2012: Synchronicznie w stylu dowolnym

leśmy się nadyskutowali o rozczłonkowaniu gustów i kanałów dopływu, o impotencji poszatkowanej rzeczywistości muzycznej w zakresie kreowania przeżyć wspólnych, o schyłku myślenia albumowego i kryzysie gitarowego rzępolenia, o kompromitacji „autentyzmu” i przekleństwie przedwczesnej sieciowej ekspozycji rozwierającej artystyczne pąki przed czasem kwitnienia. O rozkojarzonej empetrójkowej publiczności, której coraz trudniej wytrwać przy tworach długogrających. Z gracją miniony rok te nasze teorie wykpił.

Podobnie jak innym (1, 2, 3, 4) rok ten w przeciwieństwie do poprzedniego wydał mi się przede wszystkim czasem zaskakujących konsensusów. Zainaugurowała go bezprecedensowa ekspansja pewnego 31-letniego Australijczyka. Zakończyły huczne obchody 35. urodzin pewnego Koreańczyka. Po drodze było wiele innych rekordów, które na różnych poziomach pokazywały, że ludzie – przez globalizację coraz częściej zamieniani w „ludzkość” – potrafią i chcą się jeszcze wspólnie ekscytować także muzyką.

W obiegu pozaradiowym niedorzeczny okazał się pochód Franka Oceana. W swoich rocznych zestawieniach umieszczali go nawet mieszkańcy odległych szufladek. Stąd też spektakularny wynik 25-letniego nowoorleańczyka na liście list serwisu Matacritic. Zebrał tam 140 punktów, dwa razy więcej niż sąsiad z podium Kendrick Lamar, skądinąd niewiele mniej wszędobylski. Przy podobnej liczbie źródeł ubiegłoroczna liderka PJ Harvey zgromadziła punktów 89, a królowa Adele – 60. Król Kanye w roku 2010 miał 123 pkt.

Zgoda opiniotwórców na Oceanie się nie kończy. Z masochistycznym uporem przeglądałem wszystkie możliwe podsumowania płytowe, by zweryfikować intuicję konsensusu i rzeczywiście: pomijając rasistowskie (muzycznie i nie tylko) rankingi, jakieś trzy czwarte z nich ma niemal bliźniacze czołówki. Obligatoryjni młodzi czarni: Ocean, Lamar, Miguel. Starzy biali: Dylan, Young, Springsteen. Gitarowi: Grizzly Bear, Tame Impala, Japandroids, Swans. Zdolne dziewczęta: Jessie Ware, Fiona Apple, Grimes. Elektroniczni: Flying Lotus, Andy Stott, Actress. I tak – niewiele jednak – dalej. Łatwo to wszystko zmieścić na jednym obrazku.

Umieszczony powyżej screen przedstawia zakładkę „Best of 2012” w serwisie WiMP. Doskonale ilustruje łatwość, z jaką śledzić można obecnie ten nowy cyfrowy mainstream – webstream? hypestream? lolstream? – tak że nawet w Polsce nie trzeba w tym celu naruszać ani portfela, ani sumienia. Warto przy tym zauważyć, jak wielobarwna jest ta mozaika. Niecałą dekadę temu podobnym zestawem demonstrowałyby bezkres swoich horyzontów pierwsze pitchforki świata. Dzisiaj R&B Oceana, rock Grizzly Bear, pop Jessie Ware, hip-hop Lamara – że sięgnę tylko po pierwszy wers WiMP-owego siedmiookładkowca – wchodzą w skład standardowej diety muzycznej przeciętnego melomana.

Odpowiedź „wszystkiego” na pytanie „czego słuchasz?” obowiązuje oczywiście od dobrych paru lat. Zastanawiające jest jednak współistnienie czy nawet symbioza tych dwóch z pozoru sprzecznych zjawisk: postępującego uwalniania się naszych indywidualnych gustów z wszelkich ram i różnicowania szlaków dostępu do muzyki oraz informacji o niej – z niegasnącym, a jeśli wierzyć minionemu rokowi pogłębiającym się konsensusem co do tego, kto w chaotycznym internetowym mętliku stylistyk, charakterów i strategii promocyjno-dystrybucyjnych zasługuje na wyłowienie z sieci. Mieliśmy rozejść się każdy w swoją stronę. A wygląda na to, że gdy wytwórnie, media i sklepy płytowe przestały wytyczać nam szlaki i ścieżyny, wciąż trzymamy się razem.

Tęsknota za przeżyciami pokoleniowymi? Konformizm? Zwykła optymalizacja, bo szukanie na własną rękę idzie w parze z błądzeniem, a czas to wczorajszy pieniądz? W każdym razie ilościowo kanon niewiele zyskuje. Jakościowo jednak – chyba przeciwnie. Bo właśnie jakość zaczyna wygrywać z przynależnością. Wtajemniczeni sieciowi szperacze już na przełomie wieków rozkoszowali się tą swobodą, która pozwalała rekompensować mizerię jednych upraw urodzajem innych, (o) których w analogowym świecie nie było (wiadomo). W pewnym momencie marudzenie na kiepski rok świadczyło głównie o lenistwie marudzącego.

Być może odkrycia tego dokonujemy teraz w skali makro. Nie tylko na poziomie blogosfery – oto środowiska kojarzone jeszcze niedawno z „Radiohead i Sigur Rós” okazały się ostatnio głównymi hype’owymi nowego R&B, i słusznie, bo niezwykle obrodziło – ale nawet całych społeczeństw, jeśli tak zinterpretować sukcesy Gotye i PSY. Oznaczaloby to, że dochodzi nie tyle do rozczłonkowania gustów, co ich kolektywnego uelastycznienia. Przy okazji przejmujemy powoli stery popkultury, by samodzielnie decydować, czym zamierzamy się w najbliższym sezonie ekscytować. Mediom przyzwyczajonym do kreowania pozostaje z poślizgiem relacjonować.

*

Chwilowo podoba mi się intuicja tego zbiorowego mózgu, bo w ubiegłym roku nagrodziła cechy, które sam szalenie cenię: pracowitość i powściągliwość. Obie mają dziś szczególne znaczenie, bo przypadkowe rewolucyjne strzały wydają się tymczasowo wyeksploatowane, a zarazem „przyzwoity poziom” zapewnia samo oprogramowanie. Trzeba się wysilić. Ubiegły rok podbili utalentowani, ale jednak rzemieślnicy. Kendrick przez 10 lat przygotowywał się do debiutu. Potem spędził bity rok w studiu, zmuszając trzynastu producentów, by brzmieli jak jeden – gdy on sam wcielał się w kilkanaście postaci. Nie krócej z coming outem wstrzymywał się Frank Ocean, długo muzykę rozdając i oddając. Identyczną drogę przebył BJ the Chicago Kid, który ze swoim „Pinnaple Now-Laters” dopełnił dla mnie czarnego triumwiratu. Świetnie to wszystko podsumowują wyimki z Willa Smitha, które otwierają „Dream II” chłopaka z Chicago:
.

I never really viewed myself as particularly talented. Where I excel is ridiculous, sickening work ethic. While the other guys sleeping, I’m working. While the other guys eating, I’m working. I have a great time with my life and I want to share it.
.

Białych zwlekających i/lub pracusiów też długo by wymieniać. Od przećwiczonej w cudzych studiach Jessie Ware przez czekającą latami na właściwy stan ducha Fionę Apple aż po bardziej kompozytorkę niż songwriterkę Julię Holter. Od nerdowskiego perfekcjonisty Flying Lotusa po hołdującego mu Vijaya Iyera, który chyba nigdy nie postawił nuty nie udowodniwszy wcześniej, że świat jej potrzebuje. Od kasujących całe albumy Grizzly Bear po – czemu nie? – Marcina Maseckiego, który przez pięć lat „na milion różnych sposobów, od prób na pianinie Wurlitzera, poprzez różne klawesyny, klawikordy, wyjazdy do wielu miejsc, korespondencję z autorytetami” mozolnie szukał brzmienia, w którym utwór jego życia „by jakoś ożył”. Często w ubiegłym roku okazywało się, że praca popłaca. Co zabawnie zbiegło się z reedycją „Voodoo” D’Angelo, symbolem studyjnej mordęgi.

Wszechstronnej staranności Ocean i Lamar zawdzięczają swoją uniwersalność. Zaspokoili bowiem osoby ceniące w muzyce bardzo różne rzeczy. Weźmy paradoksy Kendrickowe: dla jednych wyprzedza raperski peleton o kilka lat, inni chwalą go za koncept album w klasycznym stylu. Tych zadziwił surową techniką, tamtym poruszył serca opowieścią o Compton, ulicznych nawalankach i wodzie święconej. Jednych uwiódł aktorską karuzelą, innych nadzwyczajną muzykalnością – w praktyce bliżej mu przez nią do Oceana i BJ-a niż większości kolegów po rapie. Które z tych elementów osobiście cenię najbardziej? Samą możliwość wyboru. Tę właśnie kompleksową dbałość, która czyni pewne dzieła transcendentnymi nie tyle wobec preferencji stylistycznych, co wobec sposobów percepcji. Rzeźbę można obejść i obejrzeć z wielu kątów bez obawy, że z tyłu okaże się płaska.

Jeden jeszcze wątek łączy Franka z Kendrickiem – czy tak czuli się w latach 70. dziennikarze, gdy pozwalali sobie na „Steviego i Marvina”? –  oraz przynajmniej tuzinem innych ubiegłorocznych przodowników. Poruszanie się w strefie autentyzmu. Począwszy od przełomowego dla pewnych środowisk listu tego pierwszego przez 10-minutowe single o handlu ciałem i 12-minutowe suity na ten sam temat aż po zaangażowanie eksdziewczyny, by dziesięć lat później raz jeszcze powymachiwała pośladkami. Już ci dwaj zapewnili nam satysfakcjonującą porcję poważnych przemyśleń. A było tego o wiele, wiele, wiele więcej. Dla niektórych zbyt wiele.

Utartym tudzież ucierającym się stereotypom na temat zwirtualizowanej rzeczywistości muzycznej ubiegły rok zaprzeczał co rusz. Martwiliśmy się przedwczesną inicjacją medialną, bo dla wielu wpuszczenie w snop jupiterów oznaczało trwałą ślepotę. Tymczasem idealnie z (oficjalnym) debiutem wycelowali nie tylko Ocean i Lamar, ale również Jessie Ware, Big K.R.I.T., Goat, John Talabot czy Raime – żeby dotknąć różnych działek. Dojrzałości dowodziły zdystansowane, często humorystyczne reakcje na zasłużony, a nie opłacony hype. Notabene włodarzom Def Jam musiało dać do myślenia, że promowana w przestworzach podopieczna zadebiutowała słabiej niż jakiś undergroundowy raper.

Stereotypowi zdekoncentrowanego słuchacza 2.0. trawiącego wyłącznie single i to najlepiej długości przeddylanowej zaprzeczył z kolei entuzjastyczny odbiór zdecydowanie długogrających longplayów czarnych bohaterów (ale i Swans). Płyt znacznie więcej wartych niż zwykła suma składowych piosenek, a ze względu na intensywną narrację, odsłaniających swoje właściwe walory dopiero po poświęceniu im stuprocentowej – o biedny multitaskingu – uwagi. Setki tysięcy płacących i pewnie miliony pozostałych słuchaczy decydowały się na ten śmiały krok po wielokroć, gdy raczej niewielu z nich wychowało się na minipowieściach z lat 70. Jak odkrycie tego potencjału (zaufania) po stronie popytu wpłynie na podaż? Ilu młodocianych zarzuci lepienie bitów na rzecz komponowania albumów?

*

Czy był to, spytajmy wreszcie, dobry rok? Lepszy niż poprzednie? Stawia się tę hipotezę częściej niż przy okazji wcześniejszych Sylwestrów i już ta większa niż zwykle liczba pytających sugerowałaby, że coś jest na rzeczy. Zadowoleni powinni być na pewno wspomniani elastyczni. Niemal każdy z rejonów muzycznych zaowocował przynajmniej jedną, zazwyczaj kilkoma znakomitymi płytami. Gdy niektórzy wyspecjalizowani narzekali, że z trudem kompilują elektroniczne, rapowe czy awangardowe niezbędniki, eklektycy z łzami wydzierali dziesiątki z roku. Spontaniczny płodozmian pozostaje oczywiście prawem, nie obowiązkiem. Jak mówi popularne powiedzenie: z gustem się nie dyskutuje.

Z reguły spełniały się pokładane nadzieje. Najbardziej wyglądani debiutanci wywindowanym oczekiwaniom co najmniej sprostali, a w kilku przypadkach wręcz je ośmieszyli. Podobnie powracający z zaświatów: od Fiony Apple i Dead Can Dance po Godspeed You! Black Emperor i Scotta Walkera. Spisali się bohaterowie poprzedniego sezonu: Grizzly Bear, Flying Lotus, Robert Glasper, El-P, Aesop Rock, Tame Impala czy Kapela ze wsi Warszawa. Wreszcie drugą, a w niektórych przypadkach trzecią młodość przeżywali emeryci. W rezultacie do reprezentacji 2012 roku często wystawiano Boba Dylana (71), Neila Younga (67), Bruce’a Sprinsteena (63), Lee Fieldsa (61), Dr. Johna (72) czy Leonarda Cohena (78).

Sam też wychodzę z wrażeniem świetnego roku, mimo że – a może dlatego że – połowicznie spełniłem życzenie Marcina Staniszewskiego. O wiele mniej recenzowałem i prawie nie rozmawiałem, chyba że na potrzeby artykułów. Pozwoliło to jednak popracować nad przyswajaniem i wydawaniem, któremu zawsze grozi pomylenie którejś z liter. Po grudniowym maratonie odsłuchowym z reguły mam po uszy mijającego roku. Teraz mimo tygodni wracania i nadrabiania w ogóle nie czuję potrzeby, by witać rok numer 2013. Nie mam też ochoty rozstawać się z towarzystwem Kendricka, Franka, BJ-a, Jessie, Fiony, Vijaya, Julii, Steve’a, Andy’ego, Maxa, Scotta, Roberta czy Marcina, ani nawet Jae-sanga.

.

Fine.




22 komentarze

  1. Kamil pisze:

    Nice writing. Czyżby wyliczanka w ostatnim zdaniu to twoja top 10 (+2), w kolejności preferencyjnej? W ogóle wymieniłeś praktycznie w pewnym momencie całą moją top 10 :P Przybijam ze świetnym rokiem. Nie przypominam sobie tak dobrego. Ledwo ułożyłem 10stkę i już płaczę, że nie ma tam Glaspera, Nory Jones itd.

  2. Ubiegły 2012 rok pozostawił mnie jednak z jakimś niedosytem. W porównaniu z 2011 był on bardziej zunifikowany. To rok wydawnictw epickich, skoncentrowanych i zainspirowanych muzyką POP. To rok w którym niszowi wykonawcy intensywnie flirtowali z muzyką mainstreamową, zwracając się w stronę klasycznych gatunków.
    Stan ten umocnili jeszcze powracający weterani, którym udało się utrzymać status quo po latach niebytu (szacun).
    Zabrakło mi w 2012 silnych nowych zjawisk i eksperymentów. Świetnych, znaczących płyt, które rozbijałyby ten popowy monolit.
    W 2011 faworytami byli THE HAXAN CLOAK – The Haxan Cloak, NICOLAS JAAR – Space Is Only Noise, JOHN MAUS – We Must Become The Pitiless Censors Of Ourselves, LUCY – Wordplay For Working Bees, ONEOHTRIX POINT NEVER – Replica, ART DEPARTMENT – The Drawing Board, JACASZEK – Glimmer, ZOMBY – Dedication. Wymieniłem te płyty tylko po to aby stwierdzić, że w roku 2012 tak mocnych pozycji w muzyce (bardziej, lub mniej) niszowej nie znalazłem.
    Pomimo wielkiego zauroczeniem Shackletonem (mój top AD 2012), zaintrygowania po raz kolejny Actress i Flying Lotusem, Piotrem Kurkiem, czy miłego zaskoczenia jakie zrobiły na mnie płyty Jam City, Traxmana, Laurel Halo, ciężko byłoby mi ułożyć najlepszą dziesiątkę składającą się z takich wydawnictw.
    W 2012 Ja również dałem uwieść się szlachetnej muzyce środka wydanej przez wykonawców o niszowych korzeniach Jessie, Tame Impala, Grimes, Kendrick.

  3. Trochę chłodno obszedłeś się z polską muzyką czy ściślej – mogłeś spokojnie więcej nachwalić;). Mimo to dla mnie rok porównywalny lub trochę lepszy od 2010 – wtedy zdecydowanie Lotus i Toro, teraz wyraźnie Frank i Kendrick na czele zagranicznego zaciągu (bo FLyLo tym razem IMO nie, oj nie po czymś takim jak „Cosmogramma”…) plus kilka niezłych rodzimych krążków. To jednak troszkę za mało. Zdecydowanie więcej emocji i dylematów dostarczyło mi układanie listy piosenek 2012, choć jestem starym typem słuchacza – generalnie album ma u mnie większy posłuch niż fajny singiel, i nie chodziło o naturalną kolej rzeczy, że zawsze na świecie jest więcej bardzo dobrych kawałków niż longplayów. Po raz pierwszy nawet zacząłem się zastanawiać, czy nie będę musiał skapitulować przed faktem hegemonii we współczesnej muzyce utworów nad płytami i ten dotychczas „mniej ważny” ranking uznać za liderujący. Osobiście nadal okolice środka poprzedniej dekady (tak do 2007 r.) wydają mi się ostatnim mocnym okresem w popkulturze. Ciągle jednak wierzę, że to my źle szukamy i gdzieś tam w Singapurze lokalni The Beatles zmieniają historię, choćby tylko lokalnego rynku;).

  4. Mariusz Herma pisze:

    Chwalenie naszych będzie w zestawieniach (Kamil – nie ograniczam się do solistów :-). Choć przy tak bujnym i różnorodnym roku ogarnąłem pewnie jakiś fragment zjawisk – ale świetnie, oby tak dalej.

    A co masz na myśli pisząc o „hegemonii utworów we współczesnej muzyce”? Hegemonię w Twoim własnym słuchaniu? Wpływ artystyczny? Obiektywne znaczenie dla branży?

    Bartosz, tych „silnych nowych zjawisk i eksperymentów” szukałeś poprzednio i odnajdywałeś jak widać głównie w elektronice. Tym razem mogły wydarzać się gdzie indziej – choćby właśnie w strefie R&B, której uprawianie nie przenosi przecież automatycznie do mainstreamu. Taki BJ the Chicago Kid nagina pewne granice jak mało kto, choć ukrywa to pod niepozorną etykietką.

  5. Chodziło mi o prymat singla nad płytą (samemu wyróżniając po prostu wszelkiego rodzaju utwory, staram się nie używać zawężającego pojęcia „singiel”). Pisałem o tym trochę w słuchaniu muzyki w czasach FOMO (http://lukaszkusmierz.wordpress.com/2012/10/11/dzieci-fomo-rzecz-o-tym-jak-sluchamy-muzyki/). W 2012 r. po raz pierwszy miałem poczucie, że zestawienie piosenek może być „ważniejsza\e”, a na pewno dostarczyło mi więcej emocji i dylematów.

  6. Mariusz Herma pisze:

    Ciekawe, że właśnie 2012 sprowokował w Tobie takie przemyślenia, a nie lata poprzednie – jakby bardziej do nich pasujące. Według moich obserwacji – piszę o tym wyżej – to był rok wielkiego zmartwychwstania albumu (gdyby w ogóle umarł). „Frank Ocean” nie równało się „Bad Religion” czy nawet „Pyramids”, lecz „Channel Orange”. Za „Kendrickiem Lamarem” nie kryło się „Swimming Pools”, tylko „good kid”. Tak też Fiona Apple, Alt-J, Miguel, wszyscy ci starzy rockmani czy nawet Mumford & Sons, Alabama Shakes i… Taylor Swift. 1,2 mln egzemplarzy albumu w pierwszym tygodniu! No chyba żeby myśleć o „Somebody I Used To Know”, „Call Me Maybe” i „Gangnam”. To rzeczywiście singlowi prymusi, tylko czy warto dla nich zmieniać priorytety :-)

  7. ArtS. pisze:

    A ja nie potrafię wymienić nawet jednej płyty z 2012, do której nie miałbym jakiegoś „ale”… wcześniej się to raczej nie zdarzało, nawet jeśli czas różnie weryfikuje oceny, więc na przekór wszystkiemu mam ochotę krzyczeć, że to jednak był kiepski rok.

  8. Owszem hip hop i r&b nie jest moją silą stroną, ale leży też zdecydowanie bliżej mainstreamu niż elektronika.
    Nie jestem też takim ortodoksem elektronicznym jakby się po powyższym wpisie mogło wydawać. W kategorii pop nie widzę w tym roku lepszej płyty od PJ Harvey z 2011, choć przyznaję, nie od razu się na niej poznałem.

  9. jeśli dyskutowalibyśmy o kinie, można by stwierdzić, ze w ubiegłym roku mieliśmy wielki comeback kina gatunków

  10. Mariusz Herma pisze:

    Jeśli dyskutowalibyśmy o kinie, to musiałbym przyznać, że jesienią prawie zwątpiłem w swoje powołanie. Bo dosłownie tydzień w tydzień trafiałem na filmy kalibru „Bestii z południowych krain”, „Amour”, „Mistrza” czy „Moonrise Kingdom”.

  11. jjj pisze:

    @”PJ Harvey 2011″
    Devotion jest dużo lepsze, zresztą Bloom też.

  12. @ Mariusz – jeśli chodzi o kino to właśnie wróciłem z Miłości Hanekego i zastanawiam się jak takie emocje przełożyć na muzykę.
    Może znasz płytę, która mogłaby równać się (jeśli to w ogóle możliwe) emocjonalnie z tym filmem i która podobnie jak film chwytałaby za gardło bez używania tanich i rzewnych chwytów.
    Myślałem przez chwilę o płycie The Broken Man Matta Elliotta, ale to jednak bardzo płaczliwa i patetyczna nuta.

    A filmem który w ubiegłym roku zdruzgotał wszystkie moje dotychczasowe sądy i wyobrażenia o kinie był Faust Sokurowa.

  13. Mariusz Herma pisze:

    Niełatwo przeprowadzać takie analogie, ale szukałbym oczywiście czegoś w poetyce „napiętej ciszy” – wszelkie Hollisy, Sylviany, no-many, miejscami Bark Psychosis, których spokój ma tylko zwielokrotnić wydźwięk tej jednej głośniejszej nuty gdzieś w trzech czwartych utworu (albo albumu).

    Przypomniała mi dziewczyna, obok której siedziałem podczas seansu „Amour”. W chwili wiadomego zdarzenia wzdrygnęła się cała w fotelu, unosząc jednocześnie zwinięte dłonie do ust. Pozostała w tej pozycji do końca napisów.

  14. Prawdopodobnie mamy na myśli tą samą scenę, bo w moim kinie prawie cała widownia podskoczyła i wydała z siebie „paniczny” jęk

  15. Amour to najblizej Bark Psychosis, a troche dalej Disco Inferno np: http://www.youtube.com/watch?v=zCKBCmla1Cg
    Z nowych rzeczy to moze Raime?

    A co do sedna wpisu, mysle ze potrzebujemy pomocy po rewolucji w technikach produkcji i pozniejszej katastrofie urodzaju mniej lub bardziej niszowych wydawnictw.
    Nie da sie ogarnac tego wszystkiego! Ufamy bardziej znanym markom, znanym lejbelom, zaufanym recenzentom.

    I jest jeszcze przezywanie/dyskutowanie muzyki wspolnie. Czlowiek jest istota spoleczna! Jak mawial jeden z moich profesorow.

    Dla mnie to tez byl rok albumow i to pomimo ze nie kupuje ani Franka ani Lamara, ani Claire ani Jessie. Darren i Andy, Laurel i Steven to moj soundtrack 2012.
    Dawno juz nie bylo tylu plyt ktorych z przyjemnoscia sluchalbym od poczatku do konca. I to wielokrotnie.

  16. Jak już jesteśmy przy podsumowaniach, trochę z innej beczki – nie wiesz Mariuszu, co się stało w tym roku z „Best Music Writing”? Zdaje się, że zbierali fundusze na wydanie książki w formie crowdsurfingu, ale jest już 2013, a opracowania nadal nie widać.

  17. Mariusz Herma pisze:

    Zebrali 115% zgłoszonego zapotrzebowania i jesienią miała ukazać się edycja 2012, ale się nie ukazała. Oficjalny Twitter BMW milczy od października. Może wywinęli ten sam numer, co Deakin z Animal Collective. A może to był słaby rok dla musicwritingu :-)

  18. Marceli Szpak pisze:

    kolejny rok, który pokazuje, że podsumowania mają coraz mniej sensu, tak naprawdę. Nie ma skali, która by pomogła ustawić np dwie tegoroczne rewelacyjne płyty Laswella (z Gouldem i „Means of Deliverance”)w jednym układzie z Oceanem, Kendrickiem, Serengeti, GBYE, przegapionym kompletnie a świetnym Deaconem („America”), THEESatisfaction, BabdBadNotGood czy najlepsza od lat płytą Womacka. Wrzucenie ich wszystkich do jednego worka z napisem 'dobre płyty/świetne płyty’ właściwie niczego nie mówi, cała ta nasza elastyczność powoduje, że skala się tak rozjeżdża, że przestaje mieć znaczenie.

  19. Mariusz Herma pisze:

    Ale to chyba dobrze, nie? Podsumowania nabierają dzięki temu należnego im charakteru polecanek („fajne!”), a leczą się z jednak chorej ambicji sądzenia świata („ważne!”). I w tej pierwszej roli bywają cholernie przydatne, szczególnie gdy chodzi o rzeczy spoza (indie-)mainstreamu. Dziś trafiłem na podsumowanie najlepszych płyt z Filipin i to jest rozkosz.

  20. Marceli Szpak pisze:

    no tak, podsumowania jako punkt wyjścia sprawdzają się doskonale, z któregoś wyłowiłem takie coś, bo było na wysokich pozycjach, a pewnie inaczej bym nie dotarł:

    http://idoleyes.bandcamp.com/

  21. Mariusz Herma pisze:

    Końcówka „Space & Visibility” odlot. Pamiętasz, czego to była lista?

  22. Marceli Szpak pisze:

    Przegrzebałem wszystko, co potrafiłem sobie przypomnieć, że zaglądałem i nic, zaczynam podejrzewać, że sobie coś wymyśliłem.

Dodaj komentarz