RSS

Nowy engine

09.05.2010 | 3 odpowiedzi

Mrozu: a jaki zmyślny i komfortowy! listen.grooveshark.com

Ja: Bardzo mi się podoba, jak rzeczywistość sama rozwiązuje dylemat  ”piractwa”.

Mrozu: dokładnie. jaką przewidujesz przyszłość muzyki za 10 lat? straszna komodytyzacja. tak jak fotografia. wracamy do podstaw ekonomii. ekonomia zajmuje się dobrami rzadkimi, czyli takimi, które są trudne do pozyskania/wytworzenia. powietrza nie sprzedasz. jak muzyka czy fotografia jest tak łatwa do pozyskania, ich koszt zmienny zbiega do zera, to wkrótce jej nie będziesz mógł sprzedać. może po prostu włączysz radio / program i każesz sobie wytworzyć muzykę, którą chcesz. co ty na to?

Ja: Muzyka jak powietrze. Muzyka jako rzecz, na której się nie zarabia – więc trzeba się nią zajmować z innych powodów. Jestem za.

Fine.

Jaga Jazzist – wywiad

09.05.2010 | Skomentuj

Czego Jaga Jazzist życzy sobie w nowej dekadzie? (rozmawialiśmy 8 stycznia 2010 – mh)

Lars Horntveth: Grać więcej. Naprawdę trudno sfinansować tak duży zespół. To dlatego tak rzadko koncertujemy.

A ostatnio równie rzadko nagrywacie – poprzedniczkę „One-Armed Bandit” wydaliście w 2005 roku.

Po „What We Must” byliśmy piekielnie zmęczeni zarówno pracą w studiu, jak i trasą. Musieliśmy odreagować w innych projektach. Ludzie myślą, że od pięciu lat się obijamy, a przecież w tym czasie ukazało się 20-30 płyt z udziałem członków Jaga Jazzist! „One-Armed Bandit” powstawało nie dłużej niż osiem miesięcy, ale mieliśmy opóźnienia. W trakcie miksów rozchorował się nasz inżynier i szukaliśmy zastępstwa. Szczęśliwe przygarnął nas John McEntire. Miał tylko zmiksować ścieżki, ale nie byliśmy w stanie oprzeć się potężnej kolekcji syntezatorów, jaką trzyma w studiu.

Frank Zappa, Fela Kuti, Steve Reich, Wagner – to naprawdę wasze najnowsze inspiracje?

Rzadko inspiruję się innymi muzykami, ale gdy coś mnie chwyci… W utworze tytułowym mamy szybką, na swój sposób głupią partię – cały Zappa! (śmiech) Fela Kuti był swoistą ściągawką, kiedy naszła mnie ochota na afro-beat. Z niemieckiego romantyzmu wzięliśmy mocniejsze, bardziej agresywne partie. Ale mam nadzieję, że tego wszystkiego tak naprawdę nie słychać.

Słychać ogromną dyscyplinę.

Wcześniej działaliśmy trochę jak rockowa kapela, kompozycje powstawały spontanicznie. Tym razem przygotowałem kompletne demówki, rozpisałem je na partytury i dałem reszcie zespołu do rozczytania. Wymagała tego złożoność samej muzyki, liczba detali. Nie było lekko, bo część z nas od lat nie miała do czynienia z nutami. Nowi w zespole Stian Westerhus i Øystein Moen w ogóle nie grali w ten sposób. No, ale jest więcej nowości. Każdy wniósł swoje nowe odkrycia ostatnich lat. Schedą po moim solowym albumie jest orkiestrowe podejście do dęciaków. Moja siostra Line, która gra na tubie, opanowała także flet i glockenspiel. A trębacz Mathias Eick sięga teraz również po kontrabas i wibrafon.

Już na dobre porzuciliście jazz?

Rzeczywiście nie ma go tutaj wiele, poszliśmy raczej w kierunku prog-rocka. Ale my w ogóle nie myślimy o Jaga Jazzist jak o kapeli jazzowej. Wielu z nas ma jazzową przeszłość, to musi jakoś przenikać do muzyki, chociażby poprzez improwizowane partie, ale…

Tyle że na „One-Armed Bandit” prawie ich nie ma.

Jest solo trąbki, jest też jedno saksofonu. Faktycznie, to wszystko. Mieliśmy 18 dni na nagranie albumu, a to dziewięć bardzo złożonych kompozycji trwających po 6-7 minut. Dwa dni na utwór – to nie daje wiele miejsca na twórcze błądzenie.

Skąd wziąłeś okładkowo-tytułowy motyw jednorękiego bandyty?

Odpowiedź znajdziesz w kompozycji „One-Armed Bandit”. Akurat ślęczałem nad tymi arpeggiami i skojarzyły mi się z automatami do gry, z tym hipnotyzującym ruchem. Z czasem arpeggia stały się motywem przewodnim albumu, to im zawdzięcza on swoją intensywność, nadzwyczajną energię. I to się rewelacyjnie sprawdza na żywo. Na niektórych koncertach wykonujemy wyłącznie nowy materiał i muszę przyznać, że dawno nie mieliśmy takiej radości ze wspólnego grania.

Będziemy mogli przekonać się o tym w Polsce ?

Plan jest taki, by przyjechać latem. Możesz to wydrukować. (W marcu było już wiadomo, że wystąpią pod koniec sierpnia na festiwalu Nowa Muzyka – mh)

Pytanie na koniec: słuchasz dzisiaj czegoś, czego nie byłbyś w stanie przetrawić 10-15 lat temu?

Pewnie! Kiedy masz 21-22 lata bardzo pilnujesz tego, czego „powinieneś” słuchać i jaką muzykę „powinieneś” tworzyć. Wtedy miałem bardzo wąskie horyzonty muzyczne, trzymałem się określonych gatunków, to minęło. Na pewno kiedyś nie zniósłbym prog-rocka. Z drugiej strony nauczyłem się doceniać takich wykonawców Elton John. (śmiech)

Nic bardziej wstydliwego? Do czego nigdy byś się publicznie nie przyznał?

Hmmm… No dobra, Shania Twain.

(Machina, luty 2010)

Fine.

Vampire Weekend – Contra

07.05.2010 | Skomentuj

Vampire Weekend – Contra (XL)

 

Łatwiej dziś zdobyć sławę, niż utrzymać ją przez więcej niż kilka miesięcy. O bodaj najczęściej blogowanym zespole 2008 roku jeszcze pamięta prasa papierowa, za to sieć zbywa Vampire Weekend pobłażliwym milczeniem. Tymczasem eklektyczna „Contra” ustępuje poprzedniczce tylko pod względem chronologii.

Nowojorczycy samplują M.I.A., uparcie nawiązują do „Graceland” Paula Simona i cytują The Clash, aczkolwiek w tytułowej opozycji. Częściej odstawiają gitary, by zrobić miejsce syntezatorom i afrykańskim bębnom. Żadna kapela nie klei dziś tak nonszalanckich, nieobciążonych ideologią i zarazem tak zaraźliwych dźwięków.

„Przekrój”, nr 4/2010

 

 

Fine.

DJ Krush

07.05.2010 | Skomentuj


Sylwetka (uwzględniająca skróconą historię narodzin scratchu oraz wątki kryminalne) tutaj.

Zdjęcia Aliny Gabrel-Kamińskiej z niedawnego koncertu w Białymstoku tutaj.

Rozmowa, w której Karolinie Brzezińskiej obiecuje zmontować wreszcie następcę „Jaku” z 2004 roku – tutaj.

 

 

 

 

Namechecking

06.05.2010 | 2 odpowiedzi

Chris Weingarten, dziennikarz „Village Voice” oraz internetowego wydania „Rolling Stone, rok temu zasłynął w sieci ekspresyjnym wystąpieniem, w którym piętnował zbiorowy gust internetowej gawiedzi i wieszczył rychły upadek muzyki (a także własnego zawodu). W tym samym czasie realizował na Twitterze trochę zabawny, a trochę żenujący projekt „1000 recenzji w 365 dni”, który zresztą w tym roku postanowił kontynuować (popularność uzależnia). W sequelu tamtego wystąpienia zatytułowanym „Music is Math” Weingarten utyskuje na zarazę namecheckingu.

W skrócie chodzi o to, że skoro w internecie chodzi zasadniczo o liczbę klików, a w świecie muzyki najłatwiej zwrócić uwagę czytelników (i robotów Google) znanymi nazwiskami, to serwisy i blogi ograniczają się do powtarzania tego, co im Hype Machine przykaże. Tak oto w egalitarnym internecie w kółko powtarza się te same nazwy i tytuły. Kto zagląda na Pitchforka wie, że facet ma sporo racji.

O czym Weingarten nie mówi, to że namechecking opanował znacznie więcej, niż tylko portale. Ten sam trick wykorzystują sami artyści. Nie chodzi tylko o niewiarygodnie długie a nawet dłuższe wyliczanki inspiracji na MySpace, ani o PR-owskie notki w rodzaju: „Zespół pracował z Brendanem O’Brienem, znanym ze współpracy z Red Hot Chili Peppers, Rage Against The Machine, Pearl Jam, Incubus czy Soundgarden”. Rzeczywiście przyciągają wzrok, a to połowa sukcesu, ale na zasadzie kontrastu obnażają małość wykonawców. Czasem przed wyboldowanym „Thom Yorke oraz Björk” dopiero po wczytaniu dostrzega się „inspirują ich”.

Pomijam też odrębny temat zachowań słuchaczy, tę szczególną dbałość o profile na RYM czy Last.fm (co drugi dzień trafia tutaj ktoś poszukujący odpowiedzi na pytanie „jak podbić sobie ilość odtworzeń na last.fm”). Bardziej znamienna jest plaga hurtowych featuringów, która dawno już przekroczyła granice hip-hopu – bo odpowiedzialni za wynalazek jazzmani jednak zwykli zachowywać pewien umiar.

Weźmy trzy najgłośniejsze premiery tej wiosny:

Massive Attack zawsze słynęło z gościnności, ale przed premierą „Heligoland” sieć huczała nazwiskami: Mike Patton, Elizabeth Fraser, Mos Def, Alice Russell, Sharon Jones, Patti Smith, David Bowie, Tom Waits, Mark Stewart, Keith Levenenie, a nawet syn marnotrawny – Tricky! Ostatecznie lista okazała się nieco mniej imponująca, ale Tunde Adebimpe z TV On The Radio, Damon Albarn z Gorillaz, Adrian Utley z Portishead, Guy Garvey z Elbow, Hope Sandoval i Martina Topley-Bird okazały się wystarczająco atrakcyjnymi wabikami. (I ja na to liczę).

Nie minął miesiąc, a „Plastic Beach” Gorillaz reklamowali Lou Reed, Snoop Dogg, Mos Def, De La Soul, Mick Jones, Gruff Rhys i Bobby Womack. A na początku kwietnia swoją solową karierę zainaugurował Slash kolorową płytą „Slash & Friends” – a, przepraszam, tytuł ostatecznie skrócono do pierwszego trzonu. Co dziwne, bo cała promocja opiera się na wyliczance nazwisk: Ian Astbury, Fergie, Ozzy Osbourne, Chris Cornell, Lemmy Kilmeister, Dave Grohl, Kid Rock, Iggy Pop.

Borys Dejnarowicz na jesień zapowiada debiut solowego projektu Newest Zealand. Na stronie oficjalnej nie znajdziemy ani słowa o brzmieniu płyty (jesienią 2008 przy okazji rozmowy o „Divertimento” wspominał o Steely Dan – trzymam za słowo), nie ma próbek muzyki, jedyny konkret to: „Special guest appearances from members of Muchy, Mitch & Mitch, Afro Kolektyw, Renton, Furia Futrzaków, Kolorofon, Wilson Square”.

Featuring znamy od połowy XX wieku, ale nasilenie zjawiska w całym mainstreamie i poza nim wydaje się bezprecedensowe. Zmienił się także cel: poza względami artystycznymi, kiedyś chodziło o czysto rynkowy zabieg wymiany publiczności. Dziś podziały gatunkowe nie mają większego znaczenia, zasadniczym wyzwaniem jest zwrócenie na siebie uwagi i wytworzenie w warunkach spłaszczonej hierarchii wykonawców aury ważności. A temu, jak pokazują powyższe przykłady, okazała lista obecności służy znakomicie.

Wszystkie te wyliczanki pełnią wreszcie podobną funkcję, jak linki na blogach. Prócz wzajemnego podnoszenia się na duchu i napędzania czytelników, dają złudzenie istnienia pewnego środowiska, kręgu artystycznego – w miejsce dawnych scen wyznaczanych podziałami gatunkowymi (które zniwelowała moda na eklektyzm) i geografią (vs. globalizacja).

Fine.

Eluvium – Similes

04.05.2010 | 2 odpowiedzi

Eluvium – Similes (Temporary Residence Limited)

Trudno jeździć po własnych faworytach, a do tego zawsze uważałem Matta Coopera za jednego z tych łebskich, świadomych muzyków, którzy nie popełniają głupstw (no, Joannę Newsom trochę przeceniłem). Stąd ocenę „Similes” wstrzymywałem przez ponad dwa miesiące – i to byłby mój rekord.

Konfrontację z nią na starcie zdominowały dla mnie dwa głupstwa: wprowadzenie wokalu (decyzja, która pogrążyła niejednego amatora prostej instrumentalistyki) oraz rezygnacja z głównego atutu Eluvium: cokolwiek banalnych, neoklasycznych arpeggio pianina, które stanowiły o hipnotyzującym działaniu muzyki Coopera. A jakby tego było mało, zamiast romantyzmu – nastrój zgoła gotycki.

Dzisiaj widzę w tych decyzjach raczej odwagę niż głupotę. Amerykanin po trzech i pół względnie podobnych albumach opuszcza bezpieczny teren, skacze w nieznane i niemodne. Wchodzi na wyższy poziom emocjonalności, obnażając bezsilność wokalną – bo człowiekiem mikrofonu nie jest i raczej nie będzie. Partie śpiewane musiał sklejać z kilku ścieżek, a i tak chowa je w tle. Ale alternatywa – kopia fenomenalnej „Copii” – nie miałaby żadnego sensu.

„Similes” sens ma choćby w tym, że kompozycyjnie i brzmieniowo posuwa Coopera o kilka kroków – czy naprzód, to się okaże. Na razie wyszła mu jedna śliczna piosenka („The Motion Makes Me Last„, ciekawie zremiksowana przez Four Tet), parę niezłych songów oraz garść przyzwoitych ambientów. Kończy błyskotliwym, jedenastominutowym „Cease to Know„, które po wygaśnięciu wokalu przeobraża się w deszcz spadających dźwięków. No i jeśli to ma jeszcze jakieś znaczenie – piękna okładka.

Fine.

Wyże i niże

04.05.2010 | 11 odpowiedzi

Wyż Jónsiego.

Niż  MGMT.

Fine.

Zupełnie oddzielny wpis

03.05.2010 | 1 odpowiedź

Aby zareklamować tę recenzję.

Fine.

W maju nie piszę o…

01.05.2010 | 23 odpowiedzi

…Eryce Badu, bo nowa płyta jest całkiem miła i przyjemna, ale w przeklętym porównaniu z poprzednią zawartość muzyczna, tekstowa i brzmieniowa przynosi rozczarowanie. Ja rozumiem, że niektórzy taką właśnie Erykę lubią najbardziej. Ja wolę, gdy ryzykuje w studiu, a nie przed obiektywem kamery.

…Xiu Xiu, Liars, Tindersticks, Husky Rescue i Dum Dum Girls, bo nowe płyty przesłuchałem po kilka razy, a nie pamiętam nic a nic. Najbliżej napisania o było „The Winter of Mixed Drinks” Frightened Rabbit, ale przeklęte porównanie do poprzedniej płyty zamknęło temat.

M.I.A. i niepospolitym teledysku „Born Free„. Bo obraz poradziłby sobie bez piosenki, piosenka bez obrazu – nie.

…Lou Rhodes, która śladem Beth Gibbons po przygodzie z trip-hopem postanowiła popróbować szlachetnych akustyków i smyków. Bo kolejne przesłuchania utwierdzają mnie w przekonaniu, że forma zacna, lecz pusta.  Ale mam nadzieję, że przykład Gibbons tutaj się nie skończy i za jakiś czas (około 2020 roku) Lamb triumfalnie powróci ze swoją najlepszą płytą.

Lady Gadze, bo większe wrażenie zrobił na mnie jej pierwszy producent, który koronę nowej królowej popu własnoręcznie zmontował, a którego potem cichcem rzuciła, zabierając walizkę pieniędzy ze sobą. A poza tym Jarek Szubrycht załatwił sprawę.

…Mosie Allisonie, kolejnym (tym razem bluesowo-jazzowym) dziadku muzyki odkrytym na nowo po -nastu latach. Bo zamiast pisać/czytać, lepiej posłuchać szczerego do bólu „My Brain”.

…Samie Amidonie i Tunng, których niezobowiązujące i jakże melodyjne wydawnictwa dostarczyły mi sporo radości, ale z każdej zapamiętam i tak wyłącznie utwór otwierający – odpowiednio „How Come That Blood” oraz „Hustle”. Czyżby symptomy choroby pojedynczych tracków?

Microexpressions z Jeleniej Góry, bo hype oddolny wychodzi im tak znakomicie, że może tzw. krytycy powinni siedzieć cicho i nie przeszkadzać.

polskiej płycie dekady wyłonionej w plebiscycie Trójki.

Fine.