RSS

Wiązka elektroniczna

16.06.2010 | 6 odpowiedzi

Pan Sonic – Gravitoni (Blast First Petite)

Kto przegapił oszczędny komunikat pod koniec ubiegłego roku i tak wyczułby to podczas słuchania „Gravitoni” (synteza tego, co fiński duet wydawał przez ostatnie 15 lat), czytania (ostatni utwór nosi tytuł „Pan Finale”) i oglądania (pogodna okładka): Ilpo Väisänen i Mika Vainio postanowili się rozstać.

„Katodivaihe” z 2007 roku mieniło się pomysłami, a przy okazji nadwyrężało słuch ekstremalnymi częstotliwościami. „Gravitoni” brzmieniową wyrazistość opiera na metodach już sprawdzonych, jak podkręcony do granic bas albo rozszczepiony stereofonicznie elektroniczny przester z lekkim przesunięciem czasowym – efekt „wow” gwarantowany.

Trudno utrzymać równowagę, gdy słuch przyzwyczai się już do tego produkcyjnego blichtru. Bo kompozycyjnie „Gravitoni” to zamęczane ostatnio przez wszystkie warstwy muzycznej populacji proste kopiuj/wklej, od którego zdolni elektroniczni – patrz Flying Lotus, że nie wspomnę o Autechre, które wie to od kilkunastu lat – muszą uciec, w przeciwnym wypadku zje ich indie-amatorka z laptopami.

Swoje requiem Vainio i Väisänen otwierają znakomitym „Voltos Bolt„. Ale potem napięcie już tylko opada – ciekawe „Wanyugo”, poprawne „Fermi”, i tak dalej. Przy pierwszym tąpnięciu „Hades” serce staje z wrażenia; po pięciu minutach tętno zwalnia z innego powodu. Gdybym przesłuchał płytę raz i odpowiednio głośno, to pogratulowałbym im puenty kariery. Po tygodniach obcowania z „Gravitoni” nie dziwię się, że płycie nie towarzyszy pożegnalna trasa koncertowa.

Pan Sonic nie ma chyba fanowskiego betonu, więc odważę się powiedzieć: dobrze się stało, że panowie się rozejdą i skupią się na własnych projektach. Szczególnie hiperaktywny Mika Vainio, który jako solista jeszcze nie zawiódł.

Frank Bretschneider – EXP (Raster-Noton)

Powierzenie słuchawkom (Koss Porta Pro coraz mniej kosztuje – od ośmiu lat niezmiennie polecam) nowej płyty niemieckiego badacza szumów i trzasków byłoby największym przeżyciem audialnym ostatniego tygodnia, gdyby nie jakże trafnie zatytułowane „Oh” (patrz niżej).

Muzycznie staruszek Bretschneider nie bawi się w w melodie, budowanie napięcia, urozmaicanie struktury kompozycji i temu podobne fanaberie mas, których i tak nie przepuściłyby filtry Raster-Noton. Skupia się wyłącznie na rytmie i jego manifestacjach, aczkolwiek z parkietem rzecz też nie ma nic wspólnego (inaczej niż choćby na „Rhythm” sprzed trzech lat). Bretschneider przypomina mi w tym snd, kolegów z (własnej poniekąd) wytwórni.

I podobnie jak to było w przypadku ubiegłorocznego „Atavism” snd, radykalizm Bretschneidera dziwnie uspokaja, zdejmując z uszu obowiązek śledzenia kilku wątków jednocześnie. Minimalistyczny elektroniczny pływ, a do tego jakże szlachetny.

Oval – Oh EP (Thrill Jockey)

Stuprocentowo elektroniczna, stuprocentowo akustyczna? – Markus Popp wynurzył się po dziesięciu latach i znów trzeba będzie wymyślać dla niego nowe terminy. To ledwie 25-minutowa EP-ka zapowiadająca podwójny album „O”, a już wiadomo, że Oval budzi się z hibernacji z nowymi umiejętnościami i (znów) oryginalnym pomysłem na muzykę.

Te ptaki z okładki już gościły już na tym blogu. To wskazówka: Popp rzępoli na gitarze w dosyć losowy sposób, podobnie przypadkowo nagrane (zaprogramowane?) wydają się bębny oraz niezobowiązujące, ale wprowadzające dyskretną harmonię wstawki syntezatorów. Niemiec tnie to i z powrotem zlepia, osiągając kontrolowany nieporządek: pozornie wyrwana z rytmu, chaotyczna mieszanka, w istocie piękny w swoim umiarze i skupieniu dialog pojedynczych dźwięków. Tylko otwierające „Hey” przypomina kompletny utwór, reszta to jedno-dwuminutowe próbki.

Zamiast nadrabiać stracony czas i ścigać z zastępami laptopowców, Oval brzmieniowo cofa się do prostej akustyki,  jako kompozytor Popp wybiera intuicję i improwizację. Na przekór dostępnym ułatwieniom, podobno specjalnie korzystał ze starego peceta i archaicznego oprogramowania, tak by technologia nie odciągała go od „żywej” muzyki. Co usłyszymy na longplayu? Nie sposób przewidzieć i to właśnie napawa mnie nadzieją.

Manual  – Drowned In Light (Make Mine Music)

Jonasa Munka też straciłem z oczu na dziesięć lat, ale z własnej winy. „Until Tomorrow” w 2001 roku brzmiało niezwykle świeżo, otwarło mnie na cały katalog Morr Music i sam sobie nie potrafię wytłumaczyć, czemu przegapiłem późniejsze premiery Manual. I w tym momencie to ja muszę zapytać: czy Munkiem coś niedobrego stało się teraz, czy z płyty na płytę dryfował ku muzyce tła?

Najwięcej, na co Munka stać, to podrabianie M83: konkretnie myślę tu o „Afterimages„, które o kilka tygodni wyprzedzało cały album i mimo niedzisiejszego, dusznego klimatu przychylnie nastawiało do „Drowned in Light”. Dalej mamy już nijaki chill-out, chwilami („Phainomenon”) zahaczający o muzykę relaksacyjną typu new age. Albo próby wskrzeszania brzmienia 4AD bez zadbania o materiał, który by do niego przystawał. Jakby autor zapomniał, że jeśli słuchacz ma przy jego muzyce odpocząć, to wcześniej on powinien się nieco natrudzić.

Oneohtrix Point Never – Returnal (Editions Mego)

Ubiegłoroczne „Rifts” na szczyty podziemnych podsumowań wyniosła różnorodność – w końcu zbierało materiał, który Daniel Lopatin tworzył przez lata i to jeszcze na etapie szukania siebie. Najwyraźniej odnalazł, bo wyłączając hałaśliwe intro i żegnającą słuchacza gmatwaninę rytmów „Returnal” jest bodaj najbardziej jednolitą brzmieniowo płytą, z jaką spotkałem się w tym roku.

Ciepłe syntezatorowe tła, harmonizer jako główny efekt, kolorystycznie przyjazny kosmos jak z soundtracków Vangelisa i umiłowanie oczywistej sztuczności jak w klasycznych płytach Tangerine Dream przy jednoczesnym zachowaniu ogólnej ciepłoty brzmienia. „Rifts” było długie (dwie płyty) i trochę męczyło skokami stylistycznymi, ale dzięki niemu za jednym zamachem zwiedzaliśmy pół galaktyki. „Returnal” zatrzymuje nas na jednej planecie  – przyjaznej człowiekowi, ale od jakiegoś czasu doskonale ludzkości znanej.

***

Powinna się tutaj pojawić jeszcze wzmianka o „Splazsh” Actress, obsadzona pięcioma drzewkami i kilkoma entuzjastycznymi zdaniami, ale zużyłem je w tekście do lipcowej „Machiny”. Rzecz dla mnie lepsza niż (świetne przecież) „Hazyville”, choć dyskusja na ten temat zapewne wybuchnie tuż po tym, jak zgaśnie spór o wyższość/niższość „Cosmogrammy” nad „Los Angeles”. Dla mnie sprawa w obu przypadkach jest jasna, ale może znów chodzi o (jak najbardziej legalny) syndrom pierwszeństwa.

Fine.

Zybex

16.06.2010 | 1 odpowiedź

Nie chodzi mi o (fantastyczną) grę na Atari, ale o „swoisty konglomerat gospodarczy”, który „działa w kilku rosnących segmentach rynku” i reklamuje się stroną www.zybex.eu (głośniki: włącz).

Fine.

Za 100 pkt.

14.06.2010 | 2 odpowiedzi

(stąd)

Glissando

13.06.2010 | Skomentuj

Glissando” ukazuje się wciąż nieregularnie, bo po ubiegłorocznym „litewskim” numerze dopiero niedawno ukazał się kolejny. Ale grunt, że wróciło. Dopiero teraz udało mi się przejrzeć ten ostatni, „włoski” numer, który kupiłem dla dwóch tematów: architektury dźwięku i wywiadu z Pawłem Mykietynem.

W ramach zachęty do zakupu (podejrzewam, że każdy egzemplarz się liczy) i lektury (teksty w obu tematach jak na „Glissando” w miarę przystępne językowo) fragment o tym, dlaczego nasze budynki brzmią tak kiepsko, ale niewiele się z tym robi:

„Po pierwsze, słuchowe doświadczenia cechuje przelotność, jako że nie posiadamy możliwości przechowywania kulturowej i intelektualnej pamięci o nich w muzeach, czasopismach czy archiwach. Po drugie, zs powodów zarówno kulturowych, jak i biologicznych, język służący do opisu dźwięków jest niewystarczający.

Po trzecie, będąc fundamentalnie zorientowana na komunikację wizualną, współczesna kultura ma mało zrozumienia dla emocjonalnej wartości słuchu, więc przykłada równie mało wagi do sztuki słuchowej świadomości przestrzeni. Wreszcie pytania dotyczące architektury słuchowej nie są powszechnie traktowane jako pełnoprawna dziedzina dociekań naukowych”.

Temat przestrzeni w połowie bardzo ciekawy – zacytowane wyżej tłumaczenie z książki „Przestrzeń mówi – słuchasz?” (Barry Blesser, Linda Ruth-Salter) oraz artykuł „Pudełko na muzykę: w poszukiwaniu idealnej sali koncertowej” Radosława Gajdy. A w połowie potraktowany niestrawnie sucho, no ale ręka w górę, kto którykolwiek numer „Glissando” przeczytał od deski do deski.

Za to podobnej rozmowy z Mykietynem nigdzie indziej nie znajdziecie – i nie chodzi mi tylko o rozmiar (11 stron). Dużo tu o matematycznych korzeniach jego muzyki. Nie miałem pojęcia, że aż tyle wzorów w jego komponowaniu, choć moja ulubiona „Sonata (na wiolonczelę solo)” pachnie kalkulatorem na kilometr. Ale zacytuję fragment absolutnie niereprezentatywny:

„Na samym początku, gdy tylko zetknąłem się z dźwiękami, od razu zacząłem je jakoś układać. Chciałem być oczywiście także malarzem, piłkarzem i nie wiadomo kim, ale miałem takie przebłyski, że pragnąłbym być właśnie kompozytorem.

W wieku paru lat powiedziałem to mojej mamie i dodałem, że boję się, iż jak będę dorosły, to wszystko będzie już skomponowane… Mama mnie uspokajała, że nie, że na pewno tak nie będzie, ale dziś często zastanawiam się, kto miał tak naprawdę rację: ona czy ja”.

Fine.

Poszukująca muzyka z Polski (vol. 2)

12.06.2010 | Skomentuj

Powtarzając udany pomysł z ubiegłego roku, do czerwcowego „Wire” dołączona jest składanka „Exploratory Music from Poland”. Utwory wybrali Marcin Barski  z AudioTong (jak poprzednio) oraz Michał Hajduk z Instytutu Adama Mickiewicza, który pewnie rzecz funduje (w ramach Polska! Year).

Na www.emfp.pl można obejrzeć Sasnalową okładkę i posłuchać całego albumu. Z czym idziemy do wielkiego świata? W kilku miejscach mam mieszane uczucia – bo dziwne nie znaczy od razu dobre. („Wire” tylko pozornie (d)ocenia według tego klucza).

Towarzyszący płycie artykuł ma osiem stron, wykończył mnie bodaj już po drugim akapicie, ale na szczęście nie do mnie on jest skierowany (chyba). Zdjęcia pierwszorzędne.

Fine.

Stevie Wonder

11.06.2010 | 4 odpowiedzi

Utrata jednego ze zmysłów stymuluje pozostałe – podejrzewamy to od 1963 roku. Wtedy to trzynastoletni Little Stevie Wonder po raz pierwszy wspiął się na szczyt gorącej setki Billboardu. (Później powtórzył ten wyczyn jeszcze trzydzieści razy).

Pewność co do słuszności tej teorii mamy od 1974 roku. Po groźnym wypadku Wonderowi przywracano przytomność przez cztery dni, zmysł smaku odzyskał znacznie później, a powonienie nigdy już nie działało, jak należy. Wyszedł ze szpitala, wszedł do studia i nagrał przepiękny album „Fulfillingness’ First Finale”. Otwierało go „Smile Please”: „It’s okay, please don’t delay from smiling / There’re brighter days ahead”.

Odświeżyłem sobie ostatnio jego mistrzowską serię z lat 70. – pięć zjawiskowych płyt w ciągu pięciu lat, od „Music of My Mind” po (nierówne, nie szkodzi) „Songs in the Key of Life”. I znów nie mogłem się nadziwić, że po drugiej stronie równania stoi samotny 20-25-latek.

W każdej chwili mógł zadzwonić po Herbiego Hancocka albo Jeffa Becka, ale jakoś częściej przy utworach z tamtego okresu widnieje dopisek: „Composed, arranged, produced and performed by Stevie Wonder”.

Stevie Wonder – sylwetka

Fine.

Wstyd

10.06.2010 | 3 odpowiedzi

.

Teoria strun w praktyce (Kiosk 4+5/2010)

08.06.2010 | 5 odpowiedzi

Ziemia drży wewnętrznie dźwiękiem G, ludzkie DNA zresztą podobnie – tak przynajmniej twierdzą naukowcy. Ludzie z White Vinyl sprawdzili, jak brzmiałby cały Układ Słoneczny, gdyby teorię strun potraktować dosłownie. Słuchając wszechświata można poczytać, jak Brian Eno zachęca do śpiewania, bo śpiew stanowi klucz do długiego życia i zgrabnej sylwetki, łagodzi temperament i ułatwia nawiązywanie nowych przyjaźni.

O życiu ze stoperem w ręku pisze „New York Times”. Artykuł długi, ale nie żałuję ani sekundy mu poświęconej. „Independent” pisze o wytwórniach zakładanych przez artystów (Jack White, Grizzly Bear) oraz o tym, że teledysk odżywa. I to w nowej formie, bo – jak to ktoś ujął w innym miejscu -  konkurencją dla nowopowstających klipów nie są już wysokobudżetowe superprodukcje z MTV, ale LOLkot z YouTube.

Jak wymyślić gatunek muzyczny – opisuje „Gawker” na przykładzie chillwave/glo-fi/sam dokończ. Dwie ciekawsze tezy tekstu „PopMatters” o tym, jak technologia zmienia słuchanie, to: 1) bezdenne zasoby iPoda ostatecznie owocują powracaniem do tych samych piosenek; 2) możliwość natychmiastowej zmiany utworu sprawia, ze zamiast skupiać się na muzyce już grającej, mózg już kombinuje, czego posłuchać później – albo czy nie zmienić od razu na coś lepszego.

„Wall Street Journal” zmontował arcyciekawy artykuł o korporacyjnych konszachtach Black Eyed Peas. Zresztą nie tylko u nich można przeczytać, że sponsoring muzyczny rośnie. KSpace zastanawia się, czy analogowe syntezatory czeka taka sama kariera, jak płyty winylowe, a nasz „Ruch Muzyczny” całkiem serio pyta: Czym jest piękno?

John Mayer streścił dzień z życia muzyka w czterech filmowych minutach, Joni Mitchell pojechała po Dylanie, „Chicago Magazine” wybrał 40 najlepszych płyt z Chicago, „New York Times” zebrał bestsellery restauracyjne, a „New Yorker” publikuje obszerną sylwetkę Duke’a Ellingtona, za motyw przewodni obierając sobie kwestię rasizmu.

Krytycy „NYT” wyręczyli Polaków i wybrali najlepsze wykonania Chopina ever, a Simon Reynolds docenił Mirę Kubasińską i Breakout (dół strony). A w temacie pisarstwa muzycznego jeszcze dwa artykuły: praktyczna wyliczanka jak pisać o muzyce w 2010 roku, znana już pewnie bywalcom ILM, oraz teoretyczny wpis muzykologa Stephena Grahama o miejscu krytyka w Web. 2.0.

Zacząłem od kosmosu, to i kosmosem skończę: w Somalii pewni ludzie odkryli, że muzyka jest sprzeczna z islamem. Dlatego postawili lokalnym stacjom ultimatum: albo przestaniecie nadawać muzykę, albo… przestaniecie nadawać. Ci odważniejsi poszli w konkret.

Calvin, jak wszyscy, walczy z deszczem.

Fine.

Co by tu wybrać

07.06.2010 | 1 odpowiedź

.

The (International) Noise Conspiracy – wywiad

06.06.2010 | Skomentuj

Rok temu graliście w Polsce, ale w niedużym klubie. W Jarocinie wystąpicie na wielkiej scenie. Który typ koncertów jest bliższy waszym sercom?

Festiwale potrafią być irytujące, ale bywa i tak, że nawiązujemy dobry kontakt z publicznością i wszyscy świetnie się bawią po obu stronach barierek. Poza tym to dobra okazja, by dać się poznać nowym słuchaczom. Ubiegłoroczny koncert w Łodzi wspominamy bardzo dobrze!

Będąc punkiem z krwi i kości, nie tęsknisz za czasami, gdy graliście dla garstki fanów w jakichś podziemnych klubach?

Nasze pierwsze trasy faktycznie organizowaliśmy bardzo w duchu DIY. Ale otwierając się na szerszą publiczność, niczego nie tracimy. Wciąż jestem zaangażowany w scenę punkrockową i gram w dwóch kapelach, które podtrzymują tradycję DIY. Prowadzę punkową wytwórnię i organizuję niszowe koncerty w moim mieście. Tak że jedną nogą jestem w wielkim świecie, a drugą – w starym dobrym podziemiu.

Jesteśmy krzyżówką Elvisa Presleya i Che Guevary – tak mówiliście o sobie 10 lat temu. To dalej aktualne?

Żeby skutecznie mówić o polityce, przydałaby się taka popularność, jaką miał Elvis, i taki radykalizm, jaki charakteryzował Che. Do pierwszego niestety nie zbliżyliśmy się ani na krok, ale nadrabiamy radykalizmem.

I dalej lubicie politykować na scenie.

Wszyscy jesteśmy tak samo zaangażowani politycznie, jak te 11 lat temu, kiedy powstawało T(I)NC. Być może nie zanudzamy tym słuchaczy aż tak często, jak wtedy. Powód jest prosty: 99 procent osób przychodzących na koncerty doskonale zna nasze poglądy. Zresztą wystarczy posłuchać naszej ostatniej płyty. Ale to nie jest i nigdy nie była poza, jakiś wymyślony image, który zapewniłby nam dobrą sprzedaż. My po prostu dorastaliśmy w politycznym środowisku i śpiewając o polityce, wyrażamy po prostu to, co na co dzień zaprząta nam głowy.

A co z tym procentem, który nie słucha tego, co śpiewasz, tylko tańczy do waszej muzyki?

Trzeba pamiętać, że T(I)NC jest grupą rockową, a nie partią polityczną. Sam słucham kilku kapel, których poglądy mnie nie interesują, albo wręcz wkurzają. Ale kocham ich za muzykę. Tak naprawdę nie masz wpływu na to, za co ludzie lubią twój zespół.

Zakładając T(I)NC, miałeś 26 lat. Nie wyrosłeś z młodzieńczego buntu przeciw tym u szczytów władzy?

Gdy masz 36 lat, gorzkie realia kapitalistycznego świata jeszcze bardziej dobierają ci się do skóry. Kiedyś mogłem uciekać do własnego świata, a teraz mam dom, samochód i czuję, jak kryzys depta mi po piętach. I mój gniew względem polityków jest jeszcze większy, niż wtedy.

U nas często podaje się Szwecję jako wzór dojrzałej demokracji.

Przez lata podziwiano szwedzki model państwa opiekuńczego jako udany kompromis między socjalizmem i kapitalizmem. Ale to już nie jest prawda. Po socjalizmie nie pozostało ani śladu, jesteśmy jak każdy inny rozwinięty kraj na świecie. Prywatyzujemy koleje, szkoły, linie lotnicze i co tylko jeszcze pozostało w rękach publicznych. Kiedy dorastałem, w programach dla dzieci ciągle mówiło się o solidaryzmie. Dzisiaj rządzi kapitalizm.

Co na to sami Szwedzi?

W normalnym kraju ludzie wyszliby na ulicę i wyrazili swoje niezadowolenie. Szwedzi natomiast mawiają: „Zawsze mogło być gorzej”. Na przykład zawsze mogłoby być tak, jak w Polsce. I w ten sposób akceptujemy absolutnie wszystko. Nikt nie pomyśli, że przecież mogłoby też być lepiej.

Wasze dwie ostatnie płyty wyprodukował sam Rick Rubin. Jak jego upór w dążeniu ideału ma się do waszej spontaniczności?

Pod względem twórczym praca z nim jest niesamowita. Rick to wodospad kreatywności. Nie każdy ma to szczęście, by siedzieć z tym gościem w jednym studiu i to nad utworami własnego autorstwa.

Nie mieliście tremy przed spotkaniem z nim?

Poznaliśmy Ricka, zanim jeszcze pojawił się pomysł, aby go zatrudnić, więc nie musieliśmy przełamywać lodów. Aczkolwiek początkowo nie obyło się bez nerwów. Myśleliśmy sobie: przecież to facet z najbardziej opasłym CV na świecie, czemu nagrywa akurat nas? Ale przy ubiegłorocznym albumie „The Cross Of My Calling” byliśmy już wyluzowani. Znacznie gorzej układało nam się z dużą amerykańską wytwórnią, ale to już jest historia na inną rozmowę.

(„Przekrój”, maj 2009)

 

 

Fine.