Maj 2013

100 lat samotności

beats headphones

Kolektywną z natury muzykę uczyniły orężem walki o prywatność. Słuchawki są z nami od wieku, ale nigdy przedtem nie służyły tak wielu z nas i do tak wielu celów.

„Czy słuchanie muzyki w izolacji nie będzie uznane za niegrzeczne?” – pytał pod koniec lat 70. Akio Morita, współzałożyciel koncernu Sony przez długi czas uważany za faktycznego wynalazcę Walkmana. Sam skłaniał się ku odpowiedzi negatywnej. Zadbał więc o to, by przyszły hit Sony wyposażono w dwa gniazda słuchawkowe. Morita wciąż obawiał się jednak, że wspólne słuchanie zaszkodzi z kolei konwersacjom. Dlatego zaopatrzył urządzenie w przycisk, który jednocześnie zmniejszał głośność odtwarzania i uruchamiał mikrofon połączony bezpośrednio ze słuchawkami. W większości z milionów sprzedanych Walkmanów pierwszej generacji przycisk ten nigdy nie został użyty.

Już w połowie lat 80. inny Japończyk Shuhei Hosokawa opisywał „efekt Walkmana”. Szczególnie w dużych miastach – tłumaczył naukowiec – ciągle grożą nam nieprzewidziane i potencjalnie nieprzyjemne spotkania. Bardzo łatwo ich uniknąć, jeśli na spacer, podróż autobusem czy sjestę w parku założymy słuchawki. Sama ich obecność sugeruje, że jesteśmy zajęci. Ponadto nawiązanie z nami kontaktu wymagałoby od podniesienia głosu, co natychmiast zwróciłoby uwagę otoczenia. A i tak moglibyśmy zignorować intruza udając, że niczego nie zauważyliśmy. „Słuchawki umożliwiają przemieszczanie się przez miejsca publiczne w czymś w rodzaju bańki ochronnej, przez które przepuszczamy wyłącznie sygnały pożądane” – podsumowywał Hosokawa. Przyjaciele i ogłoszenia dworcowe – tak; żebracy i sprzedawcy uliczni – nie.

Nie upłynęło wiele czasu, a Sony zrezygnowało z funkcji wspomagania rozmów. Coraz rzadziej widywało się też podwójne gniazda słuchawkowe i nieliczni zainteresowani współdzieleniem dźwięków musieli zaopatrzyć się w specjalny rozdzielacz. Wraz z upowszechnianiem się przenośnych odtwarzaczy kaset, a potem płyt CD, przybywało również socjologów, którzy w populacjach miast dopatrywali się raczej zbioru odseparowanych jednostek niż zbiorowości. Także muzykolodzy dziwili się nieoczekiwanej ewolucji tej przecież najbardziej kolektywnej ze wszelkich sztuk – pierwotną funkcją muzyki było przecież scalanie społeczności lokalnych, wspólnotowe jej wykonywanie i przeżywanie. Wszystkie te zjawiska i obawy spotęgował młodszy o nieco ponad dwie dekady następca Walkmana – iPod.

„To wszystko harmonizuje z ogólnym trendem kulturowym, aby robić tylko te rzeczy, na które mamy ochotę. I tylko wtedy, kiedy mamy na nie ochotę” – oceniał w rozmowie z magazynem „Wired” profesor Michael Bull z University of Sussex, autor książki poświęconej „efektowi Walkmana” nazywany niekiedy „profesorem iPod”. „W przestrzeni miejskiej czujemy się tym bezpieczniej, im bardziej jest ona zaludniona. Obecność innych osób jest pożądana. Ale już interakcje z nimi niekoniecznie. iPod pozwala nam kształtować te interakcje na własnych warunkach” – uważa Bull. I podaje przykład zjawiska często spotykanego w środkach transportu publicznego. Oto osoba w słuchawkach swobodnie przygląda się współpasażerom. Gdy któryś zwróci uwagę i postanowi odwzajemnić spojrzenie, nasz meloman opuszcza wzrok i udaje, że interesuje go wyłącznie muzyka. Wysyła jednoznaczny sygnał: „jestem zajęty” albo wręcz „mnie tu nie ma”. Od niedawna zresztą podobny trick umożliwiają smartfony, na których w nieskończoność można sprawdzać maile albo pokonywać kolejne gierki.

Słuchawki pomagają kontrolować relacje z otoczeniem, lecz także własny organizm. Wiele osób nie lubi zostawać sam na sam z własnymi myślami, toteż zagłusza je muzyką. Inni poprawiają sobie nastrój chociażby w drodze do pracy playlistą złożoną z ulubionych piosenek. Ciekawe są tutaj obserwacje Bulla. Wynika z nich, że odsłuch indywidualny skłania nas do wybierania bardziej osobistych utworów niż tych, po które sięgnęlibyśmy nawet w domu. Potrafimy też przez długie miesiące słuchać dokładnie tego samego zestawu tytułów w dokładnie takiej samej sekwencji. Wkrótce każdy etap podróży ma własną melodię, a my zyskujemy złudzenie panowania nad czasem i przestrzenią. Słuchawki wyjmiemy z uszu dopiero w drzwiach biura, w ostatnim możliwym momencie. I za moment założymy je ponownie – wśród amerykańskich pracowników biurowych co trzeci regularnie uprzyjemnia sobie muzyką obowiązki służbowe, przy czym wśród osób w wieku do lat trzydziestu – aż połowa.

Muzyka nigdy nie była więc równie powszechna – słuchamy w pracy, w domu, w podróży – ale nigdy nie była też sprawą tak prywatną. O ile społeczna ocena tego stanu rzeczy wymyka się jednoznacznościom i czasem wystarczy sobie uświadomić, że książek również nie zwykliśmy czytać na głos, a samotnej wyprawy do galerii nie weźmiemy nikomu za złe, o tyle nie ma żadnych wątpliwości co do zgubnego wpływu nausznego boomu na nasz słuch. A raczej boomu dousznego, bo słuchawki tym bardziej szkodzą, im bardziej są miniaturowe.

Te o wielkości pięciogroszówki zbyt słabo blokują dźwięki otoczenia, zmuszając nas do podkręcania głośności. Jeszcze mniejsze słuchawki dokanałowe izolują z kolei zbyt szczelnie, zamieniając membranę głośniczka w tłok, którego tętno bezpośrednio przenosi się na błonę bębenkową. Wśród amerykańskich nastolatków co piąty nie słyszy już szelestów ani szeptów, a do laryngologów powoli dociera ponadpokoleniowa fala ogłuszonych dekadą obcowania z przenośnymi odtwarzaczami mp3. Pewną nadzieję na odwrócenie tego trendu dają słuchawki zaopatrzone w funkcję elektronicznej redukcji szumów zewnętrznych. Pierwotnie zaprojektowane z myślą o pilotach samolotów długodystansowych, urządzenia te w dużej mierze eliminują problem akustycznych przepychanek z otoczeniem. Z drugiej strony jeszcze skuteczniej separują od reszty świata.

„Pozwólcie waszym dzieciom i małżonkom od czasu do czasu puścić głośno muzykę, audiobooka, teledysk, film czy radio. Posłuchajcie, czego oni słuchają. Każcie im słuchać waszych rzeczy. Wszak dźwięki kwitną pośród innych dźwięków” – zachęcał swego czasu „New York Times”. Jednak wbrew wszelakim apelom i ostrzeżeniom sprzedaż słuchawek nieustannie rośnie w tempie około 10 proc. rocznie. Okazuje się, że obok laptopów, smartfonów, a od niedawna tabletów weszły one w zakres obowiązkowego wyposażenia człowieka nadążającego za współczesnością. A to przecież wynalazek sprzed ponad stu lat.

*

Brandes Superior Headphones1910. Z kuchni do armii.

Brandes Superior Headphones (1919-21)

W archiwach amerykańskiej marynarki znajduje się notatka admirała Arthura Hepburna z 1910 roku, w której ówczesny szef dywizji radiowej wspomina list z Salt Lake City „napisany fioletowym tuszem na niebieskim oraz różowym papierze”. Do listu dołączono parę słuchawek spiętych skórzanym pałąkiem do nakładania na głowę. Nadawca prosił o przetestowanie urządzenia. Sam nie dysponował bowiem odpowiednim sprzętem – ów pierwszy model zmontował we własnej kuchni.

Słuchawki okazały się o niebo lepsze i wygodniejsze od tych będących na wyposażeniu armii. Wojskowi zamówili więc sto kolejnych egzemplarzy i tak Nathaniel Baldwin został pierwszym producentem nowoczesnych – czyli przypominających dzisiejsze – słuchawek, które wkrótce wyparły z rynku dotychczasowe modele przypominające wyglądem stetoskop. (Jeszcze wcześniej, bo już w latach 80. XIX wieku, operatorzy centrali telefonicznych używali zestawów jednosłuchawkowych, które ze względu na wagę około 5 kg instalowano na barku). Bardziej niż upodobania epistolograficzne Baldwina dziwi to, że nigdy nie opatentował swojego wynalazku. Uznał go za zbyt „trywialny”.
.

Beyerdynamic DT-481937. Więcej dynamiki!

Beyerdynamic DT-48

Równie nieroztropnie zachował się niemiecki inżynier Eugen Beyer. Już w 1937 roku zaprezentował pierwsze słuchawki dynamiczne, a na technologii tej wciąż bazuje większość urządzeń produkowanych obecnie. Tyle że swoim wynalazkiem Beyer podzielił się tylko z kontrahentami z branży telefonicznej.

Wkrótce rozwój firmy Beyerdynamic zatrzymała II Wojna Światowa i zasłużonego sukcesu doczekała się ona dopiero dwadzieścia lat później, gdy swoją ofertę postanowiła wreszcie udostępnić zwykłym melomanom. Słuchawki DT-48 stały się tak wielkim przebojem, że ich produkcji nigdy nie zaprzestano – obecnie kosztują około 1300 zł. Wyglądem oczywiście niezbyt przypominają pierwotny model i może to być kolejny błąd strategiczny firmy. Bo czy zakochany w retro XXI wiek potrafiłby nie ulec urokowi spartańskiego oryginału?
.

Koss SP-31958. Wierność w stereo.

Koss SP-3

W przeciwieństwie do swoich poprzedników John C. Koss potrafił przejść przez drzwi, które niespodziewanie otwarł przed nim los. Koss zajmował się wypożyczaniem odbiorników telewizyjnych między innymi szpitalom. Po godzinach sporo jednak muzykował i być może stąd pomysł, by poza wizją spróbować swoich sił także w dziedzinie audio.

Wraz z przyjacielem zaprojektował przenośny fonograf, który zadebiutował na targach hi-fi w Wisconsin w 1958 roku. W hałaśliwym otoczeniu osobom odwiedzającym targi trudno byłoby docenić wierność brzmienia, dlatego Koss wyposażył urządzenie w „słuchawki lotnicze” SP-3 własnej produkcji. Aby zaś stworzyć złudzenie słuchania muzyki w sali koncertowej, zróżnicował sygnał w lewym i prawym kanale. Ku jego zaskoczeniu na fonograf nikt nie zwrócił uwagi, za to słuchawki wzbudziły powszechny zachwyt. Z czego Koss wyciągnął właściwe wnioski: na dobre porzucił fonografy (i telewizory), by zostać wkrótce liderem przemysłu odsłuchu indywidualnego.
.

Sony MDR-3L21979. Disco jogging.

Sony MDR-3L2

Jakość dźwięku? Wygoda? Z chwilą wprowadzenia na rynek pierwszego przenośnego odtwarzacza kaset słuchawki musiały być przede wszystkim przenośne. Dołączony do pierwszego Walkmana firmy Sony zestaw MDR-3L2 znakomicie spełniał ten warunek. Ważył zaledwie 50 gramów wobec ówczesnego standardu 300-400 gramów. A dwie dotychczasowe opcje słuchania nagrań muzycznych – w domu lub w samochodzie – uzupełnił o trzecią: gdziekolwiek zechcesz.

Z propozycji skorzystały wkrótce dziesiątki milionów osób, zaś w ciągu kolejnych dekad – setki. Postępowała także miniaturyzacja słuchawek i już na początku lat 80. na rynku pojawiły się modele, które zamiast nakładać na uszy należało umieszczać wewnątrz nich. Ich właściwy czas miał jednak nadejść dopiero dwadzieścia lat później. Na razie wszyscy cieszyli się, że Japończycy postawili na nazwę „Walkman” zamiast konkurencyjnej „Sony Disco Jogger”.
.

iPod 20012001. Biel powszechna.

iPod

Bodaj jedynym naprawdę oryginalnym elementem iPoda, który wkrótce miał się stać obowiązkowym prezentem choinkowym oraz symbolem ery muzyki cyfrowej, był kolor dołączonych do urządzenia słuchawek. Białe kabelki wystawały z uszu małych i dużych, tych w trampkach i tych w garniturach, współpracowników i współpasażerów. Skuteczniej niż wszystkie płatne reklamy wypromowały zgrabne urządzenie podupadłej firmy Apple.

Sam iPod spopularyzował z kolei nowy typ relacji z muzyką: oderwaną od fizycznej kolekcji, podziałów gatunkowych, chronologii, a nierzadko również ceny. Kiedy audiofile przeklinali mizerną jakość miniaturowych słuchawek odtwarzających równie liche pliki mp3, setki milionów osób słono płacących za ową biel potwierdzały intuicję wynalazców Walkmana: muzyka i wolność są jak dwie strony tej samej kasety.
.

Lil' Wayne & Beats by Dre2012. Słuchawki nie (tylko) do słuchania.

Beats by Dre

Niemal co druga para słuchawek kupowanych w Stanach Zjednoczonych zalicza się do segmentu premium, którego dolną granicę wyznacza cena 100 dolarów. Wśród nich co drugi zestaw egzemplarz wyprodukowała firma Beats założona przez legendarnego producenta hip-hopowego Dr. Dre.

Przynajmniej wśród męskiej części społeczeństwa urządzenia oznaczone małą literą „b” uchodzą obecnie za najmodniejszą rzecz do noszenia na głowie – zdetronizowały nawet okulary marki Ray-Ban – a co czwarty posiadacz markowych słuchawek przyznaje, że kwestia brzmienia jest dla niego drugorzędna wobec zgodności sprzętu z aktualną modą. Aktualność Beatsów potwierdzają zaś zarówno hiphopowe teledyski jak i relacje z zawodów sportowych. Tylko na tegorocznej Olimpiadzie gościły chyba wszystkie modele dostępne w katalogu firmy, a już zupełnie oficjalnie reklamuje je słynny koszykarz LeBron James. Poza sportem zaś m.in. Justin Bieber i Lady Gaga. Na uszach słynnego rapera Lil’ Wayne’a pojawiły się ostatnio Beatsy warte cały milion dolarów okraszone 114 karatami diamentów.

Polityka – Sztuka życia, grudzień 2012

.

Fine.


Jak się żegnać (2)

andymori

10.09.2012:

To na wesoło, na przykład tak. Teledysk rozkręca się, a ten z papierosem na końcu ma stwierdzić: „Cóż za przejmujący utwór”. Będę tęsknił.

Kolejna tokijska kapela żegna się z humorem, choć za tymi akurat tęsknić nie będę.

A tymczasem cokolwiek nawiedzone japońskie trio 385 wydało debiut wyczekiwany przez niektórych od lat wielu. Próbka tutaj, wstępowi nie dajcie się zwieść.

.

Fine.


Kartel pani Carter

Ameryką rządzą dwie czarnoskóre, heteroseksualne pary. Jedna włada z Białego Domu dzięki 66 mln głosów wyborczych. Druga ze sceny, za sprawą 230 mln sprzedanych płyt. Obie spotkały się pod koniec stycznia na Kapitolu podczas inauguracji nowej kadencji prezydentury Baracka Obamy – czyli tego z pary numer jeden. Uwagę mediów i portali społecznościowych zdominowało jednak wykonanie hymnu narodowego przez Beyoncé – czyli tej z pary numer dwa. Obecność Michelle Obamy i rapera Jaya-Z obiektywy aparatów odnotowały tym razem głównie dlatego, że towarzyszyli swoim małżonkom.

Tamtej eksplozji zainteresowania 31-letnia piosenkarka prawdopodobnie wolałaby jednak uniknąć. „Potrzebowała playbacku do zaśpiewania piosenki, którą 11-letnie dziewczynki wykonują na żywo na stadionach sportowych w całych Stanach. Hańba” – komentował na Twitterze któryś z internautów, a jego cięty komentarz przedrukowano wkrótce w tysiącu innych miejsc: od łamów „New Yorkera” po stronę główną BBC. Odtworzenie z taśmy ukochanego utworu Ameryki przez ulubioną wokalistkę Amerykanów wywołało bowiem szok dwojakiego rodzaju.

Po pierwsze, podważyło autentyzm samej inauguracji prezydenckiej. Jak zauważył wspomniany „New Yorker”, przypomina ona Amerykanom o podstawowych wartościach narodowych: otwartości, wolności słowa czy egalitaryzmie. Szwindel Beyoncé mógł sugerować szwindel w przesłaniu całego przedsięwzięcia. Oprócz narażenia patriotycznej dumy nadszarpnęła ona również wiarę w fundament własnego wizerunku: doskonałość. Doskonali nie potrzebują posiłkować się playbackiem. A już na pewno nie pozwalają się na tym procederze nakryć, wywołując ogólnonarodowy skandal, który przysłonił nawet północnokoreańskie zapowiedzi kolejnego testu nuklearnego (zrealizowane wkrótce potem). Owo potknięcie mogło oznaczać początek schyłku oficjalnej królowej amerykańskiego show-biznesu. Zamiast tego okazało się kolejnym dowodem na to, że gdy Beyoncé upada, to na trampolinę – by wybić się jeszcze wyżej.

Dojrzały produkt

Lutowa premiera jej telewizyjnej biografii „Life Is But a Dream” („Życie to tylko sen”) przyciągnęła przed ekrany trzykrotnie więcej widzów, niż wynosił dotąd rekord oglądalności filmów dokumentalnych telewizji HBO. Zdania krytyków co do zawartości półtoragodzinnego dzieła były podzielone. Wielu uskarżało się na zwykłą nudę. Zgodny entuzjazm wzbudziły za to napisy początkowe. Beyoncé Knowles figuruje w nich jako reżyserka, producentka, narratorka oraz jedyna gwiazda filmu. W napisach końcowych pojawia się jeszcze w sekcji „dodatkowe kamery”, bo niektóre sceny kręciła prywatnym smartfonem.

czytaj dalej →

.

Fine.


Muzyka szkieletowa

Ribs / X-Ray Recordings

„Ze względu na niedobór magnetofonów w świecie komunistycznym, pilni słuchacze musieli znaleźć inny sposób powielania muzyki, która była niedostępna bądź zakazana. Gromadzili zużyte zdjęcia rentgenowskie, zaokrąglali kanty i rejestrowali muzykę z radia bezpośrednio na fotografiach ludzkich szkieletów.

„Rentgeny były najtańszym i najbardziej dostępnym źródłem niezbędnego plastiku – wspomina [muzykolog] Artemy Troitsky. – Ludzie kupowali je za kopiejki setkami w szpitalach czy klinikach. Rowki nacinano specjalnymi urządzeniami, w które stare adaptery przerabiały zręczne konspiracyjne dłonie. Nagrania te nazywano „żeberkami” lub „kośćmi”. Dystrybuowano je potajemnie i puszczano na sekretnych potańcówkach”.
.

Fragment książki „Democracy of Sound: Music Piracy and the Remaking of American Copyright in the Twentieth Century” (thx Artur), której spory fragment publikuje Salon, choć akurat ten powyższy znaleźć można na regałach Google Books. Autor jednakowoż cytuje tylko starszą publikację.

O żeberkach krótko wspomina anglojęzyczna Wikipedia oraz blogerzy, a historię nagrań ilustracjami i fragmentem audio przyozdobił niemiecki Der Spiegiel. I jakoś w tym wszystkim niespecjalnie mnie dziwi, że po egzotyczny nośnik sięgnęła ostatnio wytwórnia Jacka White’a.

.

Fine.


Wideo, teledysk, klip

„Guardian” w artykule o szefie Vevo, które uruchomiło właśnie polską wersję:

„For now, though, Jones has more immediate problems, working out how to promote the music video site in Poland. Apparently there’s no Polish word for video. That might be a problem now, but no doubt video will have been trumped by some new sensation-centric medium a few years from now. Maybe there will be a new word in Polish for that”.

.

Fine.


Jan Paweł (Juan Pablo Oczkowski) – wywiad

Jan Paweł - Juan Pablo Oczkowski

Wyszło podwójne święto. Dwa dni po moim wpisie o Janie Pawle – czyli wenezuelskim songwriterze polskiego pochodzenia Juanie Pablo Oczkowskim – udało nam się zdzwonić i porozmawiać o jego perypetiach osobistych i muzycznych. I to były, zdaje się, akurat jego urodziny. A potem autoryzacja dziwnie się przedłużała, aż wreszcie przyszło wyjaśnienie:

Naprawde bardzo przepraszam za opoznienie. Ten tydzien byl szalony. Dowiedzialem sie ze bede tata. Trudno mi bylo sie na czyms innym skupic.
.

Całe szczęście więc, że zdążyliśmy porozmawiać przed wykonaniem tego zdjęcia.
.

*

Świetna polszczyzna!

U nas w domu zawsze mówiło się po polsku. Ale z pisaniem idzie mi gorzej.

Jak w ogóle trafiliście do Wenezueli?

Rodzice przyjechali do Wenezueli w 1972 roku. Tata pracował wcześniej w Krakowie, był kierownikiem artystycznym zespołu Słowianki. Grał też w tamtejszej Orkiestrze Polskiego Radia i Telewizji. W pewnym momencie zaczął mieć problemy w pracy z powodów politycznych. Był wtedy bardzo – jak to mówicie – wkurwiony? I akurat trafił na ogłoszenie, że potrzebni są muzycy do założenia orkiestry w Maracaibo. Wyjechał. Rok później dołączyła do niego moja mama, która zresztą śpiewała w Słowiankach sopranem. Już w Wenezueli oprócz gry w orkiestrze ojciec założył zespół La Romanza. Zrobili karierę wykonując rosyjskie piosenki. Wydali jedną płytę, grali na dużych imprezach. Mama do dziś trzyma album z wycinkami z gazet na ich temat.

Ty urodziłeś się już w Ameryce?

Tak, i jak sobie możesz wyobrazić, dorastając w takiej rodzinie od początku miałem do czynienia z muzyką. Tata próbował uczyć mnie gry na pianinie, ale w ogóle tego nie lubiłem i unikałem klawiatury, jak mogłem. Nic z tego nie wyszło. Za to mój starszy brat został zawodowym pianistą. Uczy teraz na uniwersytecie w Niemczech. To on podarował mi gitarę, kiedy miałem kilkanaście lat. Słuchałem wtedy takich zespołów jak Smashing Pumpkins – czy później Sonic Youth – więc strasznie spodobał mi się ten prezent. Miałem potem kilka zespołów, eksperymentowaliśmy z różnymi hałasami, sprzężeniami.

A kiedy pojawiły się piosenki?

W 2003 roku rozstałem się z dziewczyną po pięcioletnim związku i bardzo to przeżywałem. Spróbowałem przełożyć to na muzykę. Na początku bardzo się wstydziłem, bo teksty były bardzo… jak by to powiedzieć?

Bezpośrednie?

Ale kilku znajomych, którym je zaśpiewałem, zachęcali mnie do nagrania ich i wydania. W końcu posłuchałem. Chociaż i tak długo grałem w duecie z wokalistką – ja pisałem i grałem na gitarze, ona śpiewała. Takie udawanie, że to nic osobistego, zwykłe piosenki o miłości.

Myślałeś kiedykolwiek, żeby skomponować coś po polsku?

Tak, ale zawsze wydawało mi się, że te byłoby to bardzo ubogie językowo. Rok temu ambasada Polski w Wenezueli ogłosiła mnie Polakiem Miesiąca czy coś takiego. W związku z tym miałem zagrać koncert na 3 maja. Zaśpiewałem jedną polską piosenkę: „W drogę” Czerwonych Gitar.

I jak porównałbyś śpiewanie po polsku z hiszpańskim?

Język polski jest agresywny. Można tak powiedzieć? Siedzę teraz w biurze i jak sobie tak rozmawiamy, to moi koledzy myślą, że od początku się kłócimy. Zbyt dużo tych trudnych głosek: sz, cz, ż… Hiszpański brzmi znacznie bardziej romantycznie.

Także dlatego wielu Polaków woli śpiewać po angielsku. Wenezuelczycy mają podobny dylemat?

Zdarzają się tacy, którzy śpiewają po angielsku, ale bardzo niewielu. Większy sukces osiągają ci wybierający hiszpański. Tutaj nie mamy tego problemu, co w Polsce – nie trzeba korzystać z angielskiego, żeby poszerzyć swoją publiczność. W końcu większość Ameryki i coraz więcej osób w Stanach Zjednoczonych mówi po hiszpańsku.

Ty postawiłeś za to na polski pseudonim. Skąd się wziął Jan Paweł?

Urodziłem się 7 maja 1981 roku, kilka dni później doszło do zamachu na papieża. Wtedy moi rodzice postanowili zmienić Juan Carlos (Jan Karol) – bo tak miałem się nazywać – na Juan Pablo (Jan Paweł). Kiedy zastanawiałem się nad pseudonimem artystycznym, myślałem o zwykłym Juan Pablo. Ale wydawał mi się trochę śmieszny. Wybrałem więc polską wersję moich imion. Teraz kiedy wrzucam „Jana Pawła” w Google, to zawsze pojawia się papież… Trzeba dopisać „Venezuela”.

Też miałem ten problem. Jak wymawiają twój pseudonim Wenezuelczycy?

W najlepszym przypadku jako „Jan Powell”, tak jakby chcieli to powiedzieć po angielsku.

Na jakim etapie drogi czy też kariery muzycznej jesteś w tej chwili?

Na co dzień pracuję w biurze jako edytor filmowy – video postproducer – ale kiedy wydaję nową płytę, to w Wenezueli jest ona raczej zauważona. Niektóre stacje radiowe zawsze coś z niej zagrają. Daję koncerty, ale nie za dużo. Wolę organizować ich mniej, za to w dobrych warunkach. Za tydzień czeka mnie na przykład występ na festiwalu songwriterów w Caracas, organizowanym w bardzo przyjemnym teatrze. Jeśli chodzi o płyty, to wydałem dotychczas dwie: „Conejillo de Indias”…

Przetłumaczysz?

„Królik doświadczalny”. A druga to „Demasiado Viejo Para Morir Joven”, czyli „Zbyt stary, by umrzeć młodo”. Teraz przygotowuję nową EP-kę.

Polecisz nam na koniec jakąś muzykę z Wenezueli, starą lub nową?

Stary folklorysta Simón Díaz to moim zdaniem najciekawszy songwriter w Wenezueli. Wydał już kilkanaście bardzo dobrych płyt. Możesz zacząć od piosenki „Tonada de Luna Llena”. W tej samej wytwórni co ja wydaje także Ulises Hadjis. I podobnie jak ja nie pochodzi z Wenezueli, ale z Grecji. Wykonawców Entorno Domestico można sprawdzić na kanale YouTube. Inne fajne zespoły to Tan frio el veranoLa vida boheme czy Americania.

Janie Pawle, zaglądasz czasem do Polski?

Byłem w Polsce dwa razy: w 1995 roku i potem w 2000. W ubiegłym roku odwiedziłem Europę, ale wtedy chciałem zobaczyć inne kraje. Zacząłem od Hiszpanii, bo miałem tam umówione dwa koncerty, i potem jeszcze jeden we Włoszech. Dotarłem aż do Turcji. Za to w przyszłym roku muszę znowu przyjechać do Polski i zobaczyć kilka miejsc. Na pewno Zakopane. Jestem zakochany w Zakopanem – można tak powiedzieć?

.

Venezuela


Ojej (11)

„Gwiazdami tej edycji Cover Festivalu będą więc zespoły wykonujące piosenki Deep Purple i Led Zeppelin: Brytyjczycy z Deeply Purple oraz Niemcy z Lod Zeppelin”.

.

Fine.


Są (tam)

Ana Mawgood

Na Wolnej Muzyce pojawiła się kontra do artykułu z TMM „o śmierci muzycznej lewicy”, sugerująca przekierować uwagę ku innym rejonom geograficznym:

Zgodzić można się w pełni jedynie z pierwszym słowem tytułu jego tekstu „TU już nie będzie rewolucji”, ona dzieje się gdzie indziej.

Rzeczywiście wystarczy sobie przypomnieć, ile zamieszania w Pakistanie wzbudziła jedna piosenka o gotowanych ziemniakach i jajkach oraz pieczonym kurczaku. Al Jazeera przygotowała później cały program poświęcony nowej fali tamtejszego protest-rocka, a w ostatnim kiosku linkuję do innych rebelii azjatyckich.

Wiele dzieje się w Egipcie, według tamtejszych pogrążającym się niestety z jednego mroku w inny. Wspomniane w polemice śliczne „El Soor” akordeonistki Youssry El Hawary uzupełniłbym jednym z mocniejszych teledysków, jakie widziałem ostatnimi laty – „Ana Mawgood” formacji City Band. Na tabliczkach hasła rewolucji, przesłanie proste. Tytuł oznacza „Jestem (tu)”.

.

Fine.


Odwrót robotów (Kiosk 2/2013)

Nardwuar & Questlove

Nardwuar okazał się pierwszym dziennikarzem, który zaimponował Kendrickowi Lamarowi. Za największy wyczyn w jego wywiadowczej karierze wypada jednak uznać opadłą przez trzy kwadranse szczękę Questlove z The Roots. David Bowie zadziwił z kolei pewnego krytyka, osobiście tłumacząc mu swój nowy album w 42 słowach. Grimes zaskoczyła z kolei wadliwość fanów, na którą skarży się po swoim pierwszym dużym cyklu płytowo-koncertowym. Nagła sława wzbudziła niezadowolenie w członkach Staff Benda Bilili, którzy w rezultacie się rozpadli.

Okrutnie spóźniony, lecz chyba najlepszy tekst inspirowany Reynoldsową „Retromanią” popełnił The Point Mag. W ramach walki z upływem czasu Joe Muggs próbował bronić kondycji dubstepu, ale w końcu (czyli w komentarzach) puściły mu nerwy. Mark Fell podważa występowanie pomyłek w muzyce, promuje za to dialog z technologią i naginanie obwodów. Stephen Graham przedstawił ciekawą teorię na temat modnego przekonania o pogarszającej się muzyce (sztuce). Po dekadach dyktatury coraz lepiej ma się burmański punk za to pierwszy kaszmirski girlsband zmuszono do rozpadu. Afrykańskie Glastonbury pomimo trudów politycznych trwa.

Muzykolog Timothy Taylor przy okazji premiery książki „The Sounds of Capitalism” rozmawiał z redakcją Pitchforka o dżinglach i reklamach radiowych. Ten sam serwis przepytał także autora analizy porównawczej dwóch ojców założycieli nowoczesnej krytyki muzycznej. Fragment książki  „Democracy of Sound: Music Piracy and the Remaking of American Copyright in the Twentieth Century” o tym, że kradniemy od zawsze, przedrukowuje Salon. Co muzyka ma do kryminałów, tłumaczy jeden z ich twórców. J. Robert Lennon również na własnym przykładzie opisuje podwójne życia literacko-rockowe.

Analizę muzykologiczną raperskiego flow na czterech modelowych przykładach Kanye Westa, Mos Defa, Andre 3000 oraz Eminema warto mieć pod ręką w razie potrzeby obalenia stereotypów. Na fali dyscyplinarek dla Ricka Rossa i Lil’ Wayne’a przyjrzano się trudnej sztuce łączenia hip-hopu ze sponsoringiem, a wizyty tego drugiego w szpitalu przypomniała o roli dragów w rapie. Andrew Nosnitsky tym razem ubolewa nad schyłkiem hiphopowego lo-fi, Complex zwraca uwagę na wcale nie najlepszy skutek uboczny „Illmatic”, za to Ten Typ Mes entuzjastycznie oddał hołd mistrzom postękiwań.

Erykah Badu wspomina J Dillę, Ben Greenman pije za zmarłego Jasona Molinę, a dochodowe pośmiertne życie nieco większych gwiazd od Tupaca po Janis Joplin podliczyło Variety. Brian Eno gawędził z Laurie Anderson, dosyć szczerze o relacjach z Universalem mówił James Blake, a swoje życiowe inspiracje sam streścił Steve Reich. Bartek Chaciński zajął się The Flaming Lips oraz ludźmi niezalu, czyli małymi polskimi wytwórniami, a Daniel Brożek ciszą Michaela Pisaro. Lepiej obejrzeć olśniewający wizualnie ficzer Pitchforka poświęcony Daft Punk, niż słuchać ich nowej płyty, o której rozpisał się wspomniany Reynolds.

Mark Russel w dłuższym artykule (PDF) podsumowuje pokrótce ekspansję zagraniczną koreańskiej popkultury i zestawia ją z eksportem materialnym. W sekcji azjatyckiej także o sygnałach odwrotu od robotów w k-popie, o japońskich netlabelach i tamtejszych echach Loveless”. A także o chowie idoli na przykładzie stajni Johnny’s Entertainment, którą to lekturę warto podeprzeć streszczeniem historii idol-popu. Gwiazdy nie uchroniły japońskiego rynku fonograficznego ani przed zasłużonym kryzysem, ani przed muzycznymi niesnaskami w relacjach z Koreą Południową i Chinami.

Niewesołą dolę kompozytorek opisuje Alex Ross przy okazji muzycznego Pulitzera dla Caroline Shaw, drugiej dopiero kobiety w XXI wieku i bodaj trzeciej w całej historii nagrody (przyznawanej od 1943 roku). Kompozytor Richard Carrick przyjrzał się twórczemu flow, New York Times hossie tanich klasycznych składanek z równie tanimi tytułami, a NPR próbował dociec fenomenu kaszlenia w salach koncertowych – wyjaśnienia szukać jednak należy raczej w pierwszym komentarzu. Dwutygodnik cieszy się wskrzeszaniem dorobku Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia.

Wcale nietrudno wyśrubować karierę na Soundcloudzie, podobnie jak przetrwać 12 miesięcy bez wieczornego streamingu. Lindsay Zoladz wspominała fake’i wczesnego p2p, a po przeczekaniu zawieruchy wróciła też na łamy Emily White, ta od „nigdy nie posiadałam muzyki”. Billboard streścił panel o odkrywaniu 2.0 z nowojorskiej EMP Pop Conference, a Sidewinder porównał, jakie narzędzia dla artystów posiadają lub szykują poszczególne serwisy streamingowe. Ich druga generacja ma być zresztą zespolona z okołomuzycznym biznesem koncertowo-gadżetowym.

W Stanach handel używanymi mp3 okazał się jednak nielegalny, chyba że sprzedamy pliki… razem z dyskiem. Rozwija się za to giełda tantiemowa i zarobkowe kowerowanie na YouTube. Według dwóch nowych badań płytom piractwo nie szkodzi. Gdy Google startuje z własnym streamingiem, Spotify dowodzi, że wcale nie kanibalizuje sprzedaży CD, a Shazam chwali się generowaniem 300 mln dolarów rocznie w ściągniętych mp3 (7% globalnego rynku!). Hypebot zaproponował zerwać z indie w pierwotnym znaczeniu tego terminu, a MySpace znów nawaliło, czas więc pochować je na cmentarzysku startupów muzycznych. Nowe Idzie od Morza nakręciło branżowe dyskusje o organizowaniu koncertów i wydawaniu płyt.

Zaskakująco precyzyjną mapę muzyki wygenerował anonimowy algorytm. Naukowcy dowiedli w sposób obiektywny, że trudnej muzyki trzeba się uczyć, żeby móc ją docenić. A słuchać w ogóle warto, bo znowu poprawia osiągi fizyczne, czerpana synchronicznie przez całą drużynę poprawia skuteczność piłkarzy, zaś wykonywana na żywo służy wcześniakom. O wychowywaniu dzieci pośród dźwięków Jarek Szubrych rozmawiał z Asi Miną. Przed koncertem można przejrzeć akademicką analizę mosh pitów, a na sam występ zabrać odrobinę acetylocysteiny, bo podobno ratuje słuch nawet w sytuacjach skrajnych.

Słuchacze radiowej Dwójki wybrali najlepsze polskie płyty jazzowe, Guardian pięć najlepszych dokumentów hiphopowych, a Beatport tyle samo house’owych. Spin wytypował 40 filmowych ścieżek dźwiękowych, które jakoby zmieniły alternatywę. Factmag sugeruje 15 najlepszych płyt techno, których raczej nie znamy (komentujący oczywiście znają), a wokalista Mazes 10 przykazań, których powinna dotrzymać każda szanująca się indiekapela. Dosyć zabawnie wygląda lista 19 niepotrzebnie spisanych tekstów.

Zakończyła się nowomuzyczna seria H∆SHTAG$ Red Bull Music Academy. Na pociechę – interesujący TED o pomyłkach w jazzie oraz fantastyczna animowana historia muzyki. Flying Lotus nagrał muzykę do krótkometrażówki o Afro-Amerykanach z rodeo, Imogen Heap zagrała tańcem, a na OtwARTej Scenie wystąpili już m.in. Tres.B, Soniamiki, Skubas i Drekoty. Sunn O))) wystawili dyskografię na Bandcampie, tam też do posłuchania album mamy Nicka Drake’a z lat 50. (ależ podobni!). Do posłuchania także mix wszystkich sampli z „Madvillainy” oraz yeah zebrane Jamesa Hetfielda.

Perkusista Black Keys przeżył poważne twitterowe zderzenie z mafią Justina Biebera, która podobno jest modelowym neoplemieniem. (A właśnie, fascynująco śledzić Twitter z kosmosu). Vampire Weekend oberwało się za spalenie starego Saaba (wkurzyli tym poprzedniego właściciela), a w Wielkiej Brytanii karzą odebraniem prawa jazdy za prowadzenie pod wpływem drum’n’bassu. Chubby Checker pozwał noszącą jego imię aplikację do mierzenia długości chubby’ego. Prawie zadławiłem też przy kozim remake’u Taylor Swift.

Skonstruowano drone przeznaczony do dostarczania piwa uczestnikom festiwali oraz słuchawki, które odgadują nastrój i dobierają odpowiednią muzykę. Ktoś kolekcjonuje nieudane promofoty didżejek – jest też tumblr ze smutnymi didżejami – a ktoś inny przedstawia współczesne piosenki jako siedmiocalowe retrosingle, przyłapuje koty na wzmacniaczach, gwiazdy rocka wkleja w „Gwiezdne Wojny” albo gwiazdy komiksów do słynnych okładek. Na koniec polecam zaś najpierw rozmowę, a potem ewentualnie artykuł o człowieku, który kolekcjonuje tylko i wyłącznie pierwsze tłoczenia „Białego Albumu”.

Calvin rodem z Hitchcocka.

.

Fine.