Sierpień 2013

W cieniu własnym

Julia Holter - Loud City SongJulia Holter – Loud City Song (Domino)

Ocena 5/6

 

Na szczególny urok ubiegłorocznego albumu „Ekstasis” złożyła się w moim odbiorze para przenikających ów materiał elementów – kruchość i niedosyt. Jak gdyby z obawy przed skrępowaniem swych zwiewnych melodii Holter utkała wokół nich oszczędne, przezroczyste nieomal aranże obficie przetykane ciszą. Same tematy zgarniała zaś z pola widzenia, zanim gapie zdążyły się napatrzeć.

W obu tych wymiarach płyta „Loud City Song” przeciwstawia się swojej poprzedniczce. Lapidarne figury wyparte zostały przez zamaszyste pociągnięcia. Klecone w sypialni aranże zastąpiła bogata, a miejscami przytłaczająca wręcz produkcja, do czego wydatnie przyczynił się sekstet smyczkowo-dęty (na „Ekstasis” było trio). Holter zadbała nawet o wsparcie wokalne. Atmosferę luźnych kołysanek zamieniła na kinematograficzną ciągłość i rozmach, a filmowe skojarzenia spotęgowała konceptem rozpiętym pomiędzy towarzyszącym jej w dzieciństwie musicalem „Gigi” a towarzyszącym jej obecnie Los Angeles.

W korytarzu pomiędzy jednym a drugim wcieleniem przyłapuje ją „Maxim’s II”, utwór naszkicowany jeszcze podczas poprzedniej sesji nagraniowej, w którym poetyka szeptu spotyka masywne klawiszowe bloki i avantjazzową kakofonię. Na szczęście to, co na Off Festivalu mogło sugerować pewną utratę kontroli nad inspiracjami graniczącą z chaosem, na płycie okazuje się wzorcową różnorodnością. Nawet przebój Barbary Lewis z początku lat 60. Holter sprawnie podciągnęła pod własną wrażliwość. Systematycznie porządkuje zresztą ten stylistyczny przepych. Po „Maxim’s II” umieszcza na przykład grzeczną balladę „He’s Running Through My Eyes”. Pozornie przypomina ona miniaturki z „Ekstasis”, ale w przeciwieństwie do nich wyczerpuje do cna prześliczny skądinąd temat. Mimo że najkrótsza na płycie (2:19), wydać się może piosenką najbardziej kompletną.

Nie wszystkich ucieszy, że Holter przytyła muzycznie i sprofesjonalizowała brzmienie. To jednak naturalna ewolucja wynikająca z samej już tylko wymiany laptopa na konsoletę. Tą samą drogą szli Bon Iver i M83, The Streets i Kendrick, Björk i Julia Marcell. Brakuje też tej płycie songwriterskich majstersztyków na miarę najjaśniejszych momentów „Ekstasis”. Pomaga to jednak traktować album jako całość, czyli zgodnie z intencją artystki. Można wreszcie obrazić się na Holter za to, że w swoim „eksperymentalnym popie” przenosi akcent na drugie słowo. Mnie zdumiewa, że w ciągu zaledwie trzech lat Holter tyleż nawiedziła co samodzielnie nakreśliła trzy zupełnie odmienne przestrzenie muzyczne. I we wszystkich się odnalazła.

Odnalazła zatem i sposób na umknięcie presji dotychczasowych osiągnięć: należy zmienić dyscyplinę. Jeśli utrzyma to nastawienie, to możemy mieć nadzieję na karierę bogatą w pomyślnie przeprowadzone zwroty bez garbienia się pod ciężarem młodzieńczych medali. Zresztą już teraz dyskografia Holter układa się w fascynującą narrację o dojrzewaniu kompozytorskim i wykonawczym, o pogłębianiu zaufania do własnych talentów i własnej publiczności, o pozostawaniu w ruchu przy jednoczesnym pozostawaniu sobą.
.

UL/KR - Ament (Thin Man)UL/KR – Ament (Thin Man)

Ocena 4/6

 

Zestawiam UL/KR z Julią Holter, bo swój zachwycający debiut zbudowali na intuicji podobnej do tej, której zawdzięczamy „Ekstasis”. Słodzić, ale nie zanadto. Dziwić, ale też bez przesady. Nośne tematy sygnalizować raczej niż eksploatować. I grać niedosytem. Reakcja duetu na własne powodzenie już tylko połowicznie przypomina strategię obraną przez Holter.

„Ament” także oszczędza nam niedopowiedzeń. Jeśli na debiucie piosenkowe tematy wynurzały się z „bulgoczących bagien”, tutaj na twardym gruncie stoją pełnowartościowe piosenki. Przez to wbrew tytułowi singla magii jakby mniej, choć pewne zagadki pozostały. Połowie słuchaczy „Ament” wydaje się na przykład płyta mroczną, a połowie „jakby weselszą”. Wszystko to mieści się jednak wewnątrz lub w porywach na obrzeżach kręgu zarysowanego przez gorzowian rok temu. Wynalezioną stylistykę postanowili obejrzeć ze wszystkich stron i do cna wyeksploatować. I w tym aspekcie różnią się od Holter, a zbliżają chociażby do The xx. Debiuty obu grup można by połączyć z następcami w jeden longplay i w przypadku UL/KR istotnie miało to miejsce. (Przy czym u Polaków owa strona B w żadnym razie nie przypominałaby odrzutów z sesji, nawet jeśli częściowo tak właśnie było).

Wymian ekstatycznych maili po premierze „Ament” nie odnotowałem, co chyba nie tylko we mnie zrodziło pytanie, czy chodzi o jakość, czy tylko o kolejność. Według mnie materiał ustępuje nieco ubiegłorocznemu, ale płyty wybitne rzadko wychodzą parami. No i jeśli „UL/KR” mogło się kojarzyć z „Kid A”, to również ze względu na konsekwencje, jakie niesie dla zespołu. Radiohead od ponad dekady usiłują wyrwać się cienia, który rzucili pod koniec stulecia na własną karierę. I w którym nawet zupełnie barwne płyty tracą kolor. Ich to błogosławione przekleństwo spotkało jednak na półmetku, a nie – jak gorzowian – na starcie. Czym na razie niespecjalnie się chyba przejmują, domykają wątki i czyszczą dyski przed otwarciem kolejnego rozdziału. Którego, podejrzewam, są równie ciekawi, co my.

.

Fine.


Jak oni wyglądają

Znaczenia walorów wizualnych dla kariery popkulturowej naukowo dowodzić nie trzeba. Wzrokowcami okazują się jednak najwięksi poważnomuzyczni melomani, jak dowodzi w nowym badaniu pewien pianista i zarazem akademik z londyńskiego University College.

Zwerbował do swojego eksperymentu tysiąc wolontariuszy, rozdzielając wejściówki po połowie pomiędzy znawców tematu i totalnych partyturowych amatorów. Mieli oceniać występy zarejestrowane podczas topowych konkursów wykonawczych (po trzy na rundę). Celem było sprawdzenie, czy ich typy zgodzą się z oficjalnymi sędziowskimi werdyktami.

Sęk w tym, że tylko co trzeciemu z nich zapewniono audio oraz wideo. Pozostali stawiali diagnozę na podstawie samego tylko dźwięku lub obrazu. Obserwacje cokolwiek zdumiewają:

Dyletanci oceniający na podstawie słuchu i wzroku albo samego słuchu osiągnęli rezultaty w zasadzie losowe – trochę więcej niż jedną trzecią strzałów trafili. Za to ci bazujący wyłącznie na wizji prawidłowo wytypowali aż połowę kandydatów.

Eksperci okazali się słuchaczami jeszcze gorszymi. Z obrazem czy bez, jeśli tylko mieli dostęp do ścieżki dźwiękowej, to pudłowali ponad dwa z trzech razy. Zdając się na oczy szczęśliwie dorównywali nowicjuszom zbliżając się do 50-procentowej skuteczności.

To zaś prowokuje tyleż podstawowe co niebezpieczne dla pewnych kręgów podejrzenie. Bo może lepsze muzycznie wykonania po prostu efektowniej wyglądają, na przykład większa koncentracja na dźwięku idzie w parze z ostentacyjną gestykulacją i mimiką. Ale być może przy zbliżonym poziomie wykonawczym – przecież wszyscy finaliści prestiżowych konkursów są arcymistrzami –  prowadzi do tego, że czcigodni jurorzy najzwyczajniej w świecie oceniają po wyglądzie.

Zabawnie w tym wszystkim porównanie deklaracji odnośnie tego, co się naprawdę liczy (wykres lewy), z egzekucją (wykres prawy):

Jeszcze bardziej zastanawia porównywalna skuteczność nieuków i osłuchanych przy akustycznej oraz wizualno-akustycznej ocenie wykonania. Sugerowałaby to, że coś takiego jak znawstwo muzyczne zwyczajnie nie istnieje.

.

Fine.


Off Is On Pitchfork

Off Festival On Pitchfork

Pitchfork opublikował obszerną, skoncentrowaną na polskich wykonawcach relację z Off Festivalu. Uśmiechnąłem się:

♥ Odkrywszy, że wysłanniczka redakcji Jenn Pelly lubuje się głównie w metalu, którego przedstawicieli można było policzyć w Katowicach na klawiszach myszki.

♥ Nad przydługim wstępem o tym, jak wszyscy w domu i w podróży – a także ona sama sobie – dziwili się autorce, po co jedzie do najbardziej ponurego miejsca na świecie. Zastanawianie się w tonie WTF nad sensem podróży do Polski w 2013 roku? Dziesięć lat po wejściu do Unii, rok po Euro, miesiąc po ogłoszeniu krakowskich Światowych Dni Młodzieży?

♥ Że swoje ponure wyobrażenia o Polsce autorka podpiera wiedzą o tym, że Joy Division nazwało się pierwotnie Warsaw „dla wyrażenia czegoś mrocznego”.

♥ Przy Artura Rojka zgrabnej zamianie krytyki stref piwnych („Wyobraźcie sobie takie restrykcje na Lollapaloozie”) w pochwałę: „Na festiwalu takim jak Off, gdzie muzyka często wymaga większego zaangażowania i koncentracji, to naprawdę ważne”.

♥ Przy Kuby Ziołka pojeździe po organizatorach festiwalu za złe traktowanie rodzimych wykonawców – chodzi o wczesne pory występów i „podłe pieniądze”. (W jego rozmowie z The Quietus wyglądało przynajmniej, że skargę sprowokował dziennikarz). Wzmianka ta wydaje się kulminacją przewijających się tu i ówdzie narzekań i Off chyba nie ma wyjścia: jeśli chce w przyszłym roku uniknąć dziegciu w miodzie, trzeba będzie podopisywać zera do umów, a jedynki w terminarzu zamienić na dwójki.

♥ Przy Kuby Ziołka pojeździe po polskiej publiczności za wstręt do myślenia w muzyce: „Polska mentalność jest bardzo emocjonalna”.

♥ Przy Kuby Ziołka pojeździe po dofinansowaniach publicznych dla muzyków oraz funduszach unijnych dla wsi.

♥ Bo grupa Teenagers zaczęła dla odmiany optymistyczną pochwałą rodzimej infrastruktury squatowej i w sumie korzystnym porównaniem Warszawy do Berlina sprzed dziesięciu lat, by w następnym akapicie opowiedzieć o neonazistach szturmujących feministyczne wykłady na polskich uniwersytetach, a zakończyć wdzięcznym: „Poland is such a fucked up place” oraz informacją o planowanej przeprowadzce do Szwecji. „Bo kto chce w kraju zostać, nie może koncentrować na negatywach”. To prawda.

♥ Że Artur Rojek zgrabnie rozładował ponure emocje, porównując powyższe stereotypy do tych o fałszywych, obżerających się fastfoodami Amerykanach. „Każdy kraj ma swoje ładne i brzydkie oblicze” – stwierdził.

♥ Sprawdziwszy w tym momencie, że fraza Nazi lub neo-Nazi pojawia się w artykule zaledwie pięć razy, tyle samo co communism.

♥ Gdy Michał Kuźniak z Furii wyznał wysłannikowi Pitchforka: „Jestem bardzo smutnym człowiekiem”.

♥ Gdy kawałek dalej – Ślązak z krwi i kości – Kuźniak pojechał po warszawiakach, bo zadzierają nosa.

♥ Przy zastanawiającym zdaniu o wizycie Artura Rojka w sklepie Sub Pop w 1997 roku, „kiedy to w Polsce nie sposób było znaleźć nagrań zagranicznych wykonawców”. Tak?

♥ Gdy Zbigniewowi Wodeckiemu dostała się etykietka Baroque Pop. Czekamy na zaproszenie na Pitchfork Music Festival!

♥ Gdy autorka relacji przyznała, że najwięcej emocji wyniosła z polskich koncertów śpiewanych po polsku. Aż trudno uwierzyć, że w erze internetu – gdy o zasięgu nie decyduje to, czy przysłowiowe gospodynie domowe rozumieją refren – większość naszych ekip ciągle uważa angielski za przepustkę do wielkiego świata. Argumenty muzyczne pt. „więcej samogłosek” – OK.

♥ Gdy popularność Julii Holter w Polsce tłumaczy się melancholią narodu. No, tak samo z progrockiem.

♥ Przy Piotra Kurka zdaniu kończącym: „Przyszłość jest jasna. Albo ciemna. Nie wiem, jak tam sobie chcesz”.
.

Kiedy to wszystko zsumować, to stereotypy przestają dziwić. Mimo wszystko gratuluję festiwalowi upragnionej sławy, a bohaterom opowieści globalnej ekspozycji. Pewno wiele osób artykuł polubi – na tę chwilę już 885 i błyskawicznie rośnie – a dzięki niemu może i najbardziej ponure miejsce na świecie. Nawet autorka, chociaż wracała z poczuciem, że polska rzeczywistość okazała się zbieżna z jej oczekiwaniami, ostatecznie wyznała na Twitterze: „OFF rządzi, poleciłabym go każdemu”.

.

Fine.


Family Atlantica – Family Atlantica

Family Atlantica - Family AtlanticaFamily Atlantica – Family Atlantica (Soundway)

Ocena 4/6

Oficjalne dane wydają się kłamać w dwójnasób. Ściemą numer jeden jawi się twierdzenie, jakoby płytę tę nagrywano głównie na obrzeżach Londynu, a nie w jakiejś kubańskiej, ewentualnie wschodnioafrykańskiej wiosce. Family Atlantica brzmi na wskroś nieeuropejsko, dlatego informacja ta pachnie podobnie genialnym kitem, co pachnące Etiopią nowojorskie klasyki Mulatu Astatke. Który skądinąd w jednym z dwudziestu tutejszych utworów.

Jeśli chodzi o gości, to na żart drugi zakrawa bajeczna różnorodność zgromadzonych tu instrumentalistów oraz ich pochodzenia. Trzon grupy tworzą znany z The Heliocentrics i nieprawdopodobnie wszechstronny wykonawczo Jack Yglesias oraz wokalistka Luzmira Zerpa, z urodzenia Wenezuelka, z wyboru żona Jacka, z postawy scenicznej charyzmatyczka. Tria domyka perkusista Kwame Crentsil pochodzenia nigeryjsko-ghańskiego. Wspomagają ich przybysze z Kuby, Senegalu, no i wspomniany Etiopczyk. W rezultacie słychać tutaj około trzydziestu muzyków – jest nawet oddzielna osoba odpowiadająca za „krzyki” – a przy tym obsługę aż trzydziestu różnych sprzętów książeczka przypisuje samemu tylko Yglesiasowi, począwszy od tamburynu, a na po butelce wody kończąc. W geście bezsilności serwis Allmusic zaszufladkował ten kocioł jako International, ale pewnie słusznie zrobił. Tyle że cała ta zgraja brzmi znowu jak z sąsiedzi z jednej wioski, a nie zlot okołorównikowy.

Starają się muzycznie podążać za śpiewem Zerpy, która snuje dramatyczną opowieść o przymusowej wędrówce czarnych ludów z Afryki przez Wielką Brytanię do Ameryki, podczas której coraz bardziej stawali się własnością. Stąd też priorytety muzyczne odbijają się na przemian od rytmu i melodii, afro-jazz przetykają latynoskie lamenty, pomiędzy tą parą rodzicieli pałętają się tyleż trudne do policzenia co spętania etykietkami wtręty solowe, improwizacje, przytrzymania nastroju. Bywają fascynujące, bywają jednak i przydługie. Do poziomu poprzedniego głośnego bratania się Ameryki Łacińskiej z Afryką (tyle że zachodnią), jakim był fenomenalny Afrocubism, rodzinie transatlantyckiej brakuje właśnie wyczucia, kiedy sam trans nie wystarcza. Bo gdyby skrócić płytę z godziny zegarowej do lekcyjnej, zapewniłaby sobie miejsce w peryferyjnej czołówce roku. Ale tu wkrada się już chłodna północna kalkulacja. Wyluzowani jeszcze sobie te dłużyzny zapętlą. Na początek można spróbować wdzięcznie zatytułowanego „Cumbacutiri

.

Fine.


I ponury wicher dmie

the car is on fire - lake & flames

Grupa The Car Is On Fire, autorzy jednej z najładniejszych w pokomunistycznej Polsce płyt i jednego z najfajniej wyprodukowanych momentów w dziejach rodzimego grania:
.

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

…czyli wstępu do singla „Can’t Cook (Who Cares)” opatrzonego zacnym – szczególnie jak na owe czasy – teledyskiem, kilka godzin temu oficjalnie ogłosili zakończenie kariery po długim i wymownym letargu. (Nawiasem mówiąc: zakończenie owocnej dziesięcioletniej kariery notką na facebooku).

Łukasz Kuśmierz podarował im zgrabną laurkę, a mnie przypomniała się rozmowa z producentem albumu „Lake & Flames” Leszkiem Biolikiem. Wspomniał w niej o dwóch poniekąd nieodłącznych elementach sesji nagraniowych wielkich płyt: o napięciach (do druku nic nie poszło, może kiedyś opowiedzą biografowi) oraz pracowitości:

W przypadku płyty „Lake & Flames” więcej czasu niż w studio spędziliśmy u mnie w domu, robiąc na komputerze jej wersję demo.

Obiecują pożegnalne niespodzianki, ale działalność faktycznie zakończyli utworem „Lazy Boy”, zatytułowanym poniekąd proroczo. Tytuł niniejszego wpisu oczywiście stąd, skąd i nazwa zespołu. I gdyby wygadali się dwa tygodnie temu, kiedy GY!BE przynudzali na Offie, to można by pomyśleć, że ich też zobaczymy jeszcze kiedyś na głównej scenie i to w składzie najmniej prawdopodobnym.

Obstawiamy?

.

Fine.


Depresja harlemska

Baauer, producent odpowiedzialny za największy półminutowy przebój wszech czasów, czyli „Harlem Shake” – może nie będę linkował – opowiedział Pitchforkowi o swoich doświadczeniach okresu hype’u.

Jak się wtedy czuł?

I got kinda depressed.

Ile zarobił?

I haven’t seen any money from it.

Czy zrobiłby to raz jeszcze?

I don’t want that shit.

Ale nie ma odwrotu.

Sometimes, when I don’t play it, people get really mad.

.

Fine.


Soczewki

Jeunesses_Musicales_International

Matt Clark kieruje bardziej już globalną niż belgijską organizacją Jeunesses Musicales International. Reklamuje się ona jako „największa młodzieżowa organizacja pozarządowa na świecie”, która od 1945 roku wspiera „rozwój młodych twórców poprzez muzykę wbrew wszelkim barierom”. Od niedawna również w Polsce.

Do najmłodszych inicjatyw JMI należy konkurs Fair Play. Gromadzi on wykonawców piętnujących korupcję czy nadużycia lokalnej władzy we wszelkich zakątkach globu. W ostatniej edycji Fair Play wzięło udział 75 wykonawców z 35 państw świata. „Wygrała” reklamowana już tutaj Youssra El Hawary ze ślicznym „El Soor”, którego przesłanie tylko aktualizują aktualne egipskie turbulencje. Srebro poszło do Indonezyjczyków apelujących o solidarność pokoleniową, a brąz do rapujących z Konga o przedkładaniu interesów korporacji międzynarodowych ponad prawa obywateli.

Wywiad z Clarkiem jest drugim – po rozmowie z pakistańską Beygairat Brigade – uzupełnieniem artykułu o protest songach, w którym zmieściło się ledwie kilka zdań naszej rozmowy.

*

Gdzie muzyki zaangażowanej gra się obecnie najwięcej?

Matt Clark: Z artystów takich zawsze słynęła Ameryka Łacińska, Afryka czy Karaiby. Nie znaczy to jednak, że gdzie indziej brakuje muzycznych aktywistów. Przed wybuchem Wiosny Arabskiej niewiele słyszeliśmy o zaangażowanych wykonawcach z krajów muzułmańskich. Obecnie działa szereg dedykowanych im portali – takich jak chociażby Mideasttunes.com – które wyrosły na gruncie wstrząsów politycznych oraz uwagi, jaką nagle obdarzono tamtejszych artystów. Ci jednak propagowali swoje idee na długo przedtem. We wszystkich regionach świata znajdziesz wykonawców, którzy reprezentują potrzebę zmiany, a ewentualne skoki aktywności zależą głównie od aktualnego klimatu politycznego. Muzycy jak soczewka skupiają poglądy opinii publicznej. Są jej głosem i w jej imieniu zwracają uwagę na problemy, z którymi dane społeczeństwo zmaga się na co dzień.

A tematy? Któreś powracają częściej niż inne? 

W tej chwili coraz więcej osób na świecie ma poczucie globalnej niesprawiedliwości, której winny jest wadliwy system finansowy. I ta właśnie kwestia przewija się – i prawdopodobnie będzie przewijać jeszcze częściej – w muzyce z różnych kontynentów. Generalnie jednak muzycy wszelkiego pochodzenia zwykli być protagonistami ruchów walczących o wolność słowa oraz prawa człowieka. Często ruchów awangardowych. O podejmowanych przez nich kwestiach często więc decyduje to, jak owe wartości mają się w danym kraju. Muzyka jako uniwersalny język potrafi też otwierać młodych – a czasem i starszych – na szeroko rozumianą inność. Budować mosty tam, gdzie dotychczas żadnych nie było.

Czy prócz postulatów muzyków tych coś jeszcze łączy? Podobne pochodzenie? Upodobania muzyczne?

Nie wydaje mi się. Pewni artyści głoszą swoje poglądy przy pomocy mikrofonu, inni skrzypiec. Do Turków protestujących w parku Gezi dołączyła orkiestra filharmoniczna. Trudno podejrzewać, by większość jej członków wywodziła się ze środowisk dotkniętych biedą. W uboższych krajach dostęp do instrumentów i przyzwoitej edukacji muzycznej bywa ograniczony. To sprawia, że młodzi naturalnie garną się ku hip-hopowi czy reggae, bo gatunki te łatwo produkować na komputerze. No i są szczególnie popularne wśród ich rówieśników. Styl muzyczny to jednak zaledwie rama dla przekazu. Nieważne, jaki instrument trzymasz w ręce, przy pomocy muzyki zawsze możesz wyrazić swoje przemyślenia i najgłębsze emocje.

Co nierzadko wymaga sporej odwagi. 

Wystawić się na widok publiczny i głośno głosić swoje przekonania, pomimo że może to ściągnąć niebezpieczeństwo na ciebie i twoją rodzinę – to bez wątpienia wymaga oddania i pewności. Tyle że wielu muzyków uznaje to za swój obowiązek. Jako osoby publiczne czują się winne przynajmniej próbować wpływać na społeczeństwo. Inni robią to z kolei dla samych siebie. Uwalniają w ten sposób energię, którą generuje nieprzyjazne otoczenie.

Rozmawiałem niedawno z pakistańskim zespołem Beygairat Brigade, którego nowy utwór władze całkowicie zablokowały. Często spotyka się pan z taką cenzurą czy nawet bezpośrednim prześladowaniem muzyków? 

Prześladowania takie zdarzają się zdecydowanie częściej, niż ludziom się zwykło wydawać. Tak jak dziennikarzy bierze się na cel za ich artykuły, tak muzyków za ich piosenki. Wystarczy przyjrzeć się krajom, w których nie funkcjonuje wolna prasa. Możesz być pewny, że artyści także będą tam prześladowani. Ogromna różnica między wiekiem minionym a obecnym polega na tym, że mamy internet. Dzięki niemu znacznie łatwiej rozpowszechniać materiał wśród przyjaciół, fanów i sympatyków – nawet jeśli państwowemu radiu nie wolno grać twoich piosenek. Jednak w krajach bez wolności słowa za krytykowanie reżimu wciąż grozi więzienie, a w ekstremalnych przypadkach stryczek. Na szczęście istnieją globalne organizacje pokroju Freemuse, które walczą o prawa takich osób. Sama społeczność muzyków potrafi dziś zmobilizować się w obronie prześladowanych kolegów.

Jak w przypadku Pussy Riot. A co z muzyką zaangażowaną w regionach bogatych, takich  jak Unia Europejska, Ameryka Północna czy Japonia?

Protest songów jest w nich relatywnie mniej, ale wciąż mają swoje znaczenie, bo i na „Zachodzie” problemów przecież nie brakuje. I chociaż nie sposób porównywać tamtejsze bolączki ze zbrodniami popełnianymi w krajach rozwijających się, dla lokalnych społeczności mają one swoją wagę. Poza tym nietrudno natrafić dziś na przedstawicieli amerykańskiej klasy średniej, którzy będą rapować w solidarności z egipskimi rewolucjonistami albo belgijską kapelę ubolewającą nad wojną w Mali. Wielu muzyków patrzy dziś na mapę świata i nie widzi żadnych granic.

.

Fine.


Krawe paradoksy

„Muszę przyznać, że przesadziliśmy trochę z ceną CD, bo byliśmy przekonani, że wersja winylowa z CD oraz linkiem do wersji cyfrowej jest znacznie lepsza. Pakiet winylowy miał naprawdę atrakcyjną cenę i wiesz co – sprzedał się najlepiej”. 

Kevin Shields w najpewniej mocno wybłaganym, bo przekładanym aż kilkanaście razy – „żaden czas nie wydawał się właściwy” – wywiadzie dla Pitchforka.

Łatwo zapomnieć, jakich absurdów dożyliśmy. Zespół My Bloody Valentine wydaje nowy album poprzez własną stronę internetową (czynna od 2003 roku), informując o tym na chwilę przed premierą na Facebooku (2004) i udostępniając materiał poprzez YouTube (2005), tylko po to, by ostatecznie sprzedać (szacuję) kilkaset tysięcy nieporęcznych nośników z ery przedkomputerowej.

„To był w tym wszystkim wielki sukces: winyl nie jest marginalnym formatem. Dla nas to podstawowy format.

I mówi to ten sam człowiek, który w dalszej części ciekawej skądinąd rozmowy dissuje Kraftwerk i chwali Skrillexa, bo woli giętkich od sztywniaków. Jakby dla potwierdzenia tego na koniec pozwala sobie nawet zażartować:

„Ale główny plan na przyszły rok to nagrać nową płytę.

.

Fine.


Haniebna Brygada

Beygairat Brigade

Artykuł o nowej muzyce protestu spoza rejonów anglosaskich zainspirowały tyleż niepokoje w Turcji czy Brazylii co nasze blogowe dyskusje. Wspomniałem niedawno o kulinarnym rewolucjonizmie pakistańskiego zespołu Beygairat Brigade. Wśród wielu pouczających rozmów, które miałem okazję przeprowadzić na potrzeby tekstu dla „Polityki” – jedną jeszcze tu wrzucę – udało mi się dodzwonić do miasta Lahaur w Pendżabie, gdzie stacjonuje właśnie Beygairat Brigade.

Zmagania tria z systemem wkroczyły ostatnio w kolejną, mniej humorystyczną fazę. Władze kategorycznie zabroniły mediom emisji nowego utworu „Dhinak Dhinak”. W internecie urządziły zaś polowanie na wszelkie linkowanie piosenki. To zaledwie trzeci ich utwór, a już zdążyli przejść od ogólnokrajowej sławy do ścisłego ocenzurowania. Dlaczego – i dlaczego mimo ryzyka kontynuują swoją wojenkę – opowiedział mi lider grupy Ali Aftab Saeed.

*

Za co was zbanowali?

Jesteśmy chyba pierwszymi muzykami w Pakistanie, którzy pozwolili sobie zakpić z generałów i skrytykować wpływ niektórych z nich na politykę kraju. Zanim cenzura zareagowała, dwie z naszych trzech dotychczasowych piosenek przebiły się do telewizji. Nie było zresztą innej opcji, bo zrobiły zbyt wielką karierę w internecie, by można je było zignorować.

Ale ta najnowsza, „Dhinak Dhinak”, nie miała na to nawet szansy.

Błyskawicznie ją zablokowano. I to nie tylko w telewizji czy w radiu. W Pakistanie dostęp do YouTube jest niemożliwy z jakichś religijnych powodów. Załadowaliśmy więc „Dhinak Dhinak” na Vimeo. Pakistański urząd telekomunikacyjny zaczął więc blokować wszelkie linki do teledysku. Zabrało im to całe pięć dni, dlatego część słuchaczy zdążyła ściągnąć klip na dysk twardy i wstawić z powrotem do sieci z własnych kont. I znów potrzeba było kilku dni, żeby władza odcięła i te adresy. Jeśli ktoś stąd próbuje z nich skorzystać, natrafia na komunikat, że „żądane treści nie są odpowiednie dla użytkowników z Pakistanu”.

To niejako potwierdzałoby waszą siłę, skoro wkłada się tyle wysiłku w ściganie jednej piosenki?

O tak, moje ego urosło!

Prasa anglojęzyczna rozpływała się nad waszą debiutancką piosenką „Aalu Anday”. A jak została ona odebrana w Pakistanie?

Wielu ludzi przeżyło szok. Nie chcieli słuchać takich rzeczy. Niestety dla nich – musieli, bo o piosence było głośno. Generalnie jednak odbiór był pozytywny, co nas podbudowało. Spodziewałem się, że ludzie nas znienawidzą, że będą robić jakieś głupie rzeczy, że pojawią się pogróżki. Na szczęście do niczego podobnego nie doszło. Dostawaliśmy obraźliwe listy, ale bez gróźb. Co najwyżej pretensje. Jeśli komuś piosenka się nie podoba, pisze nam o tym i nawet nieco sobie przy tej okazji poużywa – nie mamy z tym problemu. Takie jego prawo. Dopóki nam nie grozi, to wręcz zachęcające, że komuś chce się poświęcić czas na napisanie listu, komentarza czy nawet SMS-a. Zależy nam na tym, by zaprezentować alternatywny punkt widzenia możliwie szerokiemu odbiorcy. Dlatego obawialiśmy się trochę, że „Dhinak Dhinak” zostanie zablokowane i niestety tak się właśnie stało.

Może dlatego, że wcześniej mówiliście metaforycznie, tym razem bardzo wprost krytykujecie wojskowych?

Każda piosenka wymaga nieco innego podejścia, ma swój własny rytm i ton. Ale zawsze staramy się ubrać nasz przekaz w dowcip. Tak też jest w przypadku „Dhinak Dhinak”. Przynajmniej taką miałem intencję. Pojechaliśmy po bandzie, ale z humorem!

Co o tym wszystkim myślą wasi przyjaciele, rodziny?

Zanim „Aalu Anday” stało się wielkim przebojem, wielu nawet nie zdawało sobie sprawy, że posiada ona drugie dno. Potem nagraliśmy piosenkę „Sab Paisay Ki Game Hai”. Dotyczyła pieniędzy, bo w Pakistanie wszystko obraca się wokół nich. Od kwestii dotyczących bezpieczeństwa narodowego po naszą relację ze Stanami Zjednoczonymi czy Arabią Saudyjską. Od pomocy Międzynarodowego Funduszu Walutowego po działania ONZ. Zaśpiewaliśmy więc o tym zafiksowaniu na pieniądzach i skutkach ubocznych takiej sytuacji. Piosenka odniosła sukces porównywalny z „Aalu Anday”. Wystarczy wspomnieć, że o jej premierze poinformowały telewizyjne serwisy informacyjne. Do tego czasu wszystko było więc hunky dory.

A gdy wypuściliście „Dhinak Dhinak”?

Dostaliśmy trochę „braterskich rad”. Choć z drugiej strony wielu naszych dalszych znajomych czy sąsiadów nie miało nawet okazji jej poznać. Dostęp do internetu w Pakistanie jest w miarę powszechny, ale większość ludzi woli raczej korzystać z tradycyjnych mediów. Telewizja pozostaje głównym sposobem na to, by ludzie o tobie usłyszeli. A „Dhinak Dhinak” nie zostało do niej dopuszczone. Dlatego większość Pakistańczyków nie wie nawet, że coś takiego nagraliśmy.

Kończycie teledysk komunikatem: „Nie musicie nas lajkować. I tak zginiemy”.

W teledysku „Aalu Anday” trzymałem plakat z napisem: „Jeśli chcesz, żebym dostał kulkę w głowę, polub to wideo”. Nawiązaliśmy więc do tamtego ujęcia… Te plansze pokazaliśmy głównie dla żartu. Nie martwimy się zbytnio o siebie. Ale z drugiej strony ciągle słyszymy o raportach, według których Pakistan to najniebezpieczniejsze miejsce chociażby dla dziennikarzy. Na razie jednak wszystko gra, nie dostajemy żadnych gróźb i mam nadzieję, że tak pozostanie.

Jesteś zawodowym muzykiem?

Od ponad siedmiu lat pracuję na co dzień jako dziennikarz telewizyjny. Ale zawsze chciałem muzykować. Nagrałem cały album z piosenkami o miłości, rozstaniach i tak dalej. W Pakistanie nie ma jednak czegoś takiego jak przemysł muzyczny, więc nigdy tej płyty nie wydałem, mimo że zainwestowałem w nią wszystkie oszczędności i pięć lat pracy. Pierwszą i ostatnią piosenkę dzieliła przepaść, bo przez te pięć lat wszystko ewoluowało – muzyka, sprzęt studyjny,ja także. Odniosłem wrażenie, że jeszcze przed wydaniem płyta się zestarzała. Postanowiłem więc nie nagrywać już nigdy całych albumów. Tylko single.

Skąd wzięło się Beygairat Brigade?

Zespół założyłem w tym właśnie czasie zmiany nastawienia. Jego nazwa oznacza tyle co „bezwstydna” czy też „haniebna brygada”. I ma silną symbolikę. W Pakistanie mamy mnóstwo aktywistów politycznych, których określamy mianem Brygady Gairat – Brygady Honorowej. Ciągnie ich do wojen i chętnie daliby lekcję Indiom, Izraelowi i Stanom Zjednoczonym – najlepiej wszystkim na raz! Jako że czujemy się zaprzeczeniem takich ludzi, postanowiliśmy się nazwać Brygadą Bey-gairat, czyli bez honoru.

A jak z piewcy miłości stałeś się tropicielem korupcji i nadużyć władzy?

Jako dziennikarz doskonale widzę, że Brygada Gairat zagarnęła dla siebie media. Telewizja i prasa schlebiają przeważnie tym, którzy identyfikują się z poglądami Gairat. W przestrzeni publicznej brakuje odmiennych głosów i w tym przekonaniu zacząłem pisać nowe piosenki. Zaproponowaliśmy alternatywę. Nigdy nie twierdziliśmy, że nasze obserwacje są absolutną prawdą. Każdy musi ocenić to sam i ma prawo uznać za nonsens wszystko, co staramy się przekazać. Ważne, by ludzie mieli dostęp do różnych opinii. Na razie w mediach tradycyjnych miejsca dla poglądów alternatywnych jednak nie ma, dlatego uczyniliśmy naszym nadawcą media społecznościowe. Tym bardziej że one nic nie kosztują.

Dlaczego na celownik wziąłeś generałów?

To krytyka tylko tej części z nich, która miesza się w nie swoje sprawy. Próbują się wtrącać w politykę, w relacje z innymi krajami i wywierać presję na ministerstwo finansów. Nie chodzi więc o wojsko jako takie, ale o samych generałów. Kiedy polityk zrobi coś złego, prędzej lub później zostanie za to rozliczony. Podałbym ci mnóstwo przykładów, gdy nadużycia kończyły się odsiadką – a nawet szubienicą. Nasz obecny prezydent, Asif Ali Zardari, spędził za kratkami prawie dziesięć lat. Nasz były premier pięć lat. A obecny premier został zmuszony do opuszczenia kraju. Czy słyszałeś, by któregokolwiek z generałów wezwano do sądu? Jeden tylko Pervez Musharraf [generał armii i prezydent Pakistanu w latach 2001-2008] ma obecnie serię rozpraw, ale towarzyszy im jedno wielkie biadolenie. I przeważa przekonanie, że wyjdzie z tego bez uszczerbku. Tymczasem polityk co pięć lat musi tłumaczyć się chociażby wyborcom. Mogą zemścić się na nim przynajmniej przez to, że oddadzą głos na konkurenta.

I śpiewając o tym, co robicie – przypominacie? nagłaśniacie? w ogóle informujecie? Na ile są to fakty znane przeciętnym Pakistańczykom?

Środowisko dziennikarskie jest wszystkiego świadome. Ludzie z Brygady Gairat wręcz sytuację taką pochwalają. Ale już szeroko rozumiana opinia publiczna nie ma pojęcia, kto podejmuje tak najważniejsze decyzje w państwie. Próbujemy wyciągnąć to na światło dzienne. Trudno powiedzieć, z jakim powodzeniem, skoro nasza piosenka po kilku dniach jest całkowicie blokowana. Ile osób zdążyło ją ściągnąć i pokazać rodzinie czy znajomym?

A co z pakistańskim hip-hopem czy punk rockiem, które z natury zwykły być wylęgarnią protest-songów? Nie ma w Pakistanie anty-establishmentowego undergroundu?

Absolutnie nie. Nikogo. Zdarzają się artyści, którzy poruszają kwestie społeczne, ale jesteśmy pierwszą rockową kapelą, która pisze piosenki polityczne. A jeśli chodzi o hip-hop… Chyba musielibyśmy zrobić to sami. Ale zależy mi na tym, by nasz przekaz dotarł do szerszej publiczności. Dlatego potrzebowałem czegoś chwytliwego. Chodzi o to, by ludzie, którym nie spodoba się przesłanie, wciąż polubili melodię i aranże piosenek. Wydaje mi się, że wszystkimi trzema piosenkami to się udało.

Tylko co teraz, gdy podpadliście cenzurze?

To kończy tak naprawdę naszą karierę. Wkładam w te piosenki wszystkie oszczędności, ponieważ bardzo to lubię. Jako producent telewizyjny potrafię zmontować dobry teledysk. Ale jak długo zdołam w ten sposób pociągnąć? Cztery, pięć piosenek? Na dotychczasowych nie zarobiliśmy ani grosza. To także marna zachęta dla innych wykonawców. W tym samym czasie muzycy podlizujący się władzom dostają intratne kontrakty, a ich muzyki nie przestają nadawać radio czy telewizja.

A koncerty?

Wypuściliśmy „Aalu Anday” chyba w listopadzie 2011 roku. Od tamtego czasu daliśmy… trzy występy. Zmiany na lepsze wprawdzie zachodzą, ale bardzo powoli. Czy damy radę czekać na odwilż kilka, a nawet kilkadziesiąt lat? Ale publikujemy te nasze piosenki w nadziei, że pomogą proces choć odrobinę przyspieszyć.

.


Weź to wyłącz

„Kiedy w 1997 r. zaczynałam opowiadać o permanentnym rozproszeniu, ludzie reagowali entuzjastycznie. Jestem online przez 24 godziny na dobę, przez siedem dni w tygodniu. Nic mnie nie ominie! – słyszałam. – Praca jest zawsze przy mnie, a dzieci wszędzie mogą mnie osiągnąć. Na oku mam wszelkie nadarzające się okazje i w dowolnej chwili mogę z każdej skorzystać…

Pod koniec XX w. rzeczywiście wydawało się to fantastycznym wynalazkiem. Kiedy starałam się przekonywać, że ten nieustanny dialog z rzeczywistością wirtualną prędzej czy później nas wykończy, dla moich rozmówców było to niewyobrażalne. Niby dlaczego tak atrakcyjnym stylem życia mielibyśmy się zmęczyć?

A w roku 2013? Większość osób przyznaje, że wolałyby jednak nie być całodobowo ­online. To fajnie, że dzięki nowoczesnym technologiom możemy łatwo i szybko połączyć się z siecią. Ale jeszcze fajniej, gdy możemy się od niej odłączyć, jeśli poczujemy taką potrzebę. Z roku na rok coraz częściej słyszę pytanie o negatywne konsekwencje trwania w permanentnym rozproszeniu”.

Rozmawiałem z Lindą Stone, która już kilkanaście lat temu ukuła termin continuous partial attention, o mnie i o tobie. Jeśli po kliknięciu ukaże się tylko fragment artykułu, tradycyjnie wciskamy F5.

.

Fine.