Off Festival 2013

Off Festival 2013 (fot. Under the Radar)

(Słodko-gorzkie foto ukradłem Amerykanom)

Tuż przed festiwalowym weekendem zmailowałem się z pewnym węgierskim specem muzycznym, który na pytanie o budapesztański Sziget niespodziewanie wyznał:

I wanted to go to OFF festival this year but I heard there’s to many strict rules about drinking alcohol.

Co mi od razu przypomniało, że trzy lata temu zastanawialiśmy się, na ile takie rzeczy mogą faktycznie zaszkodzić. Widać mogą. I po tegorocznej edycji w świat pójdą pewnie historie o godzinnych kolejkach do (miejscami znakomitej) gastronomii. Ale to poniekąd znamię sukcesu: Off wyprzedał się.

Ów Węgier zresztą, gdy tylko wspomniałem, że mimo procentowych restrykcji do Katowic się wybieram, pomimo wcześniejszych obiekcji jęknął:

Awww man, I’m so jealous! The lineup for OFF festival is wicked! I’m a concert promoter to in Hungary and I wish we could bring those bands to Budapest! Go see Thee Oh Sees at OFF, they are awesome!

*

Z gitarami pod pachami rzeczeni Thee Oh Sees istotnie okazali się awesome do tego stopnia, że wbrew dominującej tendencji z biegiem koncertu publiczności zamiast ubywać, przybywało – aż do nieomal podwojenia się – a w finale drewniany parkiet umykał spod nóg nawet ostatnim rzędom. Raz że żywioł, dwa że w parze z humorem, trzy że z zacnym materiałem.

Wybitnie pląsogennymi okazały się też gitary nawiedzonych przebierańców ze szwedzkiego Goat. Order wodzireja należy się w pierwszym rzędzie duetowi wokalistek, tancerek, szamanek. Gdy ustawiły się po dwóch stronach bębna i wymachiwały nad jego czarą, czarci kocioł narzucał się sam. W ciągu godziny zrekompensowały nam sceniczną statyczność wszystkich mniej mobilnych ekip, a sama muzyka na żywo zabrzmiała tyleż euforycznie, co transowo. Scena szczególnie podkreśliła ich genetyczną niejednoznaczność. Pod maskami równie dobrze mogli ukrywać się tuarescy schizmatycy (klimat i melodie), prawnukowie Os Mutantes (opętane wokale) albo ukwieceni hipisi (psychodelia). Ale że Szwedzi?

Dzięki panom z Polski i paniom z zagranicy tegoroczny Off zapamiętam jako festiwal wybornych głosów. O Zbyszku już pisałem. W zachwyt jeszcze większy wprawiła mnie nazajutrz forma Błażeja Króla z UL/KR. Słuchałbym go dla samej barwy wokalu. Ale duet dał w ogóle jeden z lepszych koncertów imprezy na przekór dysonującemu z nastrojem muzyki nasłonecznieniu, mało atrakcyjnej prezencji wizualnej nikłego składu i znacznej roli taśm. Do studyjnego materiału podeszli bowiem wzorcowo – bardziej doń nawiązywali, niż go odgrywali. Z nieprzerwanego strumienia dźwięków co rusz wyławiali wątki a to ze starej, a to z nowej płyty, rozciągali je w mantry albo ledwo zaznaczali, absolutną nieprzewidywalnością podtrzymywali ciekawość, prowokowali pytania i mnożyli radość z wyjaśnień. Od zarania uważam ich za mistrzów szkiców i na żywo metoda ta sprawdza się jeszcze lepiej, niż w studiu.

Nieziemskie głosy żeńskie przewinęły się przez namiot trójkowy. W sobotni wieczór rozświetliła go Julia Holter, która dała jeden z ładniejszych koncertów Offa – o ile tylko uległo się czarowi chwili. Zarazem dosyć odważny. Testowała sporo nowego materiału, a że rozpięła go między gotyckim industrialem a frywolnym dancingiem z typowymi holterowymi smutkami pośrodku, to i różnie bywało z mocą samego występu. Ilekroć jednak wracała do już-klasyków z „Ekstasis”, stawało się oczywiste, że stoimy w jedynym sensownym miejscu miasteczka festiwalowego. Holter pozwoliła nam ponadto odpocząć od gitar, które zdominowały Offa jeszcze bardziej niż zwykle. Prócz perkusji jej klawiszom towarzyszyły tylko saksofon, skrzypce i wiolonczela. Aż rozmarzyłem się, jak zabrzmiałaby w duecie z tą ostatnią. I proszę bardzo: spełniło się w pierwszym bisie.

Zagraniczny żeński głos drugi to AlunaGeorge. Organizatorzy sprawili nam cudowny prezent, zestawiając duet ze Smashing Pumkpins, bo zagwarantowali w ten sposób miejsce na bujanie się w przyjemnie chłodnym już o północy namiocie. O ile na wydanym niedawno debiucie miewają wyżyny i niziny, o tyle na żywo są niemal bezbłędni. Nie dało się oderwać uszu od fenomenalnego wokalu Aluny (a oczu od reszty), a kilka razy zasygnalizowała nawet predyspozycje do nagłaśniania stadionów. Jeśli jednak kierowałem słuch gdzie indziej, to ku basowi. Barwa bezprogowca, precyzja sekwencera, piękniejszych dołów w Katowicach nie doświadczyłem.

Prognozy co do frekwencji zawodziły zresztą nie raz. Nietrudno było się wbić pod scenę okupowaną przez radosną załogę Jensa Lenkmana. Atmosfera fantastyczna, anegdoty wdzięczne, urokliwa dwulatka w seledynowych słuchawkach, która przetańczyła występ na barkach ojca… Gdy przedwcześnie opuszczałem namiot, żal mi było tego wszystkiego – poza muzyką. A wyszedłem sprawdzić, gdzie podziewa się reszta publiczności. Siedzieli, leżeli, tańczyli pod sceną The Paradise Bangkok Molam International Band. Tajowie przybyli wypełnić pustkę po Solange i okazali się czarnym koniem festiwalu. O ile tego rodzaju elektryfikowane etno na Skrzyżowaniu Kultur zwykło razić złą fuzją, to na Offie ucieszyło serca egzotyką i swoistą poczciwością. A że na ostatni kwadrans odłączyli prąd i wrócili do korzeni, to i krztyną autentyzmu.

Sprawdzonych metod nie zmieniają Fucked Up. Po niespełna 10 minutach „Gruby” wyległ przed namiot, by bratać się z chłopcami, trwożyć dziewczęta, przybijać piątki dzieciom i zalec gościnnie na czyimś kocyku – nie przerywając ani na moment wykonania. Ciasno było w upiornie gorącym namiocie Dope Body, przy czym w temperaturze zespół i słońce miały równe udziały. Tria drące ryja zaprezentowały zresztą na Offie pełną paletę przesterowych strategii. Wspomniani Amerykanie postawili na potężne brzmienie. Opromienieni (współczuję) zachodzącym słońcem Metz na energię. Cloud Nothings podzielili zaś występ z grubsza na trzy części. Zaczęli (rozczarowująco) lekkimi trzyakordówkami do tańca, przeszli cobainowską depresję, by zakończyć noise’owym grzmotnięciem. W kontekście całości dali jeden z „ciekawszych”, bardziej przemyślanych występów. Choć docenić dało się to raczej post factum.

Trudno zrozumieć zamysł Godspeed You! Black Emperor, na których prywatnie liczyłem najbardziej. Koncert najlepiej oddają wizualizacje z końcówki występu. Polegały na obracaniu na wszelkie możliwe strony okładki ostatniej płyty. Tak też Kanadyjczycy zdawali się grać na zmianę intra i outra, zapominając, że w repertuarze mają też kompozycje. Genialne kompozycje. Wiadomo, oczekiwania budzą rozczarowania. Nie mam jednak wątpliwości, że gdyby z takim koncertem przyjechali na Offa w roli wcześniaków, wylądowaliby w sąsiednim namiocie o godzinie 17.00 albo 2:30 nad ranem. Schodziłem z pola z poczuciem zmarnowanej szansy na porządnie brzmiący i rewelacyjnie przyjęty koncert, bo tak skupionej i cierpliwej publiczności nigdzie indziej już nie widziałem. Nie pomogło nawet zgaszenie halogenu, który do połowy koncertu – i cały poprzedni i następny wieczór – oświetlał potężne białe prześcieradło rozciągnięte tuż obok sceny głównej z wybazgranym naprędce napisem „OFF IS ON”. Dzieło sztuki? Po zmroku fail roku.

Na My Bloody Valentine pokropiło.

Ze względów logistycznych poza moim zasięgiem pozostała większość popołudniowych występów polskich wykonawców. Szalenie żałuję i nawet trochę się wstydzę, skoro ekipa Pitchforka dawała radę. Przegapiłem też niewczesne Autre Ne Veut oraz późnonocną Laurel Halo, świetnego ponoć Skalpela i niedoszły niedzielny maraton songwriterski na scenie eksperymentalnej – od Sama Amidona przez Johna Granta po Cassa McCombsa (niedoszły, bo tego ostatniego odwołano). Uzupełnienia przyjmę.

O tuzinie innych występów na czele z Deerhunterem czy niespodziewanie przewidywalnym Fire! – saksofonowe solówki na tle czteronutowej pętli basu trochę jednak nużą mimo energii – już specjalnie wspominać nie będę. Bo albo nie wyniosłem żadnych rozsądnych przemyśleń, albo zbyt szybko wyniosłem się sam. Jeśli jednak potraktować Offa jako typową festiwalową degustację, która pomaga dokonywać właściwych wyborów koncertowych w przyszłości, to po bilety ustawię się jeszcze nie raz w przynajmniej kilku kolejkach choćby i długości offowych.

Pozdrawiam wszystkich życzliwych, dzieci w seledynowych słuchawkach, dziewczynkę (tę samą?) podrygująca na ojcu do masakry Brutal Truth, bose ryzykantki oraz właściciela białego t-shirta z wypisanym ręcznie „Kanye West’s T-shirt”.

.

Fine.




17 komentarzy

  1. wieczór pisze:

    Ja najbardziej czekałem na Fucked Up i Japandroids. Nie zawiodłem się, jedni i drudzy buchają energią. Na Julię Holter wpadłem na moment, jednak nie bardzo taka muzyka pasowała do tego festiwalu, jak pisałeś, wyjątkowo zdominowanego przez gitary. Sam Amidon za to swoim intymnym folkiem ujął publiczność w eksperymentalnej, a dzięki obecności perkusisty i laptopa momentami ich granie pasowało do nazwy sceny. Cass McCombs został w prawie ostatniej chwili odwołany. Cloud Nothing zagrali całe Attack on Memory, więc też ten koncert mnie usatysfakcjonował. Chłopaki z Tajlandii zafundowali mi godzinę treningu wytryzmałościowego, choć znów trudno się z tobą nie zgodzić, że grają kiczowatą muzykę, ale skoro Sulejman zachwycił dwa lata temu, trudno było spodziewać się innej reakcji. Mam nadzieję, że Rojek pójdzie za ciosem i w przyszłym roku zagrają Dengue Fever.

    Z polskich koncertów najlepszy był, wiadomo, Zbig z Mitchami. Niesamowite wydarzenie, chyba równie mocno pozamuzyczne. Hokei i Ampacity hałasowali aż miło, How How nie odnaleźli się w festiwalowym środowisku (a szkoda), tres.b jak zawsze profeska, 1926 głośno, ale z sensem.

  2. Marceli Szpak pisze:

    Co do Autre – dobrze się chyba jest jeszcze wstrzymać, live idzie w dobrą stronę, ma wokalistkę, która ratuje mu głos w najwyższych partiach i perkusistę, który też robi wszystko, żeby stało się disco, ale kiedy zaczęły wchodzić laptopowe podkłady, to jakoś to wszystko siadało. Cały live band by mu się bardzo przydał, wtedy rozniósłby ten namiot.

    Goat – podejrzewałem to już przy płycie, teraz teoria się rozrasta w pełni rozwiniętą paranoiczną teorię spiskową – A co jeśli to jest The Knife, które postanowiło zrealizować coś, co nie mieści w ich głównym nurcie i obu pobocznych? Te dziwaczne struktury rytmiczne, harmonijne wokale, incognito show, wszystko mi się zgadza:)

    Paradise – kwadrans, zakończony westchnieniem, no ale czemu nie Dengue Fever, skoro już z tamtych okolic.

    Zaskoczenia – Metz (pierwsze czym oberwałem w tym roku i cały koncert radosnego skakania pod sceną), Molesta – ogólnie mi obojętna, ale bardzo ładnie zagrane, Julia Holter, która zmusiła mnie do wstania z trawki przed namiotem i wbicia do środka w ten gorąc, bo cudowne rzeczy się tam działy. Koncert festiwalu oczywiście Oh Sees, choć Mykki Blanco prawie łeb w łeb z nimi. Rozczarowania – w sumie brak, jak wiedziałem, że mi nie wejdzie (Dhunter, Zbig, Japandroids, MBV) to się nie zbliżałem, a w GYBE dało się wkręcić, tylko trzeba było leżeć i patrzeć w gwiazdy. No i to jest jednak zespół, który powinien grac w betonowych schronach przeciwatomowych, nie na placu.

  3. Mariusz Herma pisze:

    Ej, niezła ta teoria z Goat. Głos rzeczywiście pobrzmiewa znajomo. I jednocześnie tłumaczyłoby to nie tylko maski, ale i dublet wokalny, bez którego prawda natychmiast wyszłaby na jaw.

    Zajrzałem na końcówkę Japandroids i rzeczywiście wypełnili we dwóch niemałą przecież scenę leśną, a pod nią wzbudzili jeden z większych entuzjazmów festiwalu.

    Obserwacja poboczna: zaskakująco niewiele osób filmowało koncerty. Dosłownie pojedyncze sztuki.

  4. korektor pisze:

    ”po Cassa McCombsa”

    Gwoli ścisłości- Cass McCombs wypadł z programu tuż przed festiwalem, zastąpił go Eric Copeland.

  5. Mariusz Herma pisze:

    Tak, Michał już o tym wspomniał w pierwszym komentarzu, ale poprawię teraz w tekście. Przy okazji – sporo tych odwołań nabierało się w tym roku, bo i Solange, i Haxan Cloak.

  6. Łukasz pisze:

    a wg mnie Autre Ne Veut dali najgorszy występ z tych które zaliczyłem przez 3 dni – a starałem się uczestniczyć w koncertach od 17 zwykle do 2:30. I to nie żebym nie lubił takiej muzyki – Play By Play to dla mnie jedna z najlepszych piosenek w tym roku. Typ zmęczył głosem niemiłosiernie, zdzierał się na maksa, od razu wyrzuca z siebie wszystkie emocje, zero napięcia. Co również mierziło, to jak ktoś wyżej wspomniał, skąpy skład – zamiast grać partie na gicie albo pianie to puszczali je z lapka, a pianinko wystawione na scenie zostało użyte tylko raz na cover Whitney Houston który był intrem do piosenki World War (podobny zabieg możesz zobaczyć na jego filmiku w serii Pitchfork Weekly). Ogółem zrobił na mnie złe wrażenie, bo nie dość że płyta rozczarowała to live tego nie zrekompensował.
    Nie zrekompensował wprost przeciwnie niż AlunaGeorge, którzy byli świetni – nie było to zwykłe odegranie piosenek, na jakie byłem nastawiony po openerowym Disclosure.

    nie wiem czy ktoś był na Blondes – genialny, genialny dj set, świetny, jak to jechało, jak to siedziało, po prostu WOW! Nie spodziewałem się tego po chłopakach, tym bardziej chłopakach z USA. To chyba moje największe odkrycie i zajawienie z OFFa, znalem ich wcześniej ale nie sądziłem że dają takie koncerty.

    W Wodeckim i Mitchach się zakochałem, przydałby się jakiś bootleg z występu, jeśli nie cały filmik.

  7. Mariusz Herma pisze:

    Rzecz (W&M&M) nadawała się w ogóle na transmisję w TVP. Muzyka wybitnie połączyłaby pokolenia.

  8. wieczór pisze:

    „a wg mnie Autre Ne Veut dali najgorszy występ z tych które zaliczyłem przez 3 dni”

    gorszy niż Corgan?

  9. Mariusz Herma pisze:

    „Wodecki na Pitchforku”
    http://pitchfork.com/photos/183-off-festival-2013/

  10. wieczór pisze:

    już cały polski internet o tym huczy :)

  11. Mariusz Herma pisze:

    W pewnym sensie historia zatacza koło: Pitchfork (jako symbol) => Off => Pitchfork.

    Dorzucam jeszcze Efekt Offa:
    Zbigniew Wodecki @ RYM

    Za chwilę liczba ratingów się podwoi (a ocena sumaryczna prawie).

  12. Łukasz pisze:

    @wieczór nie wiem jak smashing pumpkins bo bylem na alunageorge. slyszalem ze srednio, a slyszalem to z ust dużego fana, więc pewnie słabo.

  13. wieczór pisze:

    @łukasz ja niestety wiem, jak smashing pumpkins, zdecydowanie najgorszy koncert, jaki widziałem na tegorocznym offie. myslałem, że masz porównanie, bo ja zamiast autre ne veut wybrałem tres.b.

  14. szary czytelnik pisze:

    Mały off topic z Julią Holter w tle – polecam świetny album Daniela Wohla „Corps Exquis”, zajawka tu: http://www.youtube.com/watch?v=A7fo0Tm3Zo8

  15. Mariusz Herma pisze:

    Dzięki!

  16. […] szeptu spotyka masywne klawiszowe bloki i avantjazzową kakofonię. Na szczęście to, co na Off Festivalu mogło sugerować pewną utratę kontroli nad inspiracjami graniczącą z chaosem, na płycie […]

  17. […] niezapomniane momenty obfitował Off nie tylko dzięki przeczesaniu Wodeckiego, a upały pomnożyły tylko wakacyjną atmosferę. Co […]

Dodaj komentarz