Femi Kuti: Made in Nigeria

Fela Kuti miał 27 żon.

Pierwsza z nich, Remilekun, była wnuczką Ellisa Jacksona, puzonisty i jedynego czarnoskórego w słynnej brytyjskiej orkiestrze Billy’ego Cottona. W 1922 roku Ellis brał udział w precedensowym nagraniu mieszanego rasowo zespołu jazzowego. Pionierem muzyki, którą dopiero miano ochrzcić mianem jazzu, był ojciec Ellisa – kornecista T Jack-Ellis.

Z kolei ojcem Feli Kutiego był Israel Oludotun Ransome-Kuti, nauczyciel muzyki i ksiądz anglikański. Israel był synem Canona JJ Ransome-Kutiego, kompozytora i uznanego śpiewaka, ten zaś był synem królewskiego dobosza.

Drugim z trojga dzieci Feli i Remilekun był urodzony w Londynie Femi. Gdy pod koniec lat 70. z saksofonem w dłoniach stanął na scenie u boku ojca, część kilkunastoosobowej grupy Kutiego odmówiła współpracy.

Według nich rodowód Femiego był wątpliwy.

– Uciec od muzyki w tej rodzinie byłoby bardzo trudno – przyznaje przez telefon Femi, obecnie 49-letni gwiazdor nigeryjskiego Afrobeatu. – A jednocześnie z powodu sławy ojca musiałem włożyć w muzykę dziesięć razy więcej energii. Z graniem nie jest tak, jak na przykład z leczeniem ludzi. Lekarz postępuje zgodnie z tym, co wyczyta w książkach. Ja musiałem napisać własną książkę.

Narkoman albo łajdak

Pisanie własnego dzieła Femi rozpoczął w 1986 roku, gdy opuścił ojca oraz jego zespół Egypt 80. Jako solista najdłużej walczył o uznanie we własnej ojczyźnie. Udało mu to dopiero w połowie lat 90. za sprawą słonecznych przebojów „Wonder Wonder” oraz śmiałego w warstwie tekstowej „Beng Beng Beng” (pierwsze skojarzenie właściwe). – Przez dziesięć przekonywałem do siebie Nigeryjczyków. Ale nie miałem wyboru, bo granie było wszystkim, co potrafiłem robić. Tak więc ćwiczyłem dniami i nocami. Pod koniec lat 80. wyjeżdżałem już na koncerty w Europie i Ameryce, ale gdy wracałem do domu, nikt nie zwracał na mnie uwagi – mówi Femi.

Alternatywy poza muzyką nie miał, bo Fela uparł się, by nie posyłać syna do szkoły. Argumentował, że edukacja nie ma nic wspólnego z sukcesem. – Po latach pytał mnie: „Jesteś popularny?” Jestem. „Zarabiasz pieniądze?”. Zarabiam. „Więc w czym problem?” – wspomina Femi. – Ale takie pogrywanie życiem dziecka było nie w porządku. Mogłem skończyć jako narkoman albo łajdak. A wtedy byłem tym bardziej wściekły na ojca, że sam nie chciał mi przekazać swojej wiedzy muzycznej. Byłem moim jedynym nauczycielem.

Femi z dumą opowiada o książkach, które przeczytał – nauczywszy się samodzielnie alfabetu. Jego lektury mieszczą się w dwóch kategoriach: biografii muzyków („Dzięki nim wiedziałem, jak sobie radzić w trudnych momentach”) oraz publikacji dotyczących stosunków politycznych w Afryce. Femi odziedziczył bowiem po ojcu zapał aktywisty. Marzy mu się panafrykańska wspólnota polityczna, która otworzy granice pomiędzy krajami kontynentu i wygra z wszechobecnym głodem.

– A na razie żyję w kraju pozbawionym elektryczności i porządnych dróg, w którym życie jest coraz droższe, a pracy dla młodych coraz mniej. Z winy prezydenta Jonathana Goodlucka oraz jego administracji. Politycy nie mają żadnego pomysłu, jak zaradzić tym problemom. Przede wszystkim jak uporać się z korupcją – mówi Kuti. – Ludzie, którzy niegdyś okradali państwo, chodzą swobodnie po ulicach. Jaki to przykład dla młodych? Jakie wyciągną wnioski z tego, że dla większości Nigeryjczyków najlepszym pomysłem na przetrwanie to pozwolić się skorumpować?

Nigeryjski wstyd

Za tak otwarte krytykowanie władz Femi wielokrotnie był szykanowany. Wreszcie dwa lata temu zamknięto klub The Shrine, który Femi odziedziczył po ojcu. Oficjalnym powodem interwencji było to, że przed wejściem lokalu nielegalnie handlowano… mrożonym mięsem i słodyczami. Muzyk koncertował wówczas w Europie, więc opowiadał o sprawie wszystkim napotkanym dziennikarzom (jeden pracował dla BBC). W ciągu kilku dni legendarny przybytek na powrót otwarto.

– Gdy skarżę się na sytuację w Nigerii, robię wstyd naszym władzom i zmuszam je do działania – tłumaczy Femi. – Politykom trudniej okradać własnych obywateli i wywozić pieniądze do Europy, gdy świat zaczyna patrzeć im na ręce. Nie wiesz, kto przeczyta wywiad, którego właśnie ci udzielam – śmieje się Femi. Czy kiedykolwiek zastanawiał się nad wyprowadzką z Nigerii? – Nigdy. To byłby straszny grzech. Moi przodkowie stąd pochodzą, mój ojciec tutaj mieszkał, nie potrafiłbym wyjechać. Moi fani byliby bardzo rozczarowani.

Rodacy Femiego byli za to zachwyceni tym, że ubiegłoroczny album „Africa for Africa” w całości zarejestrował w Nigerii. Potrzeba cięcia kosztów była zasadniczą przyczyną decyzji, ale niejedyną. – Gdy nagrywałem w Paryżu, mieszkałem w drogim hotelu i miałem studio ze stabilnym zasilaniem. Dziwne było śpiewać o trudnych sprawach w tak komfortowych warunkach – tłumaczy. – Nagrywanie w Nigerii przypomina prowadzenie bitwy. Wszystko, o czym chcesz powiedzieć, jest obok. Śpiewam o elektryczności i nagle wyłączają nam prąd. Śpiewam o biedzie, a ona jest za progiem.

Prócz ducha aktywisty z ojcem łączy Femiego słabość do kobiet. Zastrzega wprawdzie, że „do wyniku ojca jest mu bardzo daleko”, ale niedawno urodził mu się trzeci syn, a ma jeszcze dwie córki własne oraz cztery adoptowane. – Mam taką umowę z ich matkami, że kiedy wracam z trasy koncertowej do domu, to wszystkie przyjeżdżają do mnie. Stąd ten hałas – tłumaczy się, gdy pytam o głosy rozlegające się w słuchawce. – Mój najstarszy Made zaczyna już koncertować. Gra na saksofonie w moim zespole i studiuje inżynierię dźwięku. Prawdopodobnie zostanie muzykiem – mówi z dumą Femi. – Zresztą nie miał wyjścia. Ludzie od małego zaczepiali go na ulicy i pytali, kiedy wreszcie zabierze się za granie. Wiele się po nim spodziewają.
.




Jeden komentarz

  1. Szymon napisał(a):

    świetny tekst!

Dodaj komentarz