RSS

Warp (kolekcja wiosna 2010)

20.04.2010 | 5 odpowiedzi

Autechre – Oversteps (Warp)

Tom Jenkinson, czyli Squarepusher, w styczniu świętował swoje trzydzieste piąte urodziny, Aphexowi w przyszłym roku stuknie czterdziestka, a Rob Brown i Sean Booth obracają razem pokrętłami już prawie ćwierć wieku. Święta trójca wytwórni Warp niezauważenie staje się starszyzną stajni i całego gatunku.

Co godne uznania, wszyscy oni dobrowolnie wycofują się z elektronicznego wyścigu zbrojeń. Squarepusher wykonał dwa skoki w bok: w kolorowy beat-pop i w manualne akrobacje, które wyczynia na swojej sześciostrunowej basówce, a w tym żaden młodzik nie stanowi dla niego konkurencji (jako że mało który kiedykolwiek trzymał w rękach żywy instrument). Aphex Twin pasjami niszczy to, co przez długie lata misternie konstruował – destrukcja i dekonstrukcja.

Co najbardziej uparci w tym towarzystwie Brown i Booth  sygnalizowali postrzępionym „Quaristice”, to na „Oversteps” rozwijają w wielowymiarową ambientową retrospekcję. Wracając – zależnie od perspektywy słuchacza – do początków Ae albo korzeni elektroniki w ogóle. Za mało efektowną powierzchownością ich jubileuszowa dziesiąta płyta kryje głębszy zamysł brzmieniowy i rytmiczny, niż to się zrazu wydaje. Rzadko jednak owocuje to takimi znakomitościami jak „Ilanders”, a niektóre dłużyzny byłyby niegodne nawet naśladowców naśladowców Autechre.

Od połowy lat 90. czekałem na powrót do „Amberu”. Teraz wiem, że muzycy nie powinni spełniać marzeń fanów.

(Machina, marzec 2010)

Flying Lotus – Cosmogramma (Warp)

„Jest to po prostu dwadzieścia wierszy, jeden zwykły, jeden pompatyczny, jeden urokliwy, jeden nudny, jeden wzruszający, jeden nabożny, jeden dziecinny, jeden bardzo niedobry, jeden byczy, jeden zakłopotany, jeden niedozwolony, jeden niepojęty, jeden odrażający, jeden czarujący, jeden stateczny, jeden wielki, jeden solidny, jeden bezwartościowy, jeden biedny, jeden niewypowiedziany i jeden, którego nie może być, bo jest tylko dwadzieścia osobnych wierszy… Jedno zaś jest pewne: poeta, który je ułożył, nadal płacze, schylony nad książką; słońce świeci nad nim; a mój śmiech to wiatr, który gwałtownie i zimno czochra mu włosy”.

Robert Walser, O pewnym poecie (przeł. Małgorzata Łukasiewicz)

A co do okładki…

Gonjasufi – A Sufi & A Killer (Warp)

Kapitalna produkcja (pierwsze przesłuchanie), rasowe brzmienie (drugie przesłuchanie), jeno muzyka nieco szablonowa (kolejne).

Pełny rysopis pióra Jarka w nowym „Przekroju” i u Bartka.

Fine.

Zmowa okrąglaków

20.04.2010 | 3 odpowiedzi

.

Półtorej pieśniarki

19.04.2010 | 2 odpowiedzi

Laura Marling – I Speak Because I Can (Virgin)

Ile ten głos może mieć – trzydzieści, czterdzieści lat? Gdybym wcześniej nie znał Laury Marling, to przy otwierającym „Devil’s Spoke” celowałbym w te okolice, w środek kariery zaprawionej w bojach pieśniarki. I wcale się nie dziwię, że ledwie dwudziestoletnią Marling tak szybko obwołano liderką brytyjskiego ruchu neofolkowego, skoro brzmi i komponuje jak weteranka. „Obiecująca” nastolatka z debiutanckiego „Alas I Cannot Swim” już na drugiej płycie zaczęła spełniać owe obietnice.

Poza dojrzałym wykonawstwem Marling dojrzale myśli też o pisaniu. Umiejętnie równoważy inspiracje klasykami: Nickiem Drakiem czy Dylanem (oszczędne melodie, pozorna niedbałość, „bliski” wokal) z ewidentną fascynacją nową akustyczną Ameryką: Billem Callahanem czy Willem Oldhamem (a „Darkness Descends” ma coś z klimatu… The Coral). Albo kameralne donovanowe mruczanki z hymnicznymi wyskokami. A mimo tej różnorodności – wielki krok do przodu w stosunku do monotonnego debiutu – dziewczyna ciągle mieści się w nowofolkowej konwencji.

Marling na pewno schlebia to, że o „I Speak Because I Can” mówi się jako o dziele dojrzałej artystki, ale dla mnie to dopiero przegląd narzędzi, sprawdzian wyobraźni, próbowanie dróg – a którą wybierze? Pewnie na każdej się odnajdzie. Zazwyczaj wierna umiarowi rzadko to pokazuje, ale stać ją na melodie bardzo obfite i chwytliwe. Potrafi budować harmonie, których nie powstydziliby się wychowani na gospel brodacze zza Oceanu. Umie dramatycznie unieść w refrenie i wtedy z wyłazi z niej dorosła kobieta. A najważniejsze, że widać w tym konsekwencję i kontrolę, a to dobrze rokuje na przyszłość. O talencie nie ma nawet co dyskutować.

Baby Dee – A Book of Songs for Anne Marie (Drag City)

Baby Dee miał(a) wszelkie predyspozycje, by zostać drugim Antonym – albo nawet pierwszym, bo to rocznik ’53. Ten sam płaczliwy głos, ta sama maniera, podobny styl komponowania i traktowania klawiatury fortepianu. Ta sama nowojorska komuna, ci sami znajomi – z Davidem Tibetem na czele, a swego czasu Baby Dee był(a) nawet jednym z Johnsonów. No i jak sugerują te nawiasy, urodzili się z tą samą ambiwalencją płciową. A do tego Baby Dee gra na harfie i potrafi zwracać na siebie uwagę nie mniej skutecznie, niż Antony.

A jednak czegoś zabrakło. I to naprawdę zastanawiające, że „techniczna” zbieżność muzyki Baby Dee i Antony’ego nijak nie przekłada się na wrażenia, nie ma tego samego bagażu emocji,  a kompozycja niestety tej luki nie wypełnia. Może to ów magiczny czynnik nazywany talentem. Baby Dee w miły, na swój oryginalny sposób, ale niewiarygodnie przynudza! Wiem, niektórzy swego czasu mówili tak o Antonym, ale większość wnet zmieniła zdanie.

Skąd w takim razie stosunkowo pozytywna ocena? Ano, to zasługa osobliwego klimatu płyty i dwóch absolutnie pięknych piosenek – „Love’s Small Song” oraz „As a Seal on On Your Heart”, ustawionych tutaj z wielkim sprytem, bo jako otwarcie i zamknięcie albumu. Tyle że tę pierwszą znamy już od paru dobrych lat i jej obecność tutaj zdaje się potwierdzać, że z tym talentem coś jest nie tak.

Fine.

6 widzów i kot

18.04.2010 | 2 odpowiedzi

Stewart Lee o improwizacji w dzisiejszym The Sunday Times:

I began watching free improvisation when I arrived in London in the late 1980s. (…) At first, I found it ludicrous. During a Morphogenesis show at the China Pig in 1993, attended by six people and a cat, a balloon that one of the performers was rubbing burst, but nobody minded, and I still went back.

In 1997, I saw the guitarist Derek Bailey accidentally walk into a wall while playing, acknowledge the clang of his instrument, and then deliberately bash it into the wall again.


Fine.

Andrew Thomas – Between Buildings And Trees

17.04.2010 | 3 odpowiedzi

Andrew Thomas – Between Buildings And Trees (Kompakt)

Nie wiem czy istnieje jeszcze coś takiego jak typowy rock, typowy hip-hop albo typowy metal. Ale typowy ambient na pewno. Eno-pochodny, stosunkowo melodyjny, bazujący na syntetycznych plamach dźwiękowych oraz klawiszowych przypływach i odpływach, regulujących natężenie jednego i tego samego nastroju – rzecz jasna umiarkowanego. Ani dark, ani black, ani industrialny, ani organiczny, ani zerkający w stronę neoklasyki. Ambient par excellence: „As ignorable as it is interesting”.

Gdyby więc zebrać kilkanaście klasycznych wydawnictw tego niby-gatunku z ostatnich trzech dekad z dwoma latami, a następnie zmiksować je razem – bądź też wyciągnąć średnią – rezultat musiałby przypominać muzykę Andrew Thomasa. Kompakt sam to zresztą świadomie określa terminem  „Ambient Pop” (jeszcze lepsze byłoby „Pop Ambient”), wydając co roku zatytułowaną w ten sposób składankę. A na niej już od dobrych kilku lat Nowozelandczyk stale gości. (Sklep Amazon też ma taką kategorię, ale mieszczą się tam przedziwne rzeczy).

W modny i chyba wyeksploatowany już schemat wpisuje się także metoda Thomasa, który łączy pojedyncze dźwięki fortepianu ze ścinkami starych kaset i czterośladów, by później ubrać je w okazałe syntezatorowe akordy. Brzmi to miękko, organicznie, czasem podniośle, toteż skutecznie koi cywilizacyjne bóle. Ale głębsza eksploracja nie sensu: my to wszystko już znamy. Zagadką pozostaje dla mnie jedynie okładka stylizowana na wydawnictwa ECM. Chwyt marketingowy? Ukłon Kolonii w kierunku Monachium? Tak czy inaczej, podobno przedstawia nowozelandzką tęczę.

► Posłuchaj.

Fine.

Tako rzecze Tan Dun

16.04.2010 | 2 odpowiedzi

Przez bite trzy kwadranse rozmowy miałem wrażenie, że po drugiej stronie kabla siedzi buddyjski mnich, gładzi siwe wąsy i układa złote myśli. Kompozytor zen!

• O miłości do tragedii:

• O duchowym kontakcie z technologią:

O MUZYCE:

• I jeszcze laurka dla Polaków:


.

Fine.

Muzyka a Biznes

15.04.2010 | 3 odpowiedzi

Po raz czwarty już w ten piątek (16 kwietnia), w Warszawie, w jednej z auli SGH. Będzie można spotkać, posłuchać i pokłócić się z wieloma ciekawymi, a z reguły także sympatycznymi ludźmi. Rozpiska i mapka tutaj.

Fine.

Obiecanki cacanki

14.04.2010 | 2 odpowiedzi

(…)

To początek  i koniec grafiki, która w całości wisi na informationisbeautiful.com. A wszystko zaczęło się od tego, że ktoś policzył, iż milion odtworzeń „Poker Face” na Spotify przyniosło Lady Gadze całe 167 dolarów.

Fine.

Eksport

14.04.2010 | 2 odpowiedzi

Skoro z polską muzyką nieszczególnie udaje się nam za granicą, to może lepiej spróbować z artykułami muzycznymi? Tak tylko pytam…

Niestety dwa lata nauki japońskiego to ewidentnie zbyt mało i zbyt dawno temu, by potwierdzić rzetelność tłumaczenia. Dlatego na wszelki wypadek odsyłam do oryginalnej wersji językowej.

Ikonika – Contact, Love, Want, Have

13.04.2010 | 17 odpowiedzi

Ikonika – Contact, Love, Want, Have (Hyperdub)

Podoba mi się bardzo to, w jak zdecydowany sposób Sara Abdel-Hamid reaguje, gdy dziennikarze próbują ją tytułować M.I.Ą. Dubstepu, Muzułmańską Producentką, i kiedy bardziej niż muzyka interesuje ich egipsko-filipińskie pochodzenie Sary czy nawet jej hardcore’owo-metalowe korzenie. Bo to imponujące, że mając w kieszeni taki zestaw medialnych asów wprost stworzonych pod internetowe nagłówki, dziewczyna nie tylko sama ich nie wyciąga, ale jeszcze bije po łapach tych, którzy chcą to zrobić za nią.

Jest tylko jeden problem: jeśli nie można w ten sposób pisać o jej tej barwnej Londynce, jeśli nie można kibicować  jej jako Pierwszej Ważnej Kobiecie W Męskim Świecie Dubstepu – który to termin notabene zaczyna wchłaniać kolejne obszary elektroniki z podobnym rozmachem, z jakim swego czasu indie pożerało kolejne obszary alternatywy wszelakiej – to nie bardzo jest o czym pisać w ogóle.

Na gruncie muzycznym Ikonika w swoich gorszych momentach („Yoshimitshu”, „Continue?”, „Video Delays”), kojarzy się z podkładami z Fashion TV, chyba że w ciągu ostatnich kilku lat coś zmieniło się tam na lepsze. Utwory mocniejsze („Psoriasis”, „Red Marker Pens”) budzą przeważnie tęsknotę za najlepszymi wydawnictwami Warpa jeszcze z lat 90. Reszta to prościutka, nawet prostacka retro-elektronika, przypominająca szybki miks melodyjek z Commodore C64, teł taniego Rolanda oraz szybkiego klikania w Fruity Loops – i to co najwyżej trzeciej edycji. Co? Że niby zgadłem?

Fine.