Grudzień 2012


2012: Koncerty

Udało mi się odnotować zapewne fragment tegorocznej oferty koncertowo-festiwalowej, a i tak za podobną podaż pierwsi usenetowi dyskutanci muzyczni daliby się odłączyć. Prywatnie dla wyraźniejszego wyróżnienia wspomnę o jednym tylko koncercie: Alima Qasimova z córką Farganą Qasimovą na Skrzyżowaniu Kultur. Rzecz życiowa i przyczyna półtoragodzinnej satysfakcji z tego, gdzie i kiedy przyszło istnieć. Aczkolwiek równie mocno utrwalił mi się w pamięci występujący kilka dni później Raza Khan.

(więcej…)


2012: Popisali się

Apelowałem o samochwalstwo.

Michał Wieczorek nie tylko o medycynie rozmawiał z Daktari
Michał Fundowicz zebrał blaski i cienie ostatniego Unsoundu
Mateusz Dobrowolski wychwycił pierwszy od 13. lat longplay Hedningarny
Witt Wilczyński rozgrzał się na stołecznym festiwalu Etno-Ugór
Anna Wilczyńska
przepytała zaś gwiazdę festiwalu Mercedes Peón
Wojciech Ossowski
wytropił w Gelsenkirchen sanockie Widymo
Marek J. Sawicki siedmioma (świetnymi) kawałkami uczcił siedmiolecie Tableau!
Izabela Tyminska
nie mogła przełknąć Natalii Lesz (offline)
Marcel Wandas
wytłumaczył ciekawym, co to jest dubstep
Bartosz Nowicki zachwycił się transgresją gatunku przy okazji debiutu Sigha
Dominik Kleszko
wybrał roku dwunastego 13 najlepszych utworów z Lublina i okolic
Łukasz Kuśmierz
podsumował nasze słuchanie w epoce FOMO
Jakub Popielecki
odnalazł optymizm w komiksach Granta Morrisona
Daniel Barnaś zanurzył się w ambientach Petera Prautzscha
Łukasz Halicki
z chęcią pominął dylematy wokół debiutu Niechęci
Marcin Bochenek 
odwiedził targowisko używanych empetrójek
Kamil Dachnij spuścił powietrze z Mrocznego rycerza
Dawrweszte
zbajerował Bayer Full
Filip Szałasek wyznał, że nigdy nie płakał przy muzyce
Wojciech Kucharczyk
wyśnił na jawie instrumentarium Felixa Kubina
Jakub Knera o duchy Monolake pytał Roberta Henke
Marta Słomka wybebeszyła się dla The xx
Paweł Franczak wybrał 20 najlepszych dokumentów muzycznych
A Guide To My Music
 powiódł od Mozarta do Falco
Mateusz Królik zapuścił się wgłąb krateru LemON (offline)

.

Fine.


Gwiazdy pierwszej gwiazdki

02:32 – Radio FaMa
05:56 – Radio Bielsko
06:06 – Radio GRA
06:13 – Radio Zet
07:23 – Radio Merkury
07:50 – Muzyczne Radio
08:05 – RMF FM
08:11 – Złote Przeboje
08:12 – RMF MAXXX
08:40 – Radio Centrum
09:22 – Radio 90
10:05 – Radio Express
11:15 – Radio eM
11:22 – Radio RSC
11:34 – Radio Eska
11:59 – Radio Leliwa
12:25 – Radio Centrum
13:47 – Radio Vanessa
14:23 – Radio Plus
14:25 – RMF FM

Powyższy wykaz dotyczy tylko ostatnich dwunastu godzin, emisji tylko jednej piosenki – „All I Want for Christmas Is You” Marii Carey – i tylko w stacjach monitorowanych przez serwis odsluchane.eu. Aby objąć całokształt świątecznej przemiany eteru, wypadałoby przemnożyć to wszystko przez kilkanaście równie popularnych szlagierów bożonarodzeniowych i drugie tyle drugoligowców. Niektóre anteny wypełnią dziś dzwoneczkami całą dobę.

Zżymanie się na tę sezonową obławę playlist radiowych jest tyleż modne co fałszywe. Mateusz Smółka z RMF przyznał mi, że oczekiwania słuchaczy starannie badane są przed każdymi świętami i wynika z nich, że nie tylko fani głównej anteny, ale nawet młodego, antysentymentalnego RMF Maxxx wyglądają w grudniu gwiazdkowych szlagierów. – Osoby na co dzień zakochane w „Gangnam Style” podczas świąt chcą słuchać tego samego repertuaru, co ich rodzice – mówi Smółka. – Gdybyśmy w innym okresie sięgnęli po takie starocie, byłoby wielkie zdziwienie.

O fenomenie świątecznych playlist i o tych, którzy od dekad nie muszą dzięki nim pracować – „Merry Xmas Everybody” Slade to oficjalnie najpopularniejszy utwór świata – piszę w Polityce. A na deser dorzucam wykaz najczęściej granych utworów w okresie 15-31 grudnia w poprzednich latach na głównych antenach Polskiego Radia. Merry Christmas!

Polskie Radio Program 1 (2011):

1. Varius Manx – Hej ludzie, idą święta
2. Bryan Adams – Merry Christmas
3. Elvis Presley & Martina McBride – Blue Christmas
4. Michael Buble & Shania Twain – White Christmas
5. Amy Winehouse – Will You Love Me Tomorrow?
6. Michael Buble feat. Puppini Sisters – Jingle Bells
7. Republika – Zapytaj mnie, czy cię kocham
8. Mariah Carey – All I Want for Christmas Is You
9. Eurythmics – Sweet Dreams
10. Louis Armstrong – ‚Zat You, Santa Claus?

Polskie Radio Program 3 (2010)

1. Coldplay – Christmas Lights
2. The Futureheads – Christmas Was Better in the 80’s
3. Doncamatic – Gorillaz feat. Daley
4. Kings of Leon – Pyro
5. Train – Shake Up Christmas
6. Vampire Weekend – Run
7. Caro Emerald – Back it Up
8. Kylie Minogue – Let it Snow
9. Sting – Next to You
10. R.E.M. – Discoverer

.

Fine.



Mchem porasta

„Rolling Stone”, którego dotąd nie wspominałem w kontekście podsumowań roku 2012, wypada na tle konkurencji zaskakująco młodo…  – napisał przed chwilą Bartek Chaciński. Czym mnie zaskoczył, bo na widok listy:

1. Wrecking Ball – Bruce Springsteen
2. Channel Orange – Frank Ocean
3. Blunderbuss – Jack White
4. Tempest – Bob Dylan
5. The Idler Wheel… – Fiona Apple
6. good kid, m.A.A.d city – Kendrick Lamar
7. Here – Edward Sharpe and the Magnetic Zeros
8. !Uno! – Green Day
9. Celebration Rock – Japandroids
10. Psychedelic Pill – Neil Young and Crazy Horse

…pomyślałem coś zupełnie przeciwnego: ależ staro! Bruce Springsteen, Bob Dylan, Neil Young w jednym zestawieniu? Czyśmy się cofnęli do lat 70.? Aż przypomniała mi się pewna okładka Uncut. Ale może to nic nowego, może tak było zawsze?

Dla pewności porównałem ranking do podobnych zestawień „RS” z poprzednich dekad. W 1982 roku, czyli cały Internet, wszystkie esemesy i jakieś 250 miliardów płyt kompaktowych temu, pierwsze miejsce zajmował ten sam wykonawca:

Best Albums
 
• Nebraska – Bruce Springsteen
• Shoot Out The Lights – R. & L. Thompson

Runners-Up 

• Imperial Bedroom – Elvis Costello
• 1999 – Prince
• The Blue Mask – Lou Reed
• Marshall Crenshaw – Marshall Crenshaw

Springsteen wygrywał także w 1984 i 1987 roku, a 1986 znalazł się wśród Runners-Up. Wcześniej prawdopodobnie też go nie brakowało, ale do pierwszych zestawień – zaczęły być publikowane jakoś w połowie lat 70. – nie zdołałem na razie dotrzeć. Za to w 1992 roku nawalił tak bardzo (12), że mimo oddania redakcji w czołówce się nie zmieścił:

1. R.E.M. – Automatic For The People
2. Arrested Development – 3 Years, 5 Months And 2 Days In The Life Of…
3. Los Lobos – Kiko
4. Sonic Youth – Dirty
5. PJ Harvey – Dry

Do tego czasu R.E.M. przejęło zresztą rolę pupilka „RS”. W koszulce lidera żegnali rok 1983 oraz 1991, na ławce rezerwowej zasiadali w 1986 i 1987. A potem jeszcze dwukrotnie w latach 90. Kolejną dekadę jednak niemal zupełnie przegapili – jedynie ostatnie „Collapse Into Now” załapało się w ubiegłym roku na 16. miejsce.

W nowym wieku do formy wrócił za to Springsteen. W 2002 i 2005 roku trafiał do ścisłej czołówki, dwa srebra wywalczył w 2007 i 2009 roku. Przy czym o ponowny awans do ekstraklasy musiał się trochę postarać – za tym pierwszym razem ledwo zmieścił się w pierwszej dziesiątce:

1. Beck – Sea Change
2. Wilco – Yankee Hotel Foxtrot
3. Coldplay – A Rush Of Blood To The Head
4. Bright Eyes – Lifted Or The Story Is In The Soil, Keep Your Ear To The Ground
5. Missy Elliott – Under Construction
6. The Streets – Original Pirate Material
7. Eminem – The Eminem Show
8. Queens Of The Stone Age – Songs For The Deaf
9. Spoon – Kill The Moonlight
10. Bruce Springsteen – The Rising

I ta właśnie lista z 2002 roku wygląda naprawdę młodo! Dominują wykonawcy aktualni, czyli wschodzący albo u szczytu sławy, z dziesięciolecia obecnego albo poprzedniego – wciąż jeszcze świeżego. I tylko jeden Springsteen jako nagroda pocieszenia dla konserwatywnych czytelników. Zresztą wtedy daleko mu jeszcze było do wieku emerytalnego.

.

Fine.


Nowa mowa sieciowa

texting-class

SMS-y, maile czy komentarze internetowe coraz mniej mają wspólnego ze słowem pisanym – alarmują obrońcy czystości językowej. I mają stuprocentową rację. Właśnie dlatego martwią się niepotrzebnie.

Zwykła kropka spowodowała w sztabie wyborczym Baracka Obamy zamieszanie godne co najmniej wykrzyknika. Poszło o hasło kampanii ubiegającego się o reelekcję prezydenta Stanów Zjednoczonych. „To brzmi mniej więcej tak, jakbyś mówił: do przodu, a teraz stój” – krytykował publicznie swojego pracodawcę jeden z doradców Obamy i jego śmiałość nie dziwi o tyle, że sam prezydent również z dystansem odnosi się do własnego sloganu. „Naprzód! Kropka. Cała stop” – miał żartować na jednym z posiedzeń sztabu. David Axelrod, od którego Obama uczył się podstaw komunikacji z wyborcami, zaproponował: „Dołóżcie jeszcze dwie kropki i wyjdzie na to, że jednak naprzód…”.

„Forward.” – po polsku „Naprzód.” – ostatecznie obroniło swoje miejsce na plakatach, ulotkach i bannerach Demokratów. Na przekór głosom ekspertów od marketingu politycznego, zwracających uwagę, że postawiona za hasłem kropka wprawdzie wzmacnia jego przekaz, lecz jednocześnie sugeruje koniec zamiast nowego początku. Sztabowcy Obamy nie ulegli także językoznawcom. Dla części z nich w języku angielskim wyłącznie czasowniki i wtrącenia („wow”) pozostawione same sobie zasługują na miano zdania. A zatem na towarzystwo kropki. Spin doktorzy przełknęli też jakoś sugestię Mitta Romneya, republikańskiego konkurenta w wyścigu do Białego Domu, jakoby owa kropka symbolizowała skraj przepaści. Na ten skraj Obama zaprowadził Amerykę w swojej pierwszej kadencji, a teraz swoim hasłem zachęca do jej przekroczenia.

Wszystkie te zastrzeżenia i skojarzenia sztabowcy Obamy wzięli pod uwagę, rozważyli, lecz jako się rzekło: interpunkcję pozostawili bez zmian. Być może dlatego, że zapomnieli o pewnej szczególnej grupie wyborców, którzy swoje głosy wrzucą w tym roku do urn po raz pierwszy.
.

OMG!!

„Moja 21-letnia córka zbeształa mnie, że kończę esemesy kropką” – skarżył się niedawno w jednym z felietonów Ben Yagoda, językoznawca z University of Delaware oraz autor książki „How to Not Write Bad”. Doszukując się przyczyn reprymendy, Yagoda usłyszał, że zwyczajnych, neutralnych emocjonalnie komunikatów nie potrzeba zamykać żadnym znakiem interpunkcyjnym („Film zaczyna się o 6”). O ile konwencja zezwala się na odrobinę entuzjazmu („Do zobaczenia!”), o tyle kropka może sugerować negatywny podtekst, jak chociażby sarkazm („Pięknie posprzątałaś.”).

„Osoby obcujące na co dzień z mailami, esemesami czy wirtualnymi komentarzami potrafią przemycić w ten sposób niezwykłe niuanse. A to wszak należy do głównych celów interpunkcji – skomentował Yagoda. Wcale go nie dziwi, że język sieci doczekał się już własnych reguł tego rodzaju. – 12-letnia córka mojego przyjaciela oświadczyła mu na przykład, że stosowanie pojedynczego wykrzyknika na końcu zdania jest w porządku. Podobnie trzech. Ale już dwóch – przenigdy! Kiedy spytał, skąd wzięła tę zasadę, odparła, że znikąd. Podobno to z czasem przychodzi samo”.

Analitycy McKinsey Global Institute wyliczyli, że Amerykanie wymieniają obecnie pomiędzy sobą o połowę więcej komunikatów niż przed dekadą. Za ten skokowy wzrost odpowiada oczywiście ekspansja Internetu, a wraz z nim prostych, szybkich oraz darmowych narzędzi porozumiewania się. Od e-maili, czatów i forów dyskusyjnych aż po blogi oraz serwisy społecznościowe. Jako że większość mediów sieciowych bazuje na słowie pisanym – bo nawet YouTube czy Skype najeżone są literami – to sytuacja takowa powinna cieszyć wszystkich, którym kondycja piśmiennictwa leży na sercu. Jest dokładnie na odwrót.

Językoznawcy, nauczyciele, pisarze – to oni zwykli najgłośniej krytykować poziom językowy wirtualnego dyskursu. Bo internauci – im młodsi, w tym większym stopniu – nie tylko lekceważą obowiązek domykania zdań odpowiednim znakiem interpunkcyjnym. Ignorują także nakaz należytego ich rozpoczynania. Wielkie litery nieczęsto goszczą towarzyszą nawet nazwom własnym, a podobną rzadkością są prawidłowo uformowane akapity, o poprawnej gramatyce czy stylu nie wspominając.

Obrońców polszczyzny drażni przeładowanie gwary sieciowej wulgaryzmami, choć jeszcze bardziej – skrótowcami. Szczególnie zagranicznymi. Wyrażenia w rodzaju „OMG LOL” (patrz słownik) są bowiem stałym widokiem na Facebooku czy Twitterze, chociaż większość użytkowników tych serwisów wybierze raczej małe litery: „omg lol”. Aż samo ciśnie się na klawiaturę: s&g. Sodoma i Gomora.
.

TL;DR , SRY

„Karkołomną składnię esemesów czy maili zwykło się uznawać za zapowiedź rychłej śmierci formalnego języka pisanego. W rzeczywistości swoboda oraz kreatywność, z jakimi podchodzimy do nowych sposobów porozumiewania się, są tylko świadectwem naszego wyrafinowania w tej dziedzinie – przekonuje tymczasem na łamach „New York Timesa” amerykański lingwista John McWhorter. – Aby to zrozumieć, wystarczy sobie uświadomić jedną prostą prawdę. Otóż mailowanie czy esemesowanie pisaniem jako takim bynajmniej nie są”.

Autor książki „What Language Is, What It Isn’t and What It Could Be” proponuje, aby na sprawę spojrzeć z perspektywy historycznej. Ludzkość porozumiewa się przy pomocy słów przynajmniej od 50 tysięcy lat. Słowa te zaczęliśmy notować dopiero 5,5 tysięcy lat temu. Fundamentem wszelkiej komunikacji jest zatem język mówiony, co wyraźnie widać w starożytnym „Eposie o Gilgameszu”, „Iliadzie” czy najstarszych księgi Biblii. Składają się one przeważnie z bardzo krótkich zdań rozwijających tylko jeden wątek na raz. Takich samych, jakie dziś usłyszymy z ust naszych rozmówców. Bo jak pokazują badania, nawet osoby wybitnie wykształcone posługują się w mowie pakietami maksymalnie 7-10 słów.

Wraz z upływem wieków język pisany coraz bardziej dystansował się od mówionego i w końcu wyewoluował w tasiemcowe, wielokrotnie złożone konstrukcje, które nie sposób wyobrazić sobie w formie wypowiedzi ustnej. W rezultacie zaczęliśmy się posługiwać niejako dwoma językami: spontaniczną mową oraz wyrafinowaną prozą. Ten dualizm dotyczy jednak tylko stu spośród około 6 tysięcy istniejących języków.

Pozostałe znają tylko swój pierwotny, chciałoby się powiedzieć: uproszczony wariant. Bardzo podobny do żargonu, którym wielu z nas zwykło się posługiwać w mailach, esemesach czy komentarzach internetowych. „Zwięzły, improwizowany charakter komunikacji wirtualnej oraz samo jej bezprecedensowe tempo pokrywają się z kluczowymi atrybutami naszej starej dobrej mowy – pisze McWhorter. – W ten sposób doszliśmy do nieznanej nam wcześniej formy porozumiewania się: piśmiennej konwersacji”.
.

OCB? NMZP.

Porzucenie epistolograficznych skojarzeń wydaje się kluczem do zrozumienia obojętności, z jaką wielu internautów podchodzi do wymogów stawianych językowi pisanemu. Wszak w rozmowach nie zawracamy sobie głowy „wyglądem” wypowiedzi. Nie da się wymówić wielkiej litery albo myślnika. Stąd też podczas sieciowych dyskusji – no właśnie: dyskusji – liczy się zasadniczo przekaz, a nie jego forma. Jeśli zaakceptujemy e-maile czy esemesy jako nową formę mówienia, wówczas beztroska nastolatków chociażby w kwestii interpunkcji będzie nie tylko zrozumiała i usprawiedliwiona albo wręcz oczekiwana. Nie będą nas już dziwić pretensje córek i synów, że wieńczymy wiadomości kropką.

Pozostajemy jednak z dwoma problemami, które wydają się być źródłem lęku starszych pokoleń Polaków – a także Anglików, Francuzów czy Niemców – przed inwazją e-gwary. Po pierwsze, skoro młodzież obcuje na co dzień z językiem, mimo wszystko, pisanym o tak niskiej zgodności z literackimi normami, to czy zupełnie nie utraci umiejętności poprawnego wypowiadania się na piśmie? Czy szkolnych wypracowań nie zdominują wkrótce emotikony oraz nieczytelne akronimy?

Dotychczasowe obserwacje nie dają żadnych podstaw dla takich obaw. W 2009 roku Amerykanie przeprowadzili dokładne badania umiejętności czytania i pisania pośród ośmioklasistów – a więc tych, którzy przy klawiaturze i ekranie się wychowywali i którzy najszybciej przyswajają nowe sieciowe gadżety, szczególnie te służące wirtualnym konwersacjom. Co się okazało? Otóż kompetencje dzisiejszych nastolatków nie tylko nie spadły w porównaniu z ich rówieśnikami z 1992 roku, ale zauważalnie się podniosły. Podobny trend zanotowano wśród dzieci o kilka lat młodszych i nieco starszej młodzieży.

Drugie powszechne zmartwienie dotyczy samego zwyczaju czytania. A przynajmniej czytania czegokolwiek innego niż chaotyczne sieciowe komentarze. Jednak i dla tej troski trudno znaleźć racjonalne uzasadnienie. Jak pokazały badania wspomnianego wcześniej McKinsey Global Institute, udział druku w komunikacji międzyludzkiej wcale nie ucierpiał zbytnio na internetowej rewolucji.

Gdyby do nakładów książek oraz prasy doliczyć kupowane i ściągane ebooki, segment ten utrzymałby swój dawny wkład w wymianę myśli. I odnotował wyraźny wzrost popularności, gdybyśmy uwzględnili także elektroniczne wydania gazet – co wydaje się usprawiedliwione, bo wszak nie o nośnik, lecz o treść się rozchodzi. Przyjaciele liter nie powinni więc narzekać, jako że na cyfrowej rewolucji ucierpiały nie media pisane, ale mówione. Najboleśniej naszej emigrację do sieci odczuło radio. Ale po raz pierwszy od lat 70. zagrożona jest także pozycja telewizji jako medium pierwszego wyboru.

„Kto spośród nas naprawdę spodziewa się, że w przyszłych wydaniach niniejszej gazety zobaczy emotikony?” – pytał czytelników „New York Timesa” McWhorter. I od razu odpowiadał, że tak jak potrafimy posługiwać się wieloma różnymi językami, tak też poradzimy sobie z kilkoma rodzajami tego samego języka. W końcu ekspansja fast foodów nie stanęła na drodze niesłychanemu rozkwitowi sztuki kulinarnej. ;-)
.

Polityka – Niezbędnik inteligenta:
O języku w mowie i piśmie 9/2012

*

Rozmówki internetowe

Angielsko-polskie:
.
AFAK (as far as I know) – z tego co wiem (patrz pol. ZTCW)
BRB (be right back) – zaraz wracam
BTW (by the way) – przy okazji
CU (see you) – do zo(baczenia)
IMO (in my opinion) – moim zdaniem (patrz pol. MSZ)
K (okay) – OK
LOL (laughing out loud/lots of laugh) – ale jaja; kupa śmiechu
NP (no problem) – nie ma sprawy
OMG (oh my God) – o Boże!
ROTFL (rolling on the floor, laughing) – patrz LOL
SRY (sorry) – przepraszam
THX (thanks); TY (thank you) – dzięki
TL;DR (too long; didn’t read) – zbyt długie; nie przeczytam
WTF (what the f*ck) – co do cholery

Polsko-polskie:
.
ATSD – a tak swoją drogą
BDP – będę potem
BP,PPNMSP – bardzo przepraszam, po prostu nie mogłem się powstrzymać (por. MSPANC)
DOZO, NARA, PZDR – trzymaj się
JCTK – jak coś to komórka
JJ – już jestem
J/W – jak wyżej
MSPANC – mogłem się powstrzymać, ale nie chciałem (por. BP,PPNMSP)
MSZ – moim skromnym zdaniem (por. ang. IMO)
NMZC – nie ma za co
NMZP – nie mam zielonego pojęcia
NTG – nie ta grupa (używane na forach dyskusyjnych)
OCB – o co biega
PLZ (ang. please) – proszę
SPOX – spoko
SWP – starzy w pokoju
ZTCP – z tego, co pamiętam
ZTCW – z tego, co wiem (por. ang. AFAK)
Z/W – zaraz wracam.

Fine.


TakTak

K’Naan nagrał jedną z najgorszych płyt, jakie słyszałem w tym roku. Wyobraźcie sobie album, na którym jednocześnie znaleźliby się powiedzmy Bono, Nas, Nelly Furtado i Keith Richards, a tytuły utworów nawiązywałyby do Pink Floyd. To się stało.

Po znakomitym „Troubadour” sprzed trzech lat wszechstronna marność „Country, God or the Girl” przekraczała więc wszelkie obawy zbudzone wuwuzelami i napojone Coca-Colą. Bo chłopak przygotował wzorcowy muzak właśnie do imprez masowych i reklam.

Teraz zadziwił mnie po raz drugi. Nie dość, że potrafił własną porażkę dostrzec wraz z przyczynami, to jeszcze publicznie o tym opowiedział. Jak się okazuje, odebrał pouczający telefon z wytwórni Universal – „Pamiętasz, że twoimi fankami są głównie 15-letnie dziewczęta?” – po czym…

Zacząłem mówić „tak”. Tak dla topowych producentów. Tak dla przeniesienia nagrań z Kingston do Los Angeles. Tak dla nazwania bohaterów moich piosenek imionami w rodzaju Mary.

Przy czym w odróżnieniu od wielu podobnych historii K’naan uczciwie bierze winę na siebie i do słowa cenzura dopisuje „auto”. No i trzeźwo przyznaje, że dziewictwa raczej nie odzyska. Co dawałoby pewną nadzieję, że może jednak.

.

Fine.


2012: Pochwal się (póki możesz)

Dramatyczny dosyć był to rok dla polskiego muzykopisania. Najpierw ponownie odeszła Machina. Na ostatnim etapie wprawdzie tylko wirtualna, ale dzięki popuszczeniu smyczy w kondycji o niebo lepszej niż na etapie papierowego dogorywania. Wkrótce potem to sieć poszła do druku ręką Screenagers, przebijając się między innymi na łamy trzech tygodników. By tuż po tym sukcesie radykalnie zmienić stylistykę i styl (zainteresowań i pisania).

Niekończący się projekt podsumowania dekady grunge’u i britpopu dokończył jednak Porcys, tematem i osłuchaniem edukujących się od dekady czytelników skazany jednak na mniejszy oddźwięk. Cykl blogosfera muzyczna ukierunkował się na coś w rodzaju podsumowania ostatnich lat w działalności mniej lub zupełnie nie zrzeszonej, do jakiej zredukował się ostatnio Niezal Codzienny – Unsound wypada uznać za pierwszy festiwal zagrażający krytyce muzycznej.

Jeśli mimo tego wszystkiego jeszcze piszecie albo zdążyliście napisać, to tradycyjnie zapraszam: pochwal się linkiem do tekstu, który w tym roku udał ci się najbardziej. Propozycje wzorem lat 2010 oraz 2011 zmontuję w końcoworoczny zestaw lektur wieczory najdłuższe.
.

 


.

Fine.


Minusy dodatnie

W nawiązaniu do Byrne’owej teorii o błogosławionych ograniczeniach z poprzedniego wpisu, oto fragment nekrologu Dave’a Brubecka z dzisiejszego „New York Timesa”:

Jako że nie wolno mu było słuchać radia – matka uważała, że jeśli chce się posłuchać muzyki, należy ją sobie samemu zagrać – Brubeck wraz z dwoma braćmi grywał na rozmaitych instrumentach, znał klasyczne etiudy, pieśni religijne i piosenki kowbojskie.

Większości muzyki uczył się ze słuchu – urodził się z zezem, dlatego czytanie nut a vista we wczesnych latach kariery pozostawało poza jego zasięgiem.

.

Fine.