RSS

Półmetek

09.07.2010 | 20 odpowiedzi

Odpowiedni link po prawej skieruje was do pełnej listy albumów, które w pierwszym półroczu cieszyły. Gdyby jednak przyszło wybrać po jednym z rodzaju:

Abstrakcje: The Knife – Tomorrow, in a Year (Mute)
Ambient: Alva Noto – For 2 (Line)
Elektronika (soft): Four Tet – There Is Love In You (Domino)
Elektronika (hard): Flying Lotus – Cosmogramma (Warp)
Hip-hop / Rap: Big Boi – Sir Lucious Left Foot The Son of Chico Dusty* (Def Jam)
Indie (gitary): Beach House – Teen Dream (Sub Pop)
Indie (samplery): Yeasayer – Odd Blood (Secretly Canadian)
Jazz (soft): Tord Gustavsen Ensemble – Restored, Returned** (ECM)
Jazz (hard): Food – Quiet Inlet (ECM)
Klasyka (współczesność): Eric Whitacre – Choral Music (Naxos)
Klasyka (muzealnictwo): Yundi Li – Chopin: Nocturnes (EMI)
Pieśniarki: Joanna Newsom – Have One On Me (CD1***) (Drag City)
Pieśniarze: Owen Pallett – Heartland (Domino)
R&B / Pop: Janelle Monae – The ArchAndroid (Bad Boy)
Rock: Vampire Weekend – Contra (XL)
World (soft): Sierra Leones Refugee All Stars – Rise and Shine (Cumbancha)
World (hard): To Scratch Your Heart – Early Recordings from Istambul (Honets Jon’s)
Na przekór: Massive Attack – Heligoland (EMI)****

*Bardzo starałem się, żeby tu wylądował jakiś Brytol, najchętniej Ty. Ale nie ma się co okłamywać. Sesja „Sir Lucious” musiała liczyć – szacuję – 1000-1300 ścieżek.
**Płyta tylko teoretycznie ukazała się w 2009 roku, do sklepów dotarła w styczniu.
***Jeśli to nie fair, to Laura Marling – I Speak Because I Can (Virgin)
****Rozmawiałem ostatnio o „Heligoland” z producentem Leszkiem Biolikiem, urzeczonym jej brzmieniem i odwagą autorów. W trakcie rozmowy zrozumiałem, że stosunek do tej płyty – i wielu podobnych – nie zależy od gustu. Zależy od tego, jak się słucha. Jeśli włączając play, jednocześnie uruchamia się kontekst, historię, nazwiska, nastoletnie uniesienia, opinie rówieśników  – to rozczarowanie niemal pewne. Można też usiąść naprzeciwko głośników (dobrych, bezwzględnie) i przez godzinę chłonąć, co oni znów wymyślili, bo wymyślili. W tym wariancie do zachwytu wystarczy kilka sekund „Babel”, i tak przecież nie najlepszego w zestawie. Bo to płyta wybitnie wyprodukowana, błyskotliwie zaaranżowana, świetnie zagrana,
poprawnie napisana (z dwoma songwriterskimi unikatami). Massive Attack zrobili coś, czego im absolutnie nie było wolno: zredukowali czynności studyjne do własnych fascynacji. Życzę takiej wolności wszystkim muzykom na podobnym etapie kariery.

***

Uzupełniłem też, przemyślałem i częściowo przesłuchałem zestawienie albumów ubiegłorocznych. Gdybym miał zachować z 2009 roku jedną płytę, byłby to David Lang i jego „The Little Match Girl Passion„. Gdybym miał nucić jedną tylko piosenkę – padłoby na „While You Wait for the Others” Grizzly Bear.

Fine.

Decentralizacja

08.07.2010 | 1 odpowiedź

„Hale w Trójmieście, Łodzi i Płocku zmieniły mapę koncertową Polski. Stolica staje się prowincją” – ogłosił Jacek Cieślak w „Rzeczpospolitej”. Pretekstem dla niego są Lady Gaga (zagra w Hali Gdańsk – Sopot), Deep Purple (Rzeszów, Katowice, Wrocław), Jean-Michel Jarre (Płock) czy Depeche Mode (Łódź).

Prawdą jest, że urządzanie koncertu w Warszawie to wybór pomiędzy boiskiem, halą sportową, betonowym bunkrem, pudełkiem z metalu a ostatnim tchnieniem komunizmu. Podstawą muzycznego showbiznesu są dziś sale na 10-15 tysięcy widzów, a dokładnie takiej w Warszawie brakuje. Pod dachem najwięcej osób mieści Torwar (4-5 tys.).

Prawdą jest też, że polski rynek koncertowy się decentralizuje. Zasługa to wytrwałych szefów paru ambitnych klubów (patrz wrocławski Firlej czy gdyńskie Ucho, choć Warszawa ma swoje Powiększenie), a także boomu festiwalowego, który starannie omija stolicę. Warszawie brakuje Berkowicza albo Merczyńskiego, władze sądzą, że stolicy promować nie trzeba, no i latem lepiej się to miasto opuszcza, niż odwiedza.

Dziś można trzymać się z dala od Warszawy i dobrze przeżyć rok. Ale stwierdzenie, że „stolica staje się [muzyczną] prowincją”, jest śmiałe. Sprawdziłem listę koncertów, które publikuję zakładce Koncerty 2010 (wybór subiektywny, ale decyduje gust muzyczny, nie geograficzny – ten sprzyjałby Południu). Statystyka pojedynczych występów zagranicznych wykonawców, licząc od stycznia, nie w pełni potwierdza prowincjonalność stolicy:

Warszawa – 88 ••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••
Kraków —– .35 •••••••••••••••••••••••••••••••••••
Wrocław —- 28 ••••••••••••••••••••••••••••
Poznań —–. 23 •••••••••••••••••••••••
Katowice — 10 ••••••••••
Szczecin —— 7 •••••••
Łódź  ———– 7 •••••••
Zabrze ——–. 6 ••••••
Gdańsk ——- 6 ••••••
Gdynia ——– 5 •••••
Chorzów —–. 4 ••••
Białystok  —– 3 •••
Bytom ——— 3 •••
Rzeszów  —– 2 ••

Fine.

The Beatles: Jak zmienić świat w siedem lat

05.07.2010 | Skomentuj

Od wyliczania ich zasług może zakręcić się w głowie. Tak samo jak przy słuchaniu odświeżonej dyskografii The Beatles, których płyty wreszcie brzmią tak, jak należy

Pękate pudełka, które 9 września 2009 roku pojawiły się w sklepach płytowych, mieszczą całą krystalicznie (ale nie sterylnie) brzmiącą dyskografię The Beatles, której nie odkurzano od 1987 roku. Przez równe cztery lata w studiu Abbey Road nad cyfrowym remasteringiem ślęczało pół tuzina inżynierów i ci, których na to stać, powinni od razu kupić cały boks – w sumie 16 płyt CD i jedna DVD za 700–750 złotych. Trudno bowiem o lepiej wydane pieniądze (przynajmniej w sklepie muzycznym).

Wszyscy inni mogą zacząć od którejś z klasycznych płyt („Abbey Road”, „Sgt. Pepper’s”, „Revolver” czy „White Album”, może być w tej kolejności) lub chronologicznie uzupełniać domową płytotekę, począwszy od niedocenianego – jak cała wczesna twórczość czwórki z Liverpoolu – „Please Please Me”.

Wbrew pozorom to te największe starocie dostarczą wam najmocniejszych wrażeń, bo cztery pierwsze longplaye Beatlesów po raz pierwszy zmiksowano w panoramie stereo. Uspokajamy konserwatystów – dostępna jest także wierniejsza oryginałom kolekcja „The Beatles in Mono”. I bliższa zamysłom zespołu, bo aż do swojego ostatniego albumu „Abbey Road” cała czwórka nadzorowała tylko miksowanie materiału do jednego kanału, troskę o stereo pozostawiając intuicji studyjnych inżynierów.

No dobra, masz 15 lat, widziałeś w Internecie czarno-biały teledysk „I Want to Hold Your Hand” i podobnie jak koledzy z gimnazjum zakończyłeś seans na podłodze, zwijając się ze śmiechu. Czy potwierdzona przez milion publikacji (nasze podsumowanie poniżej byłoby milion pierwsze) wielkość Beatlesów na zawsze pozostanie poza twoim zasięgiem?

Niech młodzi nie tracą nadziei! Naprzeciw ich potrzebom – oraz sporym zyskom – wyszli twórcy gry „The Beatles: Rock Band”. Ryzykując zarzut świętokradztwa, pozwalają nam sprofanować aż 45 piosenek wybranych przez syna Gilesa Martina (zgadza się, syna George’a) po konsultacjach z Paulem McCartneyem, Ringo Starrem, Yoko Ono i Olivią Harrison (zgadza się, wdową po George’u).

Czy to koniec wskrzeszania Beatlesów? Nie bądźmy naiwni. Do drzwi właścicieli praw do muzyki najsłynniejszego kwartetu w historii muzyki kołaczą już amatorzy (i mistrzowie) samplingu. Co bardziej niecierpliwi próbowali je nawet wyważać: nowojorski producent Danger Mouse, dzisiaj połówka duetu Gnarls Barkley, już pięć lat temu na nielegalnie wydanej płycie „Grey Album” w błyskotliwy sposób połączył „Biały album” Beatlesów z raperskimi wyczynami Jaya-Z. Wprawdzie rozzłościł w ten sposób prawników, ale zdobył sławę i przy okazji udowodnił, jak wielki potencjał tkwi w zakurzonych taśmach z lat 60. Co będzie się działo dalej? Zajrzyjcie do „Przekroju” 12 grudnia 2012 roku.

Muzyka

Sami sobie sterem. Już „Love Me Do” ośmielili się sami sobie napisać! Wszystko potem też

Egalité. Czterech indywidualistów, zero liderów

Studio nagraniowe nowym instrumentem. A producent George Martin piątym Beatlesem

Koncerty stadionowe. Pierwszy mecz z USA na wyjeździe: 55 tys. biletów sprzedane w 17 minut!

700 godzin nagrywania „Sierżanta”. Brian Wilson z The Beach Boys słucha i wywiesza białą flagę

Punk, progrock, heavy metal. Wymyślili też parę innych gatunków. A prawie wszystkie na jednej płycie, tej białej

Muzyka pop jest sztuką! „The Beatles to najwięksi kompozytorzy od czasu Beethovena” („The Sunday Times”, 1963)

Rock’n'roll wraca na prowincję. W Liverpoolu w latach 60. powstaje kilkaset kapel rockowych

Popkultura

Beatlemania. Policja używa armatek wodnych do rozpędzania fanek. Fotele w salach koncertowych też są mokre

Liberté. Wcześniej artysta był własnością wytwórni, The Beatles wybili się na niepodległość

Wydanie „Sgt. Pepper’s”: gadżet czy arcydzieło? Kolażowa okładka i – nowość! – teksty utworów oraz tekturowi Beatlesi i takież wąsy

Globalizacja przez TV. Beatlesi grają „All You Need Is Love”, telewizja transmituje na cały świat. Tak, to ten pierwszy raz

Lepsi niż Elvis Presley i Michael Jackson. Przynajmniej pod względem liczby sprzedanych albumów: ponad pół miliarda

Połowa USA śledzi Beatlesów. 74 miliony Amerykanów oglądają występ grupy w Ed Sullivan Show w 1964 roku

Ojcowie teledysku. Wideoklip „Rain” i filmy „A Hard Day’s Night” i „Help!” wyznaczają standardy, które dalej przesunie dopiero Michael Jackson

Paul McCartney nie żyje, czyli plotka popłaca. Beatlesi nie tylko nie dementują, ale wręcz podsycają plotkę o śmierci Paula

Homer Simpson nie cierpi Beatlesów. Ale Ringo, George i Paul chętnie użyczają  głosów w serialu „The Simpsons”

Polityka – Religia – Obyczaje

Fraternité. „Jesteśmy pierwszymi gwiazdami proletariatu, które pozostały proletariatem” (Lennon)

Kryzys w branży fryzjerskiej. Obfite czupryny i brody znowu u łask, po Beatlesach każdy może nosić się jak chce

Brytyjska inwazja na ojczyznę  rock’n'rolla. Kulturowe sukcesy młodych Anglików na otarcie łez w gasnącym imperium

Na przekór rasistowskim nastrojom. John Lennon + Yoko Ono = ♥

Połysk atłasu i płaszcze z frędzlami. Z okładki „Sgt. Pepper’s” prosto na ulice. Za to „White Album”zapoczątkował modę na… białe płaszcze

Grzeczni chłopcy biorą  narkotyki. Zaczynają przy „Revolverze”, a kończą przy „Lucy in the Sky with Diamonds”. Chyba…

Nowa droga do Indii. Kurs medytacji u Maharishiego to był błąd, ale importowany sitar strzałem w dziesiątkę

Żółta łódź podwodna. Kwiecisty świat hippisów bez przekleństw i narkotykowych aluzji. No, przynajmniej bezpośrednich

Nixon zazdrości Lennonowi. Rząd dusz w ręce muzyków. Dziesięcioletni Bono spokojny o swoją przyszłość

„Jesteśmy bardziej popularni niż Jezus” . Lennon nie bardzo się pomylił, ale musiał przeprosić

FBI pisze raport o Lennonie. Analizę wywrotowych działań artysty znajdziecie w internecie. Liczy 248 stron

Za Boga i imperium. Beatlesi odbierają Order Imperium Brytyjskiego od królowej Elżbiety II. Weterani wojenni w gniewie

George W. Bush piratem! Nielegalnie ściągnął Beatlesów na iPoda

 

 

Fine.

WSJD day czwarty: Kurt Elling, Rudresh Mahanthappa, kobieta

05.07.2010 | 9 odpowiedzi

(foto: Piotr Lewandowski @ Popupmusic.pl)

Another Life Time – Tribute to Tony Williams

Jedyna kobieta na WSJD 2010 pojawiła się na zakończenie festiwalu. Ubrana w czerń, siadła za czarną perkusją z czarnymi talerzami i nawet nazywała się Cindy Blackman. Dwumetrowy Felix Pastorious dzielnie podważał stereotyp, jakoby wszyscy basiści byli niscy i krępi, a Vernon Reid znów był najszybszym luzakiem świata. Pod przykrywką hołdu dla Tony’ego Williamsa sprawili radość (jazz)rockowej części publiczności i dobrze się stało, że Kurt Elling przeniósł się jednak na początek imprezy, bo mielibyśmy podobny exodus, jak w sobotę.

Koncert złożony głównie z łojenia i/lub karuzeli solówek gitary i perkusji mnie najpierw zdziwił, potem zmęczył, w końcu zniechęcił. Po kilku utworach straciłem nadzieję, że stać ich na coś – nie, nie „na coś więcej” – na coś innego. Cindy Blackman to wdzięczny widok, szczególnie gdy jedną ręką odstawiała solo, a drugą naprawiała hi-hat. Zbyt wiele jednak było na festiwalu perkusyjnej finezji, by ekscytować się samym rozmachem. Jako domorosły gitarzysta nie mogę nie docenić techniki Reida, ale już to, co z nią robi…  Frank Zappa patrzy i kiwa głową.

Rudresh Mahanthappa

Były orientalne skale i podziały tak absurdalne, że w pewnym momencie pogubili się w nich sami muzycy. Było free i były jedne z lepszych melodii festiwalu. Były wspomagane efektami solówki Mahanthappy do słabej elektroniki, które trzeba nazwać po imieniu – wspomaganymi solówkami do słabej elektroniki. Były perkusyjne rajdy Damiona Reida (o koligacjach z Vernonem nic mi nie wiadomo) i romantyczna końcówka. Była piękna samotna partia saksofonu z ćwierćtonami i rockowe gitarowe zapędy Davida Gilmore’a. Mahanthappa to wspaniały melodysta i natchniony improwizator, ale zabrakło pomysłu na koncert. Rozrzucone na jego pulpicie notatki miały pewną symbolikę.

Kurt Elling

Każdy wieczór miał swój przebój. Momenty:

- Kurt Elling wchodzi na scenę i a cappella zalewa Kongresową alikwotami
- Laurence Hobgood swinguje Bachem na fortepianie
- Elling przedrzeźnia się z perkusistą i, głowę daję, Ulysses Owens przegrywa tę pyskówkę
- John Mclean jarrettuje nad gitarą
- Hobgood chopinizuje Bonda
- Elling śle całusy i już wiem, jak to było w Los Angeles za czasów Sinatry

***

Vijay Iyer Trio, Mostly Other People Do the Killing, Kurt Elling – w tej kolejności. Po występie Mahanthappy Mariusz Adamiak spytał publiczność, czy wolałaby jednego Pata Metheny’ego, czy „sześć koncertów takich, jak ten”. Ludzie zagłosowali właściwie, więc za rok może być jeszcze ciekawiej.

Fine.

WSJD – day trzeci: Vijay Iyer i karmazynowy hałas

04.07.2010 | 2 odpowiedzi

Vijay Iyer Trio

Wyłączyłem dziennikarza w połowie pierwszego utworu. Będzie więc krótko, ale przynajmniej oszczędzę wam kilku wyświechtanych „naj-”.

Vijay Iyer dwukrotnie nazwał swojego bębniarza „the future of drumming”. 24-letni Marcus Gilmore częściej bywa przedstawiany jako wnuk Roya Haynesa. Wkrótce będzie to zbędne, a za kilkanaście lat sytuacja może się nawet odwrócić. Tę „przyszłość bębnienia” rozumiem w tym, że Gilmore nie tyle bębni, co raczej rozpościera pałeczkami pewną płaszczyznę rytmiczną, w której pozostali mogą się ze swobodą poruszać. Jego solo inteligencją przekroczyło moje pojmowanie.

U kontrabasisty Stephan Crumpa ujęło mnie to, że ani przez sekundę nie popadł w rutynę „sekcji rytmicznej”, czyli odruchowego ósemkowego przygrywania. W tym trio nikt nikomu nie przygrywa. Każdy, w każdym momencie, tworzy. Czy raczej tworzą, bo tak uważnego, mądrego dialogu instrumentów jeszcze na żywo nie uświadczyłem.

A sam Vijay Iyer? Skromna doskonałość. Myślałem, że wszystkie koncertowe emocje mam już za sobą, ale nie. Jak dotąd nie odczuwałem zaszczytu.

(King) Crimson Garden

Adrian Belew się nie pojawił, reszta była: Pat Mastelotto i Trey Gunn (w duecie), Tony Levin i Michael Bernier (w trio z Mastelotto jako Stick Man), a na koniec wyszli wszyscy czterej. W międzyczasie publiczność wyczekująca Iyera ewakuowała się (patrz nawiasy). Fani urządzili za to pod sceną headbanging.

Pierwszy duet (głośny) był popisem precyzji i brzmienia, o którym marzą kapele metalowe. Gunn na swoim monstrualnym gitaro-sticku robił za basistę i dwóch gitarzystów. Gorzej, że okazali się niewolnikami klików, do których grali. A puszczanie najlepszych nawet sampli na koncercie to jednak kicha – tym bardziej, że akurat Mastelotto cyfrowego wsparcia nie potrzebuje. „21st Century Schizoid Man” w wykonaniu ludzi, którzy dołączyli do King Crimson w 1994 roku, to niedorzeczność, ale i tak wzbudziło entuzjazm. Mój także – wreszcie zagrali dobrą kompozycję.

Przeciętny songwriting to także problem Stick Man (bardzo głośni). Dwóch panów ze stickami i najlepszy perkusista rockowy za perkusją musiało oznaczać czystą matematykę. Znów dobrze słuchało się King Crimson, tym razem „Red”, więc wskaźnik nadużycia w przypadku Levina spada z 25 lat do połowy dekady. Strawiński był kontrowersyjny – czasem błyskotliwy, czasem pachniał metalowymi wykonaniami „W grocie Króla Gór” – ale przynajmniej ciekawy. Podobnie jak muzyczne macierze konstruowane przez duo Levin/Bernier (gdy nie popisywali się przesterem).

Na bis uwolnili się od laptopa, a Mastelotto zauważył słowo czterokrotnie powtórzone za jego plecami. I wówczas spytałem prawie na głos: czy nie mogliście tak od razu? Bo ogólna konstatacja jest taka, że gdy kapitan Fripp jest już w innym świecie, jego wychowankowie wciąż nie są w stanie uwolnić się od estetyki „Thrak”.

Społem na koniec wykonali „Thela Hun Ginjeet” (bardzo, bardzo głośno) i pod sceną działy się rzeczy, jakie w Sali Kongresowej oglądałem ostatnio podczas występu Youssou N’Doura. W odpowiedzi Tony Levin skoncentrował się na robieniu zdjęć. całe szczęście, że na sticku da się grać jedną ręką. Fotek napstrykał dwa tuziny i pewnie wkrótce wrzuci je na bloga.

À propos zdjęć, regularnie widuję Piotrka Lewandowskiego, co oznacza, że foty z WSJD będą się pojawiać na stronach Popupmusic.pl (czarna ramka na dole).

WSJD – day drugi: Pat Metheny Group

02.07.2010 | 5 odpowiedzi


Perkusja tańczy (Antonio Sanchez solo) – 6%

Kontrabas śpiewa (Steve Rodby solo) – 3%

Przywiozłem ze sobą „Pikasso” – 7%

Wybitni instrumentaliści rozumieją muzykę i potrafią się nią bawić – 9%

Fortepian bez keyboardu (Lyle Mays solo) – 5%

Przetańcz ze mną ten bal – 27%

Czyli znacie ten kawałek? – 13%

A „This is not America”? Jej! – 6%

Poruszam palcami szybciej, niż ty – 9%

Podciągam struny wyżej, niż ty – 8%

A moja gitara zaczyna się od dwunastego progu – 7%

Za: 25%, przeciw: 70%, niezdecydowane – 5%

Frekwencja pięciokrotnie wyższa niż wczoraj. Przed występem toczyły się rozmowy. Dzięki temu dowiedziałem się, że Vijay Iyer jest Turkiem, perkusista Sandersa (ten od marszu triumfalnego) jest geniuszem, a Portico Quartet to czterech pozerów, którzy przez cały koncert popisywali się.

Warsaw Summer Jazz Days – day pierwszy

02.07.2010 | 9 odpowiedzi

Portico Quartet

To nie jest muzyka do słuchania na żywo. Wystarczyłoby trochę złamać materiał studyjny, opuścić od czasu do czasu parzyste metrum. „Line” to piękny kawałek, ale po kilku przesłuchaniach nie ma już tajemnic, a sucha precyzja to za mało. Albo zatrudnić hang drum do czegoś więcej niż tylko przygrywanie solówkom saksofonu – traktowanych zresztą w bardzo rockowy sposób. Elektronika wypuszczana jednym przyciskiem robi nastrój, ale tego akurat aż nadto. Koleś obok mnie, który w pierwszych minutach koncertu próbował przebić piętą podłogę, pod koniec półleżąc bawi się okularami. Jest przyjemnie.

W przerwie kupuję kawę – niepotrzebnie.

Po przerwie Mariusz Adamiak przeprasza publiczność za to, że zaprosił Pata Metheny’ego.

Mostly Other People Do the Killing

Krawaciarze w średnim wieku potrzebują dwóch taktów, by postawić na baczność salę uśpioną  przez młodzież w krótkich spodenkach. Koleś przede mną nie wytrzymuje i zaczyna bębnić na wyimaginowanej perkusji. Nie wytrzymuje też bęben basowy i Kevin Shea musi go dyskretnie łatać. Później będzie regularnie dokręcał talerze. Przestaję zwracać uwagę na metrum, bo trudno liczyć coś, czego nie ma. Shea to Zwierzak: taki sam temperament, ten sam chaos, nawet wyglądem i gestykulacją upodobnił się do perkusisty Muppetowego sekstetu. Peter Evans odkrywa dla mnie kilka nowych zastosowań trąbki.

Zgranie zespołu przy takiej rozsypce tematów jest wręcz kuriozalne. W każdym utworze upychają strzępy kilku kompozycji, mimo że przestrzeń dla rzeczy uprzednio skomponowanych jest ściśle reglamentowana. Cały występ to wyczekiwanie, co stanie się w następnej sekundzie – ani razu nie udaje mi się przewidzieć. Z dziesiątek wyimprowizowanych tematów, o których powtórzenie błagam w myślach – ani jednego nie powtarzają. To nie jest muzyka do słuchania z płyt – chyba że raz.

Pharoah Sanders Quartet

Czytać na głos, wystukując stopą szybkie 4/4:

Sztampa, sztampa, sztampa, sztampa | sztampa, sztampa, sztampa, sztampa | sztampa, sztampa, sztampa, sztampa | solo, solo, solo, solo (fortepian) | solo, solo, solo, solo (kontrabas) | solo**, solo, solo, solo (bębny) | sztampa*, sztampa, sztampa, sztampa | sztampa**, sztampa, sztampa, sztampa | sztampa**, sztampa, sztampa, sztampa | solo***, solo, solo, solo (fortepian) | solo, solo***, solo, solo (kontrabas) | sztampa, sztampa**, gdzie perkusja?  | sztampa sztampa sztampa sztampa | Sanders tańczy, Sanders śpiewa | mimo wieku robi zgięcia | sztampa, sztampa***, sztampa***, sztampa*** | sztampa, sztampa, sala śnięta | Sanders krzyczy, sala milczy | Sanders krzyczy, sala krzyczy | sztampa, krzyczy, sztampa, ziewa | sztampa*, sztampa**, sztampa***, sztampa*,**,*** | solo, solo, Sanders tańczy | solo, solo, Sanders tańczy | solo, solo, marsz triumfalny | sztampa, sztampa, sztampa, zwiałem | sztampa, sztampa, sztampa…

*William Henderson uśmiecha się do fortepianu mimo świadomości, że będzie grał przez najbliższe 30 minut  te same dwa akordy
**basista Nat Reeves patrzy w sufit
***perkusista Joe Farnsworth łypie na kogoś ładnego w pierwszym rzędzie

Fine.