Marzec 2012

UL/KR – UL/KR

UL/KR – UL/KR (Thin Man)

 

Średnio zainteresowany alternatywą kumpel przysłał mi link do „Po tak cienkim lodzie” z dopiskiem: „[Jestem] zadurzony”. Reszta płyty średnio mu się spodobała. Inny kolega, słuchający dla odmiany zawodowo, wyznał mi w sekrecie: „A Ruiny jaki cios? Jak pan śpiewa, że „szczęściarze”, to się mi nogi uginają”. Obu odpisałem, że ja z kolei musiałem po trzykroć obrócić „Tuż nad głowami”, zanim byłem w stanie zająć się resztą. Dobrze świadczy o płycie, gdy ludzie kłócą się o najlepszy utwór.

Zachwyt „Tuż nad głowami” argumentowałem tym, że są to trzy piosenki w jednej. I znów dobrze świadczy o zespole, gdy pomysłów ma więcej niż czasu. Stąd rozpisanie zaledwie 22 i pół minuty debiutu UL/KR na dziennikarskie stylistyki okazuje się jak na razie ponad recenzenckie siły – bo porządnej analizy muzycznej „UL/KR” jeszcze nie widziałem. I sam też wolę się wymigać tandetnym: „najlepiej posłuchaj”.

Dorzucę tylko dwa dziwne skojarzenia, które wzbudziła we mnie ta płyta. Najpierw bardzo złe, a na końcu bardzo korzystne. Wokal Błażeja Króla w pierwszym starciu skojarzył mi się z Comą i aż musiałem podpytać znajomych, czy też tak mają (kilku miało). To jednak szybko mija. Zostaje dowód na to, że dramaturgia i patos są narzędziami jak każde inne. Same w sobie neutralne – żenada wynika z niewłaściwego użytkowania. Minęło kilkanaście przesłuchań i przeszło mi przez głowę inne skojarzenie: kilka lat wcześniej, kilka piosenek więcej i pewnie pisałoby się o tej płycie jako o „polskim Kid A”.

.

Fine.



Mostki hurtem

“See, I just go in there and scream and they fix it,” she said, emerging from the booth, looking elated, almost glowing.

Within twenty minutes, Dean’s rhythmic utterances had been organized into an intro, a verse, a pre-chorus (or “pre”), a chorus, and an “outro”; all that was missing was a bridge.

(Friday, the final day of the sessions, was reserved for making bridges.)

„New Yorker” odwiedził fabrykę przebojów teamu Stargate. W całym tym świetnym tekście najbardziej zdumiała mnie właśnie fragmentaryzacja produkcji. Ale przynajmniej rozumiem teraz, czemu radiowe hity coraz częściej przypominają mash-upy.

.

Fine.


Jak niemożliwe staje się możliwe

Mimo zamiłowania do autora dzisiaj po raz pierwszy w życiu słuchałem I Symfonii Schumanna, w ramach Festiwalu Beethovenowskiego. W pewnym momencie pomyślałem, że coś za słodkie to wszystko – nawet jak na utwór opatrzony podtytułem „Wiosenna” – i że Schumann powinien był jednak zepsuć to hopsasa.

Po kilkunastu sekundach zostałem wysłuchany. Cytuję z lekkim przedbiegiem:
.

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


.

Jak na 1841 – super.

Co do wykonania, to dawno nie słyszałem orkiestry o tak wypukłym brzmieniu – mam na myśli złudzenie bycia przez dźwięk dotykanym, odpowiednik szarpania bebechów na koncertach metalowych.

Bardziej niż muzykom Deutsche Kammerphilharmonie Breme chcę tu jednak podziękować melomanowi, który na tę jakże prestiżową imprezę przybył w jaskrawoczerwonej czapce z daszkiem oraz luźnych dżinsach z wielkim nadrukiem typu house, pokrywającym pół prawej nogawki. Niezależnie od intencji – grunt, że parę osób na kolejne koncerty założy z lekkim sercem to, na co ma ochotę.

*

Dzisiejszy Schumann w Filharmonii Narodowej fantastycznie kontrastował mi z wczorajszym Beethovenem, Bachem i Vivaldim, których w kameralnej salce domu kultury w Pułtusku dla publiczności 20-osobowej, skrajnie zróżnicowanej wiekowo i ciuchowo, wykonywał duet Marcin Masecki (stare pianino) – Tomasz Pokrzywiński (wiolonczela).

Panowie zachwycili naszą szczęśliwą garstkę tym, co gości Festiwalu Beethovenowskiego by przeraziło: bardziej interpretowali niż wykonywali, a Vivaldi doczekał się kilkuminutowej wstawki w pełni improwizowanej. To ostatnie podwójnie mnie rozbawiło. Bo zanim zorientowałem się, że panowie zupełnie poszli w jazz  – nieuwaga lub niekompetencja – przeszło mi przez myśl: „Vivaldi pionierem minimalizmu? Niemożliwe!”.

.

Fine.


Gdy ciebie zabraknie

Zdziwiło mnie w pierwszym momencie, że zainteresowanie RateYourMusic kształtuje się odwrotnie proporcjonalnie do popularności Pitchforka. Strony o podobnej tematyce mają zwykle wzięcia skorelowane pozytywnie.

Podpowiedzią okazała się cykliczność owych wzlotów i upadków: gdy nadchodzi weekend i Pitchfork odpoczywa, myśliwi przenoszą się na inne tereny.

.

Fine.



April 5th

Japończycy zrobili sobie z pierwszego dnia wiosny święto narodowe. Dla mnie to tradycyjnie – 20092010, 2011 – święto Talk Talk.

Spędziłem właśnie rozkoszną godzinę z „The Colour of Spring” i z racji okoliczności kalendarzowych zastanawiałem się dłużej nad „April 5th”, tradycyjnie uważanym za Hollisowy hymn do wiosny. A może jednak coś innego?

Wikipedia wspomina o wiktorii Aleksandra Newskiego. Nie podejrzewałbym Hollisa ani o fascynacje średniowieczną Rusią, ani – choć to bardziej prawdopodobne – muzyką Prokofiewa, przynajmniej na tym etapie. A więc musi chodzić o…

Here she comes
Silent in her sound
Here she comes
Fresh upon the ground

Pocahontas. Właśnie 5 kwietnia 1614 roku poślubiła ona dzielnego Johna Rolfe’a, a tę romantyczną aluzję zdaje się potwierdzać  nastrój utworu, ulotna „perkusja” i równie zwiewne brzmienie variophonu.

Z kolei „I Don’t Believe in You” usłyszałem dziś jako – być może nieświadomy – hołd złożony muzyce czarnej. Myślę o konstruowaniu aranżacji z instrumentalnych strzępów: sekundowe wejścia klawiszy w poszczególnych kanałach, z coraz to innym brzmieniem; ślady fortepianu, którego obecność bardziej się wyczuwa, niż słyszy; ciągłe kursowanie gitary akustycznej pomiędzy pierwszym a drugim planem. Takie falowanie charakteryzowało blues, tradycyjny jazz i Steviego Wondera.

No i niezmiernie bawi mnie fakt uwzględnienia w stopce tej piosenki saksofonisty Davida Roacha, który pojawia się tutaj na dokładnie jedną sekundę.

.

Fine.



Bis po bisach

„W związku z bardzo dużym zainteresowaniem koncertem Foster The People informujemy, że grupa zagra w Polsce dwukrotnie! Oba koncerty odbędą się 8 maja w klubie Palladium w ramach cyklu Hortex:Sounds!

Pierwszy występ będzie miał miejsce o godzinie 20:00 (wejście do klubu o 19:00), zaś drugi o 22:40 (wejście do klubu o 22:00).”

Że też Bruce Springsteen albo Leonard Cohen nie wpadli na ten genialny pomysł! Zamiast grać dwa razy dłuższe koncerty niż norma nakazuje, mogli dawać ich dwa razy więcej.

O tej 22.40 to panowie albo będą wykończeni, albo udają, że grają.

.

Fine.


Rap na Araba

Po serii medialnych porażek (przecieki z Abu Ghraib) i w związku z poprawą notowań Talibów parę lat temu Amerykanie uznali, że trzeba popracować nad wizerunkiem. Szczególnie wśród młodych Arabów. Postanowili wziąć przykład z zimnowojennej dyplomacji jazzowej, kiedy to po świecie z konkurencyjną wobec komunizmu nowiną kursowali Duke Ellington, Benny Goodman, Dizzy Gillespie czy Louis Armstrong. Tyle że zamiast jazzu tym razem padło na hip-hop.

W ramach programu Rhythm Road konwoje złożone z raperów, didżejów i bibojów powędrowały do Azji (Pakistan, Indonezja, ale także Mongolia), na Bliski Wschód (Syria, Jordania, Liban) i do Afryki (od Północnej po Senegal). Dlaczego akurat hip-hop? „Hip hop is America” – odparła Hillary Clinton, kiedy ją o to spytano.

Tak jak jazzmani pół wieku temu reklamowali amerykańską równość ras (hmm), tak teraz chodziło o pokazanie, że w Ameryce da się żyć wyznając Allaha. Jak tłumaczyli twórcy programu, skoro jednym z wielkich amerykańskich buntowników był muzułmanin Malcolm X i skoro stał się on także ikoną hip-hopu – w dużej mierze dzięki Public Enemy – to wypada ten związek wykorzystać.

I tu pojawia się fascynujący mnie paradoks. We własnej ojczyźnie hip-hop może i symbolizuje sprzeciw wobec systemu, tyle że a) systemu amerykańskiego, b) jaśniejsza część narodu wciąż uznaje świat raperski za kolebkę wszelkiego zła. Gangi, dziwki, wyzwiska, tani blichtr i ambiwalentny stosunek do edukacji, policji i korporacji – to Clinton miała na myśli? Amerykański pomysł na życie społeczne ma promować muzyka, która z tym samym pomysłem walczy od trzydziestu lat?

Muzycznej dyplomacji USA w krajach islamskich bardzo spory tekst poświęcił Hishaam Aidi. O tym z kolei, dlaczego to rap (a nie na przykład rock czy punk) w krajach islamskich staje się muzyką buntu – i dlaczego Amerykanie mogą sądzić, że wybrali na ambasadora właściwy gatunek – pisał też niedawno „New York Times:

Rappers report in a direct manner that cuts through political subterfuge. Rapping can simulate a political speech or address, rhetorical conventions that are generally inaccessible to the marginal youth who form the base of this movement.

And in places like Senegal, rap follows in the oral traditions of West African griots, who often used rhyming verse to evaluate their political leaders. “M.C.’s are the modern griot,” Papa Moussa Lo, a k a Waterflow, told me in an interview. “They are taking over the role of representing the people.”

Przy okazji wątków rapersko-muzułmańskich warto zerknąć na niedawny tekst Janka Błaszczaka z „Tygodnika Powszechnego” bosko zatytułowany „Sunnita na bitach”.

.

Fine.