Marzec 2011

O kończeniu

CC:

Przyszedł mi do głowy temat (do rozwinięcia kiedyś na blogu albo w jakimś innym miejscu) pt. historia muzycznych rozczarowań. Bo oto zawsze (w ostatnim piętnastoleciu) gdy odkrywałem jakąś genialną płytę współcześnie funkcjonującego wykonawcy i miałem nadzieję, że oto znalazłem kogoś dla siebie, kogoś, kogo następne płyty będą mnie zachwycać tak samo,

– albo wykonawca zmieniał styl i nie trafiał już w taki sposób do mnie (Porcupine Tree, Radiohead, Sigur Rós, Newsom),
– albo odwrotnie, nagrywał kolejne, coraz bledsze kopie swojego arcydzieła (Mars Volta, Mogwai, do pewnego stopnia no-man i Silver Mt. Zion).

Więc zastanawiałem się, jaki zespół mnie ani razu nie rozczarował i w końcu znalazłem odpowiedź.

.
.
.
.
.
.
.
.

Landberk.

No tak, bo Landberk skończyli na swoim „Kid A”, na swoim „Ys”, na swoim „Signify”.

Natomiast inaczej niż Talk Talk skończyli nie z własnej woli (w sumie chyba nie wiadomo za bardzo, dlaczego skończyli) – i to jest najbardziej bolesne.

 

Fine.


Świetny muzyk = świetny rozmówca

To równanie sprawdza się baaardzo rzadko. Do listy wyjątków – są na niej Robert Wyatt, Vijay Iyer, Jordi Savall, Tomasz Stańko czy Paweł Romańczuk, nie ma Antony’ego – z ulgą dopisałem wczoraj Sufjana Stevensa.

Jeśli ktoś miał rozmowę ustawioną bezpośrednio po mnie, to przepraszam, z premedytacją ignorowałem zegar. Całość w druku pewnie za miesiąc. Najbardziej zaskoczył / ucieszył mnie stwierdzeniem, że muzyka nigdy przedtem nie dawała mu tyle radochy, co teraz. Może i dobrze złożyło się z tym pierwszym koncertem.

 

Fine.


O Porcys – Borys Dejnarowicz

Gdy rok temu Screenagers publikowało swoje podsumowanie dekady, naczelnego Kubę Ambrożewskiego podpytywałem o kulisy serwisu. W tym roku swoje dziesiąte urodziny świętuje Porcys. Z tej okazji jeszcze przed owianymi tajemnicą obchodami pomailowałem z Borysem Dejnarowiczem.

Żegnasz się z Porcysem? Nie brałeś udziału w podsumowaniu 2010 roku.
Ja tak stopniowo „odchodzę” od wielu lat, ale chyba nigdy nie odejdę na 100% – zawsze będę sercem z tą inicjatywą. Nadal chętnie służę pomocą kolegom i na pewno jeszcze nie raz wesprę ich przy większych zestawieniach czy artykułach. Ale mam coraz mniej czasu i zapału, żeby uczestniczyć w bieżących pracach serwisu. Od tego są młodsi redaktorzy. Taka jest naturalna kolej rzeczy.

Pamiętasz jeszcze, dlaczego zakładałeś serwis? To straciło aktualność?
Porcys zakładaliśmy z Michałem Zagrobą i Błażejem Mendalą właściwie z dwóch powodów. Po pierwsze, żeby promować niezależną scenę amerykańską, która w Polsce była wtedy mało nagłośniona. Po drugie, żeby wprowadzić coś ciekawego, innego, niepokornego do polskiego dziennikarstwa muzycznego. Dziś oba te powody są już nieaktualne, ale pojawił się trzeci – przez dziesięć lat wychowaliśmy grono stałych czytelników, którzy regularnie dają nam znać, że cenią sobie nasze rekomendacje, opinie i styl pisania. Więc właściwie dla nich dalej to robimy.

Porcys często utożsamiało się z Tobą. W sensie: dyktatura. Tak było?
Tak, a precyzyjnie – dyktatura Michała i moja. Od początku obaj widzieliśmy Porcys jako polski Pitchfork, a siebie w roli (wtedy) Ryana Schreibera – czyli autorzy niby mają prawo pisać, co chcą, ALE wcześniej tekst musi im być „przydzielony” tudzież ich propozycja tekstu musi być „zaakceptowana” przez nas. I nadal obowiązuje ta kontrola ocen i opinii sygnowanych nazwą serwisu. Na tym właśnie naszym zdaniem polega rola naczelnego (obecnie jest nim Wojtek Sawicki), żeby wyznaczał kierunek dla reszty ekipy. Musi być lider, władza centralna. Z biegiem lat prace serwisu stały się coraz bardziej „demokratyczne” i ja to popieram – dopóki Porcys nie zmieni się w platformę blogową, gdzie każdy pisze to, co chce. Musi być jakaś linia programowa, a przymiotnik „porcysowy” nie może oznaczać czegoś dowolnego. Porcys ma swoją tradycję gustów, systematyki i wyczucia. Dlatego przyjmujemy ludzi o podobnym przelocie, o takim wspólnym mianowniku – choć często pod pewnym względami są oni bardzo różni.

Miałeś momenty, kiedy chciałeś to wszystko rzucić w cholerę?
Rzucić w cholerę to nie – bardziej przekazać w dobre ręce, znaleźć odpowiednich kontynuatorów. Ale rzeczywiście parę razy Porcys schodził w moim życiu na daleki plan. Na przykład jesienią 2007 roku, kiedy w krótkim czasie przemeblowałem swoje życie i podjąłem pracę na stanowisku naczelnego magazynu „PULP”. Z tym, że po roku wróciłem do Porcys, bo jak mówiłem na wstępie – czuję się do serwisu zbyt przywiązany, żeby zupełnie się o niego nie troszczyć.

Ile osób liczy teraz redakcja? Bo chyba macie jakąś zmianę pokoleniową?
Takich regularnie aktywnych osób jest pewnie z 15. Kolejne 5-7 udziela się sporadycznie, gościnnie. Ta zmiana pokoleniowa odbywa się ciągle – nie robiliśmy ostatnio żadnej akcji werbowania nowych ochotników, to są płynne procesy.

Kogo czytasz najchętniej?
Niezręcznie mi odpowiadać na to pytanie, bo niektórych redaktorów znam od lat, innych dopiero kilka miesięcy, a z najnowszymi nabytkami jeszcze się nawet nie widziałem. Ale trudno – odpowiem subiektywnie. Moimi ulubionymi autorami w całej historii Porcys są Krzysztof Zakrocki, Mateusz Jędras i Michał Zagroba. Akurat ja znajduję największą radość w czytaniu właśnie ich tekstów. Są bliskie mojego ideału w kategorii „co można napisać o muzyce używając polskiego języka”. Ale podkreślam, że to nie jest żaden obiektywny werdykt. Poza tym każdy redaktor może napisać coś fantastycznego w każdej chwili – nazwiska nie grają, liczy się tylko to, co w tekście.

W ostatnim bodajże półroczu wróciły na Porcys „normalne” recenzje – po okresie, gdy dominowały kolektywne notki, których teraz jest mniej. Coś się stało?
Nie odnotowałem tej zmiany – nie prowadzę też żadnych statystyk. To chyba przypadek – uważam, że ten zwrot w stronę recenzji „4 x 4” był bardzo potrzebny i wniósł pewną nową jakość. I ten format na pewno nie zniknie.

Były w historii Porcys poważne debaty na temat przyszłości, które poważnie dzieliły redakcję?
Owszem, kilka razy. W historii każdego projektu, w którym na bieżąco bierze udział kilkanaście osób muszą być takie zakręty – to normalne. Z tym, że jak wspomniałem wcześniej – w sprawach ogólnych z technicznego punktu widzenia w Porcys nie jest możliwe „przegłosowanie” ciała, które żartobliwie nazywam „zarządem”. Taka już specyfika naszej struktury. Natomiast tenże zarząd bardzo chętnie i pilnie słucha rad/propozycji reszty redakcji i przyznam, że nierzadko „wdrożyliśmy” takie oddolne pomysły.

Są dyskusje dotyczące komercjalizacji? Bo z Google Ads i pojedynczych bannerów writerzy pewnie nic nie mają?
Moim skromnym zdaniem w Polsce nie jest możliwe zarabianie na portalu internetowym zajmującym się muzyką niezależną, ponieważ target muzyki niezależnej to w naszym kraju grupa zbyt wąska. Nikt z redakcji nigdy nie dostał ani złotówki za udział w Porcys, a ja osobiście dopłaciłem przez te 10 lat sporo z własnej kieszeni do funkcjonowania serwisu. I zresztą nie tylko ja.

Jak to jest z naborem? Ludzie często zgłaszają się do was drogą oficjalną  – przygotowują te dziesiątki dekad i „luźno skonstruowane teksty, napisane kreatywnie / z poczuciem humoru i swobodą” – czy raczej znajomy wciąga znajomego?
A to różnie bywa. Często dostajemy zgłoszenia od „obcych” ludzi, „z ulicy” i rzeczywiście, „raz na ruski rok” jakieś zgłoszenie jest na tyle dobre, że przyjmujemy delikwenta. Ale wielokrotnie zdarzało się, że namawialiśmy do współpracy znajomych znajomych. Przykład pierwszy z brzegu – w 2005 roku na festiwalu Era Nowe Horyzonty poznałem Łukasza Konatowicza. Zamieniłem z nim dosłownie kilka zdań. I kiedy wróciłem do domu, to nagle olśniło mnie – wow, musimy mieć tego gościa. Sam się do niego odezwałem i tak zaczął pisać dla Porcys. Dziś jest filarem serwisu i jedną z niewielu osób w Polsce, które jeśli coś polecają, to ja zawsze kliknę sprawdzić, bo wiem, że na 90% mi się spodoba.

A wasz stosunek do Screenagers? Obecnie wydajecie się jedną paczką, kiedyś czuło się konkurencję.
Już kiedyś gdzieś o tym pisałem, że są dwa serwisy Screenagers – które łączy wprawdzie nazwa, ale niewiele więcej. Pierwszy powstał niecałe dwa lata po Porcys i delikatnie mówiąc niespecjalnie mi leżał. Potem kluczowe asy tej inkarnacji wykruszyły się, a na ich miejsce przyszli inni gracze – bardziej otwarci kulturowo, zdolniejsi, po prostu błyskotliwsi. Serwis zachował nazwę, ale rozpoczęła się nowa era. To była przepaść. Screenagers krok po kroku eliminowali swoje wady, rozwijali zalety, powielali też pewne słuszne w moim odczuciu pomysły z Porcys (np. pisanie o singlach, poszerzanie stylistycznego spektrum o komercyjny pop i tak dalej).
„Paczka” to chyba przesada, ale fakt, że mniej więcej od 2007 roku nastąpiło „towarzyskie przemieszanie” między redakcjami Screenagers i Porcys. Te składy po prostu zbyt mało dzieli, żeby się nie znajomiły i nie darzyły sympatią. A co do rywalizacji, kompetycji, wyścigów… Jak byłem młodszy, to może i to rozpatrywałem w takich kategoriach. Ale im jestem starszy, tym te pojęcia coraz bardziej kojarzą mi się z niedojrzałą, nastoletnią burzą hormonów. I raczej zostawiłbym takie emocje licealistom bądź studentom.

Jak patrzyło Ci się na karierę „doznawania”? Pamiętasz felieton Bartka Chacińskiego w „Przekroju” z końca 2005 roku?
Był dawno temu taki artykuł, racja. Ale ja muszę oficjalnie uściślić, że nie jestem odpowiedzialny za powstanie słowa „doznać”. Wprowadził je w obieg były recenzent Porcys i nasz serdeczny kolega Paweł Greczyn. Ja miałem jedynie udział w rozpropagowaniu tego slangowego określenia. To słowo (w tym znaczeniu oczywiście) musiał ktoś wymyślić, aż się o to prosiło. I nie wyobrażam sobie bez niego opisu swojej rzeczywistości ubiegłej dekady. Natomiast ja z kolei wymyśliłem termin „niezal”, jako polskie tłumaczenie „indie”. I kiedy widzę, że ten wyraz robi zawrotną karierę – jest często używany w artykułach muzycznych, z hermetycznego żargonu przepoczwarzył się w prawie oficjalny rzeczownik/przymiotnik, od niedawna funkcjonuje nawet serwis newsowy z tym słówkiem w nazwie – to z jednej strony mam ubaw, a z drugiej jest mi bardzo mi miło. Kto wie, może za parę lat „niezal” trafi do Słownika Języka Polskiego?

Twoja ulubiona płyta wszech czasów, gdy zakładałeś serwis? A obecnie?
Wtedy „Kid A”, a „Loveless” bylo w top 5. Teraz „Loveless”, a „Kid A” jest w top 5. Ale bardziej miarodajnie ewolucję moich gustów obrazuje fakt, że na pytanie „Olivia Tremor Control czy Olivia Newton-John?” w 2001 odpowiedziałbym „to pierwsze”, a dziś – „to drugie”.

Dotknijmy tajemnicy: kim jest Błażej Mendala i skąd wzięła się nazwa Porcys?
Błażej Mendala to wydawca, webmaster i prawny właściciel (a na początku działalności serwisu redaktor naczelny) Porcys. Nazwę „Porcys” wymyślił właśnie Błażej i zawsze utrzymywał, że to słowo nie oznacza nic – po prostu ciekawie brzmi. Ja jestem tak przywiązany do słowa „Porcys”, że nigdy nie zastanawiam się co ono oznacza – i czy w ogóle coś. Albo skąd się wzięło. Porcys to Porcys – nasz serwis. I tyle.

Sawicki

Zs – wywiad

Jesteś buddystą?
Jestem.

Jak to wpływa na twoją muzykę?
Adepci buddyzmu doskonalą umiejętność cierpliwego trwania przy trudnych uczuciach czy w trudnych sytuacjach – zamiast odruchowo od nich uciekać albo zwalczać. Ktoś cię denerwuje swoim zachowaniem? Normalnie próbowałbyś mu przerwać. A przynajmniej zwaliłbyś winę za twoje kiepskie samopoczucie na tę właśnie osobę. W buddyzmie idziesz inną drogą, pozostajesz z tym uczuciem. Wiesz, co mam na myśli?

Tak sądzę.
Dokładnie o to chodzi nam w Zs. Znajdujemy pewien tryb, modus działania, a następnie próbujemy się go trzymać niezależnie od konsekwencji. Materiał z „New Slaves” jest przecież cholernie nieprzyjemny. Na żywo jesteśmy niewiarygodnie wymagający zarówno wobec słuchacza, jak i wobec samych siebie. Ta muzyka boli. Ale zamiast stwierdzić, że coś jest do dupy i powinniśmy natychmiast przerwać, wolimy sprawdzić, jak zareaguje na nią nasz organizm i jak zniesie to publiczność.

W życiu też stosujesz tę zasadę?
Na tym polega cały ten pomysł z buddyzmem. Oczywiście łatwiej powiedzieć, niż zrobić. (śmiech)

Skąd wzięliście to „Zs”? I jak je wymawiacie?
Mówimy z-iiiii-sss. Gdy zabieraliśmy się za te nasze improwizacje w 1999 roku, nie mieliśmy jeszcze nazwy. Tata naszego drugiego saksofonisty pochodził z Jugosławii i miał na imię Zdravko, ale wszyscy mówili na niego Z. Na swoje czterdzieste urodziny zrobił koszulki z nadrukiem „Z’s 40”. Po imprezie zostało ćwierć setki takich t-shirtów, więc zaczęliśmy je zakładać na koncerty. Chyba dla jaj. W każdym razie nosiliśmy je na scenie przez dwa lata i tak hasło „Z’s 40” na dobre do nas przylgnęło. Później skróciliśmy je do Zs.

Krytycy i fani niemiłosiernie się gimnastykują, próbując przypisać was do jakiejś kategorii muzycznej. A jak wy myślicie o własnej muzyce?
Szufladki pomagają w orientacji, są na swój sposób przydatne, ale dla mnie muzyka Zs to po prostu rock, rock’n’roll. Oczywiście osobom pytającym taka odpowiedź przeważnie nie wystarcza. Wtedy mówię, że uprawiamy muzyką estetycznie wyzywającą. Albo difficult listening.

W opozycji do easy listening. Ale to chyba także difficult playing? Choćby ten 20-minutowy kawałek tytułowy z „New Slaves”.
To ekstremalnie, ale to ekstremalnie trudny utwór. (śmiech) Graliśmy go już jakieś dwieście razy, więc obecnie dostarcza nam sporo radości i wręcz wyczekujemy go na koncertach. Przez długi czas nasze uczucia względem niego były jednak zgoła odmienne. To moloch.

Wasz styl jest owocem szeregu świadomych wyborów, czy tak wyszło?
Za Zs nie stoją jakieś głębokie przemyślenia, chyba że na poziomie ogólnym. Wiesz, przechodziliśmy wiele zmian…

Jesteś jedynym członkiem oryginalnego składu.
No więc wtedy, na samym początku, myśleliśmy o robieniu czegoś, co byłoby… Kompletnie poza tym, co było dokoła. O czymś znikąd. Fascynowaliśmy się amerykańską sceną DIY-noise, ale pasjami zasłuchiwaliśmy się również w muzyce współczesnej i free jazzie. Jakby tego mało, akurat wciągnęliśmy się w filozofię i socjologię. Świetnie się nam o tym dyskutowało. Muzycznie byliśmy równie zgodni: pragnęliśmy zaprezentować coś, co wyda się kuriozalne każdemu, kto to usłyszy. (śmiech)

W Nowym Jorku? Chcieliście zadziwić miasto, w którym gra się absolutnie wszystko?
Nowy Jork faktycznie oglądał z bliska parę poważniejszych przewrotów muzycznych. Szczególnie jazz zawdzięcza temu miastu wiele swoich kluczowych momentów.

Czujecie się bardziej kolektywem indywidualności muzycznych, jak to bywa właśnie w jazzie, czy kapelą w duchu rock’n’rollowym?
Zdecydowanie bliżej nam do tego drugiego. Każdy wnosi do grupy własną osobowość, ale liczy się osobowość całego zespołu.

Jak powstaje wasza muzyka?
Piszemy wszystko wspólnie. Kiedyś komponowaliśmy na partyturze, bardzo w stylu tradycyjnych kompozytorów. Dziś już tego nie robimy. No dobra, „New Slaves” rzeczywiście przetłumaczyliśmy na nuty, ale dopiero po fakcie. Inaczej nie zdołalibyśmy spamiętać całego materiału. Ale na żywo z partyturą raczej nas już nie zobaczysz.

Ubiegły rok dla Zs był chyba bardzo udany? Widziałem w co trzecim podsumowaniu najlepszych płyt 2010.
Prawdziwym przełomem był dla nas album „Arms” z 2007 roku. Radził sobie nadzwyczaj dobrze jak na to, do czego zdążyliśmy się przyzwyczaić. Przyciągnął zainteresowanie krytyków, a to z kolei otwarło nam wiele drzwi, chociażby do naszej obecnej wytwórni The Social Registry. Zdaliśmy sobie sprawę z tego, że oto stajemy przed szansą dotarcia do szerszego grona słuchaczy. Dlatego postanowiliśmy nagrać wspaniały, majestatyczny album, który byłby swoistym manifestem Zs. Czyli „New Slaves”.

Bardzo świadomie.
„Arms” ściągnęło na nas uwagę, nie chcieliśmy tego zmarnować. Tym bardziej, że czuliśmy wsparcie wytwórni. Cała kampania promocyjna była pomyślana tak, aby zmaksymalizować efekty. Premiera „New Slaves” nieprzypadkowo zbiegła się z występem na festiwalu SXSW. Potem była trasa po Stanach i Europie, była Japonia, wreszcie dokładka w postaci wydanych ostatnio remiksów „New Slaves Part II”. Kropkę nad i stawiamy drugą, kwietniową trasą po Europie.

To byłby pełny rok.
Nawet więcej, bo premierę „New Slaves” ogłosiliśmy już w styczniu 2010 roku. Od tego czasu przez kilkanaście miesięcy bez przerwy byliśmy obecni w mediach. Każda płyta i każda trasa to kolejne wywiady i artykuły. Jak widzisz, bardzo się przyłożyliśmy, ale to wszak pierwsza „kampania promocyjna” w naszej karierze.

Całe zamieszanie wokół was nie było więc przypadkowe. Zadziałało po prostu to, co miało zadziałać?
Co nie było tak oczywiste. Możesz przecież wykonywać wszystkie te czynności, a twój album i tak nie trafi na żadną listę roku.

Możemy zająć się na moment tobą? Jak zostałeś saksofonistą?
Zaczęło się w Paryżu. Byłem tam z rodzicami jako dziewięcioletni chłopak. Pewnego dnia natknęliśmy się na ulicznego grajka. W pojedynkę wyczyniał na saksofonie naprawdę niezły jazz. Osłupiałem. Nie dość, że był świetnym muzykiem, to jeszcze wyglądał cool, a dokoła niego zgromadził się spory tłumek. Akurat szedłem wtedy do czwartej klasy, a w Ameryce wtedy dzieci mają okazję podjąć naukę na jakimś instrumencie.

I tak wybrałeś saksofon.
Wkrótce potem zacząłem brać lekcje u gościa, który był autentycznym nowojorskim jazzmanem. Mieszkał tu od piętnastu lat i prócz talentu miał do opowiedzenia mnóstwo fascynujących historii związanych z tym środowiskiem. Kupił mnie.

Na ile sprawdziły twoje ówczesne wyobrażenia o przyszłości?
Przez długi czas żyłem w przekonaniu, że zostanę… No wiesz, autentycznym saksofonistą jazzowym! Dopiero potem odkryłem, że w ogóle mnie to nie interesuje. To pierwsza niespodzianka. Nie podejrzewałbym też, że tak bardzo zaangażuję się w rozmaite akcje artystyczne, w lokalną społeczność, w uczenie innych. Wtedy myślałem tylko o studiu i scenie. Moje życie jako muzyka zatoczyło więc znacznie szerszy krąg, niż się spodziewałem.

Muzyka Zs dla wielu osób jest zbyt trudna, by ją zdzierżyć. Jest coś, czego ty nie jesteś w stanie znieść pomimo buddyjskiego treningu?
Kocham przeróżne rodzaje muzyki, ale faktycznie jest coś, co doprowadza mnie do szału. Pozwól mi się zastanowić. (pauza) Bardzo chcę odpowiedzieć na to pytanie, muszę tylko pomyśleć, jak to ująć.

Nie chcesz rzucać nazwiskami, rozumiem.
To byłoby niezbyt buddyjskie. (pauza) No dobra: Katy Perry. Szczególnie ostatnie kawałki w rodzaju „California Gurls”. Albo… Bardzo, bardzo, bardzo mainstreamowy hip-hop. Te rzeczy są tak puste i niedorzeczne…

Kanye West to już mainstreamowy hip-hop?
Jego akurat lubię. Gdy rapuje na serio, jest wręcz fenomenalny. Trudniej znieść jego narcyzm. Od razu mam ochotę go spytać: „Czy ty tak na serio? Naprawdę myślisz w ten sposób?”. Można by to zignorować i zająć się muzyką, gdyby nie fakt, że ten facet ma większy posłuch niż większość prezydentów tego świata. Emituje w eter ten totalny nonsens.

Przyznałeś kiedyś, że twoją grzeszną przyjemnością jest „muzyka spokrewniona z kulturą młodzieżową”. Co przez to rozumiesz?
Kojarzysz takie postacie jak Ke$ha albo New Boyz?

„Cricketz” tych drugich wylądowało w moim podsumowaniu roku.
Ja przepadam za „You’re A Jerk”. Sporo czasu spędzam z nastolatkami, bo uczę muzyki w nowojorskich szkołach i lokalnych domach kultury. Przy okazji uczę się muzyki. Fascynuje mnie ta młodzieżowa machina kulturowa, która wynosi na piedestał bez przerwy nowych idoli, testuje przedziwne wariacje sławy, kolejne modele gwiazdorstwa i sposoby przyciągania uwagi młodych. Zwykle są to śmieciowe rzeczy, ale to bardzo interesujące śmieci. (śmiech)

Przyjeżdżacie do nas na koncert, więc na koniec chciałbym spytać o twoje pierwsze skojarzenie z Polską.
Znałem kobietę z Polski, która spędziła w Stanach jakieś dziesięć lat, chociaż miała prawo przebywać tu znacznie krócej. Chciała wrócić do rodziny w kraju, ale obawiała się, że zostanie zatrzymana. Była totalnie załamana. Przerażała ją perspektywa spędzenia całego życia w USA. Ostatecznie zaryzykowała powrót i faktycznie ją przymknęli. Więcej jej nie widziałem.

EraMusicGarden, marzec 2011

Fine.


Trio triów: Wasilewski, Vallon, Iyer

Marcin Wasilewski Trio – Faithful (ECM)

 

Colin Vallon Trio – Rruga (ECM)

 

Vijay Iyer – Tirtha (ACT)

 

Eksperymenty Marcin Wasilewski zapowiada na następny album. Musimy więc na razie zadowolić się tym, za co wcześniej polubiliśmy jego trio: lirycznym (gładkim), eleganckim (zachowawczym), melodyjnym (łatwym) jazzem. „Faithful” składa się po połowie z autorskich kompozycji Wasilewskiego oraz z reinterpretacji przeszłości: utworów Paula Bleya, Hermeto Pascoala, Ornette’a Colemana w kompozycji tytułowej, standardu „Ballad Of The Sad Young Men” oraz otwierającego całość „The Secret Marriage” Stinga zapożyczonego z kolei od Hanssa Eislera. Wszystko nagrane w szwajcarskim Lugano pod okiem szefa wytwórni ECM, Manfreda Eichera.

Ze Szwajcarii pochodzi debiutujące w barwach ECM trio 31-letniego Colina Vallona. Zapatrzony w muzykę Kaukazu, Turcji i Bałkanów stamtąd czerpie chwytliwą melodykę, a czasem dosłowne melodie. Jeden z utworów Vallon dedykuje jednak zasłużonemu islandzkiemu wulkanowi Eyjafjallajökull, inny północnym fiordom i faktycznie nastrojem „Rruga” dryfuje właśnie ku guru skandynawskiej pianistyki: Esbjörnowi Svenssonowi czy Tordowi Gustavsenowi.

Jeśli istotą jazzu jest przekraczanie granic – niejako utrudnianie, a nie uprzyjemnianie życia – to szczególną wierność konstytucji gatunku zachowuje Vijay Iyer. Amerykańsko-hinduski odnowiciel fortepianowej improwizacji w 2008 roku zawiązał spontaniczną improwizację z indyjskim południowoindyjskim gitarzystą Prasanną i tamtejszym tablistą Nitinem Mittą. Piękny choć wymagający zapis ich wspólnej improwizacji łączy klimat klubu jazzowego, filharmonii oraz koncertu muzyki karnatyckiej. Jest też jedynym w naszym zestawie, który nie pozostawi światopoglądu nietkniętym.

„Przekrój” 12/2011

 

Fine.


Black Swan vs. Perfect Blue

Dyskutowaliśmy tu niedawno o tym, skąd się wziął „Avatar” (ze Studia Ghibli). Dziś Multikino przypomniało znakomite „Perfect Blue” Satoshiego Kona z 1998 roku i wraz z współoglądaczami zgodnie stwierdziliśmy bezpośrednie pokrewieństwo z „Black Swan”. Postać Natalie Portman, w tym szczególnie jej schizofreniczne jazdy – od dźgania ostrymi narzędziami po erotykę – to wypisz-wymaluj (kopiuj-wklej) podupadanie Mimy Kirigoe.

Obejrzałem też wreszcie „Chungking Express” Wong Kar-Waia, wskutek czego moja sympatia do twórców  „Amelii” nielicho zmalała. Od cytatów tak dosłownych, jak kamuflowanie podglądactwa pisaniem po knajpianej szybie-tablicy, aż po – znowu – postać głównej bohaterki, z jej wyglądem, charakterem, podchodami. Zachodnim reżyserom wypada pogratulować gustu.

 

Fine.


Ganbare Nippon (Kiosk 2011年3月11日)

“It’s too soon to say, with us still facing the threat of nuclear reactors, but perhaps, eventually, this sense of crisis will be the push to the back of many Japanese, and we will regain the strength of the sixties and seventies, when we had a concrete goal. So no doubt our economy will slip down, but then we may bounce back.” Yoichi Funabashi

The moment the tsunami hit Japan, Al Jazeera
Shinjuku: tańczące wieżowce, YouTube
Citizen Videos of the Earthquake
Tsunami of Tohoku Earthquake Before Wrecking the Coast, YouTube
Before & After (foto), ABC News
Small Things + Big Things (foto)
Japan Quake Map (animacja)
Aftershocks, New Yorker
NHK Fukushima Diorama, IZReloaded
Cesarza Akihito pierwsze przemówienie telewizyjne (bez tłumaczenia), NHK
You Can Stop Worrying About A Radiation Disaster In Japan – Here’s Why, MIT
Why I’m not fleeing Japan, Washington Post
What you can do in your own home, Japan Times
What the world thinks of Japan’s crisis, Guardian
Bulgaria offering Shelter to Japanese Earthquake Victims, Global Voice
Kupują płyn Lugola? Niech się nim oblewają, będzie śmiesznie, MMTrójmiasto
Calamity also offers a stricken Japan the possibility of a rebirth, Yale Global
Some Perspective On The Japan Earthquake, MicroISV
If We Built a Safer Nuclear Reactor, How Would We Know?, The Atlantic
Murky past of Japan’s troubled nuclear industry, Independent
Libia vs Japonia (foto)
Journalist Wall of Shame
The Japanese road repaired SIX days (foto), Daily Mail
Back to normal (foto)
New Obsession Sweeps Japan: Self-Restraint, New York Times
Letters from Fukushima: Tepco Worker Emails, WSJ
Map of the Damage, NYT
Why I Stayed, New Yorker
The Day Journalists Run, Neojapanisme
Handwritten Newspapers From Ravaged Japan at Newseum, Newseum

 

Ganbare Nippon (foto), AltJapan

New Obsession Sweeps Japan: Self-RestraintNew Obsession Sweeps Japan: Self-Restraint


Muzyka się poprawiła

A Pitchfork nadal nie lubi 7.1:

„The first astonishing thing I noticed when putting together the data sets was how the total number of original albums reviewed by the site were nearly identical from 2009 to 2010 (1025 and 1027, respectively)!”

Stąd.

 

Fine.


Uderz w Hollisa

Na powitanie wiosny zwykliśmy rozmawiać (’10, ’09) o Talk Talk. Przedziwna więź łączy Talk Talk z Japan. Wystarczy prześledzić ewolucję obu grup: rozpoczynały karierę od noworomantycznych inspiracji, supportowania dziwnych w tym kontekście grup (odpowiednio Genesis oraz The Damned) oraz prób przypodobania się – dźwiękiem i wyglądem. A następnie przestawiały stery ku – witajcie o Beatlesi i Radiohead, witaj o Górecki i Pärcie – mądrości muzycznej.

Rozpad Japan przerwał dojrzewanie zespołu w 1982 roku gdzieś na etapie „The Colour of Spring”, tuż przed wydaniem znakomitej koncertówki „Oil on Canvas”. Wspaniały ciąg dalszy dopisali jednak w 1991 roku już pod nazwą Rain Tree Crow. A „Rain Tree Crow” opowiada tę samą historię, co „Spirit of Eden”, tyle że w innym języku.

Więź trudna do uchwycenia, ale mocniejsza nawet łączy Hollisa z Sylvianem. Obu twórczość odrywała od traum codzienności, obaj zmienili siebie i swoją muzykę nie do poznania, stronią od tych, którzy ich kochają, a kocha się ich (albo nienawidzi) obu jednocześnie. Jeśli spotkałem kogoś, kto z tych dwóch ubóstwiałby tylko Hollisa, to dlatego, że nie zabrał się dotąd porządnie za dyskografię Sylviana, choćby jej piosenkową frakcję.

Uderz w Hollisa, odezwie się Sylvian. Znacie inną taką parę?

Porównania odżyły po premierze „Manafonu”, bo Sylvianowe podejście do brzmienia okazało się podążać tropem solowego Hollisa – może bez elementu obsesji. Strategię kompozycyjną Sylvian zaczerpnął wprost z wielogodzinnych improwizacji późnego Talk Talk. Sylvian zdaje się zresztą zaspokajać – częściowo i część – tych, którzy po trzynastu latach ciągle liczą czekają na Hollisa powrót z Edenu.

Ostatnim publicznym miejscem, w którym Hollisa widziano – jakieś dwa-trzy lata temu – miała być kasa marketu spożywczego w południowo-zachodnim Londynie, konkretnie w Wimbledonie, gdzie robił zakupy ze swoim nastoletnim synem. Rozpoznać go podobno wciąż nietrudno: szczupły, elegancki, wygląda zdrowo, żadnych oznak starości.

Może jednak coś nagra?

 

 

Fine.


Najlepsze z 2011

Nie ma źle.

Anna Calvi – Anna Calvi (Domino)
Colin Stetson – New History Warfare Vol.2 Judges (Constellation)
Deaf Center – Owl Splinters (Type)
Desolate – The Invisible Insurrection (Faux Pas)
Destroyer – Kaputt (Merge)
Ensemble La Sestina – Francisco Guerrero: The Angel’s Voice (HMD/Sony)
James Blake – James Blake (Atlas)
Kurt Elling – The Gate (Universal)
Lykke Li – Wounded Rhymes (LL)
Lucy – Wordplay For Working Bees (Stroboscopic Artefacts)
Malcolm & Martin – Life Doesn’t Frighten Me (Soulspazm)
Nicolas Jaar – Space Is Only Noise (Circus Company)
PJ Harvey – Let England Shake (Island)
Saigon – The Greatest Story Never Told (Suburban Noize)
Sidi Touré & Friends – Sahel Folk (Thrill Jockey)
The Joy Formidable – The Big Roar (Atlantic)
Tim Hecker – Ravedeath 1972 (Kranky)
Twilite – Quiet Giant (Isound)
Vijay Iyer with Prasanna & Nitin Mitta – Tirtha (ACT)
CunninLynguists – Oneirology (QN5)
Fleet Foxes – Helplessness Blues (Sub Pop)
Jamie Woon – Mirrorwriting (Polydor)
Katy B – On A Mission (Rinse/Columbia)
V/A – Bossa Nova and the Story of Elenco Records, Brazil (Soul Jazz)
Paul Simon – So Beautiful or So What (Universal)
Cass McCombs – Wit’s End (Domino)
SBTRKT – SBTRKT (XL)
Gang Gang Dance – Eye Contact (4AD)
Robag Wruhme – Thora Vukk (Pampa)
Peter Evans Quintet – Ghosts (More Is More)
Ambrose Akinmusire – When The Heart Emerges Glistening (Blue Note)
Coppu – Twilight (In Ditch)
Bon Iver – Bon Iver, Bon Iver (Jagjaguwar/4AD)
Avishai Cohen – Seven Seas (Blue Note)
The Weeknd – House of Balloons (XO)
Matana Roberts – Coin Coin Chapter One: Gens de couleur libres (Constellation)
Master Musicians of Bukkake – Totem 3 (Important)
Shabazz Palaces – Black Up (Sub Pop)
David S. Ware – Planetary Unknown (Aum Fidelity)
Nico Muhly – Seeing is Believing (Decca)
Tokyo Jihen – Daihakken (EMI Music Japan)
Meredith Monk – Songs of Ascension (ECM New Series)
Blanck Mass – Blanck Mass (Rock Action)
Machinedrum – Room(s) (Planet Mu)
Tamikrest – Toumastin (Glitterhouse)
Marcelo Camelo – Toque Dela (Universal)
Leessang – AsuRa BalBalTa (Loen Entertainment Korea)
Craig Taborn – Avenging Angel (ECM)
Profesjonalizm – Chopin Chopin Chopin (Lado ABC)
Criolo – Nó na Orelha (Tratore)
Björk – Biophilia (Universal)
Julia Marcell – June (Haldern Pop/Mystic)
Feist – Metals (Universal)
M83 – Hurry Up, We’re Dreaming (Mute)
Lisa Hannigan – Passenger (ATO)
Tom Waits – Bad as Me (Epitaph)
Neurasja – Neurasja (Unzipped Fly)
Jacaszek – Glimmer (Gusstaff)
The Necks – Mindset (RéR)
David Lang – This Was Written by Hand (Cantaloupe)
Oneohtrix Point Never – Replica (Software)
Kate Bush – 50 Words for Snow (Fish People/EMI)
Keith Jarrett – Rio (ECM)
Meshell Ndegeocello – Weather (Naïve)
Chris Watson – El Tren Fantasma (Touch)
Paweł Mykietyn – Pasja wg św. Marka (NInA)
The Roots – Undun (Def Jam)
Donnacha Dennehy – Grá Agus Bás (Nonesuch)

cdn.

.

Fine.

Tim Hecker „Ravedeath 1972”, Kranky