Listopad 2011

Teraz Jacaszek

Teraz na głównej NPR.org/music

*

W sobotę i niedzielę zajrzałem na Europejskie Targi Muzyczne Co Jest Grane? Nie podobało mi się, bo nie zmieściłem się na jedyny panel, który naprawdę mnie interesował – podobnie jak dwa tuziny innych osób. Zatęskniłem za kameralną, a jednak większą gdzie trzeba Muzyką a Biznes. Ciekawe skądinąd, na ile inspiracją dla ETMCJG?

.

Fine.


Best Music Writing 2011

Alex Ross w roli selekcjonera okazał się wyjątkowo… niepoważny. Odświeżył jednak nieco formułę Best Music Writing, co było bardzo potrzebne po edycji ubiegłorocznej, jakby mniej udanej niż znakomite poprzednie (200720082009).

„2010” była też pierwszą, której nie kupiłem w wersji papierowej i pożałowałem, bo czytanie o muzyce z papieru staje się przyjemnością tym większą, im rzadszą. Mniej sentymentalni mogą wszakże „Best Music Writing 2011” niemal w całości wyklikać – część linkowałem zresztą w kioskach. Miłej lektury.

*

Justin Davidson – Beethoven’s Kapow (New York Magazine)
Geoffrey O’Brien – The Grandest Duke (New York Review of Books)
Vanessa Grigoriadis – Growing Up Gaga (New York Magazine)
Chris Richards – The Mothership, lost in space (Washington Post)
Dave Tompkins – The Vocoder from World War II to Hip-Hop (NPR)
Jace Clayton – Curiosity Slowdown (Frieze)
V/A – Meet Your Operaplot 2010 Winners (The Omniscient Mussel)
Ann Powers – A pop music critic takes on the ‚Ring’: ‚Das Rheingold’ (LA Times)
Kalefa Sanneh – Word (New Yorker)
Nitsuh Abebe – Why Risks Are Risky (Pitchfork)
Amy Klein – Tour Diary Day Four: Rock and Roll is Dead (Amyandronicus.tumblr.com)
Jeremy Denk – Jetlagged Manifesto (Think Denk)
Jessica Hopper – Making Pop for Capitalist Pigs (Chicago Reader)
Morad Mansouri – The Underground Rises (Frontline’s Tehran Bureau)
Mike Turbe – Wormrot, Defeatist, Mutant Supremacy, Psychic Limb and Curandera (Sunyata)
David Hajdu – Giant Steps: The Survival of a Great Jazz Pianist (New York Times)
Lauren Wilcox – Notes from a Wedding (Washington Post)
Jason Cherkis – For the Records (Washington Post)
Caryn Ganz – The Curious Case of Nicki Minaj (Out)
Drew Daniel – Gasping, But Somehow Still Alive: The Persistence of Meat is Murder (Stereogum)
Chet Flippo – Nashville Skyline: Searching for the Heart of Country (CMT)
Franklin Bruno – The Honeymooners (Oxford American)
Sasha Frere-Jones – The Long War: Sade Soldiers On (New Yorker)
Nancy Griffin – The ‚Thriller’ Diaries (Vanity Fair)
Evelyn Mcdonnel – The Runaways: Wild Thing (LA Weekly)
James Wood – The Fun Stuff – streszczenie (New Yorker)
Nate Chinen – Direction Nowhere (At Length)
Joe Hagan – The Secret Diary of Nina Simone (The Believer)
Wendy Lesser – Darkness Invisible (The Threepenny Review)

.

Fine.


iDyrygenci też

‘This is hilarious. Here I am trying to recreate the spirit of an 18th-century performance of a Mozart symphony, and I’m using an iPad.’

.

Fine.


Groove Armada – wywiad

Oglądałem na YouTube fanowskie filmiki z waszej obecnej trasy koncertowej i zaskoczyło mnie to, jak żywo publiczność reaguje na światła i wizualizacje. Umknęliście stereotypowi nudnych laptopowców.
Tom Findlay: Bo to nie są zwykłe wizualizacje. Wykorzystujemy kamery Kinect – sprzedawane zazwyczaj z konsolą do gier Xbox – które potrafią rozpoznawać ludzkie gesty. Na bieżąco skanują nasze sylwetki, przetwarzają je i przenoszą na gigantyczny ekran. Przy pomocy ruchu sterujemy także laserami. Kontrolujemy więc jednocześnie muzykę i obraz, dzięki czemu łatwiej jest nam nawiązać relację z publicznością. I nigdy nie dajemy dwóch identycznych występów. Na YouTube musi to wyglądać jak jakiś psychodeliczny, kręcony na żywo film?

Na pewno jaskrawoczerwony – bo koncertujecie obecnie pod szyldem „Red Light”. Wcześniej były „Black Light” i „White Light”, światło czarne i białe. O co chodzi?
Zaczęło się półtora roku temu od albumu „Black Light”. Nagrywaliśmy go po rozstaniu z dużą wytwórnią, za własne pieniądze i bez jakiegokolwiek pomysłu na dystrybucję. Czuliśmy się, jakbyśmy stąpali w ciemnościach. I ta ciemność przeniknęła na samą płytę: dosyć industrialną, inspirowaną Garym Numanem i Davidem Bowiem, Roxy Music i Sonic Youth, a także pierwotnym techno czy muzyką industrialną. Kiedy „Black Light” ujrzało światło dzienne, zaznaczyliśmy to hasłem „White Light”, pod którym prezentowaliśmy nowy materiał na scenie. Obecna czerwień symbolizuje z kolei nasz powrót do klubów, starych magazynów, piwnic – czyli do początków Groove Armady. I na tym chyba wyczerpują się nasze pomysły w zakresie kolorów. (śmiech)

Chociaż właśnie wydaliście EP-kę „Red Light Trax” i to z dopiskiem „Część pierwsza”. Tak jak Robyn zamierzacie zrezygnować z długogrających płyt?
Muzyka taneczna zawsze bazowała na dwunastocalowych singlach i innych krótkich wydawnictwach. Ukazywały się w rytmie tygodniowym czy miesięcznym, a nie letnim, jak to jest z longplayami. Naśladujemy więc nie tyle Robyn, co zwyczaje kultury klubowej, do której znów się odwołujemy. Być może zbierzemy kiedyś na jednej płycie najlepsze utwory z kilku EP-esk, jednak w tej chwili przeraża nas wizja zamykania się na rok w studiu, aby nagrywać pełnometrażowy album.

Wspominałeś kiedyś, że za sprawą koncertu Friendly Fires zwątpiłeś w waszą – jak to ująłeś – patetyczną muzykę. A mieliście występować zaraz po nich. To się często zdarza?
Już nie. Wcześniej próbowaliśmy być kimś, kim nie jesteśmy. Tamten koncert uświadomił nam, że bardziej troszczymy się o reakcję publiczności niż o nasze własne odczucia. Pewność siebie odzyskaliśmy przy okazji „Black Light”, na której zawarliśmy muzykę mniej euforyczną, za to znacznie bliższą naszym sercom. Teraz reakcja publiczności ma dla nas drugorzędne znaczenie. Przed przyjazdem do Warszawy odwiedziliśmy Buenos Aires oraz Dubaj. W Argentynie przyjęło nas kilka tysięcy rozemocjonowanych fanów. Dubaj z kolei nie okazał się specjalnie entuzjastyczny. Ale to nie zmienia naszego przekonania co do słuszności dokonanych wyborów. Zresztą mroczne, basowe, garażowe brzmienia dominują obecnie w większości brytyjskich klubów.

Skąd wiesz? Masz jeszcze czas do nich zaglądać?
Poza pracą – nieszczególnie. Jednak chociażby ze względu na festiwal Lovebox, który współorganizujemy w Londynie od prawie dziesięciu lat, staram się na bieżąco śledzić nowe trendy w muzyce elektronicznej.

Z drugiej strony na waszej ostatniej płycie gościł weteran Brian Ferry.
Brian należy do moich największych bohaterów muzycznych. Od lat marzyłem o tym, by spotkać się z nim w studiu. Udało się to niejako przypadkiem. Nasz fotograf wspomniał kiedyś, że kumpluje się z synem Ferry’ego. Ten skontaktował nas ze swoim tatą i po czterech wspólnych obiadach Brian zgodził się wziąć udział w nagraniach. To był bardzo długi proces, ale wart zachodu. Współpraca miała zresztą ciąg dalszy, bo reaktywowane Roxy Music zagrało na ubiegłorocznej edycji Lovebox.

Kogo jeszcze chciałbyś zaprosić na cztery obiady?
To oczywiste: Prince’a.

„Przekrój”

.

Fine.


Okładki modyfikowane (Kiosk 11/2011)

This guy’s in trouble – stwierdził w 1979 roku łowca talentów wytwórnie Warner i tak nie odkrył Arthura Russela.

Protesty są, a gdzie podziały się protest songi? – pyta New York Times. The Atlantic sprawdza, dlaczego kolejne kapele urządzają własne festiwale. Simon Reynolds pisze o wzbierającej fali kobiet za klawiszami, Hanna Hanra o szowinizmie wśród didżejówSasha Frere-Jones zajął się coraz modniejszym black metalem i wyszedł mu niezły tekst mimo pewnych luk. Przy innej okazji wyznał, dlaczego nie jest w stanie zdzierżyć Coldplay.

Budzący się dwa razy do roku blog Leaving Earth w sążnistym wpisie przekonuje, że żyjemy w czasach ekscytujących dla elektroniki – wystarczy lubić wooble – i załącza imponujący rozkład „poststepu” na czynniki pierwsze. Lekko prowokacyjny (jakoby niechcący) tekst Nitsuha Abebe o Wilco, Feist i Radiohead jako współczesnym adult contemporary tudzież NPR Muzak zaowocował wezwaniem do samego NPR oraz ripostą Salonu.

Bartek Chaciński rozmówił się z Brianem Eno o wyrzucaniu analogów, a z Tomem Waitsem spotkały się między innymi Los Angeles Times oraz Pitchfork. Axel Willner znany jako The Field pokarżył się na matkę, Thom Yorke opowiedział o swoim życiu z R.E.M., a jazzman i blogger w jednym George Colligan o graniu złych nut. Jak konwersują prawdziwi luzacy dowiedziałem się z pogawędki Tylera, the Creatora z Waka Flocka Flame.

Życzę powodzenia w oglądaniu stuminutowego wywiadu z Doomem. Z przyjemnością wysłuchałem za to rozmowy z Vijayem Iyerem przeprowadzonej publicznie tuż po niedawnym koncercie w Gdańsku. Alex Ross streścił swoją następną książkę na łamach The Browser – będzie o Wagnerze i jego skutkach – a Bradford Cox z Atlas Sound i Deerhunter w nader szczerym wywiadzie współczesny rock określił mianem „hetero-centric, boring, scruffy 20 year-olds”.

Jak się okazało, Bon Jovi i Bruce Springsteen w Polsce płaciliby KRUSSpotify nie działałoby tak szybko bez piratów, a nieprzyjemne dźwięki – kreda plus tablica, widelec plus talerz – bolą mniej, kiedy potraktować je jak muzykę. Rolling Stone przyjrzał się podziałowi zysków z muzyki 2.0, a Guardian chwilom, gdy zespół przestaje sprzedawać.

Znakomite okładki z kotami generuje Blog The Kitten Covers, NYT ma Q&A z autorem nowej książki o okładkach z lat 80., a Factmag zestawił najgorsze okładki roku bieżącego (Tori nie ma) i część rzeczywiście krzywdzi oczy. Dorzucam do zestawu kolekcję futurystycznych zestawów hi-fi z lat 60. i 70. oraz ilustrowany egzotycznymi partyturami artykuł kompozytora Pata Muchmore’a o tym, ile faktycznie w nutach muzyki. Ile zła w dorobku Slayera pokazuje z kolei pewna imponująca infografika.

Sieciowy zin Passion of the Weiss wybrał 50 producentów hiphopowych wszech czasów wraz z próbkami. Adam Brown zestawił 8 najbardziej nadużywanych sampli w tymże gatunku, dyrygent Mark Elder – 5 najważniejszych symfonii wraz z uzasadnieniem historycznym, a Martyn omówił 5 kluczowych płyt z własnej półki. Prócz tego spotkał się z Gernotem Bronsertem z Modeselektor. O swoich 13 ulubionych płytach opowiedział także Daniel Lopatin, Marcin Flint skompilował własne the best of OutKastu, a NPR odkrył skarby muzyki greckiej.

Amsterdamska Orkiestra Metropolitalna pozwala klikać w swoich członków, wsłuchując się w którąkolwiek z z kilkudziesięciu ścieżek. Na podobny zabieg zdecydowało się Mutemath, które udostępniło swój nowy singiel w zestawie z wirtualnym stołem mikserskim.

Na koniec znaleziska filmowe: Leonard Cohen opowiadający hiszpańskiemu monarsze o jego rodaku, bez którego raczej by nie pograł (przepiękna historia), Max Roach uroczo uczący dzieci improwizacji, wszechobecny jak się okazuje The Lick oraz teledysk zmontowany z 200 okładek modyfikowanych. Niemal tak dobry, jak kompilacje plakatów filmowych według klisz.

Calvin jest cool.

→ więcej kiosków

.

Fine.


Funeral Doom Metal

Od lutego PJ Harvey dzielnie pilnowała złota w rocznym podsumowaniu RateYourMusic. Okazała się odporna na barowe charczenie, awangardowe pitolenie, dwupłytowy sequel środkowego King Crimson, retrosmęty z Północy i hiphopowych mięczaków z Południa. Aż tu nagle:


.

.

Fine.


Wilco – The Whole Love & Coldplay – Mylo Xyloto

Wilco „The Whole Love”, Epitaph

 

Coldplay „Mylo Xyloto”, EMI

 

Wilco dorasta. Coldplay tylko rośnie

Swoistą cezurą pokoleniową wśród melomanów staje się fakt pamiętania bądź niepamiętania czasów, gdy Coldplay pisało dobre piosenki. Podobnie rzecz ma się w przypadku Wilco: wystarczy „dobre” zamienić na „cokolwiek wnoszące do muzyki”. Obie grupy inaugurowały ubiegłą dekadę płytami kluczowymi odpowiednio dla akustycznego popu i alternatywy, by następnie obrać Potem obrały azymut na muzykę dużą – masywnie brzmiącą i w masy wycelowaną – w przypadku Coldplay oraz muzykę dojrzałą, ale zarazem stateczną, bezpieczną i często nudną, jaką od kilku lat produkują Amerykanie.

Przesadzone okazały się obiecujące zapowiedzi Jeffa Tweedy’ego, jakoby nowa płyta Wilco „The Whole Love” miała odstraszyć wielu sympatyków grupy. Pionierski duch sekstetu objawia się tylko w otwierającym „Art of Almost”. Później muzycy rozsiadają się wygodnie w stylistyce, którą anglosascy krytycy zwykli określać mianem „dad rock”: eleganckie melodie, klasyczne riffy i proste harmonie w anturażu na przemian akustycznym i elektrycznym. Po trzeciej takiej płycie wyraźnie widać, że Tweediemu wygodnie z tym, co ma.

Głód wielkości wciąż pogłębia się za to u Chrisa Martina. Nie wystarczyły hymniczne zaśpiewy, ściany syntezatorów i bombastyczna produkcja coraz bardziej skłóconego wewnętrznie Briana Eno. Ego piątego w dorobku Coldplay albumu „Mylo Xyloto” nadyma gościnna wizyta Rihanny oraz przypowieść o tytułowych Mylo i Xyloto, którzy trafiają do jednego gangu, by odkryć w nim smak miłości, a przy okazji wynieść Coldplay na sam szczyt Billboardu. (Znamienne: Wyspiarze zastąpili na nim swoją rodaczkę Adele). Chwytliwe melodie? Bez liku. Nośne refreny? Nie mniej, niż tych irytujących. Słuchać? Jak to ze stadionową muzyką bywa: najlepiej na stadionie.

„Przekrój”

.

Fine.


Światło ECM

Tysiąc płyt, setki miejsc, dziesiątki wykonawców, a wszystkich łączy postać Manfreda Eichera

Zestawienia największych gaf w historii przemysłu muzycznego zwykło otwierać niesławne przesłuchanie The Beatles w londyńskim studiu wytwórni Decca. W Nowy Rok roku 1962 Beatlesi zaprezentowali tam 15 utworów, by po kilku tygodniach dowiedzieć się, że „nie ma dla nich przyszłości w show-biznesie” oraz że „zespoły gitarowe wychodzą z mody”.

Podobnym brakiem artystycznej i biznesowej intuicji wykazała się na początku lat 70. amerykańska Columbia. Po wydaniu zaledwie jednej płyty Keitha Jarretta zerwała kontrakt z pianistą, który wkrótce potem zarejestrował słynny „The Köln Concert”: jeden z filarów jazzu i najlepiej sprzedający się albumu w dziejach muzyki fortepianowej.

Na drwiny bywalców filharmonii zapracowała z kolei legendarna oficyna Deutsche Grammophon. Pomimo ogromnego doświadczenia – firma działa od 1898 roku – wypuściła z rąk gotowe nagranie „Music for 18 Musicians” Steve’a Reicha, które miało okazać się jednym z najbardziej wpływowych dzieł partyturowych ostatniego półwiecza. I nadzwyczaj dochodowym, bo sprzedaż ponad 100 tysięcy płyt z muzyką poważną odpowiada kilku milionom w muzyce pop.

O ile na Beatlesów był jeszcze zbyt młody – grupa kończyła karierę, gdy on ją dopiero rozpoczynał – o tyle z dwóch pozostałych wpadek swoich przyszłych konkurentów potrafił skorzystać ten sam człowiek: Manfred Eicher.

Spadające komety

„Free at Last”. Tytuł longplaya, którym 26-letni Eicher w 1969 roku zainaugurował działalność wytwórni Edition for Contemporary Music, więcej mówił o wydającym niż o wydawanym (trio Mala Waldrona). Szef ECM-u obwieszczał nim, że zrywa – jak się okazało tylko na kilka lat – ze swoją filharmoniczną przeszłością. Urodzony w 1943 roku w niemieckim Lindau Eicher uczył się gry na skrzypcach aż do 14 roku życia, kiedy to zachwyciła go muzyka jazzowa.

Pod jej wpływem wydłużył struny i zamienił smyczek na większy, a po kilku latach otrzymał posadę kontrabasisty w jednej z berlińskich orkiestr. Równolegle grywał u boku awangardowych improwizatorów z Niemiec i USA. „Czułem jednak, że nigdy nie będę tak dobry jak ci, których podziwiam. Postanowiłem więc stanąć po drugiej stronie mikrofonu” – wspomina Eicher w wydanym właśnie na DVD filmie dokumentalnym „Sounds and Silence: Travels with Manfred Eicher”. – Odłożyłem kontrabas do kąta i zostałem producentem. Czułem, że w ten sposób mogę więcej zrobić dla muzyki”.

Rozczarowany jakością dostępnych na rynku płyt klasycznych i jazzowych, które nijak miały się do atmosfery faktycznych wykonań, Eicher swoim priorytetem uczynił właśnie wierność nagrań. Doskonalił techniki rejestracji i własny słuch, dążąc do czegoś, co nazywa świetlistym brzmieniem. „Właściwie uchwycone dźwięki – mówi poetycko – są jak spadające gwiazdy albo komety, które pozostawiają za sobą świetlisty ogon”.

Formatowanie ciszą

Złośliwi już w latach 70. żartowali, że wszystkie płyty wychodzące spod ręki Eichera opowiadają jedną i tę samą historię. Jest w filmie „Sounds and Silence” scena, gdy wspólnie z grafikiem Eicher wybiera fotografię na okładkę nowego albumu włoskiego pianisty Stefano Bollaniego. Kandydatury wyświetlone na ekranie komputera to dziesiątki niemal identycznych i zwykle nieczytelnych kadrów: ponure nocne pejzaże, utrzymane w skali szarości ujęcia przyrody i nieostre zbliżenia.

Drugim znakiem szczególnym ECM jest pięć sekund ciszy, które otwierają wszystkie wydawnictwa monachijskiej wytwórni i znakomicie komponują się z mottem oficyny: „The Most Beautiful Sound Next to Silence”, zaczerpniętym z recenzji jednej z pierwszych płyt oficyny. I jest wreszcie owo świetliste brzmienie: kontemplacyjne, pozbawione kantów, bogate w pogłos. Uwielbiane przez fanów, znienawidzone przez tych, którzy oskarżają Eichera o „formatowanie” artystów pod gust producenta.

– Ludzie lubią mówić o czymś takim jak „brzmienie ECM” – przyznaje pianista Marcin Wasilewski, który nagrywał pod okiem Eichera najpierw z Tomaszem Stańko, a potem z własnym triem. – Rozmawiałem z nim niedawno na ten temat i wygłosił mi 10-minutową mowę zaprzeczającą czemukolwiek w tym rodzaju. On sam uważa, że rejestruje po prostu czyste brzmienie instrumentów.

Corea bez solo

Rozmaicie ocenia się również ingerencje Eichera w materiał, który wykonawcy przynoszą do studia. Na studiu zresztą nie zawsze się kończy. Nie jest chociażby tajemnicą, że nasze Simple Acoustic Trio przemianowano na Trio Marcina Wasilewskiego za namową szefa ECM. („Nie było mi oczywiście łatwo zakomunikować tę propozycję chłopakom” – przyznaje Wasilewski). To że na nowy album zespołu trafiła kompozycja „Faithful” Ornette Colemana, nadając mu jednocześnie tytuł, także było sugestią Eichera.

– Manfred robi to, co jest najlepsze dla każdej produkcji. Wyczuwa potrzebę i dostosowuje się. Na przykład w mojej „Litanii” nie zmienił ani jednego dźwięku – mówi „Przekrojowi” Tomasz Stańko. W barwach ECM-u polski trębacz zadebiutował w 1975 roku. Obecnie jest dyrektorem artystycznym festiwalu Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej, który odbywa się pod patronatem wytwórni Eichera i co roku gości gwiazdy wytwórni.

– Manfred jest wybitnym producentem kreatywnym, a takich jest niewielu – dodaje Stańko. – Trzeba korzystać z okazji, gdy ma się do dyspozycji człowieka, który zarejestrował kamienie milowe jazzu. Nie uwzględniać jego rad, to jak zaangażować do nagrań Chicka Coreę, a następnie dać mu do grania wyłącznie akompaniament bez żadnego sola. Jednak Manfred sam się wycofuje, kiedy widzi, że ma do czynienia z projektem skończonym – ocenia. W identycznym tonie co jego były mentor wypowiada się Wasilewski: – Spotkanie z Eicherem to dla nas święto. Głupotą byłoby nie korzystać z jego doświadczenia.

Tysiąc tańców

Głupim nazywać Keitha Jarretta byłoby nieostrożnie, stąd też lepiej gorącym temperamentem pianisty oraz jego wyczuleniem na krytykę tłumaczyć nieobecność Eichera podczas sesji nagraniowych słynnego improwizatora. Obaj panowie wiele sobie jednak zawdzięczają. W schyłkowych dla jazzu latach 70. ECM zabłysnął w dużej mierze dzięki Jarrettowi. Jego z kolei Eicher namówił na współpracę z basistą Garym Peacockiem i perkusistą Jackiem DeJohnette. Od początku lat 80. pozostają oni w zasadzie jedynymi muzykami, jakich Jarrett dopuszcza w pobliże fortepianu.

To znamienne, że zwerbowani do ECM-u jeszcze w latach 70. pianiści (Jarrett i Paul Bley), saksofoniści (Even Parker i Jan Garbarek) czy perkusiści (z Paulem Motianem na czele) do dziś pozostają wierni wytwórni. Podobnie estoński kompozytor Arvo Pärt, którego na początku lat 80. Eicher usłyszał w radiu podczas podróży autostradą, a wkrótce potem ECM zainaugurowało nowy projekt „New Series” poświęcony muzyce poważnej. W najpiękniejszej scenie „Sounds and Silence” zadowoleni przebiegiem nagrania Pärt i Eicher biorą się w ramiona i zaczynają tańczyć zaledwie kilka metrów przed wciąż grającą orkiestrą.

„Muzyka nie ma jednej siedziby. Jest tam, gdzie ją odnajdziesz, gdzie się rozwinęła” – stwierdza Eicher, a film potwierdza te słowa. Producent podąża za wykonawcami do Tallina, Aten, Kartaginy, Bergamo, Kopenhagi czy argentyńskiej Salty. Sprawdza sale nagrań, nadzoruje ustawianie mikrofonów, czuwa nad stołem mikserskim i pulpitem dyrygenta. Ten widok należałoby przemnożyć ponad tysiąc razy, bo na tylu płytach widnieje już skrót ECM. Co z tego wszystkiego ma sam Eicher? Jeśli nic innego, to przynajmniej satysfakcjonującą go kolekcję płytową. Jak przyznał mi jeden z jego współpracowników: „Manfred najbardziej lubi słuchać muzyki, którą sam nagrał”.

„Przekrój”

.

Fine.


Nasz Dylan


Czerwiec 1966, USA:

Z 6 minutami i 9 sekundami długości utwór Like a Rolling Stone”  w normalnych okolicznościach czekałoby skrócenie o kilka zwrotek i refrenów, tak by nie przekraczał domyślnych 3-4 minut. Stąd nie dziwi – „Kto słyszał o sześciominutowej piosence? – że wytwórnia protestuje. Dylan jednak – W takim razie dopiero dowiecie się, co to piosenka – obstaje przy swoim. W rezultacie na dobre zmienia standardy radiowe, z czego potem skorzystali między innymi The Doors.
. 

Listopad 2011, Polska:

Z listu otwartego Kazika Staszewskiego i zespołu Kazik na Żywo wynika, że Radio Eska Rock domagało się skrócenia jego piosenki z nowej płyty, aby móc ją wyemitować na antenie. Chodzi o utwór Plamy na słońcu, który trwa 6 minut 12 sekund. Radio zażądało, by trwał maksymalnie 4 minuty. Zespół przesłał piosenkę w wersji bez skrótów, ale przyspieszoną dwa razy.

Czy marząc o pracy w radiu śniliście o tym, że będziecie oferować słuchaczowi rzeczy wartościowe lub choćby interesujące, czy też, że będziecie urzędnikami do pomiaru popularności muzyki, akwizytorami reklamodawców? – pytają artyści w liście otwartym.

Być może poszło o te 3 sekundy różnicy.

.

Fine.


Laura & Lisa

Laura Marling – A Creature I Don’t Know (Virgin)

 

Lisa Hannigan – Passenger (Hoop)

 

Nadzieja młodego brytyjskiego folku – mówią o Laurze Marling jej rodacy. Dojrzałego głosu, odpowiednich inspiracji – bardziej Donovan i Nick Drake niż Bob Dylan – i charyzmy 21-letniej pieśniarki dopełnia swoboda sceniczna, płodność oraz uniwersalna tematyka tekstów, bo inspiracje Marling czerpie raczej z bajek, baśni i kryminałów niż własnej codzienności. Czy skrywa za nimi samą siebie? O to samo nasi rodzice pytaliby Donovana czy Drake’a, gdyby dorastali na zachód od Muru Berlińskiego.

Tutaj jednak kończą się porównania z herosami wyspiarskiego songwritingu. Głosowi Marling wciąż bowiem nie dostają jej piosenki. Ubiegłoroczne „I Speak Because I Can” było nierówne, lecz przynajmniej chwilami ocierało się o fenomen. Trzeci album Angielki prezentuje poziom równy, tyle że niewysoki. Wrażenie to potęguje stare jak country instrumentarium (odchylenia aranżacyjne nie wykraczają poza banjo czy trąbkę) i jednorodny strój gitary Marling (dla zainteresowanych: DGDGBD).

Młodsza o rok i jeden album studyjny Lisa Hannigan dysponuje też skromniejszym talentem wykonawczym. Gdy jednak przychodzi do układania nut, była chórzystka Damiena Rice’a wykazuje się znacznie większą intuicją. Słodycz melodii i głosu Irlandki podkreślają smyczki, nośne refreny i atmosfera niezobowiązującego kameralnego muzykowania. Bez wielkich ambicji, ale też bez patosu. Co ciekawe, atuty Hannigan dostrzegli także Brytyjczycy, którzy dwa lata temu nominowali ją do nagrody Mercury za debiutancką płytę „Sea Sew”. Może czas zmienić adresatkę owej nadziei?

„Przekrój”

.

Fine.