Październik 2012

Kendrick Lamar – good kid, m.A.A.d city

Kendrick Lamar – good kid, m.A.A.d city (TDE/Aftermath/Interscope)

 

Czemu nie wystawili tej płyty do przepremierowego odsłuchu, wyjaśnia się po pierwszym głębszym. Podtytuł A short film by Kendrick Lamar nie kłamie. Zderzenie z fabułą „good kid, m.A.A.d city” przypomina pierwsze obejrzenie albo pierwsze przeczytanie bardziej niż pierwsze przesłuchanie, będące zazwyczaj tylko grą wstępną. Historię dobrego chłopca w złym mieście opowiedzianą kilkudziesięciu głosami usłyszeć można raz i do tego najpierw zachęcam. A późniejsze muzyczne sympatyzowanie, wracanie, licytacje pochlebstw dla egzekucji i produkcji – niech sobie będą albo i nie. Choć raczej będą.

Śmieszą mnie pytania, z jakimi szykowałem na tę premierę. Ile Lamar zapłacił się za awans do rapowej kliki? Którą stroną ustawi się do mainstreamu? Jak będzie próbował – i czy kiedykolwiek zdoła – wyczołgać się spod zjawiskowego „Section.80”? Tego typu duperele. Lamar najpierw zawstydził mnie rozmachem swojej autobiografii i nieprawdopodobnym wysiłkiem włożonym w jej realizację – bodaj szesnastu beatmakerów, a narracja jedna – przy czym poczułem się tak mały jak te moje pytania. A potem wstyd się pogłębił, bo Lamar na nie wszystkie odpowiedział. Wiedział, że padną.

Weźmy klikę. Ostatni na płycie bombastyczny utwór „Compton” pasuje do reszty albumu jak ksenony do cadillaca eldorado. O tym Lamar niechybnie wie lepiej niż zastępy wytykających mu pomyłkę recenzentów i writerów. Musiał też zdawać sobie sprawę z tego, jak żałośnie i topornie na tle jego miękkiego flow wypadnie goszczący tutaj Dr. Dre, o kretyńskim lokowaniu produktu nie wspominając. Byłby ten featuring – szansa na ogrzanie stetryczałych rąk przy młodym płomyku – ceną protekcji, a sam kawałek pociechą dla widzów, którzy przyszli zobaczyć sensację, a puścili im dramat? Być może, choć to znów niewysokich lotów sugestie i znów niskie o autorze mniemanie.

Tuż przed „Compton” słyszymy, jak ktoś przewija taśmę. Seans się skończył. Lecą napisy końcowe. W tle typowy banger oznajmiający, że czas uśmiechnąć się do współwidzów, zwlec z fotela i opuścić salę projekcyjną wraz z opakowaniami. Wypychając „Compton” poza życiorys Lamar pokazuje, co nie jest częścią jego historii. Nie mieści się w niej ani rozbijanie porszaków, ani „importowanie” dragów, ani Nowa wiara w Kendricka Lamara / Króla Kendricka Lamara. Wreszcie „Compton” uprzedza myśl krytyczną i podpowiada: porównajcie, jak o jednym z dwóch najbiedniejszych przedmieść USA rapowali pionierzy z Dre na czele, a jak to robi dzisiejsza młodzież. Trochę się zmieniło, choć przedmieście wciąż takie samo.

Przyjrzenie się kontekstowi prostuje rozmaite błędne wnioski, które podsuwa powierzchowne przejrzenie „good kid, m.A.A.d city”. Począwszy od fantazji o przyrodzeniu wielkości Wieży Eiffla w „Backseat Freestyle” – chwilę przedtem słowa power oraz respect fajnie łączą się w Paris – który to pomysł faktycznie pochodzi z głowy Kendricka, tyle że szesnastoletniego, aż po dwa inne dziwne featuringi. Po co komu Drake w „Poetic Justice”, hak na hype? Proste: naczelny amant hip-hopu wprowadza wątek miłosny. Z kolei weteran gangsta MC Eiht samą swoją osobą otwiera mroczny rozdział o „M.A.A.D. City” po zakończeniu rozdziału o „good kid”. Zwrot akcji uzasadnia także poprzedzające wejście Eihta dwie minuty złego bitu z adekwatnie irytującym tonem Lamara – krzyżówka hardcore-gównażerii z Lil’ Waynem. Szaleństwo ulic mamy poczuć, a nie przyjąć do wiadomości.

O podkładach, efektach specjalnych, gadkach rodzinnych i klanowych pisałoby się w tej sytuacji trochę jak o scenografiach, oświetleniu czy montażu w recenzji filmowej. Podporządkowane są fabule i to fabuła decyduje o ich klasie, nastroju czy chwytliwości. Tandetne programowanie mija się ze szlachetnymi smykami, surowe aranże cięcia zmieniają w obfite, szczęśliwie nie brak fragmentów zwyczajnie pięknych. Urodzie przejścia pomiędzy dwiema częściami 12-minutowego „Sing About Me, I’m Dying of Thirst” dorównuje tylko analogiczny łącznik w niewiele krótszym „Pyramids” Franka Oceana. Nie przesadziłem też we wstępie, wspominając o kilkudziesięciu głosach. Również tembr, melodię, akcent, rymy i rytmy Lamar każdorazowo dobiera do kadru.

Chciałem go jeszcze pytać o mainstream. Nawet nie o to, czy rzuci stacjom radiowym coś na playlistę – ostatecznie najbardziej nadało się ponure „Swimming Pools (Drank)”, marny materiał na hit – ale jak dobry chłopak wyrwany z ciemnego Compton odnajdzie się w blasku i splendorze pobliskiego, jak się teraz okazuje, Los Angeles. I znów nie wziąłem pod uwagę, że szykował się do przeprowadzki od lat, że już na „Section.80” oznajmiał I’m going big, że strategię ma od dawna rozpisaną i przećwiczoną. Wystarczyłby w zasadzie tytuł drugiego na płycie – nieprzypadkowo zwyczajowa pozycja singlowa? – „Bitch, Don’t Kill My Vibe”. Wystarczyłaby pierwsza zwrotka:

I can feel the changes
I can feel a new life
I always knew life can be dangerous
I can say that I like a challenge and you to me is painless

Ale jest jeszcze absurdalny, czteroczęściowy refren, wręcz suita refrenowa. Jednak zanim zdążyłem zdziwić się tym refrenem, tym jak jego konstrukcja marnotrawi potencjał radiowy chwytliwych składowych, i zanim rozejrzałem się za wyjaśnieniem, Lamar znów uprzedził pytanie:

You ain’t heard a chorus like this in a long time

Wszedł do gry, ale na własnych zasadach. A co najlepsze, opowiedzieć to wszystko po swojemu zwyczajnie się opłaciło. Kendrick nie wyrabia z wywiadami i występami. Pieją krytycy, a słuchacze mają swoją płytę roku. Amerykanie w ciągu tygodnia zgarnęli z półek 240 tysięcy egzemplarzy płyty, wynik spektakularny jak na de facto debiutanta bez przeboju, bez wirala, bez kontrowersji na pokarm dla pozamuzycznych środków przekazu.

Dobry chłopak tymczasem pozostaje dobrym chłopakiem w familijnej bluzie T.D.E. Nowa przygoda raczej go nie zmieni, co uświadomił mi występem u Jimmy’ego Fallona. Z legendami u boku, z całym parkietem dla siebie, nijak owego parkietu nie potrafił swoją osobą wypełnić. Lamar nie ma w sobie ani śladu ekspansywności Westa, Mathersa czy obu Carterów. Nie nadaje się na wielką gwiazdę, i dlatego pozostanie może wielkim artystą. No, ale ja znów o duperelach.

.

Fine.


Uczta melomana

(kliknij, aby powiększyć)
. 

Gdyby recenzje muzyczne interpretować dosłownie, sama muzyka okazałaby się dziedziną spokrewnioną w pierwszej kolejności z wszelkimi przejawami przemocy – militariami, agresją, destrukcją. Pewien wykonawca potrafi „ze skrajnie małego instrumentarium wycisnąć energetyczną bombę”, która „bezlitośnie morduje szare komórki”. Zewsząd atakują nas „okrutne masy dźwięku”, a „potężne wałki czyhają tylko na to, by bez ostrzeżenia wybuchnąć słuchającemu w twarz z całą swoją siłą i mocą kosmicznej kanonady gitar”.

W porównaniu z recenzentami recenzentki od znoju wojen raczej stronią. Za to writerów obu płci łączą pasje kulinarne: zamiłowanie do smakowania oraz sprzeciw wobec niedosytu. A później bywa różnie. Im w głowie troski cielesne, one kołyszą się przy delikatnie bujających basach. Oni konstruują swoje misterne mechanizmy, one pozwalają się przenieść się na odległą wyspę. Gdy oni z matematyczną precyzją demaskują merkantylizm rzekomych artystów, a za tymi prawdziwymi potrafią pójść w ogień, one podziwiają kalejdoskopowo złożone, mieniące się feerią barw mozaiki.

Co ciekawe, gatunek muzyczny nie ma decydującego wpływu na dobór alegorii, metafor, hiperbol czy epitetów. Przemoc na przykład wcale nie ogranicza się do metalu. „Rytm zniewala” w world music. Jazz bywa „groźny w starciu bezpośrednim”. Wyznania „mocne jak prawy prosty w brzuch” „chwytają za gardło” w niejednej piosence poetyckiej. Pop pełen jest „muzycznych bomb” oraz „szybkich półtoraminutowych petard”. Hip-hop bywa „zbrojny w dęciaki”. Rockowe płyty „zaczynają i kończą się wybuchowo”, a pomiędzy eksplozjami obrywamy „muzycznym koktajlem Mołotowa”, mimo że wykonawcy „nie walą na oślep niskotonowym obuchem”. W elektronice obserwuje się „membranowe stroszenie piór, eksponowanie zębów i napinanie mięśni”.

W metalu z kolei oprócz oczywistości – „pośród gąszczu obskurnych riffów potykamy się o wystający niczym korzeń z ziemi zimny klawisz” – wspomina się chociażby o „100% blacku w mleku” czy melodii, która „stanowi jedynie sól do potrawy, a nie główny jej składnik”. Skojarzenia okazują się więc transcendentne wobec stylistyk, za to poszczególni autorzy miewają swoje preferencje. Jeden w tym samym akapicie opisuje, jak „pieczołowicie położono nacisk na barwy”, jak „produkcja mieni się światłem”, a cały ten „bałagan konsekwentnie zespojono jasnym kolorze”. Pewnej recenzentce grupa „zanurzona w eterycznej stylistyce” „tapla się we własnym sosie” „zlewając się w jedną całość”. Według innej zasłużony jazzman „maluje i rzeźbi” dźwięki, gdyż „każdy z instrumentów jest dla niego również barwą i fakturą, narzędziem do modelowania przestrzennego”.

Crème de la crème smakowitej krytyki są oczywiście kombosy. Sadzimy krzyżówki militarno-kulinarne („muzyczna bomba o mocy porównywalnej do dawki energii, jaką daje podwójne espresso po przebudzeniu”), matematyczno-kulinarne („co było na poprzednich płytach dominantą, tu jest jedynie przyprawą”) oraz wakacyjno-kulinarne („organy roztaczają przed oczami letnie pejzaże, a szczęście wylewa się z głośników niczym gęsty lukier, którego nie jest w stanie zeskrobać nawet połamany refren”). Portretujemy artystów jako zwiadowców-krasomówców  („w temacie odkrywania nowych ścieżek jeszcze nie powiedział ostatniego słowa”), a w artystkach widzimy budulce bóstw („oddaje się w ręce tłumu jako gotowy materiał na boginię”).

Umieszczony powyżej rysunek bazuje na 120 recenzjach opublikowanych w ostatnich miesiącach w ośmiu popularnych serwisach muzycznych. Skala błędu statystycznego dorównuje zapewne wyobraźni krytyków – wybierając 13 najpopularniejszych zakresów musiałem odfiltrować niemal połowę pasma – przy czym proszę się nie obrażać za wyimki, śmieję się także z siebie.

A sam pomysł zainspirowali wspólnie The Economist oraz David McCandless. The Economist swoją statystyką prezydencką. Natomiast McCandless, pomysłodawca linkowanego już tu konkursu Information Is Beautiful, stwierdzeniem, że im bardziej abstrakcyjny temat, tym bardziej służy mu traktowanie obrazkiem. Więcej o upiększaniu danych w rozmowie z McCandlessem oraz jednym z laureatów wspomnianego konkursu w dzisiejszej „Polityce”, a częściowo także online.

.

Fine.


Flying Lotus – Until The Quiet Comes

Flying Lotus – Until The Quiet Comes (Warp)

.

Przed zaklepaniem opinii warto sprawdzić, czy wychwyciło się chociażby:

– jąkąjącą się Erykę
– szkicującego Lotusa
– klawisz pożeniony z gębą
– swingujący talerz
– zepsute kołowroty własnego mózgu
– chromatyczny spadek napięcia
– głos Lotusa

Superuważne słuchanie nie zawsze jest tym najwłaściwszym, ale tym razem jest.

Założenie wstępne – oto Steven Ellison w lekkostrawnej substancji i łatwej do przełknięcia konsystencji – okazało się błędne. Da się tej płyty słuchać mimochodem i sprawi ona niejaką frajdę, na co poprzedniczka nigdy by nie pozwoliła – trudno zignorować tsunami. Teraz morze się uspokoiło, co bynajmniej nie oznacza, że można opuścić wzrok. Tafla iskrzy się tysiącem kształtów i barw.

Chyba nie przesadzam z tym tysiącem. W każdy z osiemnastu utworów Lotus wpompował kilkadziesiąt dźwięków, brzmień, sampli, które nigdy potem nie powracają. Wyobraźmy sobie zespół rockowy, który przy każdym utworze w całości wymienia instrumentarium, a przynajmniej zestaw efektów. Jeden swego czasu tak zrobił i dlatego szczęśliwie się składa, że na „Until the Quiet Comes” zajrzał Thom Yorke.

Gdzie podział się geniusz Ellisona? – pytają nawet sympatycy, bo Lotus genialny kojarzył się dotąd z Lotusem spektakularnym. Skoro facet potrafi spędzić trzy do czterech godzin uwypuklając stopkę, aby odpowiednio kopała, mimo że nikt poza nim tego nie zauważy, to pewnie chodzi o to, żeby zauważyć. Jeśli do ostatniej godziny przed deadlinem szlifował miks niedługiego przecież „All In”, to jeśli talent nie obumarł, musi ukrywać się w gwiaździstej panoramie i relacjach międzyrejestrowych tego utworu.

Oczywiście wciąż można stwierdzić, że to kiepska muzyka, odnotowawszy jednak, co jest jej istotą, na co poszły inwestycje. Nie warto szukać połamanych rytmów, skoro rozchodzi się o łamanie brzmienia. Albo gwałtownych zwrotów akcji, gdy autorowi idzie o ciągłość narracji. Jeśli czegoś tej płycie brakuje – na przykład przebojowych melodii czy przeciwnie, eksperymentatorskiego radykalizmu – to może dlatego, by nie odwracały uwagi od Ellisonowych priorytetów?

„Until the Quiet Comes” pozostawia mnie zresztą z mnóstwem innych pytań. Na przykład:

• Czy w długim cieniu rewolucyjnej poprzedniczki zginie jako pozycja nieistotna dla elektronicznego continuum, czy przeciwnie, dla zacierania i tak już ledwo widocznej linii oddzielającej muzykę generowaną od granej będzie kolejnym doniosłym machnięciem miotłą, które tym razem zainspiruje – a nie odstraszy – resztę laptopowej kompanii?

• Czy pomniejszając samego siebie Ellinson kierował się odwagą, czy przeciwnie, strachliwie wycofał za linię, którą przekroczył w emocjonalnym wzburzeniu towarzyszącym dramatycznym okolicznościom powstawania „Cosmogrammy” – przekroczył tyleż szczęśliwie (dzięki temu usłyszał, że jest geniuszem), co przypadkowo (dziś mówi w wywiadach, że trochę żałuje)?

• Czy to zew artystyczny Lotusa zmaterializował się w całkowitej obojętności na faktyczne i domniemane oczekiwania entuzjastów, bo przecież Everyone is gonna fuckin’ hate the next album, regardless of what I do. (Ależ pudło, chyba że wszystkimi jest recenzent miesięcznika The Wire, dla którego nowy Lotus to ckliwy, bałaganiarski „Madlib bez poczucia humoru”). Czy może jednak uległ i niepodważalnie własny licznik podkreślił uniwersalnym mianownikiem?

• Jakie znaczenie ma pospieszna edukacja muzyczna Ellisona? Czego bez nauki gry na fortepianie nie potrafiłby niby skomponować, której melodii napisać?

• Czy to wszystko daremne dmuchanie w przedziurawiony balon i wystarczyłoby powtórzyć za chórem szybszych, że mamy lekką i przyjemną płytę po ciężkiej i nieprzyjemnej? I na podstawie tej powszechnie akceptowanej konstatacji, lecz według własnych kryteriów i preferencji, przystemplować pobłażliwą piątkę, warunkową siódemkę albo prostoduszną dziewiątkę?

Pytam się od tych czterech tygodni i to mi wystarczy, by jednak powierzchownymi stwierdzeniami „Until…” nie zbywać. No i końcówka „Hunger” to chyba najpiękniejsza minuta tego roku.

.

Fine.


Ktoś, kogo już słyszałem

Nowy singiel Bat for Lashes zatytułowany „All Your Gold” uświadomił mi, jak trudno być dziś artystą oryginalnym.

Powiedzmy, że chcielibyśmy rozpocząć utwór od przyjemnej, nieskomplikowanej pętli gitary z lekko tłumionymi strunami:

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


A okaże się, że ktoś już to zrobił przed nami:

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


.

Wypada zdystansować się od niepożądanych skojarzeń. Dorzućmy w tym celu jakieś radosne drobiazgi w wysokim rejestrze:

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


Co za pech, znowu było!

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


.

Niechybnie jednak nikt nie wpadł na to, by lekką, słodką, delikatną piosenkę przełamać akurat na wysokości półtorej minuty wjazdem zamaszystego refrenu z podniosłym wokalem wyskakującym oktawę ponad zwrotkę:

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


Do licha!

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


.

I nawet słowa tegoż refrenu…

There was someone that I knew before

Też jakby ktoś wcześniej napisał…

Now you’re just somebody that I used to know
. 

To już chyba lepiej dać sobie z tym wszystkim spokój.

.

Fine.



Albo muzyka, albo praca?

Dwa lata temu pracowałem z laską, która miała takie małe głośniczki z tektury i puszczała sobie rocka na biurku codziennie po 21. Wkur***ło to wszystkich. Ale mniej niż to, że ona sobie nuciła cały czas. Generalnie jak ktoś wymieni jej imię, to w większości kojarzy się: a, to ta, co nuci pod nosem. 

To jeden z trzech architektów. Pytałem jeszcze bankowców, urzędników, grafików komputerowych, filmowców, PR-owców, dziennikarzy… W zasadzie tylko pewien menedżer z Procter & Gamble stanowczo stwierdził, że „O, w życiu. Nie mogę się skoncentrować z muzyką w tle. Albo muzyka, albo praca”.

Powszechność słuchania przy biurku potwierdzają liczne ankiety i badania, za to każde z nich ma odrębne zdanie co do skutków. Rozmaite wnioski spróbowałem ogarnąć w tekście o tym, czy muzyka w pracy pomaga czy przeszkadza. Uprzedzam, że odpowiedź bardzo zależy.

[Edit: jeśli artykuł nie wyświetli się w całości, wystarczy odświeżyć]

.

Fine.


Ta młodsza

Bardziej z powinności niż ciekawości zerknąłem przed tygodniem na nowy teledysk Solange Knowles i od tegoż tygodnia grzęznę w dumaniu. Słucham „Losing You” po raz piąty, trzynasty, dwudziesty drugi, w każdym razie po kilka razy dziennie, zawsze z dokładką, gdy de facto słuchać nie ma czego. Dwusekundowa afrykanizująca pętla prowadzi się sztywno od pierwszego powtórzenia do ostatniego; trzem klawiszowym akordom nigdy nie przybywa czwartego; partia wokalna jak od zegarka stąpa sylaba po sylabie, ćwierćnuta po ćwierćnucie, ósemka – w refrenie? – po ósemce. Nad czym tu dumać?

Szukanie źródeł przyciągania doprowadziło mnie ostatecznie do wniosku, który już na początku proponowała intuicja: magnesem Solange są jej stoicyzm i umiar. Zupełnie nie na miejscu. Ekspresja flegmatyka nijak nie przystoi tyleż stwierdzaniu co pytaniu, czy oni już na zawsze oddzielnie – w zasadzie wypadało tę piosenkę doręczyć do uszu własnych. Podobnie od bieżących wymogów rynkowych odstaje aranż. Zamiast efekciarstwa – łagodne (nie nachalne) retro. Zamiast kulminacji – bliskie a capella wyciszenie. To zresztą podwójna manifestacja powściągliwości, bo znając realia, już w drugiej linijce wypadało się spodziewać wejścia chórków rekompensujących deficyt doznań, a już na pewno w linijce trzeciej. Wytrzymała do ostatniej.

Przy słowie refren postawiłem pytajnik, bo należytego refrenu również nam poskąpiła. Szybsza część to bardziej mostek prowadzący z powrotem na pierwszy brzeg. Nawet melancholia utworu okazuje się jedynie pogodnym sentymentalizmem, co potwierdza sielski teledysk. Oderwany być może od faktycznego samopoczucia Solange w tym samym stopniu co od rzeczywistości afrykańskich przedmieść, ale podobno tambylcy wolą, gdy przesadza się raczej z romantyzmem niż z naturalizmem. Do licha, dziewczyna nawet poskąpiła kamerze ciała, choć okazji – scena z basenem – nie brakowało.

Umiar wydaje się stanowić szerszą strategię artystyczną – a może i życiową – Solange, co można wyczytać już z samej jej dyskografii. Debiut w 2003 roku, po pięciu latach płyta druga, po dziesięciu będzie prawdopodobnie trzecia. Beyoncé wydaje w tempie dwukrotnie szybszym. Ale przynajmniej jeśli chodzi o mnie, młodszej siostrze udało się coś, do czego starsza nigdy się nie zbliżyła. Straciła chłopaka, zyskała słuchacza, nastawiam po raz dwudziesty trzeci.

.

Fine.


Julia Holter słucha Mykietyna


(fot. Francis Chung/Paste)

Co o twojej muzyce myślą rodzice?

Mają inny gust, ale powoli zaczynają mnie rozumieć. Ostatnio przyłapałam ich na słuchaniu moich utworów i aż zrobiło mi się ciepło na sercu. Ale nawet gdyby tej muzyki nie znosili, nie miałabym z tym problemu. Bliscy – rodzina i przyjaciele – mają być ze mną szczerzy i tyle, naprawdę nie muszą być fanami mojej twórczości. Niemniej jednak ich życzliwe poparcie oraz, że w końcu przestali się martwić o praktyczne konsekwencje moich poczynań, zdecydowanie przyniosły mi ulgę.

A reakcje krytyków na „Tragedy” i „Ekstasis” śledziłaś?

Ha, ha, pewnie że tak, chcąc nie chcąc. Oczywiście nie wszystko. Generalnie byłam zdumiona i zachwycona oddźwiękiem, jakie miały obie płyty. A na krytykę mogłabym narzekać tylko wtedy, gdyby dotykała czegoś istotniejszego niż moje ego. Rzeczy działy się zresztą zbyt szybko. Chyba nie zdążyłam jeszcze w pełni przyswoić tego, co się wydarzyło.

Kompetencje muzyczne zdobyłaś jeszcze przed nagraniem „Tragedy” i „Ekstasis”. Czy one zmieniły cokolwiek w twoim rozumieniu muzyki? Wiesz więcej niż 2-3 lata temu?

Hmm, może. Chociaż nie jestem pewna. W tamtym czasie byłam naprawdę podekscytowana. Robiłam mnóstwo rzeczy naraz i strasznie chciałam ogłosić to całemu światu. Teraz, kiedy zdobyłam już pewną publiczność, czuję się bardziej uziemiona, ale w dobrym znaczeniu tego słowa. Bardziej skupiona. Po części dzięki temu, że wszystko dobrze się układa. Jeżdżę na trasy koncertowe i jestem w stanie utrzymać się – na skromnym poziomie! – z grania muzyki. A to już skok jakościowy. Jest łatwiej.

Gdy siadasz do komponowania, od czego zwykle zaczynasz? Zaskakuje cię czasem efekt końcowy?

Za każdym razem. Z zasady pozwalam sobie na swobodne błądzenie i wydaje mi się, by szkodziło ono jakkolwiek ostatecznym rezultatom. Z drugiej strony zawsze mam w głowie ogólne wyobrażenie co do tego, dokąd dany utwór ma zmierzać. Pierwszy krok bywa różny. Ostatnio niewiele nagrywam, raczej notuję rozmaite pomysły. Wymyślam przy pianinie harmonie i melodie albo przygotowuję teksty.

A skąd wiesz, że piosenka jest skończona – że nic dodać, nic ująć?

I z tym różnie bywa. Zazwyczaj docieram do punktu, w którym poziom satysfakcji pozwala, a poziom zmęczenia każe postawić kropkę.

Korzystasz z nut?

Non stop. Najczęściej tylko przy wstępnych szkicach, ale właśnie przygotowywałam aranżacje dla kwartetu smyczkowego.

W związku z twoim koncertem w Krakowie z zespołem smyczkowym? 

Tak jest, potrzebowałam partytur dla nich, ale i dla siebie – zagramy wspólnie. Nigdy przedtem czegoś takiego nie robiłam. Zdarzało mi się, lata temu, komponować na kwartet smyczkowy. Nigdy jednak nie tworzyłam nowej instrumentacji dla istniejącego już utworu. Co jest kuriozalne, bo przecież studiowałam kompozycję i to chyba dosyć ważna umiejętność. W każdym razie sporo się nauczyłam i naprawdę, naprawdę chcę więcej. To taaaka frajda. Nie mam pojęcia, jak to wszystko zabrzmi, bo czasu miałam niewiele i nie znam wykonawców, ale – zobaczymy!

Piosenki na „Ekstasis” miewają złożone partie wokalne. Jak radzisz sobie z odtwarzaniem ich na scenie?

Zazwyczaj sobie nie radzę. Corey i Chris – perkusista i wiolonczelista – część partii wzięli na siebie, zresztą z czarującym rezultatem. Jednak wszystkie te żeńskie madrygały zupełnie odpadają. Bardzo przydałby mi się w zespole jeszcze jeden głos albo nawet dwa. Przez „głos” rozumiem cokolwiek począwszy od faktycznego głosu ludzkiego aż po – dajmy na to – skrzypce albo saksofon.

Pierwsze dwie płyty nagrałaś we własnej sypialni. Jakim sprzętem dysponowałaś?

Korzystałam z oprogramowania Logic i bezpośrednio na komputer rejestrowałam wszystkie dźwięki – głównie syntezatory, pianino cyfrowe, Casio, trochę wiolonczeli i fisharmonii, gościłam też kilku instrumentalistów. Nie posługuję się MIDI.

Zapowiadasz teraz przenosiny do studia profesjonalnego, co wydaje się naturalne, ale jakie konkretnie powody skłaniają cię do takiej przeprowadzki?

Praca w sypialni jest świetna, bo na próby i błędy mogę poświęcić tyle czasu, ile tylko zechcę. Zarazem jest potworna. Ślęczę w tej sypialni sama, marnując długie godziny na rzeczy, które zajęłyby tylko chwilę, gdybym pracowała z innymi ludźmi i musiała podejmować decyzje natychmiast. I jest fatalna dla mojego kręgosłupa. Wiem, to brzmi niedorzecznie, ale naprawdę krzywdzę samą siebie spędzając całe dnie w fotelu, który sprzyja wyłącznie zapadaniu się, przy nędznym biurku, w otoczeniu jednego wielkiego bałaganu.

Mam jeszcze jedno pytanie, ale wymagałoby spędzenia 15 minut na słuchaniu, więc spokojnie możesz odmówić. Chciałbym poprosić cię o opinię na temat utworu „3 for 13” współczesnego polskiego kompozytora Pawła Mykietyna. Mamy świetne wykonanie niemieckiego Ensemble Modern.

Pierwsza część jest wspaniała. Uwielbiam hocketting – kiedy różne głosy na przemian wykonują jedną melodię. Daje to fajowy efekt dźwiękowej panoramy, który wynika z nagłych zmian tembru przy każdej kolejnej nucie. A jeśli chodzi o harmonię i melodię, brzmi to trochę jak Bach albo coś w tym rodzaju. Zastanawiam się, czy to nie ma związku z muzyką dawną. Jakby ten utwór był aranżacją jakiejś konwencjonalnej – i pięknej! – melodii i harmonii w postaci tak rozdrobnionej, jak to tylko możliwe. Podoba mi się!

Pozostałe części niespecjalnie mi podchodzą. To, co podobało mi się w pierwszym fragmencie, tutaj przesadnie się komplikuje, jak to zresztą często bywa w muzyce współczesnej. No i te dramatyczne bębny wydają się oderwane od tematu. Ale może potrzebuję jeszcze jednego przesłuchania, żeby zrozumieć całość.

*

Julia Holter wystąpi 18 października na festiwalu Unsound w towarzystwie smyczków Sinfonii Iuventus. Sam festiwal potrwa od 14 do 21 października. Pełny program na unsound.pl.

.

Fine.


Solidarność

Bartek Chaciński:

A o Swansach do papierowej „Polityki” recenzję napisałem po odsłuchu streamu na Deezerze, po czym przez dwa tygodnie myślałem o całym zajściu z odrazą.

Zastanawiam się, jak o takiej płycie pisać i jak bardzo zniekształcona może być ocena tego, co artysta proponuje? O ile łatwiej znienawidzić taką płytę? I ile wczesnych recenzji niesie w sobie tego typu skazę? I o ileż więcej szacunku dla muzyki FlyLo mają piraci, którzy przynajmniej po bożemu ripują go z sobie tylko wiadomych źródeł do 320 kbps i wrzucają do sieci!

Rozchodzi się też o to, po czyjej stronie recenzent chce się ustawić: artysty czy słuchacza. Doznawać tak, jak wymarzył sobie twórca, czy w warunkach podobnych do tych praktykowanych przez większość odbiorców. Kiedyś recenzowanie na podstawie tajnego przedpremierowego streamu z wytwórni wydawało mi się nie na miejscu. Teraz? Wszak w ten sam sposób album poznawać będzie 95% czytelników, a porada recenzencka sprowadza się coraz częściej do „czy warto posłuchać” (streamu), a nie „czy warto kupić” (płytę).

Są oczywiście granice: jeśli forma przekazu masakruje treść, to trochę jak z recenzowaniem filmu na podstawie kręconego z ręki przecieku. Z drugiej strony głupio wyjdzie, jeśli dajmy na to świat zgodnie przerzuci się na ściąganie Hollywood na tablety, a recenzenci pozostaną przy pokazach prasowych w wypasionych kinach z nagłośnieniem 9.1. „Żeby naprawdę to dzieło docenić, potrzeba…” – wielkiego ekranu, prawdziwego papieru, winylu pod tytanem, ratunku.

W muzyce na szczęście mamy w tej kwestii okres bardzo przejściowy. Streamy są coraz lepsze – wkrótce konserwatywni obrońcy formatu mp3/flac zaczną oblewać blind-testy – a i sami artyści od dobrych paru lat uświadamiają sobie stopniowo, jak są słuchani. (I sami coraz częściej tak słuchają). A na razie powinien wystarczyć zdrowy rozsądek. Inaczej ze streamem poradzi sobie hip-hop czy rock, inaczej muzealna klasyka, gdzie nie o jakość kompozycji się rozchodzi, lecz o wykonanie i brzmienie właśnie. Chociaż Marcin Masecki ze swoimi dyktafonowymi fugami nadawałby się tutaj na pioniera poważnego streamingu.

.

Fine.