Cibelle – wywiad

(foto stąd)

Ten „(śmiech)” przy co drugiej wypowiedzi nie jest naciągany – takiego RIO, jakie Cibelle urządziła dziś z zespołem na koncertowej scenie Trójki, jeszcze nie oglądałem. Oscar za rolę drugoplanową dla najbardziej wyluzowanego klawiszowca świata: jego „czy czy czy”, „paruram” i „eeeeiiiiuuu” zatrzymam w pamięci przynajmniej do następnego lata.

No i nieśmiało zwracam uwagę na końcówkę wywiadu.

Twoja nowa płyta „Las Vênus Resort Palace Hotel” brzmi tak, jakbyś kochała wszystkie gatunki muzyczne świata – może z wyjątkiem heavy metalu.

Byłam fanką Metalliki, kiedy miałam czternaście lat! Przepadałam też za Soundgarden. Ale to prawda, dziś słucham wszystkiego. Najbardziej fascynuje mnie wczesna tropicalia, exotica. A szczególnie garażowe kapele z gorących krajów. Wolę Latynosów albo Włochów od amerykańskiego i brytyjskiego rock’n’rolla. O, garażowa muzyka z Kambodży jest naprawdę gorąca! (śmiech)

Każda wzmianka o tobie zaczyna się od przypomnienia, skąd pochodzisz. Na ile faktycznie czujesz się Brazylijką, skoro mieszkasz w Londynie, a współpracujesz z muzykami z całego świata?

Zawsze zależało mi na tym, aby najpierw być indywidualnością, a dopiero w dalszej kolejności Brazylijką. W przeciwnym razie można przywiązać się do zachowań, które nie są twoimi. Preferować coś ze względu na własne pochodzenie, wychowanie, miejsce zamieszkania. Silne poczucie tożsamości narodowej nie zawsze jest korzystne. Dlatego uważam się za Ziemiankę! (śmiech)

Ale podobno pogodziłaś się ze swoją „egzotycznością”?

Zaczęło się od tego prostego uświadomienia sobie, że z natury nie jestem „cool”, ale rzeczywiście „hot”. Wcześniej unikałam tych brazylijskich szufladek. Irytowały mnie stereotypy i protekcjonalizm, z jakim ludzie reagowali na moje pochodzenie. „Ooo, Brazylijka! Samba!” – jakbym za chwilę miała im zatańczyć. W końcu zdałam sobie sprawę, że exotica na tym właśnie polegała. Ludzie coś pokochali, zamienili to w stereotyp, a następnie nadali temu wartość. I pomyślałam: „Chcecie egzotyki? To ja wam ją teraz pokażę!” (śmiech)

Wiernie za to trzymasz się idei concept albumu.

Nie jestem typową songwriterką. Muzycy zwykle czekają, aż zbierze im się kilkanaście piosenek i wówczas stwierdzają: „O, mam już dość utworów, będzie z tego płyta!”. U mnie wszystko zaczyna się od pomysłu. O czym chcę opowiedzieć? Z czym się rozprawić? Wokół tej koncepcji powstaje później całe uniwersum, któremu czasem sama muszę się podporządkować.

Tym razem pomysł jest ekstremalny: koniec świata, ostatnia knajpa w całym wszechświecie i ty tam śpiewasz… Skąd to wzięłaś?

Z nałogowego przesiadywania na YouTube (śmiech). Ze zbyt wielu klipów o Planecie X, dokumentów o Armageddonie roku 2012, z tańca Ymy Sumac na szczytach Peru, z Tarzana i Jane, z filmów z lat 50… No i mojej jakże płodnej wyobraźni.

Naprawdę postanowiłaś być hot.

Jestem zmęczona byciem cool!

Skąd na płycie wzięła się piosenka Kermita Żaby „It’s Not Easy Being Green”?

Podoba mi się jej przesłanie: jesteś tym, kim jesteś. A ja bardzo lubię być sobą i jestem wdzięczna za to, co przeszłam i za ludzi, których spotkałam. Dobrze się czuję w swojej skórze.

A „Underneath the Mango Tree”? Lubisz filmy z Bondem?

Nie znoszę ich, są okropnie mizoginiczne! Bond miał duży pistolet, a piękne dziewczęta potrzebowały opieki, więc garnęły się do niego. Nawet jeśli któraś znała karate, ostatecznie mu ulegała. Co za bzdury.

Przy nagraniach pomagał ci Damian Taylor. Jak się poznaliście?

Spotkałam go na after party po koncercie Björk. Następnego dnia dopadł mnie w hotelu przy kawie i zaczął tłumaczyć fizykę kwantową. Przez bite cztery godziny! Później kontaktowaliśmy się przez Skype’a… Jakieś 70-80 procent „Las Vênus” to moja samodzielna praca. Ale był taki moment, że potrzebowałam dodatkowej pary uszu. Damian uratował mnie, pomógł ogarnąć materiał i przebrnął przez te wszystkie pliki.

Słyszałaś może plotkę, jakobyś miała znów odwiedzić Polskę?

Pogłoski mówią o minitrasie w czerwcu, ale nie są jeszcze potwierdzone. Powiedzmy, że na 70 procent przyjadę.

Mogę o tym napisać?

Pewnie, może to jakoś posunie sprawy do przodu.

Ale w ten sposób potwierdzą się teorie o wszechpotędze mediów…

Przecież to prawda! A promotorzy potrzebują takiego mocnego sygnału, swoistej gwarancji. Oczywiście w życiu niczego nie można być pewnym, ale to rodzaj psychicznego zabezpieczenia.

(źródło: „Machina”, maj 2010)




2 komentarze

  1. Marceli Szpak napisał(a):

    Dla mnie koncert z serii zaskoczenie roku. Muzycznie nie wzruszał, brakowało jakiegoś naprawdę energetyzującego kopa, ale obserwowanie samego zespołu na scenie, tego ile oni naprawdę mają radochy z wspólnego grania, jak się niesamowicie bawią każdym kawałkiem – czysta magia. Zero blazy, ciągły kontakt z publiką, cienia gwiazdorstwa – piękna rzecz po prostu. A zobaczenie Cibelle podrzucającej baloniki i pląsającej pod sceną z najbardziej aktywnym publicznościem płci męskiej – po takie rzeczy się chodzi na koncerty.

  2. Mariusz Herma napisał(a):

    U nas na bis dorwała kilkuletnią dziewczynkę, która przez cały koncert tańcowała pod sceną.

    Muzycznie rzecz była średnio udana, czasem utwory ledwo trzymały się kupy. Ale – jak mówisz – nie miało to znaczenia.

Dodaj komentarz