Dlaczego Azjaci kochają Chopina (bardziej niż Polacy)

Shopan w Japonii, Xiao Bang w Chinach, Syo-paeng w Korei Południowej – ogromna popularność Chopina w Azji jest kulturowym fenomenem. Ale na pytanie, dlaczego Azjaci tak mocno kochają kompozytora znad Wisły, w każdym kraju usłyszymy inną odpowiedź

W lutym w Japonii odbędzie się około 70 koncertów, w których programie pojawi się nazwisko Chopina. W marcu będzie ich jeszcze więcej. Chiński wirtuoz fortepianu Lang Lang na cały rok większość miejsca w swoim repertuarze oddał Polakowi, podobnie jak wiele innych gwiazd, które w tym roku planują koncerty w Azji. Nazwisko, a raczej nazwiska naszego kompozytora aż do grudnia będą królować na afiszach sal koncertowych w Japonii, Chinach czy Korei Południowej. Dlaczego Azjaci zapałali do Polaka miłością tak wielką, że często mogliby nią zawstydzić jego rodaków?

Kruchy i molowy

– Muzyką Chopina zachwyciłem się jako 13-latek. Już wtedy, na początku lat 60., jego muzyka była w Japonii niezwykle popularna – wspomina Tsuneo Okazaki, wieloletni wykładowca w Zakładzie Japonistyki na Uniwersytecie Warszawskim. – Nasza filozofia każe nam identyfikować się z uciskanymi. Gdy oglądamy, dajmy na to, pojedynek, chętniej współczujemy przegranemu, niż zachwycamy się zwycięzcą. Melodie Chopina wywołują w nas te same uczucia, bo słuchając ich, myślimy o dramatycznych losach kompozytora i jego ojczyzny – tłumaczy Okazaki.

W raporcie dotyczącym obchodów Roku Chopinowskiego przygotowanym dla japońskiego radia porównał on niedawno muzykę Polaka do „Opowieści Heike”, jednej z najsłynniejszych, ale i najsmutniejszych sag Kraju Kwitnącej Wiśni: – Tradycyjne japońskie pieśni zawsze były utrzymane w tonacji molowej, nawet gdy ich treść była bardzo radosna. W tę stonowaną muzyczną głębię unikającą zbyt jaskrawych kolorów Chopin wpisuje się znakomicie – potwierdza Masako Ezaki, japońska pianistka znana z promocji polskiej muzyki w swoim kraju (Chopin, Szymanowski). – Wabi-sabi, czyli tradycyjne japońskie pojęcie piękna, oprócz elegancji kryje w sobie niezwykłą delikatność, kruchość, krótkotrwałość. A to w zasadzie krótka charakterystyka muzyki Chopina – dodaje.

Chopina Japończykom przedstawiono wraz z Bachem, Beethovenem, Mozartem i Schumannem pod koniec XIX wieku, gdy zakończyła się 300-letnia izolacja kraju. Był więc jednym z pierwszych europejskich kompozytorów, którzy w ogóle dotarli do Tokio. Zachwycone zagraniczną kulturą władze Japonii słały delegacje do krajów Europy i Ameryki, a te po kilku latach wracały, przywożąc wiedzę militarną i nowinki techniczne.

Byli jednak i tacy, dla których największym odkryciem okazała się muzyka klasyczna. Wkrótce w stolicy pojawili się europejscy instrumentaliści i dyrygenci, głównie jako nauczyciele. – Japończycy wciąż mają wielki apetyt na absorbowanie nowości, a zarazem bardzo wyrobiony smak – mówi Jadwiga Rodowicz, ambasador Polski w Tokio. – Począwszy od przełomu cywilizacyjnego z końca XIX wieku, intensywnie uczyli się historii i kultury Zachodu.

Młody i cyfrowy

Popularność Chopina – i klasyki w ogóle – to zasługa świetnej japońskiej edukacji muzycznej. Jest prowadzona na dużo wyższym poziomie niż w Polsce i nie kończy się wraz z opuszczeniem szkolnych sal. – Oprócz typowych recitali Japończycy uwielbiają formę łączącą koncert z lekcją, kiedy nie tylko słucha się utworu, ale także poznaje jego historię oraz sylwetkę kompozytora. – U Japończyków sposób odbioru natury czy sztuki ma w sobie coś z wrażliwości dziecka – wyjaśnia Jadwiga Rodowicz. – W ich narodowym charakterze jest coś niezwykłego, co pozwala im choćby tak uważnie słuchać muzyki klasycznej. To jeden z powodów, dla których tamtejsze sale koncertowe są zawsze wypełnione. A Chopin z jego ukrytą prostotą i niechęcią do wielkich form sprawdza się tutaj idealnie.

Często spotykana hipoteza, jakoby dzieła Chopina kojarzyły się Azjatom z ich tradycyjną muzyką opartą na skali pentatonicznej*, okazuje się wyssana z palca, ale warto przyjrzeć się tamtejszemu… językowi. Na podobieństwa między stylem polskiego kompozytora a mową Japończyków wskazuje Jarosław Drzewiecki (ojciec Stasia Drzewieckiego), pianista, który wielokrotnie nagrywał Chopina dla tokijskich wytwórni: – Chopin bardzo Japończykom odpowiada, ponieważ przypomina im ich własną formę wysławiania się, a więc i myślenia. Podejrzewam, że właśnie w budowie, frazowaniu zdań tkwi sekret rozumienia przez nich tej muzyki. Coś, co sprawia, że wydaje im się swojska.

Kto wie, czy w tej szalonej z pozoru teorii nie kryje się ziarenko prawdy – w końcu Japończycy mogliby równie gorącym uczuciem darzyć Schumanna, Griega, Mendelssohna czy Mozarta, tymczasem to akurat Chopin ze swoją śpiewnością i melizmatami szczególnie przypadł im do gustu.

To jemu poświęcają wydawany od trzech dekad miesięcznik „Shopan”. Polski kompozytor jest też stałym bohaterem programów radiowych czy telewizyjnych, a trzy lata temu ukazała się nawet gra komputerowa „Eternal Sonata”. Gracz wciela się w niej w postać młodego Fryderyka, a ścieżkę dźwiękową opartą na motywach chopinowskich przygotował Stanisław Bunin, triumfator konkursu chopinowskiego z 1985 roku.

Japończycy niekiedy odnoszą wrażenie, że cenią polskiego kompozytora bardziej niż jego rodacy: – Polacy znają muzykę Chopina jako tło programów radiowych czy telewizyjnych, jako rzecz codzienną – tłumaczy Okazaki. – Dla Japończyków jest ona czymś specjalnym.

Elitarny i efektowny

Zupełnie odmienna droga doprowadziła Chopina na szczyty popularności w Chinach. Tam pierwsza fala szerszego zainteresowania jego muzyką była zasługą w zasadzie jednej osoby – Fou Ts’onga. Pochodzący z Szanghaju pianista w 1955 roku zdobył III nagrodę oraz wyróżnienie specjalne za najlepsze wykonanie mazurków na V Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym imienia Fryderyka Chopina, co w jego ojczyźnie odbiło się szerokim echem. Otrzymawszy stypendium Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Warszawie, artysta na kilka lat osiadł w Polsce.

Sytuacja powtórzyła się w 2000 roku, gdy po 15 latach powściągliwości jury konkursu chopinowskiego zdecydowało się wreszcie przyznać główną nagrodę. Zaledwie 18-letni Li Yundi odebrał także wyróżnienie za najlepsze wykonanie poloneza, a swój płytowy debiut nagrany dla prestiżowego Deutsche Grammophon naturalnie poświęcił Chopinowi. Dziś, gdy jego gwiazda nieco już zblakła, największym ambasadorem twórczości polskiego kompozytora stał się słynny Lang Lang, którego udział w promocji Roku Chopinowskiego – nie tylko w Państwie Środka, bo wszak to on zainaugurował obchody w Polsce – trudno przecenić.

– Dla Chińczyków nauka gry na fortepianie zawsze była zajęciem elitarnym – mówi Marcin Jacoby, koordynator projektów azjatyckich Instytutu imienia Adama Mickiewicza i wykładowca kultury chińskiej na Uniwersytecie Warszawskim. O ile bowiem w całej Azji gra na tym instrumencie łączy się ze stylem życia i jest synonimem luksusu, o tyle w Chinach – szczególnie od końca lat 70., czyli po tym, jak rozpoczął się okres reform i otwarcia – umiejętność ta stopniowo stawała się bezpośrednim wyznacznikiem pozycji społecznej. – Począwszy od lat 90., posyłanie dziecka na lekcje gry jest właściwie obowiązkowe dla rodziców, którzy chcą zapewnić mu solidną edukację – dodaje Jacoby.

Jego słowa potwierdza statystyka: gry na tym instrumencie uczy się dzisiaj kilkadziesiąt milionów chińskich dzieci, a tak zwany Chopin level (poziom Chopina) to marzenie każdego zaczynającego przygodę z klawiszami: – Jeśli fortepian i jeśli kunszt, to któż, jeżeli nie on? Jest efektowny, wymagający technicznie, a w krajach azjatyckich na technikę kładzie się bardzo duży nacisk. Zarazem bywa dość łatwy w odbiorze. To, że Chińczycy dobrze radzili sobie w konkursach chopinowskich, bo często zajmowali także miejsca tuż za podium, dodatkowo sprzyjało zainteresowaniu Chopinem – mówi Jacoby.

Choć są i tacy, którzy uważają, że Chopin jest w Chinach znany z dużo bardziej prozaicznych powodów. Jak przyznaje w rozmowie z „Przekrojem” Ge Weiyue, student dyrygentury w Shanghai Conservatory of Music, wielu jego rodaków nigdy nie słyszało ani jednego utworu Chopina. Kojarzą za to jego nazwisko, bo… łatwo je wymówić i zapamiętać – w przeciwieństwie do choćby Musorgskiego albo Czajkowskiego.

Okładkowy i promocyjny

Co Fou Ts’ong uczynił dla Chopina w Chinach, to w Korei Południowej powtórzyli niedawno bracia Lim: Dong-Hyek oraz Dong-Min. W 2005 roku w konkursie chopinowskim uplasowali się ex aequo na trzecim miejscu, ulegając tylko Rafałowi Blechaczowi. Po raz pierwszy pianiści z Korei zaszli tak daleko w konkursie. Nic więc dziwnego, że stali się sławami w swoim kraju. A razem z nimi Chopin

O popularności Polaka niech świadczy choćby obecność jego wizerunków na okładkach podręczników do muzyki. Podobnie zresztą jak pośpiech Koreańczyków, którzy obchody Roku Chopinowskiego zainaugurowali już w listopadzie (sic!) ubiegłego roku pierwszą edycją Międzynarodowego Konkursu Fryderyka Chopina Regionu Azji i Pacyfiku. Co zabawne, obecnie większość zapytań kierowanych do polskiej ambasady w Seulu dotyczy… właściwej daty urodzin naszego wirtuoza, bo Koreańczycy nie wiedzą, czy powinni obchodzić ich rocznicę pod koniec lutego, czy może na początku marca. Coraz rzadziej za to trzeba ich wyprowadzać z błędu i tłumaczyć im, że Chopin nie był Francuzem.

– Chopin to doskonały punkt wyjścia, klucz, który może nam otworzyć w Chinach niezliczoną liczbę drzwi. Nawet jeśli sami bywamy nim znużeni, jest naszym ogromnym atutem – mówi Jacoby. Z kolei polska ambasada w Tokio codziennie otrzymuje przynajmniej kilka próśb o patronat nad wydarzeniami związanymi z Rokiem Chopinowskim. Gros japońskich imprez rocznicowych to inicjatywa samych Japończyków.

– Polska dysponuje czymś, z czego dopiero zaczynamy sobie zdawać sprawę, a mianowicie soft power, czyli wartościami duchowymi i sztuką – wyjaśnia Jadwiga Rodowicz. – Japończycy przeważnie znają tę smutną część historii Polski, czyli wojny i rozbiory. Sformułowanie „postkomunistyczny” utrwala ten zły stereotyp, a przecież to tylko 40 lat na tle wielowiekowej historii naszego kraju – dodaje. Ile wiedzy o Polsce zdążymy przekazać Azjatom w ciągu zaledwie 12 miesięcy świętowania w rytmie Chopinowskich polonezów? Oby jak najwięcej, bo na drugą taką okazję będziemy musieli poczekać, bagatela, sto lat.

Mariusz Herma
„Przekrój” 06/2010

 

 

Fine.




8 komentarzy

  1. Sandra napisał(a):

    Bardzo ciekawy artykuł. Dziękuję!

  2. […] dwustulecie urodzin naszego wieszcza pisałem o miłości Japończyków do Chopina. Teraz w nowej „Polityce” zająłem się Chińczykami, oczywiście z okazji Konkursu […]

  3. Ciachu napisał(a):

    https://www.youtube.com/watch?v=k-KAY_Glmn4 – ale coś może jest w tym, że mamy podobną wrażliwość. Jak słyszę ten utwór, to równie dobrze mógłby być skomponowany dla Krystyny Prońko, a wątpię, żeby w tamtych czasach Japończycy słuchali polskiej muzyki jazz-popowej albo odwrotnie.

  4. Mariusz Herma napisał(a):

    Czyli wzorzec piosenek z czołówek/napisów końcowych większości japońskich filmów animowanych :-)

  5. Ciachu napisał(a):

    Ale u nas nie ma (chyba) takiego nacisku na technikę jak w Azji, bo nie znam w Polsce takich zespołów współczesnych jak np. Tricot czy Gesu No Kiwami Otome…

  6. Mariusz Herma napisał(a):

    Ano na pewno, math-rockowe rzeczy generalnie nadzwyczaj popularne też w Azji Południowo-Wschodniej, akurat tych rejonów nie kojarzyłem z technicznym myśleniem o muzyce.

  7. lilka londyn napisał(a):

    A ja pracuje w domu Fou Tsonga w Londynie juz kilka lat….dobre co???Jak podjelam tam prace nawet nie wiedzialam kim on jest:):)

  8. Mariusz Herma napisał(a):

    Wspaniałe!

Dodaj komentarz