Marzec 2013

Półtora kilo muzyki

Zoo "Prasasti"

Napotkanego przypadkiem blogera muzycznego z Indonezji poprosiłem o polecenie jednej płyty ze swojego kraju. Spodziewałem się narodowego klasyka – ichniego Niemena, Grechutę, Demarczyk czy Komedę – ale kolega o imieniu Komang zrobił mały unik i zaproponował swoją ulubioną płytę z roku ubiegłego: „Prasasti” grupy Zoo.

Zoo jest jedynym angielskim słowem, jakie padło kiedykolwiek z ust wokalisty grupy. Do mikrofonu woli śpiewać, deklamować, stękać i drzeć ryja w tradycyjnych językach lokalnych: „Aceh, Bugis, Palembang, Dayak, Lombok, Kawi, Sulawesi Tengah, Banjar, Minang”. Wszystko to przy akompaniamencie karkołomnym, bo krzyżującym radykalne nieraz odmiany okolicznego etno z psychodelią i noise-rockiem. W głośniejszych momentach objawia się pokrewieństwo z Boredoms, Mr. Bungle, Naked City, ale także Art Zoyd. W spokojniejszych odżywa surowe pieśniarstwo z wszelakiego Wschodu: od Rosji i Bałkanów po Mongolię. Intensywne to, rześkie i radosne.

Oryginalności muzyki granej przy pomocy zaskakująco nieoryginalnego instrumentarium – poza basem, bębnami czy syntezatorami tylko sporadycznie odzywają się mandolina i bedug – dorównuje sposób, w jaki album wydano. Prasasti ma oznaczać „prehistoryczną skałę”. Zdobną płytę umieszczono więc w ważącym 1,7 kilograma granicie. A tytuł i nazwę zespołu wygrawerowano w stali nierdzewnej, wewnątrz boksu – patrz powyżej – umieszczono zaś książeczkę z solidnie recyklingowanego papieru wyliterowaną metodą sitodruku. Tym samym Zoo posunęli się o krok dalej w stosunku do debiutu, który to usadowili w drewnie.

„Wybrałem właśnie ich, bo są wszechstronnie interesujący: od muzyki przez koncerty aż po opakowania płyt” – puentował Komang. Do strony oficjalnej nie odsyłam, bo piszą w języku Bahasa. Boksu też raczej nie kupimy, bo poza ograniczonym nakładem – wyszedł w zaledwie 200 egzemplarzach – ryzykowałby konfiskatą na granicach oraz bankructwem na poczcie. Za to na stronie wydawcy do woli można słuchać i ściągać.

.

Fine.


Muzycy muzykom

„Those kicks combine in rhythms so obviously triggered by hand, you can feel the rubber wearing out on the MIDI pads; they’re kicks all right, but delivered by finger — they’re more like the blows delivered by a Nintendo character, each one visited upon his enemies via pushbutton; you find your own extremities twitching in some kind of gamer’s empathy”.
.

Spory esej Vijaya Iyera na temat ostatniej płyty Flying Lotusa bije wszystkie analizy tego albumu, jakie miałem okazję czytać. Zbyt wiele talentów w tym człowieku. Muzycy muzyków codziennie recenzują w nowym serwisie The Talk House.

.

Fine.


Litanie samplera

Talk Talk - The Colour of Bees

Pszczoły obsrały dziś pół domu. Od jednej oberwało mi się w bosą stopę, inna nie chciała odwalić się od modemu mimo grzmocenia playem online w barierkę balkonu. Zamiast przepowiadanych plus sześciu zrobiło się bowiem plus szesnaście – gdy jeszcze w weekend giąłem deskę na stoku – a to dla wszelkich lotnych oznacza jednoznaczny przykaz odlotu. Czy też bardziej profesjonalnie: oblotu. Rozprostowujemy skrzydła, opróżniamy zbiorniki, matka czerwi, córki wynoszą trupy tych, co nie przezimowali. Natura rozpoczyna swój wielki recycling. Przynajmniej przez jeden dzień – wiosna.

Zaledwie osiem przypadków poddawania recyclingowi dorobku Talk Talk wyszczególnia wyspecjalizowany serwis WhoSampled. Wykaz pomija to i owo, począwszy od niemieckiego wesołego hardkoru z połowy lat 90. aż po przyjemny letni hip-hop z początku tejże dekady. Ale nawet wypełniwszy luki, dosłowne cytowanie tworów hollistycznych okaże się relatywnie rzadkie. Przynajmniej jak na tę skalę komercyjnego sukcesu, ten stopnień krytycznego szacunku i ten rozmach wpływania na pokolenia.

W naszych rejonach blogosfery najlepiej kojarzy się zapewne „Rabbit In Your Headlights” z jedynej świetnej płyty Unkle. Galopującą w tle perkusję zapożyczono z „New Grass”, przedostatniego utworu na ostatnim albumie Talk Talk. Zapożyczono, dodajmy, zgoła niepotrzebnie. Piosenka obyłaby się bez tego przeszczepu, a wręcz zabrzmiałaby lepiej z własnoręcznie zmontowanym bitem. Zatem ewidentny ukłon. Czyj ukłon? Wypada obstawić Thoma Yorke’a. Obsługuje tutaj głównie mikrofon, ale grzebał również w kompozycyjnych bebechach.

Makabryczny klip towarzyszący „Rabbit In Your Headlights” podbił swego czasu zestawienie 100 teledysków wszech czasów redakcji świętej pamięci Stylus Magazine. Teledysk ten przypomniał mi z kolei o ekranizacji „Living in Another World”. Hollis wyglądem i zachowaniem antycypuje w niej wprost Thoma Yorke’a. Wielu sugerowało już, że Talk Talk powinni zażądać od Radiohead prawnego uznania ojcostwa. Tyle że muzycznego. Ile emocjonalnej huśtawce Hollisa oraz przykrym perypetiom rynkowym całego zespołu zawdzięczają odpowiednio publiczna kreacja lidera Radiohead oraz ambiwalentne strategie fonograficzne grupy?

Hołdowania Hollisowi Yorke’owi oczywiście nie udowodnię. Zresztą, może to jednak DJ Shadow, skoro w samobójczym ekonomicznie – i dlatego obecnym tylko w dziennikarskiej i japońskiej wersji „Psyence Fiction” – litanii samplera cytuje również „The Rainbow”? Najbezpieczniej postawić na jeszcze inne wyjaśnienie kredytowania się u Hollisa: po prostu było blisko. Mark osobiście pojawia się bowiem w piosence „Chaos”, sąsiadującej z „Rabbit” na macierzystym longplayu. Gra na fortepianie. Choć to za wiele powiedziane, bo po swojemu nieprawdopodobnie skąpi nut. Poniekąd znów mogłoby go nie być, ale zawsze miło wpisać sobie w personel: Mark Hollis – piano.

A może znów chodziło o coś innego. Chociażby o podparcie czynem słów, które piosenkę tę otwierają:

With the influence of powerful forces behind the scene
You can bring order out of the chaos that we see

Życzę słonecznej wiosny.

*

W poprzednich, jak te lata lecą, odcinkach:

• 2012: 5 kwietnia
• 2011: Uderz w Hollisa, odezwie się Sylvian
• 2010: O zbytku dwóch nut
• 2009: Zagadka filmowa wciąż nierozwiązana

.

Fine.


Sorry, no bonus.

Glenn Schellenberg, psycholog Uniwersytetu Toronto, zajmuje się relacją edukacji muzycznej z ogólną bystrością. Do publikacji przygotowuje właśnie rezultaty badań, według których błogosławiony wpływ nauki gry na instrumencie z umiejętnościami poznawczymi całkowicie zanika, gdy porównuje się osoby o podobnym pochodzeniu i cechach charakteru.

„Innymi słowy pozorne korzyści z lekcji muzyki więcej mają do czynienia z tym, które dzieci wysyła się na takie lekcje, niż z samymi lekcjami”.

Stąd.

.

Fine.


W formie

Shugo Tokumaru - Katachi

Pod teledyskiem do piosenki „Katachi” z ostatniej płyty Shugo Tokumaru roi się od polskich nazwisk. Reżyserów klipu – Katarzynę Kijek i Przemysława Adamskiego – spytałem, jak doszło do transkontynentalnej współpracy.

Nasze kolejne klipy zyskiwały coraz większe uznanie w internecie. Głównie na zagranicznych portalach dedykowanych nowatorskim produkcjom wideo. W 2010 otrzymaliśmy niespodziewanie prestiżowy tytuł najlepszego nowego reżysera przyznawany przez najbardziej opiniotwórczą internetową społeczność skupioną wokół tematyki wideoklipu na świecie – Antville. Między innymi dzięki temu spotykamy się z ogromnym odzewem i zainteresowaniem ze strony muzyków i wytwórni muzycznych z całego świata – włączając tak egzotyczne z naszej perspektywy rejony świata jak Nigeria, Australia, Korea Południowa, czy Japonia. Paradoksem zdaje się być wręcz, że cieszymy się większym poważaniem za granicą, niż w Polsce. Internet sprawia jednak, że powoli przestaje mieć znaczenie gdzie mieszkamy.

W przypadku „Katachi” istniała oczywiście bariera językowa. Dość długo czekaliśmy na „oficjalne” tłumaczenie tekstu utworu. Poezja Shugo nie należy do najłatwiejszych. Mieliśmy jednak dobrą intuicję, bo pomysł na teledysk powstał na chwilę przed otrzymaniem tłumaczenia. Po zatwierdzeniu treatmentu mieliśmy absolutnie wolną rękę, a finalny efekt spotkał się z wyjątkowo dobrym przyjęciem. – zarówno samego Shugo, jego wytwórni, jak i widowni. Klip prezentowany był m.in. na słynnej konferencji TED, a także na pokazach Bug Music Videos w Londynie, Flux w Hammer Museum w Los Angeles, na festiwalu SXSW, a w kwietniu będzie częścią berlińskiej Pictoplasmy.
.

Na blogu duetu Kijek-Adamski obejrzeć można krótkie making of teledysku. A ja dodam tylko, że nienajłatwiejszość poezji Shugo bierze się stąd, że Japończyk spisuje ją bezpośrednio ze snów. „Katachi” oznacza zaś kształt, postać, formę.

.

Fine.


Skandal. Zdziwieni są oburzeni

 

Każdy artykuł o kontrowersyjnych – bo zbyt dociekliwych – lotniskowych skanerach ciał serwis Gazeta.pl miał w zwyczaju reklamować na stronie głównej miniaturką nagiej kobiety (18+). Właściwy tekst opatrywała już jednak nuda. Jak pokazuje obrazek powyżej, budziło to zrozumiałe niezadowolenie czytelników – jeśli dobrze liczę, zainteresowanie zaginioną laską wyraziło jeszcze 235 innych plusujących.

O polowaniu na kliki akurat nie przy użyciu biustów, ale nagłówków, piszę w nowej „Polityce”. Nagłówków w najlepszym wypadku radośnie ogólnikowych:

Wpadka lidera zespołu Weekend
(W jednym z wywiadów nazwał mieszkańców Turcji „Turcjanami”)
Piękna, rudowłosa dzikuska w Polsce
(Paramore i Asking Alexandria kolejnymi gwiazdami Impact Festival 2013)
Gwiazdor przygotowuje się na śmierć
(Stephen King nie chce, aby po śmierci inni autorzy kontynuowali jego powieści)
Każda dziewczyna musi ją mieć w swojej szafie
(Ołówkową spódnicę)
Ta znana Polka jest rozchwytywana za granicą. Teraz połączy siły z inną niezwykłą artystką
(Agnieszka Holland nakręci film według powieści Olgi Tokarczuk)

A w najgorszym bezczelnie mylących, miejscami obrażających. Choć zazwyczaj po prostu durnych:

„Wpadka brytyjskiego dziennikarza. Polacy są oburzeni”
„Skandal w telewizji. Widzowie są oburzeni”
„Te ubrania są nadal na topie. Zdziwieni”

Bo na takie kombo natknąłem się w onetowej kolumnie Rozrywka/Styl Życia/Plotki, gdy zbierałem materiały do artykułu.
.

Jako że alfą i omegą powyższego procederu są wyświetlenia bannerów, postanowiłem przy tej okazji porozmawiać z największymi wrogami sieciowej reklamy: twórcami AdBlocka. Według Tilla Faidy, który prowadzi projekt wespół z Wladimirem Palantem, reklama ta jest do niczego:

Ludzie są coraz bardziej poirytowani krzykliwymi bannerami, klipami promocyjnymi, śledzeniem naszych poczynań w sieci. Dlatego coraz rzadziej na te reklamy zwracają uwagę. Przekłada się to na spadek dochodów serwisów internetowych i zmusza administratorów, by stawiali na promocję jeszcze bardziej napastliwą. I tak błędne koło się zamyka.

My za cel stawiamy sobie wypracowanie racjonalnego rozwiązania, które zadowoli obie strony: internautów i twórców stron. Na tym polega nasza inicjatywa Akceptowalne Reklamy. Jeśli zamiast bombardować użytkowników, podsuwa się im nieinwazyjne podpowiedzi, domyślny filtr AdBlocka je przepuści. Dzięki temu pomimo swej dyskrecji reklamy te okażą się bardziej skuteczne od pstrokatych bannerów – bo te blokujemy. Im więcej twórców stron to zrozumie, tym przyjemniejsze będzie surfowanie po internecie. A zarazem na udostępnianiu darmowych treści wciąż będzie można zarobić.
.

Spytałem też o głośną sprawę francuskiego dostawcy internetu, który zamierzał domyślnie czyścić sieć z reklam jeszcze na poziomie łącza. Plany pokrzyżował rząd. Ku mojemu zaskoczeniu Faida również okazał się sceptykiem:

Sam pomysł pokazuje, że blokowanie reklam jest opcją mile widzianą przez użytkowników. Free obrało jednak błędną strategię. W AdBlocku nie chodzi o cenzurowanie internetu, lecz o wzmocnienie pozycji użytkownika. O dostarczenie mu narzędzia, dzięki któremu sam będzie decydował, jakie treści życzy sobie widzieć na ekranie. Proponujemy rozwiązanie podobne do telewizyjnego pilota.

Jeśli więcej osób będzie surfować z Adblockiem, blokując niepożądane elementy – skrypty śledzące czy zbyt agresywne reklamy – wówczas zmusi to firmy do włożenia większego wysiłku w zagwarantowanie odwiedzającym pozytywnych doświadczeń. I właśnie dlatego nie należy blokować reklam na poziomie routera. Internet i użytkownicy zyskają więcej, jeśli każdy z nas podejmować będzie takie decyzje samodzielnie.
.

AdBlockowi codziennie przybywa ponoć 100 tysięcy nowych klientów. Ale swawole tytularnych biegłych ukrócić może zwykłe zmęczenie wodzonych na pokuszenie. Według danych Megapanel PBI/Gemius strona główna Onetu straciła w ciągu roku milion comiesięcznych użytkowników. Głównemu konkurentowi – Wirtualnej Polsce – ubyło 800 tysięcy gości. W podobnym tempie kurczy się klikbaza O2.pl oraz Interii. „Wydawcy przerażeni”?

.

Fine.


Suites & Tie

Justin 'Yes' Timberlake

Znałem progrockowych fundamentalistów, którzy potrafili kupić płytę tylko po obejrzeniu okładki… tylnej. Konkretnie na podstawie czasów utworów. Kilkanaście kilkuminutowych piosenek – biedni Beatlesi – wykluczało zakup. Ideał uosabiało 80 minut podzielonych na cztery dwudziestki. I nawet bardzo zasłużony artysta mógł łatwo stracić zaufanie podwładnych, gdy pozwalał sobie na skok w zwięzłość. Zwrot ku suitom automatycznie przywracał linię kredytową.

Jeśli tacy słuchacze jeszcze istnieją i w przyszłym tygodniu zabłądzą przypadkiem między półki z popem, wyjdą ze sklepu z nowym albumem Justina Timberlake’a. „The 20/20 Experience” mogłoby się bowiem nazywać „Suites & Tie”. Krawat ze względu na pozycjonowanie się w roli luksusowej marki. Suity dla czasów utworów, bo na płytę się składają następujące wielkoludy:

Pusher Love Girl – 8:03
Suit & Tie – 5:27
Don’t Hold the Wall – 7:11
Strawberry Bubblegum – 8:00
Tunnel Vision – 6:47
Spaceship Coupe – 7:18
That Girl – 4:47
Let the Groove Get In – 7:12
Mirrors – 8:05
Blue Ocean Floor – 7:22

Całe 70 minut podzielone na marne 10 utworów. Przy okazji poprzedniego „FutureSex/LoveSounds” 66 minut poszło w dwunastkę (i tak nieźle). A nieco ponad godzinny solowy debiut Justin rozpisał na trzynaście ścieżek. Z wiekiem zdecydowanie nam progroczeje. Co fanom w ogóle nie przeszkadza, bo kiedy ostatnio – czy w ogóle? – pupil RMF-ów tego świata startował na RYM z perspektywą (3.83) na końcoworoczne pole position? A może RYM-owcy też spoglądają najpierw na tylną okładkę?

Ta powyższa z pozdrowieniami dla zmarłego właśnie Petera Banksa, jednego z założycieli grupy Yes. Za którą, prawdę mówiąc, nigdy nie przepadałem. Ale akurat nie z winy gitarzysty.

.

Fine.


Frightened Rabbit – Pedestrian Verse

Frightened Rabbit – Pedestrian VerseFrightened Rabbit – Pedestrian Verse (Canvasback/Atlantic)

 

Poniekąd casus wydanego ledwie dwa tygodnie wcześniej longplaya kolegów zza muru Hardiana, The Joy Formidable. Równa płyta z kilkoma ponadprzeciętnie zacnymi refrenami, tyle że w stylistyce przejętych gitar-hymnów, które era twittera brać na serio jakby nie pozwala. Wśród zalet, obok melodii i tylko sporadycznego sięgania po falset autorstwa Scotta Hutchisona, odważnie wysunięte na plan pierwszy bębny, brzmiące dzięki temu o niebo lepiej niż pudełeczka większości pokrewnych kapel.

Za miarę ich ambicji i zwierciadło wrażliwości na obecnym etapie kariery uznałbym „December’s Traditions”. Rodzaj czterominutowej suity, w której łzawe wyciszenia płynnie ustępują kreszendom, aranże wielościeżkowe postpunkowej surowicy.  Względnie ciekawe i bezwzględnie chwytliwe. Ale z okrutnie ograniczonym terminem przydatności. I brakiem perspektywy pociągnięcia tematu dalej, bo po pięciu pełnometrażówkach wydeptali już tę okolicę do gołej ziemi.

.

Fine.


Niebezpieczna zatoka

James Blake - Digital Lion

Kiedy ostatnio Brian Eno przyłożył rękę do czegoś tak wciągającego jak „Digital Lion” Jamesa Blake’a? Konstrukcja łamanej sinusoidy wywraca fabułą, ilekroć słuchanie grozi przejściem w przewidywanie. Miękko rozlewający się utwór panowie ledwo po minucie chowają, by po dziwnej pauzie wypuścić w gorsecie mechanicznej dyscypliny – mocno w duchu „Third” Portishead. Kilka taktów wgłąb i atmosfera ponownie się ociepla. Najpierw klawiszem, potem falującym wielogłosowym mormorando, wreszcie kompletnie nieprzystającymi do wygenerowanego krajobrazu czterema akordami gitary akustycznej…

I kolejne tąpnięcie. Werble, „Third”, Raster-Noton. Stąd chwiejnym krokiem ku zrazu zamarkowanej, wreszcie trwałej odwilży.

Panowie sypnęli też produkcyjnymi drobiazgami, które pod nieobecność należytego refrenu ściągają na siebie odruch wyczekiwania. Jak chociażby „odgłos czaszek” zwielokrotniony przez odbicia ścian jaskini ukrytej za wodospadem. Albo jak przeciągnięte nieludzko wibrato (2:21), z którego Blake przepływa beztrosko w kolejną frazę bez wynurzenia, bez nabrania oddechu. Jak wreszcie opadająca na całą tę barwną scenerię absurdalna syrena godna pamiętnej wojskowej trąbki z „The Glorious Land” PJ Harvey.

W żegludze morskiej jeden długi sygnał oznacza, że „statek zbliża się do zakrętu lub do obszaru, gdzie inne statki mogą być zasłonięte występującą przeszkodą”. Niechże na drugiej płycie Blake’a takich zakrętów będzie jak najwięcej.

.

Fine.