Islandia rozpakowana

Na czym polega fenomen islandzkiej muzyki, którą zna cały świat? Być może na tym, że artyści z małej wyspy potrafią przeciwności przekuwać w atuty. Tu nawet kryzys jest twórczy

– To najlepsze, co mogło się przydarzyć temu krajowi. Kryzys pobudził eksport. Muzycy funkcjonują teraz jak rybacy – przez kilka miesięcy koncertują za granicą, wracają na kilka dni, a potem znów znikają. I tak to właśnie powinno wyglądać. Islandia jest bazą wypadową, a nie miejscem, w którym spędza się całe życie. Jest niczym port w czasie sztormu – mówi „Przekrojowi” Ben Frost, znakomity australijski eksperymentator. A raczej islandzki.

Frost pierwszy raz zobaczył Reykjavík w 2002 roku, gdy odwiedzał przyjaciela Valgeira Sigurðssona. Do Australii po tej wizycie wrócił jedynie po to, by spakować manatki. Na początku 2005 roku na dobre przeprowadził się do islandzkiej stolicy, gdzie prowadzi studio muzyczne. Uważa się za tubylca.

Frost nie spotyka wielu muzycznych imigrantów. I nic dziwnego, bo jeśli przy całym uzależnieniu od towarów sprowadzanych z zagranicy Islandia czegoś importować nie potrzebuje, to oprócz lodu są to właśnie muzycy. W samym Reykjavíku działa kilkaset zespołów, a solistów nawet nie próbujmy liczyć. Na czym polega fenomen tej północnej wyspy? To pytanie zadajemy od czasu, gdy Björk zwróciła naszą uwagę na tamtą część świata. Jak więc brzmi odpowiedź? Islandczycy nauczyli się przekuwać przeciwności losu w atuty.

I jak izolacja

– Islandia jest wciśnięta między Amerykę a Europę, dlatego docierają do nas inspiracje z obu kontynentów. Ale tylko pośrednio. Jesteśmy wyspą, więc zagranicznym kapelom trudno przyjechać tu na koncert. Dlatego mamy czas, by zajmować się własną muzyką. Zresztą nietrudno tutaj o skupienie, bo z wyjątkiem weekendów w Reykjavíku nie ma absolutnie nic ciekawego do roboty – wyjaśnia nam Barði Jóhannsson, założyciel zespołu Bang Gang i gwiazda miejscowej telewizji. Muzyką zajmuje się od 10 lat. Jak twierdzi, zawdzięcza to właśnie islandzkiej nudzie.

– Do tego dochodzi nieprzyjazny klimat, który zmusza ludzi do szukania rozrywek. W Islandii absorbuje się nieporównywalnie więcej muzyki, literatury i sztuki niż w krajach, w których sporą część dnia spędza się na powietrzu – dodaje Ben Frost. Wystarczy rzucić okiem na islandzkie progi przyznawania statusu złotej i platynowej płyty: to odpowiednio 5 i 10 tysięcy sprzedanych egzemplarzy. W Polsce od rodzimych wykonawców wymaga się trzykrotnie wyższej sprzedaży. Ale Polaków jest 121 razy więcej niż Islandczyków.

S jak szkoła

Na sprzyjającą działaniom twórczym scenerię Islandii nakłada się znakomity system tamtejszej edukacji muzycznej, dzięki któremu każde dziecko uczy się gry na jakimś instrumencie. Wśród nastolatków aktywne zajmowanie się muzyką to oprócz sportu najpopularniejszy sposób spędzania wolnego czasu. Powszechna jest tradycja wspólnego śpiewania i nawet tożsamość narodowa wyraża się poprzez pieśni oraz piosenki.

W rezultacie dla wielu młodych Islandczyków wybór muzyki jako drogi życiowej jest niejako naturalny. A na pewno nie nosi znamion bohaterstwa, z którym kojarzy się nad Wisłą. Bywa nawet kwestią przypadku. – W pewnym momencie mojego życia stanąłem na rozdrożu. Chciałem być jednocześnie projektantem mody i muzykiem. Mój debiutancki album ukazał się wcześniej niż pierwsze ciuchy, więc ostatecznie stanęło na muzyce – śmieje się Barði (w Islandii nazwiska bywają skomplikowane, więc wszyscy posługują się tam imionami. My też będziemy).

– Ja byłem piekielnie dobrym piłkarzem i mogłem kontynuować karierę w tym kierunku. Jednak w 16. urodziny uświadomiłem sobie, że wolę grać na pianinie niż na boisku. Wcześniej w ogóle nie myślałem o komponowaniu, a co dopiero o fachu dyrygenta – wspomina Daníel Bjarnason, jeden z ciekawszych islandzkich kompozytorów młodego pokolenia. Przed paroma miesiącami na świecie ukazał się jego album „Processions”, na którym tradycję romantycznego koncertu fortepianowego połączył z muzyką współczesną. Według artysty to wczesne obycie Islandczyków z klasycznym instrumentarium sprawia, że nawet twórcy zajmujący się muzyką niefilharmoniczną chętnie sięgają po smyczki, dęciaki czy akordeon.

L jak lokalność

– Islandczycy są otwarci na zagraniczną muzykę, ale niespecjalnie się nią przejmują. Zawsze jako ostatni dowiadujemy się o gwiazdach sezonu. Nowości poznaję dzięki przyjaciołom z zagranicy, bo tutejsze sklepy płytowe i radio koncentrują się tylko na lokalnych wykonawcach – tłumaczy Ben. – Wszystko tutaj jest małe, więc nowi muzycy szybko zwracają na siebie uwagę. Mamy kilka świetnych festiwali i łatwo pokazać się ludziom. A na początku to jest najtrudniejsze: zostać usłyszanym – dodaje Hildur Ársælsdóttir. Na co dzień gra w kwartecie Amiina: pierwotnie smyczkowym, ale dziś czwórkę dziewcząt równie często widzi się z harfami albo… laptopami.

Najcenniejszym owocem islandzkiej lokalności jest jednak atmosfera panująca w środowisku muzycznym. Zdanie „jesteśmy jak wielka rodzina” słyszałem dziesiątki razy. – W wielu krajach miewałem wrażenie, że zespoły konkurują ze sobą. U nas do niczego takiego nie doszło – zapewnia Örvar Smárason z grupy múm, która będzie gospodarzem inaugurującego festiwal Sacrum Profanum koncertu múm & friends. – Islandia jest zbyt mała, by mieć tutaj wrogów. Tylko przyjazne nastawienie umożliwia funkcjonowanie w tak niewielkim społeczeństwie – dorzuca Ben.

Pozostańmy przy múm: większość muzyków związanych z tą formacją występowała także w zespole Benni Hemm Hemm, a Örvar podrzucał im słowa piosenek. Podobnego wsparcia udzielał grupom Borko i Hjaltalín. Wokalista tej drugiej był członkiem koncertowego składu múm i wspierał ich w studiu. W podzięce múm sprezentował Hjaltalín gotowy utwór. – Właśnie tak to u nas funkcjonuje – śmieje się Örvar. – Wszyscy słuchają wszystkich, każdy każdemu pomaga.

A jak ambiwalencja

Personalny galimatias częściowo wyjaśnia również zagadkę muzycznej różnorodności Islandii. Bo liczba tamtejszych muzyków, którym udało się zrobić międzynarodową karierę, to jedno. Bardziej zadziwia ich wszechstronność stylistyczna. Jaką muzykę gra múm: elektroniczną czy akustyczną? Björk jest gwiazdą popu czy bezkompromisową eksperymentatorką? Czy Jóhann Jóhannsson to klasyczny kompozytor, czy sprawny laptopowiec? Jak się okazuje, oprócz tego, z kim się gra, równie ważne jest, dla kogo się to robi. – Identyfikowanie się z jednym rodzajem muzyki byłoby głupotą. Nie starczyłoby ci fanów. Grając w kapeli blackmetalowej, znalazłbyś może trzech słuchaczy. Musisz dotrzeć do znacznie szerszego grona odbiorców – tłumaczy Ben.

To poniekąd odwrócenie sytuacji znanej z Europy czy ze Stanów Zjednoczonych, gdzie stylistyczna ambiwalencja jest największą przeszkodą na drodze do komercyjnego sukcesu. – W Islandii nikomu nie przychodzi do głowy, by rozróżniać zespoły według gatunków – mówi Örvar. – Múm na początku grał bardziej syntetycznie. Teraz częściej korzystamy z instrumentów tradycyjnych. I nikt się tym nie przejmuje, nie musimy być „grupą elektroniczną”.

N jak na eksport

„Komercyjny sukces” to dla większości islandzkich wykonawców pojęcie abstrakcyjne. Bo czy kraj liczący 300 tysięcy mieszkańców mógłby utrzymać gwardię muzyków godną niejednego mocarstwa? – Islandia jest małym rynkiem, więc odpowiedź brzmi „nie” – przyznaje Daníel. Gaże z koncertów nie pokrywają nawet kosztów wynajmu sali prób i zakupu instrumentów, dlatego wielu muzyków zarabia na życie w normalnej pracy. – Parę mainstreamowych kapel gra co weekend na dansingach i oni robią kasę, ale niekoniecznie wykonując własną muzykę – mówi Hildur. – Większość islandzkiej muzyki powstaje bez motywacji zarobkowej. Rynek jest tak wątły, że nikt nie myśli o podlizywaniu się publiczności. Tworzymy dla frajdy – dodaje. A czy tego ogromu muzyki jest komu słuchać? – Też nie – śmieje się Bardi. – I dlatego tak bardzo lubimy ją eksportować. Aby mieć publiczność.

Islandczycy mają szczęście, bo odkąd Sugarcubes i Björk zrobiły światową karierę, zainteresowanie artystycznymi wytworami tego kraju nie słabnie. Björk, a później Sigur Rós uświadomili też pobratymcom, że i bez MTV są w stanie zaistnieć na świecie. Dzisiaj niektórzy Islandczycy nawet nie oglądają się na rynek wewnętrzny i z założenia tworzą na eksport. Do niedawna oddalenie sprawiało jednak, że międzynarodową karierę rozpoczynali oni jako dojrzali twórcy. Björk, Sigur Rós czy Emilíana Torrini debiutowali na świecie dopiero swoją drugą–trzecią płytą po latach koncertowania w kraju.

D jak diametralna odnowa

Proeksportową naturę islandzkich twórców od niedawna wspierają linie lotnicze Icelandair wespół ze stołecznym ratuszem, zwracając artystom koszty zagranicznych przelotów. – To bardzo, bardzo pomocne. My nie możemy spakować sprzętu do busa i ruszyć w drogę ot tak. Wszędzie musimy latać, a to jest piekielnie drogie – mówi Hildur. – Rząd trochę pomaga, ale brakuje czegoś na wzór szwedzkiego systemu grantów. Szwedzkie władze doceniły już wartość muzyki, nasze dopiero zaczynają w ten sposób myśleć – dodaje Barði.

O pieniądze jest jeszcze trudniej, odkąd krach gospodarczy postawił Islandię na skraju bankructwa. Mimo to zamiast dramatycznych historii o głodujących artystach usłyszałem… jednogłośną pochwałę kryzysu. – Islandczycy zaczynali wierzyć we własny mit. W rzekomy cud ekonomiczny. By go nie przegapić, mieliśmy skupić się na robieniu kasy. Myśleli tak nie tylko pracownicy systemu bankowego, ale tego samego zdania była cała klasa średnia! – wyjaśnia Örvar. – Nawet artyści zaczynali to kupować. Kryzys zdążył w ostatnim momencie, jeszcze chwila i byłoby za późno. Teraz jesteśmy biedniejsi, ale szczęśliwsi. – Priorytety i wartości uległy zmianie – przytakuje Daníel. – A najbardziej przydało się to artystom. Bo skoro pieniędzy zwyczajnie nie ma, to jaki sens o nie zabiegać? Teraz wybieramy pewne zajęcia dla nich samych, dla ich istoty. Wszystko znów jest tym, czym jest naprawdę, a nie tym, w co je opakowano.

Kryzys odnowił moralnie społeczeństwo. Jednocześnie okazał się też wielkim sprzymierzeńcem w batalii o ochronę środowiska naturalnego kraju: fundusze potrzebne do sfinansowania wielkich projektów przemysłowych zwyczajnie wyparowały. – Przez ostatnie trzy lata wszystko stało w miejscu. Teraz plany industrializacji zaczynają odżywać, więc mamy tu niezłą jatkę. Protestom przewodzi oczywiście Björk – mówi Örvar. – Zamieniliśmy rząd prawicowy na lewicowy, lecz nic a nic się nie zmieniło. To było ogromne rozczarowanie. Dlatego do władzy w stolicy doszła partia komików Besti Flokkurinn. Wciąż niewiele o nich wiemy, ale przynajmniej pojmują, że wartością Islandii nie są huty aluminium – dodaje.

I jak izolacja. Znowu

Izolacja? Wzmaga zainteresowanie rodzimą muzyką i wprowadza rodzinną atmosferę. Mikroskopijny rynek? Przynajmniej zmusił ich do podboju świata. Kryzys? Dzięki niemu zmądrzeli. Tego niepoprawnego optymizmu było już dla mnie za wiele, ale w odwodzie trzymałem Eyjafjallajökull. Po jego erupcji w połowie kwietnia Islandczycy przez wiele tygodni żyli w cieniu pyłu wulkanicznego. – Drobiazg, garść odwołanych lotów i przerwanych tras koncertowych – zapewnia z uśmiechem Örvar. – To było nawet interesujące przeżycie.

A teraz posłuchaj.

„Przekrój” 36/2010




Dodaj komentarz