gdy przemysł fonograficzny ogarniała antysieciowa panika, dla każdego sieciowego geeka (czyli fanatyka nowinek technologicznych) entuzjazm Laniera był oczywisty. To wszak ojciec wirtualnej rzeczywistości, prorok Web 2.0, adwokat internetowych piratów. Teraz jego wielbiciele przecierają oczy ze zdumienia, bo w swojej nowej książce Jaron Lanier wyznaje: „Zbłądziłem”.

Od Colemana do Spielberga

Urodzony 50 lat temu w Nowym Jorku Lanier nie tylko stworzył pojęcie „wirtualna rzeczywistość”, ale też od początku lat 80. sam budował jej potęgę. Założone przez niego VPL Research było pierwszą firmą zarabiającą na wirtualu. W czarnych goglach (nie mylić z Google) i rękawiczkach z kabelkami tworzył pionierskie symulatory 3D i szukał interfejsu, który pogodziłby komputery z medycyną. Pod koniec dekady miał już gotowy zarys świata, w którym naukowcy spotykali się za pośrednictwem swoich cyfrowych wcieleń – awatarów. Niby nic wielkiego, ale zwykłym zjadaczom chleba taką możliwość dała dopiero w 2003 roku gra „Second Life”.

Lanier był pierwszy i wykorzystał to. Do VPL zgłaszali się chirurdzy marzący o operacjach na odległość, producenci filmowi, projektanci samochodów i architekci. Nic dziwnego, że na dorobek firmy połasił się informatyczny gigant Sun Microsystems, w 1999 roku odkupując od niej wszystkie patenty związane z wirtualną rzeczywistością i grafiką 3D.

Sam Lanier był już wówczas rozchwytywanym doradcą, więc mógł sobie pozwolić na taki manewr. Zwłaszcza że równolegle realizował się jako artysta – a jakże – wszechstronny. O ile karierę malarską rozpoczął dość późno, a pierwszych poważnych wystaw doczekał się dopiero kilka lat temu, o tyle jako kompozytor i wykonawca dał się poznać już w latach 70*.

Z wykształcenia pianista, z wyboru pasjonat instrumentów azjatyckich, koncertował między innymi z Ornette’em Colemanem, Philipem Glassem czy Terrym Rileyem – legendami awangardy, do której sam jest zaliczany. W latach 80. próbował swoich sił jako programista wideogier. Napisał dwie – na Commodore 64 oraz Atari 800. W kolejnej dekadzie zainteresował się filmem. Początkowo tworzył ścieżki dźwiękowe, ale w 2001 roku doradzał już – jako futurolog – Stevenowi Spielbergowi na planie filmu „Raport mniejszości”.

Pułapka sieciowego kolektywizmu

Pasje Laniera w połączeniu z jego osobliwym wizerunkiem – długie na metr dredy, postrzępiona broda, barwne ciuchy i nonszalancki styl bycia – uchroniły go przed zaliczeniem do grona genialnych nudziarzy w rodzaju Billa Gatesa. Nie był też bohaterem mediów jak Steve Jobs, bo niezbyt składny sposób mówienia oraz otyłość nie pomogły mu zaprzyjaźnić się z kamerami. Chętnie za to wdawał się w internetowe dysputy, więc dla sieciowej społeczności zawsze był swojakiem.

A autorytet? Wystarczyło, że z biegiem lat potwierdzały się jego teorie dotyczące przyszłości komunikacji: amatorskie strony internetowe przeradzały się w potężne serwisy (co przewidywał już na początku lat 90.), zamiast w kampusach naukowcy i studenci gromadzili się na forach, a w 2001 roku powstała Wikipedia, pierwsze wielkie dzieło hołubionego przez Laniera sieciowego kolektywizmu. W 2005 roku magazyn „Foreign Policy” umieścił Laniera w zestawieniu 100 czołowych intelektualistów świata (wybierali czytelnicy), a „Encyklopedia Britannica” – na liście 300 wynalazców wszech czasów. Doczekał się nawet swojej podobizny na znaczkach wyspiarskiego państwa Palau.

„Ewolucja Internetu aż do przełomu wieków była fascynująca. Rzesze użytkowników decydowały się współtworzyć sieć. Oto budziliśmy się z koszmaru XX wieku, w którym bierny człowiek wylegiwał się na kanapie przed ekranem telewizora. Jednak ostatnio Internet począł nabierać bardzo nieprzyjemnych cech” – tak Lanier rozpoczynał w 2006 roku esej „Iluzje kapitalizmu i Internetu”, pierwszy wyraźny sygnał, że na jego przekonaniach zaczęły pojawiać się rysy. „Świetnie opłacani sieciowi eksperci – pisał dalej – do których sam należałem, zbyt długo mogli bezkrytycznie realizować swoje wizje i obiecywać złote góry. To nie może trwać wiecznie. Wystarczy jeden wypadek, dajmy na to kłopoty Google’a, i całe to mędrkowanie weźmie w łeb”.

To wtedy zaczął pracować nad wydaną właśnie książką „You Are Not a Gadget” („Nie jesteś gadżetem”). Przybrała ona kształt spisu grzechów głównych Internetu i garści ostrzeżeń na najbliższe lata. Lament 50-letniego naukowca brzmi dość apokaliptycznie – co sam przyznaje we wstępie – tyle że w przeszłości jego czarne wizje znajdowały potwierdzenie w faktach. Na kilka miesięcy przed upadkiem Lehman Brothers, który pociągnął za sobą lawinę bankructw w sektorze bankowym, Lanier publicznie rozważał możliwość wystąpienia takiej katastrofy. Dlatego nawet największym entuzjastom Web 2.0. jego nowy manifest trudno zbyć ironicznym uśmiechem.

– Hołubiony przez internautów kolektywizm w istocie prowadzi nas do przeciętniactwa i nudnych kompromisów. Kluczowe innowacje zawsze opierały się na pracy jednostek – twierdzi Lanier. W swojej książce atakuje anonimowość, ale nie tylko za to, że prowokuje agresję w sieci. Bardziej boli go oderwanie twórców od efektów ich pracy. Treści raz wpuszczone w sieć krążą bezpańsko w jej krwiobiegu, służąc każdemu, kto tylko zechce z nich skorzystać. Ale czy przywłaszczanie i recykling nie są fundamentami kultury? „Ludzie często powołują się tu na hip-hop – pisze. – A mnie się marzy, aby Web 2.0. była bliższa hip-hopowi. Bo wyobraź sobie, że nie wiesz, kto rapuje. Znasz może pseudonim, ale nie masz pojęcia, kto za nim stoi. A osobowość? A historia życia? Czy to jeszcze kultura? W hip-hopie chodzi o ludzi”.

Cyfrowi niewolnicy

Przykłady zbiorowej anonimowej wspaniałomyślności ze wskazaniem na Wikipedię Jaron Lanier oczywiście docenia. Przekonuje jednak, że „otwarta kultura” i hasło „informacja chce być wolna”, które sam niegdyś wypisywał na forach, zaowocowały destrukcyjnym kontraktem społecznym. „Kultura zamarzła, zanim otworzyły się wrota cyfrowego świata. To, co obecnie robimy, przypomina grzebanie w śmieciach w poszukiwaniu wartościowych odpadków” – mówi bez ogródek.

Według niego kreatywne jednostki to nowi cyfrowi niewolnicy. A ich panami są Google czy YouTube. „Gdyby ta patologiczna sytuacja jeszcze jakoś posuwała nas do przodu” – żali się Lanier. Tymczasem wirtualna rzeczywistość staje się skansenem wynalazków sprzed dekad, czego przykładem jest hegemonia systemu Windows. Przestawienie się na coś lepszego wymagałoby wysiłku, którego ludzie nie są w stanie podjąć.

„Z biznesowego punktu widzenia jedyną szansą portali społecznościowych jest wynalezienie magicznej formuły, która permanentne naruszanie prywatności, a nawet godności człowieka, uczyni akceptowalnym” – pisze Lanier i podaje przykład Facebooka, który coraz dalej ingeruje w prywatność użytkowników przy ich cichej akceptacji. Bo nie mają innego wyboru. – Dla naszych studentów obecność w Facebooku to ewolucyjna konieczność. Bez niego ominą ich wszystkie imprezy, przegapią szansę na seks, nie będą mieć dzieci, a ich geny wyginą – śmieje się Ross Anderson, profesor informatyki na Uniwersytecie Cambridge.

Co do innych obserwacji Laniera, na przykład tego, że Internet zmusza muzyków do rozdawania owoców ich pracy za darmo, Anderson ma więcej wątpliwości: – Muzycy zawsze więcej zarabiali na koncertach, dlatego pozwalali wytwórniom trzymać łapę na prawach do nagrań. W zamian otrzymywali szansę na sławę. Wytwórnie nie są nikomu potrzebne, odkąd Arctic Monkeys zdobyli rozgłos dzięki sieci – mówi w rozmowie z „Przekrojem”. – Technologia przesunęła akcenty w łańcuchu dystrybucji. Porównajmy to do rozkwitu tanich linii lotniczych: skorzystali i pasażerowie, i producenci samolotów. Tylko staromodnym molochom strach zajrzał w oczy. Ani konstruktorzy, ani konsumenci nie mają jednak czym się martwić.

Również Chris Anderson, redaktor naczelny magazynu technologicznego „Wired”, uważa, że tym razem Lanier przesadził – wszak internetowa „darmowość” opiera się nie tyle na niewolnictwie, ile na wymianie darów. Co otrzymuje twórca, rozdając owoce swojej pracy? – Twoją uwagę oraz własną reputację. To są właściwe waluty wirtualnej gospodarki – wyjaśnia nam Anderson.

Najdosadniej sądy naukowca komentują oczywiście internauci: „Ta książka to płacz spanikowanego gościa, który nagle odkrył, że na awangardzie nie zarobi, a rachunki za opiekę medyczną są coraz większe, i z mety wrzucił wszystkich do wora z napisem »grabieżcy«” – stwierdził jeden z nich. – Biję na alarm, gdyż wymaga tego zwykła odpowiedzialność – tłumaczy Lanier. – Pionierzy technologii mają obowiązek mówić o problemach, które dostrzegają w ledwie widocznych trendach. I dodaje, że jeśli czas udowodni mu brak racji, będzie zbyt szczęśliwy, by przejmować się ludźmi wytykającymi go palcami z miną „a nie mówiłem”. Oby ten jeden raz prorok rzeczywiście się mylił.

Mariusz Herma
„Przekrój” 07/2010

Fine.

Muzycy zielenieją

10.03.2010 | Skomentuj

Nawet tysiąc ton dwutlenku węgla trafia do atmosfery za sprawą dużego koncertu. Dojazd fanów to do pięciu razy więcej CO2. Ale winowajcy nie siedzą z założonymi rękami. Muzycznym ekologom przoduje Radiohead

– To żaden pic, oni naprawdę są tak proekologiczni. generatory prądu muszą być zasilane ekopaliwem, a jednorazowe naczynia i serwetki biodegradowalne. W żadnym wypadku styropianowe! Nie chcą nawet słyszeć o plastikowych mieszadełkach do kawy. Ostatecznie godzą się na drewniane patyczki – śmieje się Michał Merczyński, szef fundacji Malta. To właśnie dzięki „zielonym” argumentom zdołał przekonać Radiohead, by 25 sierpnia byli gwiazdą poznańskiego „Koncertu dla Ziemi”.

– Od dłuższego czasu robią wszystko, by „wyczyścić” swoje koncerty – potwierdza „Przekrojowi” Julie Calland, menedżerka Radiohead. – Każdy fan może śledzić te starania. Na swojej stronie internetowej muzycy gromadzą audyty ze wszystkich występów.

Z tych raportów wiemy, że do oświetlenia sceny Brytyjczycy wykorzystują oszczędną technologię LED, a organizatorom koncertów każą oddzielać odpady kuchenne, które nadają się do kompostowania. Firmy cateringowe muszą serwować warzywa z lokalnych upraw – nie tylko im, coraz częściej ten wymóg dotyczy także publiczności. Segregacja śmieci to oczywistość.

Nattura albo śmierć

Muzycy Radiohead już trzy lata temu sygnalizowali, że gdyby przyszło im wybierać pomiędzy naturą a fanami, postawią na matkę Ziemię. – Trasy koncertowe to nieodzowny element mojej pracy, ale pożera on absurdalne ilości energii. Jeśli sytuacja się nie zmieni, rozważamy rezygnację z występów – ostrzegał lider grupy Thom Yorke na łamach „Guardiana”.

A faktycznie jest się czym przejmować. – Za sprawą dużej międzynarodowej trasy do atmosfery trafia około 15 tysięcy ton CO2 – to tyle, ile rocznie emituje trzy tysiące samochodów – mówi nam Michael Martin, szef amerykańskiej agencji MusicMatters, która już od 16 lat oferuje muzykom „zielone” usługi doradcze.

Przemieszczając się między kontynentami, Radiohead do niedawna zabierało ze sobą góry sprzętu. – Tradycyjnie woziliśmy samolotami 20 ton aparatury. W końcu narzuciliśmy sobie politykę „bez frachtu lotniczego”. Ale transport morski wymuszał trzytygodniowe przestoje pomiędzy koncertami, potrzebowaliśmy więc planu B. Ostatecznie zbudowaliśmy dwa identyczne systemy sceniczno-oświetleniowe w USA i Europie, a sprzęt nagłośnieniowy wynajmujemy na miejscu. Nie da się niestety zastąpić unikatowych 12 gitar, ale i tak dzisiaj przerzucamy między kontynentami mniej niż tonę sprzętu! – chwali się zespół na swoim blogu.

– Thom współpracuje też z organizacją Friends of the Earth (Przyjaciele Ziemi), która na koncertach Radiohead namawia publiczność do ekologicznego wolontariatu – dodaje Calland. Piątka z Abingdon nie ma sobie równych pod względem ekologicznej determinacji, a i tak największe wyzwanie stoi jeszcze przed nimi, a raczej przed ich fanami: – Wielkie koncerty są niesamowite – przyznaje Yorke – ale te 80 tysięcy ludzi przed i po występie godzinami stoi w korku z włączonymi silnikami! A to już są niezłe jaja.

Sytuacja nie wygląda lepiej w klubach muzycznych. Każdy z nich zużywa rocznie około pół miliona plastikowych kubków, 200 tysięcy serwetek i kilkaset żarówek. – Szklane butelki czy plastikowe naczynia lądują w koszu nawet po kilku minutach. A co z całymi górami ulotek i plakatów? – piekli się lider Radiohead. Dlatego coraz modniejsze stają się takie „zielone” kluby jak nowojorski Greenhouse. Jego szefostwo maniakalnie oszczędza wodę czy prąd, a uniformy pracowników szyje firma Edun, którą w 2005 roku założył sam Bono.

W walce o czyste powietrze Thom Yorke zbratał się ostatnio z Björk. Wsparł ją wokalnie w piosence „Náttúra” promującej kampanię o tej samej nazwie. Jej cel to „zapewnienie przyjaznych środowisku metod wykorzystania zasobów Islandii”. „Rozwój technologiczny i względy ekonomiczne dają się pogodzić z dbałością o naturę. Wcale nie trzeba rezygnować z któregoś z nich na rzecz reszty” – przekonywała przed rokiem w napisanym dla „The Times” artykule wokalistka.

Rewolucja modna, zabawna i seksowna

A jednak Náttúra jednoznacznie postuluje „wyrwanie zasobów naturalnych i dzikich terenów z łapsk wielkiego biznesu”. Utrzymany w tym duchu artykuł Björk przekonuje: „Kiedyś Islandczycy utrzymywali się z łowienia ryb. Teraz mamy trzy największe w Europie huty aluminium, a wkrótce mają powstać dwie kolejne, a zasilać je będą nowe tamy i nowe elektrownie, które zniszczą dzikie tereny, gorące źródła i pola lawy”. Dalej można było przeczytać bardziej osobiste wynurzenia: „Zwykle nie zwracam uwagi na politykę. Żyję sobie szczęśliwie w krainie muzyki. Ale tym razem dałam się wciągnąć, bo politycy uparli się, by pod pretekstem kryzysu ekonomicznego zniszczyć środowisko naturalne Islandii”.

Nie tylko Yorke i Björk odkryli, że z racji ogromnej władzy nad emocjami muzyka może być najpotężniejszym narzędziem ekologicznego uświadamiania młodych pokoleń. – Nauka i technologia są już gotowe do globalnej rewolucji ekologicznej. Brakuje nam jeszcze dojrzałości kultury – mówił na jednej z konferencji Perry Farrell z Jane’s Addiction. – Środowisko muzyczne jest w stanie zdziałać tutaj więcej niż ktokolwiek inny. Możemy być katalizatorem, który uczyni tę zieloną rewolucję modną, zabawną i seksowną!

Największe zasługi na tym polu mają Dave Matthews Band oraz Jack Johnson, którzy walczyli z negatywnymi skutkami swoich koncertów na długo przed tym, nim stało się to zwyczajnie modne. Johnson nagrywa swoje płyty w studiu zasilanym energią słoneczną, a na jego koncertach sprzedaje się wyłącznie żywność organiczną – podobnie zresztą działa Bob Dylan. Neil Young od lat propaguje biodiesel (stosowanie paliwa ogranicza emisję CO2 o 25 procent, nadaje się do wszystkich silników diesla), a ostatnio pod maską 50-letniego lincolna zamontował napęd hybrydowy, by potem zadedykować pojazdowi całą płytę!

Will.i.am z Black Eyed Peas jeszcze kilka lat temu nie rozstawał się ze swoim hummerem, a dzisiaj jeździ elektryczną wyścigówką marki Tesla. Angielska grupa The Pigeon Detectives posunęła się do tego, że nie wozi ze sobą żadnego sprzętu i na koncerty dojeżdża pociągami. Coldplay, Pearl Jam i setki innych zespołów rutynowo oddają kilka procent zysku z biletów na dofinansowanie budowy farm wiatrowych, elektrowni wodnych czy też opartych na energii słońca i spalaniu biomasy.

Z jednej studni pijąc

Zielonych tras koncertowych: 70. Imprez: 1120. Redukcja emisji CO2: 62 608 ton*. Zasięg: 8 milionów fanów. Czas: pięć lat. Takimi statystykami chwali się Reverb, organizacja non profit z Portland, z której usług korzystały już agencja koncertowa LiveNation, wytwórnia Warner Music, fundacja Live Earth i rzesze muzyków od Avril Lavigne po Phish. Założyciele agencji myślą podobnie jak Farrell: główny cel to wiązanie publiczności w masowy ruch ekologiczny. Dlatego Reverb nie tylko napełnia biodieslem baki autobusów Red Hot Chili Peppers, Linkin Park czy Norah Jones, ale również namawia ich fanów, by po każdym koncercie brali ze sobą worek śmieci i sortowali je w domu.

– Ekologiczną debatę do mainstreamu wprowadził oscarowy dokument „Niewygodna prawda”, w którym Al Gore nagłośnił prawdę o katastrofalnej kondycji naszej planety. Od tego czasu muzyków dużo łatwiej przekonać do naszych argumentów – wyjaśnia „Przekrojowi” Lauren Sullivan, szefowa Reverb. – Teraz to artyści dzwonią do nas, byśmy pomogli im zredukować ekologiczne koszty tras koncertowych. Coraz więcej sal inwestuje we własne programy recyklingowe, firmy cateringowe dobrowolnie przestawiają się na biodegradowalne talerze i sztućce.

Ten przełom to także zasługa Live Earth, gigantycznej serii ponad 100 koncertów – od Madonny po reaktywowane na tę okazję Pink Floyd. Miały one wywrzeć presję na polityków, ale przy okazji wypromowały muzyczną ekologię. – Artyści, menedżerowie i organizatorzy tras zrozumieli, że ograniczenie szkód związanych z tym biznesem jest nie tylko obowiązkiem, ale może sprzyjać ich interesom – mówi nam Michael Martin z MusicMatters.

Nic dziwnego, że w ślad za indywidualnymi działaniami artystów przyszła zmiana myślenia organizatorów festiwali. Amerykański SXSW, goszczący w tym roku 1500 wykonawców, rekompensuje całą emisję CO2 poprzez sadzenie drzew i wspieranie inwestycji środowiskowych. Ruchomy festiwal Vans Warped zasila sprzęt sceniczny ogniwami słonecznymi, a stosowanie biodiesla czy hasło „kupuj lokalnie” bezwzględnie obowiązuje całą ekipę.

– Jest czyściej i bardziej zielono, to jasne. Ale okazuje się, że czasem można na tym sporo zaoszczędzić – przekonuje Will Moore z Sustainable Touring, kolejnej organizacji wspierającej ekologiczne wysiłki muzyków. – Radiohead odwaliło kupę dobrej roboty, mierząc emisję CO2 i tak drastycznie ją redukując. Ale większym imprezom najbardziej przysłużyli się Dave Matthews Band – dodaje. Organizowany przez nich festiwal Bonnaroo, oprócz ograniczenia w tym roku o 70 procent pracy generatorów, na całym polu koncertowym zainstalował studnie z wodą pitną. Dzięki temu fani mogli wielokrotnie napełniać jedną i tę samą butelkę, zamiast zaśmiecać teren zwałami plastiku.

Kosmiczna scena, kosmiczna wpadka

Wszystko to brzmi pięknie, ale czy w tym zielonym obłędzie nie chodzi głównie o zieleń dolarów? – Część artystów i firm, które dołączają do „zielonego” ruchu, wyczuwa w tym dobry biznes. Mniej marnotrawstwa oznacza mniejsze koszty – mówi Michael Martin. – Zdajemy sobie z tego sprawę, ale nas nie interesują motywy tych działań. Ważne, że są podejmowane!
– Ten fenomen ma wiele twarzy – potwierdza Lauren Sullivan. – Niektórzy artyści, jak to elokwentnie ujęła Alanis Morissette, są aktywistami w rockowym przebraniu. Oni neutralizują swoje trasy i podnoszą standardy. Inni angażują Reverb dla medialnych pozorów. Nie szkodzi. Nam zależy głównie na kontakcie z fanami. To sytuacja win-win – każdy wygrywa.

Już sama obecność ekologicznego FBI – jak nazywają siebie pracownicy Reverb – zmienia zachowanie organizatorów: – Pod naszym okiem promotorzy wstydzą się używać styropianowych kubków, a ekipa techniczna skrzętnie gromadzi zużyte baterie – śmieje się Sullivan. O ekopresji najlepiej świadczy zamieszanie wokół obecnej trasy U2. I wyjątkowo nie chodzi o jej koszt, czyli rekordowe 100 milionów dolarów.

Ekologicznych działaczy rozwścieczyło, że do transportu „kosmicznej” 400-tonowej sceny grupa wynajęła 120 ciężarówek, co przekłada się na emisję 65 tysięcy ton CO2. – Każdy, kto wyrusza na trasę koncertową, musi się pogodzić z takimi kosztami. Bardzo pozbylibyśmy się ciężarówek, gdyby tylko istniała alternatywa – próbował się tłumaczyć The Edge w rozmowie z BBC. – Na razie rekompensujemy środowisku całą emisję dwutlenku węgla – zapewniał gitarzysta U2 przed koncertem na Wembley. Ale było już za późno. Po tym, jak dziennikarze obliczyli, że owe 65 tysięcy ton CO2 wystarczyłoby na wysłanie Bono i jego kolegów na Marsa i z powrotem, reputacja U2 jako kapeli z hasłem „Save Planet!” na ustach mocno ucierpiała.

Pic czy nie pic?

Dla aktywistów (i planety) intencje nie mają więc znaczenia, liczy się efekt. Tylko czy całe ekozamieszanie nie kończy się wraz z koncertem? Wszak już w latach 70. zapowiadano w przemyśle muzycznym zieloną rewolucję. – W 1975 roku ten ruch był nawet silniejszy, ale publiczność rozdrobniona. Teraz mamy prawdziwy przewrót w świadomości – przekonywał Perry Farrell i prorokował, że zielona rewolucja przebije nawet beatlemanię.

– Przemysł muzyczny przeszedł już daleką drogę. Nawet wytwórnie muzyczne przestawiają się na ekologiczne opakowania płyt, a w wielu kręgach zielony stał się kolorem nieodłącznie wpisanym w model biznesowy – mówi Lauren Sullivan. – Ledwie 10 lat temu zaczęliśmy wprowadzać programy rekompensowania szkód środowiskowych. Teraz są standardem. Cztery lata temu wpadliśmy na pomysł biopaliw: wówczas nazywano je egzotyką, obecnie nikogo nie dziwią. Być może wkrótce busy i generatory będziemy zasilać wodorem wytwarzanym przez algi morskie! – dodaje Martin.

– Idea jest taka: podczas występów Radiohead w redukcję emisji zanieczyszczeń angażujemy dostawców i właścicieli sal koncertowych. Dzięki temu czują związane z tym korzyści, zarówno te finansowe, jak i wizerunkowe. A to powinno ich zachęcić, by sami wdrażali nasze rozwiązania – tłumaczy Julie Calland.

Czy to nie naiwne liczyć, że ktoś dobrowolnie przyjmie wyśrubowane (także pod względem kosztów) standardy Radiohead? Przykład Poznania świadczy o czymś zgoła przeciwnym. – Jeśli w tej chwili przerobimy lekcję Radiohead, to organizując kolejne „Koncerty dla Ziemi”, sami będziemy stosować ich politykę. Część rozwiązań wprowadzimy też na festiwalu Malta – zapowiada Merczyński. – Zresztą okazuje się, że zrobienie „zielonej” imprezy nie jest aż tak skomplikowane. Nie trzeba dorabiać do tego specjalnej ideologii, tylko po prostu robić

Mariusz Herma
„Przekrój” 32-33/2009

Fine.

Amadou & Mariam: Wielcy z Mali

09.03.2010 | Skomentuj

Amadou et Mariam

Amerykański blues zdaniem wielu wywodzi się z Afryki Zachodniej. Jeśli istotnie tak jest, to historia muzyki właśnie zatacza koło. Serca Amerykanów podbija malijskie małżeństwo, których gusta kształtowali Jimi Hendrix i John Lee Hooker. O serca byłych europejskich kolonizatorów Amadou & Mariam walczyć już nie muszą, bo te od kilku lat biją w rytmach Mali.

Nad Nigrem

– Najpierw śpiewałam podczas tradycyjnych zgromadzeń. Później doskonaliłam głos przy małym tranzystorowym radiu ojca. A gdy nabrałam już pewności, zaczęłam komponować – mówi Mariam Doumbia. Urodzona w 1958 roku, jako pięcioletnia dziewczynka straciła wzrok wskutek niewłaściwie leczonej różyczki. Starszemu o cztery lata Amadou Bagayoko widzenie w wieku piętnastu lat odebrała wrodzona katarakta. Chociaż oboje dorastali nad rzeką Niger, zaledwie kilkaset metrów od siebie, poznali się dopiero w 1977 roku.

- Spotkaliśmy się w chórze instytutu dla niewidomych w Bamako. Zaczęliśmy rozmawiać o muzyce i już nigdy nie przestaliśmy – wspomina Amadou. Jak mówi, zakochał się w głosie Mariam od pierwszego usłyszenia. Wbrew radom bliskich, wkrótce zaczęli wspólnie tworzyć, a trzy lata później pobrali się. – To bardzo zmartwiło nasze rodziny. Nie słyszały jeszcze o małżeństwie dwóch niewidomych, które zrobiłoby karierę muzyczną – śmieje się Amadou. – Jedną z naszych motywacji była chęć udowodnienia, że to jest możliwe. I że potrafimy być razem szczęśliwi.

Przed ślubem Amadou grał na gitarze i śpiewał w grupie Les Ambassadeurs, skąd wywodził się lokalny gwiazdor Salif Keita. – Mieliśmy kilku wokalistów, graliśmy bluesa, jazz i rock’n'roll. Inspirował nas sukces muzyków z Mali, takich jak Ali Farka Touré czy Oumou Sangare – tłumaczy Amadou. W Bamako ścierały się wpływy muzyki amerykańskiej, francuskiej i kubańskiej. Horyzonty Amadou poszerzył także odwiedzając z Les Ambassadeurs we Francję, Nigerię i Wybrzeże Kości Słoniowej.

Nad Bandamą

Ostatni z tych krajów traktowano jako muzyczną Mekkę regionu, bo jako jedyny miał dobre sale koncertowe i studia nagraniowe. Dla Mariam i Amadou to wystarczyło. W 1986 roku zrezygnowali z nauczycielskich posad w szkole dla niewidomych, trójkę dzieci pozostawili pod opieką rodziny i przenieśli się do Jamusukro, gdzie na próbach i nagraniach spędzili sześć lat. – To było nasze muzyczne liceum. Doskonaliliśmy technikę i spotykaliśmy profesjonalnych instrumentalistów z całej Afryki Zachodniej – wspomina Amadou. Jako The Blind Couple of Mali opublikowali pięć kaset, które błyskawicznie rozeszły się po kontynencie – w dużej mierze dzięki afrykańskim piratom muzycznym. Gdy w 1992 roku wrócili do ojczyzny, przyjęto ich tam jak bohaterów.

Kasetowa seria dostała się także w ręce malijskiej mniejszości we Francji. Wkrótce posypały się zaproszenia ze strony afrykolubnych klubów. W połowie lat 90. wytwórnia Polygram ściągnęła ich do Londynu na próbne nagrania, a w 1998 roku ukazał się album „Sou ni tilé” (w języku bambara: „Noc i dzień”). Duet zaprezentował się w nader eklektycznej scenografii: afrykańskie melodie i rockowe instrumentarium uzupełniały indyjska tabla, syryjskie skrzypce i kubańskie trąbki. Na koncertach Amadou & Mariam godzili fanów bluesa, funku i reggae. Śpiewali na zmianę po francusku, w kilku narzeczach afrykańskich i coraz częściej po angielsku. Z braku lepszego terminu ich muzykę określono mianem afro-blues, bo w szufladce world music zwyczajnie się nie mieścili.

Nad Tamizą

Manu Chao usłyszał ich, stojąc w paryskim korku. Bez wahania zaproponował dwójce swe producenckie usługi. – Ich wrażliwość naturalnie pasowała do mojego stylu. Już po pierwszym dniu pracy mieliśmy szereg gotowych piosenek – mówi Chao. Wcześniej produkował wyłącznie własne płyty, za to po spotkaniu afrykańskiej pary pomógł jeszcze grupie SMOD prowadzonej przez ich syna (Amadou: „My gramy rocka, Sam rapuje – to dobra mieszanka!”).

Paryskie rendez-vous z Chao okazało przełomowe. – Nagle staliśmy się rozpoznawalni i gdziekolwiek się udaliśmy, ludzie o nas mówili – mówi Amadou. Wydany w 2004 roku krążek „Dimanche à Bamako” („Niedziela w Bamako”) wspiął się na drugie miejsce na francuskiej liście sprzedaży. Tylko w tym kraju rozszedł w liczbie pół miliona egzemplarzy wobec kilkunastu tysięcy w przypadku wcześniejszych płyt. Uzupełnieniem sukcesu komercyjnego była nagroda BBC Radio 3 dla najlepszego albumu world music i nominacja do Grammy. Z kolei niemieckie listy przebojów podbili w 2006 roku oficjalnym hymnem berlińskiego mundialu.

Jak sobie z tym wszystkim radzą, skoro dla niewidomego wyzwaniem jest wyjście na ulicę, a co dopiero na scenę? – Mają asystenta, który zajmuje się kreowaniem przestrzeni. Jeździ z nimi, wprowadza na scenę, ale gdy już staną przy mikrofonie, to czują się jak ryba w wodzie – mówi Stéphane Włodarczyk, który sprowadził duet na Francophonic Festival. – Zdarzają się też zabawne sytuacje. Gdy kiedyś wszedłem do ich garderoby, siedzieli przy zgaszonym świetle. Nie wiedziałem jak się zachować – śmieje się Włodarczyk.

Nad Wisłą

Dzisiaj są prawdziwymi kosmopolitami i doskonale czują się w tej roli. Swoją najnowszą płytę „Welcome to Mali”, przygotowaną z myślą o rynku amerykańskim (w lipcu w trasę po USA ruszą u boku Coldplay) nagrywali w Bamako, Dakarze, Paryżu i Londynie przy wsparciu Damona Albarna z Gorillaz. Zachwyty krytyków i publiczności zapowiadają kolejne sukcesy, ale w całej tej zawierusze malijski duet nie zapomina o swoich korzeniach. Niedawno zorganizowali nad Nigrem wielki festyn ze zbiórką funduszy na rzecz szkoły, w której się spotkali, regularnie koncertują też na festiwalu Les Voix de Bamako. Nic dziwnego, że w tej części Afryki służą za przykład zdrowego dążenia do sławy, a ujmy nie przynosi im nawet marketingowe nastawienie do twórczości.

- Sukces nas cieszy, ale chcemy być jeszcze bardziej rozpoznawalni, odwiedzać kolejne kraje i spotykać nowych muzyków. Dzięki temu ciągle się rozwijamy, a nasze przesłanie dociera coraz dalej – tłumaczy Amadou. Jakie przesłanie? – Jesteśmy muzułmanami, co oznacza, że wierzymy w branie problemów innych ludzi na własne barki – mówi Mariam. – Nasz przekaz to: podajmy sobie dłonie, pracujmy wspólnie, życie jest krótkie.

(„Przekrój”, marzec 2009)

Mali