Try not. Do or do not. There is no try. (Yoda)     RSS

Prośba o opinię do tekstu

11.03.2010 | 6 odpowiedzi

„Dzień dobry,

jestem studentem drugiego roku dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, a przy okazji osobą żywo zainteresowaną muzyką. W trzyosobowej grupie studentów przygotowujemy tekst artykułu zaliczeniowego, którego tematem jest obecna kondycja dziennikarstwa muzycznego w Polsce (z położeniem nacisku na internet). Ponieważ w tekście mają znaleźć się opinie ekspertów argumentujące stawiane tezy pomyślałem, że warto zwrócić się o nią do Pana.

Pytanie brzmi: skąd bierze się negatywny odbiór dużej części tekstów poświęconych muzyce pojawiających się w – najogólniej mówiąc – mainstreamowych mediach? I czy w związku z oczywistymi przewagami jakie ma internet nad tradycyjnym dziennikarstwem (regularność i swoboda publikacji, objętość tekstów – czego dobrą ilustracją jest choćby Pański blog) ma ono jeszcze w ogóle sens? Jeśli tak, to w czym upatrywać jego przyszłości”.

Myślę, że są (co najmniej) trzy powody  - jeden nieuzasadniony, ale poniekąd naturalny, drugi uzasadniony częściowo, a trzeci całkowicie zrozumiały.

Pierwszy to zwykła niechęć młodych ambitnych do starszego pokolenia, ‘establishementu’, czy w ogóle do mainstreamu, podejrzenia o interesowność prasy profesjonalnej, i tak dalej. Do niedawna pewnie też i jakaś tam zazdrość, że człowiek może dostawać płyty za darmo, wchodzić bez biletów na koncerty, i jeszcze się z tego utrzymywać. Nic nowego i trzeba się z tym pogodzić. Skądinąd zdaje się, że takie serwisy jak Porcys czy Screenagers przez niektórych są odbierane jako na tyle już profesjonalne, by traktować je z podobnym sceptycyzmem.

Druga rzecz to fakt, że dziennikarz nie pisze dla innych dziennikarzy – choćby (pół)amatorów. To normalne, że nie znajdują oni w dziennikach czy tygodnikach tekstów takich, jakie mogłyby ich zainteresować i słusznie robią, że szukają ich w sieci. Recenzje muzyczne na papierze to zwykle krótkie notki, ale takich właśnie szuka „zwykły czytelnik”. Krótko i atrakcyjnie. Media tradycyjne reagują też z pewnym opóźnieniem, co czasem denerwuje, a w oczach osób będących bardzo na bieżąco jest wręcz kompromitujące, ale jednocześnie ratuje je przed dziecinnym skakaniem od hype’u do hype’u.

(Inaczej rzecz ma się oczywiście z prasą muzyczną, od której wymaga się nieco innego podejścia, ale tu nie możemy patrzeć przez pryzmat polskiego, koślawego przecież rynku – „Machina” nie jest pismem muzycznym, ale popkulturowym, choć z ambicjami ogarniania muzyki, „Teraz Rock” jest fenomenem samym w sobie, a prasa metalowa to megafony wytwórni płytowych. Nie miałbym za to problemu ze wskazaniem kilku anglosaskich tytułów, które świetnie piszą o muzyce nawet z punktu widzenia osoby siedzącej w muzyce po uszy – a sam należę do pokolenia dość krytycznego względem „tradycyjnej krytyki”, bo pierwsze kroki stawiałem już w internecie).

Trzecia rzecz dotyczy pobieżności, nieścisłości, czy nawet błędów, które od czasu do czasu popełnia dziennikarz z natury mniej wyspecjalizowany niż tych kilku fanów, którzy zawsze przeczytają jego artykuł i wyłapią najdrobniejsze potknięcia. Oni są znawcami danego zespołu czy nurtu, on w każdym artykule zajmuje się nieco innym tematem (szczególnie trudno bywa w dziennikach, gdzie na napisanie tekstu ma się niekiedy kilka kwadransów). To nie usprawiedliwia ewentualnych błędów i słusznie wytykają je czytelnicy – zawsze tak było, tyle że dzięki internetowi wyraźniej to widać.

Pewnie więcej jest tych przyczyn – sam chętnie zapytałbym Ciebie o zdanie.

Co do sensowności „tradycyjnego” dziennikarstwa w dzisiejszych czasach: dzięki internetowi łatwiej zauważyć przepaść, jaka oddziela „prawdziwych” fanów muzyki, hobbystów żyjących nią na co dzień – „nerdów”, jak to ujął lewar – od osób traktujących ją jako jedną z wielu rozrywek, kupujących / poznających kilka, kilkanaście płyt rocznie. Ci pierwsi oczywiście poradzą sobie bez zawodowych krytyków, bo rekomendacje czerpią od znajomych (choćby i wirtualnych), a informacje potrafią znaleźć sobie sami – mają na to czas i energię. Dlatego tak trudne czasy nastały dla prasy muzycznej – sprzedaż NME zdaje się po raz pierwszy w historii spadła do liczby pięciocyfrowej, a to przecież tygodnik, reagujący stosunkowo szybko.

Słuchacze niedzielni (niezaangażowani?) wolą dostać gotową rekomendację – coraz częściej raczej koncertową niż płytową – gotowy artykuł, gotową syntezę, bez przeklikiwania się przez Wikipedię, fora i blogi. A liczba takich słuchaczy rośnie, bo muzyka jako taka już od dekad nie była równie popularna. I to widać w prasie mainstreamowej, która paradoksalnie coraz więcej miejsca poświęca muzyce, jeszcze do niedawna traktowanej po macoszemu w porównaniu z kinem, które ma podobny zasięg. (Teatr czy sztuka mają oczywiście jeszcze mniej miejsca – choć w Wielkiej Brytanii bywa inaczej – ale to ma uzasadnienie w popularności).

Wbrew pozorom dziennikarz mainstramowy z jakimś tam bagażem doświadczeń nie konkuruje z sieciowymi portalami / blogami, bo interesują go inne formy i inna publiczność. A jeśli nawet jest inaczej, to ma przewagę w postaci warsztatu pisarskiego – bądźmy szczerzy: teksty blogerów często potrafią czytać tylko inni blogerzy, a nie ludzie czekający w kolejce na poczcie. Ma też (powinien mieć) dystans, szersze spojrzenie – kosztem specjalizacji, ale czytelnik oczekuje dobrej historii, a nie bardzo szczegółowej analizy. Ma też dostęp do artystów, a dobrego wywiadu nie zastąpią chaotyczne wpisy wykonawców na Twitterze czy MySpace. No i wreszcie ja jestem w stanie spędzić kilka dni dopracowując większy artykuł – to moja praca, tak zarabiam na życie, a mój tekst przechodzi jeszcze potem przez sito redakcyjne  – podczas gdy writerzy sieciowi muszą pisać po zajęciach / po pracy.

Jak to się będzie zmieniało wraz z przechodzeniem „profesjonalnych mediów” do internetu i czytników elektronicznych? Sam jestem ciekaw, ale podejrzewam, że w przypadku prasy mainstreamowej nie tak bardzo, jak byśmy się tego spodziewali.


Fine.

6 odpowiedzi

  1. Pablo Renato  

    „“Teraz Rock” jest fenomenem samym w sobie”

    Jest przede wszystkim cezurą gustu polskich 30-40 latków. Konserwatywne to to, jak Watykan.



  2. macio  

    why won’t you – XIX-wiecznie pojmowane media – just DIE!!!



  3. airborell  

    Weiss i Królikowski bynajmniej nie są 30-latkami. Ani nawet 40 :).



  4. Pablo Renato  

    „Weiss i Królikowski bynajmniej nie są 30-latkami. Ani nawet 40 :).”

    Redaktorzy Bravo też nie mają 15 lat, goddamnit.



  5. airborell  

    Wybacz, ale analogia jest kompletnie bzdurna. Panowie Wiesławowie nie dlatego redagują „TR” w taki sposób, że przeprowadzili jakieś badania focusowe i wyszło im, że pismo o ortodoksyjnie rockowej linii będzie się lepiej sprzedawać niż pismo o szerszej tematyce. Oni redagują „TR” tak dlatego, że sami się na tej rockowej ortodoksji wychowali, na innej muzyce się nie znają, w momencie, gdy najciekawsze zjawiska w muzyce popularnej zaczęły dziać się poza rockiem nie potrafili rozszerzyć formuły pisma tak, żeby te zjawiska objąć. Nie potrafili przyciągnąć nowych nazwisk.



  6. Pablo Renato  

    „Panowie Wiesławowie nie dlatego redagują “TR” w taki sposób, że przeprowadzili jakieś badania focusowe i wyszło im, że pismo o ortodoksyjnie rockowej linii będzie się lepiej sprzedawać niż pismo o szerszej tematyce”

    Nie, no pewnie, że nie. Czasopisma (radia, telewizje) nigdy nie robią badań focusowych i nigdy nie dowiadują się, jakiego mają czytelnika/słuchacza/widza. Nie dopasowują się też do niego contentowo (sorry za makaronizm man), żeby sprzedać więcej egzemplarzy/zwiększyć oglądalność.
    To byłby przecież głupi pomysł…

    „Oni redagują “TR” tak dlatego, że sami się na tej rockowej ortodoksji wychowali, na innej muzyce się nie znają, w momencie, gdy najciekawsze zjawiska w muzyce popularnej zaczęły dziać się poza rockiem nie potrafili rozszerzyć formuły pisma tak, żeby te zjawiska objąć. Nie potrafili przyciągnąć nowych nazwisk”

    Tu się zgodzę, to na pewno jeden z powodów, ale pamiętaj, że nie są jedyni w redakcji. Myślę, że zdają sobie sprawę, że naginanie zawartości pisma do gustu dwóch osób to raczej ryzykowne zajęcie. Ale po części tak, niejako musi to rzutować na TR.



Dodaj komentarz