RSS

Kumka Olik – Podobno nie ma już Francji

22.09.2010 | Skomentuj

Kumka Olik – Podobno nie ma już Francji (Universal)

 

Debiutancka „jedynka” przedstawiała ich jako jeden z najbardziej otwartych zespołów na polskiej scenie gitarowej. Ledwie rok później Kumka Olik walczy o złoto w tej samej kategorii. „Podobno nie ma już Francji” to festiwal inspiracji, odwołań i aluzji. Czasem tak dosłownych jak w „Zabierz mnie stąd” (The Smiths) czy „Indii” (Vampire Weekend). Kiedy indziej na tyle licznych, że trudno nadążyć (patrz: lawina pomysłów aranżacyjnych, które zmieścili w trzech minutach otwierającej album „Niedojrzałości”).

Mimo wyraźnego pościgu za gwiazdami nurtu indie (jak wieść niesie – umierającego) kwartet wciąż gra piosenki przejrzyste i przyjazne eterowi, a teksty nie przeszkadzają – i to jest komplement. Do ideału brakuje dwóch powiązanych ze sobą elementów: własnych pomysłów (zamiast pomysłu na lepienie pomysłów cudzych) oraz męskiej decyzji wokalisty co do tego, która z kilkunastu manier (to jest krzyku, falsetu, zachrypniętego stadionowego zaśpiewu, ogniskowej emfazy, zawodzenia à la gwiazdor przejścia podziemnego albo samotny introwertyk) jest jego prawdziwym głosem.

„Przekrój” 25/2010

 

 

Fine.

Lou Rhodes – One Good Thing

22.09.2010 | Skomentuj

Lou Rhodes – One Good Thing (Ninja Tune)

 

To będzie czarowny koncert – przesycony szlachetnym minimalizmem. I tylko Lou Rhodes podczas całego festiwalu Tauron Nowa Muzyka wysłuchamy w pozycji siedzącej (w katowickiej Akademii Muzycznej). Ale to, co w bezpośrednim spotkaniu z artystą staje się magią, w przestrzeni domowej oznacza niekiedy nudę. Trzecia solowa płyta byłej wokalistki Lamb to nietknięty studyjną manipulacją dialog głosu z gitarą akustyczną i ze smyczkami.

Na taki radykalizm można sobie pozwolić, gdy rekompensuje się go mocnymi kompozycjami. A inspiracji Nickiem Drakiem Rhodes wystarczyło tylko na brzmienie. Wśród piosenek przypominających niedokończone szkice wyróżnia się jedynie tytułowe i jakże trafnie nazwane „One Good Thing”.

„Przekrój” 34/2010

 

 

Fine.

Japonia: Milczenie w wielkim metrze

22.09.2010 | Skomentuj

Najlepsze sushi podaje się na targu rybnym Tsukiji, średniowieczne świątynie to centra nieziemskiego spokoju, a bogate dzielnice Tokio ośrodkami zgoła przyziemnych rozrywek – to wiemy. Najciekawsze jednak w Japonii są proste dziwy.

Dwa lata nauki języka japońskiego w sam raz wystarczą, by przedstawić się, spytać o drogę i zamówić posiłek. To i tak nieźle w porównaniu z lingwistycznymi zdolnościami tubylców. Językowe braki Japończycy nadrabiają niespotykaną nigdzie indziej uprzejmością. Siwiuteńkie aptekarki, które wyskakują zza lady, by zaprowadzić turystę na dworzec. Policjant wykonujący szereg telefonów, ponieważ obcokrajowiec nieopacznie spytał go o rozgrywki sumo w okolicy. Konduktor, który zdejmuje śnieżnobiałe rękawiczki, by na własnej dłoni wytatuować długopisem rozpiskę pociągów odjeżdżających na lotnisko (wraz z ich nazwami i numerami peronów). A następnie kłania się w pas, by podziękować, że mógł pomóc.

Ćwiczenia terenowe

(Nad)opiekuńczość ta jest cechą nieocenioną, jako że Tokio zbudowano na wzór labiryntu. Jego kręte, często ślepe uliczki miały utrudniać życie potencjalnym najeźdźcom i wciąż spełniają tę rolę w stosunku do turystów. Co gorsza, Japończycy nie nadają nazw ulicom (tego zaszczytu dostąpiły tylko największe arterie), a każda z rozrzuconych po mieście mapek orientowana jest według innego kompasu. To wszystko sprawia, że samo już poruszanie się po tamtejszych miastach jest wyzwaniem. A po kilku dniach ćwiczeń – frajdą.

Tokijskie metro zaproponuje wam do wyboru kilkanaście linii, które na mapie przypominają kłębek splątanych nici. Mimo pozornego bałaganu i bariery językowej łatwiej się tam odnaleźć, niż w metrze warszawskim. Każda linia ma swój kolor, a każda stacja własny numer, nie trzeba więc znać ani jednego japońskiego znaku. Musicie za to wiedzieć, że odebranie telefonu w metrze, pociągu czy autobusie to faux pas porównywalne tylko z pogawędką w filharmonii. Środki transportu obklejono rysunkami komórek opieczętowanych groźnym „OFF” i nie jest to bynajmniej przepis martwy. Przyuważyłem tylko jedną nastolatkę, która odważyła się go złamać: wciśnięta w kąt wagonu, zasłaniała usta dłonią i szepcząc do słuchawki rzucała w kierunku pasażerów nerwowe spojrzenia.

Nie patrz w toń

Elektronicznie sterowane spryskiwacze, podgrzewane siedzenie, regulacja nawiewu – to nie specyfikacja samochodu, lecz wyposażenie przeciętnej japońskiej toalety. Tamtejsze sedesy to cuda techniki. Przywitają was muzyką, a po wszystkim umyją i wysuszą. Wchodząc do ubikacji, musicie jednak pamiętać o dwóch rzeczach: czerwony przycisk ze znakiem złożonym z dwóch pionowych i dwóch poziomych kresek to odpowiednik naszego „Stop”, a bogate funkcje toalety należy testować tylko na siedząco. Zbyt często widzi się Europejczyków, którzy opuszczają WC przemoczeni od stóp do głów.

Kraj Kwitnącej Wiśni mógłby się nazywać Krajem Lśniącej Czystości. W Japonii mieszka więcej psów niż dzieci do szesnastego roku życia, ale jeśli odruchowo pomyśleliście o zanieczyszczonych trawnikach, to koniecznie odwiedźcie ten kraj. I nie chodzi o to, że Japończycy zwykli wyprowadzać swoje czworonogi w wózkach – może z braku własnych potomków, bo małżeństwo z jednym dzieckiem to już duża rodzina. Psia moda to temat na oddzielny artykuł, podobnie jak młodzieżowa. Nastolatki nudę szkolnych mundurków odreagowują w weekendy, stylizując się na postacie z telewizyjnych kreskówek.

Sushi kusi

Powszechna opinia o japońskiej drożyźnie jest mitem. Całodzienna wycieczka z Tokio do oddalonego 140 km górskiego Nikko – wliczając transport na miejscu i wejściówki do średniowiecznych świątyń buddyjskich i shintoistycznych – będzie was kosztować tyle, ile przejazd klimatyzowanym pociągiem z Krakowa do Warszawy. W jedną stronę. A jedzenie? Dobre sushi jest dwu-, trzykrotnie tańsze niż w Polsce, a paczkowane kosztuje grosze. Nie musicie odżywiać się przez cały urlop surowymi rybami. Wystarczy omijać z daleka knajpy włoskie czy francuskie. Ale skoro Europejczycy przelatują nad całą Azją, by na drugim krańcu świata posilać się pizzą, to przekonanie o drogiej Japonii nie dziwi.

Tysiąc jenów to około 360 zł i przynajmniej tyle trzeba mieć w gotówce, bo tylko większe restauracje i markety akceptują karty płatnicze. Pieniądze możecie wyjmować z bankomatów w urzędach pocztowych oraz kilkunastu tysiącach całodobowych marketów sieci 7-Eleven. Czy ja już mówiłem, że powrotny bilet lotniczy do Japonii można kupić za mniej niż 2000 zł?

„Przekrój”, lipiec 2010

Fine.

Utracone połączenie, honor i królestwo

21.09.2010 | 5 odpowiedzi

Marconi Union – A Lost Connection (Just Music)

Wpuszczony do sieci dwa lata temu, dopiero teraz fizycznie ukazuje się album, którym gotów jestem zasłonić okładkę „From Here We Go Sublime” The Field – wieńczącą dotąd moją półkę z muzyką jednoznacznie rytmiczną i lubiącą noc (patrz poprzedni wpis). To w ramach osobistej klasyfikacji.

Inni brytyjski duet Marconi Union (Richard Talbot & James Crossley) porównują raczej do klimatycznego IDM czy nawet melodyjnego post-rocka niż do techno. To ze względu na ich upodobanie w klimatach filmowo-ambientowych i delikatny charakter przy całej symetrii stopki, chowającej się zresztą wraz ze wzrostem indeksu.

Kanapkowa konstrukcja, przewidywalność i jawne MIDI to jasna deklaracja, że Marconi Union gotowi są sprzedać ambicje dla ambientu. A z zachwytów znawców zrezygnować na rzecz uznania ze strony czytających przy muzyce – chociaż wejście „refrenu” w „Endless Winter” każdorazowo odrywa mnie od wykonywanych akurat czynności (3:59, choć przewijać bez sensu). Podobno to album o chwilach, w których „słyszymy dotąd niesłyszane i widzimy niewidziane”. Przesada, ale wielu takim momentom płyta będzie pewnie w całej swej dyskrecji towarzyszyć.

Underworld – Barking (Cooking Vinyl)

Porażki się wybacza, dobrowolnego oddania pola – nie. „Barking” to najbardziej tandetna odmiana muzyki osadzonej w techno, jaką jestem w stanie sobie wyobrazić. Bez Darrena Emersona Underworld pogrąża się w składankowej łupance upstrzonej melodyjkami ciosanymi na plastikowym keyboardzie (metafora) i jest to przykre.

Co gorsza, najwyraźniej świadomie podłączają się pod boom na Pendulum. Bo że potrafią inaczej, pokazuje zerkający w stronę Aphex Twina „Hamburg Hotel”. I przez kontrast dodatkowo jeszcze pogrąża resztę płyty. Za to już nawiązania do „Blade Runnera” w „Grace” to raczej zżynka niż inspiracja. Poprzednie „Oblivion with Bells” poszło w niepamięć po kilku tygodniach. O „Barking” z premedytacją zapomnę po tej kropce: .

Shed – The Traveller (Ostgut Ton)

Ich po debiucie okrzyknięto wybawcami indie. Jemu analogiczny tytuł przyznała brać techno*. Oni z zużytej formuły wycisnęli świeży sok. On odnowił gatunek bez rozcieńczania go innymi. Oni uczyniwszy dobrze i wygrawszy sławę, postanowili dalej robić to samo. On rzucił klub i wystrzelił w minimalowo-ambientowo-dubstepowy międzyświat.

Szkoda, że Rene Pawlowitz nie przewodzi Arcade Fire.

*Czego absolutnie się nie spodziewałem, chwaląc go w jednym z pierwszych wpisów na tym blogu.

Fine.

Cztery pory dnia

18.09.2010 | 11 odpowiedzi

Pory roku swoją drogą, ale trudno nie zauważyć pewnych regularności dobowych:

• Ranek: rytmicznie, melodyjnie i durowo – piosenki, słoneczne world i takiż hip-hop

Sufjan Stevens i Laura Marling, Beach Boysi i Beatlesi, koncertowy Peter Gabriel i Kate Bush, Sara Tavares i Hanggai, K’Naan i Speech Debelle

Popołudnie: jazz, klasyka, rock czegoś poszukujący, soul & funk & R & B

Coltrane i Saint-Saëns, Vijay i Talk Talk, Marvin i Janelle, Porcupine Tree i Radiohead, Grizzly Bear i Wilco

Wieczór: dubstepy i ambienty, neoklasyka i minimaliści, muzyka dawna i współczesne chóralności, smęty wokalne i jazzowe, rock podniosły

David Lang i Jordi Savall, Steve Reich i Eluvium, Burial i Eno, E.S.T. i King Crimson, 4AD i David Sylvian, Nick Drake i J. Tillman

Noc: pomroczności elektroniczne zbite(m) ze wskazaniem na minimal techno i krewnych

The Field i Shed, Actress i Clark, Murcof i Autechre

Fine.

8:1 dla harfistek

16.09.2010 | 2 odpowiedzi

Fortepian i osiem harf – na sam widok wyszczerzyłem zęby. Sama myśl o tym widoku cieszyła na tydzień przed koncertem. A tymczasem nie(d)oceniony Paweł Szymański na dziesiątych urodzinach Instytutu Adama Mickiewicza jedną trzecią publiczności zmęczył, drugą trzecią znudził, a reszta kaszlała.

Trzeba mieć odwagę. Po typowej dla siebie fortepianowej dekonstrukcji na wstępie – przynajmniej jakoś widowiskowej – serce skomponowanego na tę okazję a piú corde Szymański oddał w zgrabne dłonie półkoliście rozstawionych harfistek, których przebudzenia wszyscy jawnie oczekiwali. Tyle że najsłodszym z instrumentów Szymański powierzył prosty, kilkupiętrowy kanon bez motywu przewodniego. Fortepian tylko symbolicznie punktował pojedyncze dźwięki w unisono z którąś z harf, doznania harmoniczne były równie ascetyczne.

Kogo nie zwykło fascynować brzmienie (na niepopularnym czole balkonu w Filharmonii Narodowej było bardzo trójwymiarowe), manipulacje rytmiczne i synchronizacja (dyrygenta zastępowały ekrany – partyturę przewijającą się na laptopie Macieja Grzybowskiego mogłem nawet podglądać, co psuło nieco niespodzianki), temu wieczór musiał upłynąć largo i grave. A na koniec czysty sadyzm: dziewczyny przerzuciły się na harfy mniejszych rozmiarów (harfy celtyckie?) absolutnie nie zestrojone z fortepianem – ze sobą wzajemnie chyba też nie. Po ćwierćtonach były ćwierćbrawa, kompozytor wyszedł na scenę, sala siedziała.

Jeśli czujesz się zachęcony, w sobotę wybierz się do Centrum Kultury „Koneser”, gdzie za powtórkę zapłacisz zupełnie przyzwoite 30 zł. Publiczność będzie bardziej uświadomiona i podobno w otoczeniu harfistek rozstawionych wzdłuż ścian. 8.1 surround w wersji live.

Fine.

Pavement – Quarantine the Past

16.09.2010 | Skomentuj

Pavement – Quarantine the Past (Matador)

 

Antyprzeboje Pavement na 20. urodziny, 10. rocznicę śmierci i początek drugiego życia grupy

Pavement rozpadli się w 1999 roku, w najgorszym możliwym momencie. W ciągu roku świat opanowała gitarowa rewolucja, a wkrótce potem moda na indie, której podwaliny Kalifornijczycy kładli przez 10 lat mozolnej pracy. Z kolei powrót z rockowych zaświatów zorganizowali za późno. Zbiorowy gust zdążył skręcić ku gatunkowemu eklektyzmowi i nawet rockmanów obowiązuje obycie z samplerem. W tym kontekście homogeniczny dorobek Pavement brzmi surowo jak nigdy przedtem. I jakże autentycznie.

Trasie grupy, która właśnie dociera do Gdyni, towarzyszy dwupłytowa kompilacja „Quarantine the Past”. Największe przeboje? Naturalnie są, na czele z „Gold Soundz” i „Here”, ale poprzedza je garść białych kruków – rozkosz dla fanów, męka dla pozerów, chwila prawdy dla niezdecydowanych. Ci pierwsi, dobijający powoli do trzydziestki, przypomną sobie kompozytorski talent Stephena Malkmusa. Z kolei aspirującym hipsterom, których horyzont muzyczny sięga początku milenium, album pozwoli oswoić się z ulubionym zespołem ich ulubionej grupy. Od początku spodziewaliście się tej puenty – Pavement jednak wiedzieli, kiedy zniknąć i kiedy powrócić.

„Przekrój”

 

 

Fine.

Shining – Blackjazz

16.09.2010 | Skomentuj

Shining – Blackjazz (Indie)

 

Z muzyką poważną metal sympatyzuje od swego poczęcia. Z jazzem tylko sporadycznie i nieśmiało. Na tę prawidłowość nie raczy baczyć norweskie Shining. Personalnie zakorzeniony w Jaga Jazzist i – w co aż trudno uwierzyć – niegdyś akustyczny kwartet na swojej piątej płycie zestawia metal i jazz w najbardziej skrajnych ich postaciach – odpowiednio „black” oraz „free”.

Ten egzotyczny amalgamat muzycy uzupełnili o industrialny hałas, przerysowany do granic wiarygodności wokal oraz własną wersję „21st Century Schizoid Man” King Crimson z udziałem lidera Enslaved. Jeśli zamierzali osiągnąć nowe ekstremum, winszujemy. Już w pojedynkę każdy gatunek bazowy wymaga nie byle hartu. Scalone w jednolitą magmę zdumieją amatorów form najbardziej radykalnych.

„Przekrój” 31/2010

 

 

Fine.

Godspeed You!

16.09.2010 | 4 odpowiedzi

„A którą kapelę najbardziej chciałeś zobaczyć na żywo, ale spóźniłeś się i już nie zobaczysz?”

Godspeed You! Black Emperor
22 stycznia 2011, Eskulap, Poznań

Fine.

Oval – O

15.09.2010 | 3 odpowiedzi

Oval – O (Thrill Jockey)

Owalu kształt przybrały usta me. Przy „Systemish” i „94 Diskont” wiedziałem chociaż, skąd Oval się wziął i jaki azymut obrał. A spotkanie z „O” i EP-ką „Oh” to jedno wielkie przesuwanie horyzontu muzycznego – podobną zasługę mogę w tym roku przypisać chyba tylko „Cosmogrammie”.

Po dziewięcioletnim urlopie niełatwo znów Markusa Poppa polubić. Albo można polubić, ale wnet się tą płytą zmęczyć. „O” to niemal dwie godziny radykalnie jednorodnej muzyki. Aż 50 z 70 utworów nie tylko wolno, ale wręcz należy określić mianem „ścieżek”. Trzeba jednak Niemcowi przyznać, że wynalazł nowe i siebie też wymyślił na nowo. Fajne, niefajne – nowe. A co najlepsze, niegdysiejszy futurysta dokonał tego przy użyciu skromnych, staroświeckich środków: bębny (millenia), gitara (wieki), kopiuj, wklej (dekady!).

Opisy przyrody sobie daruję. Lepiej od razu posłuchać „Ah!”. Z czasem regularności nikną.

Fine.