Off OFFu

Zbigniew Wodecki and Mitch & Mitch - Off Festival

(foto: Off Festival)

Koncertowi Zbigniewa Wodeckiego z Mitchami oraz kwartetem smyczkowym i dwiema chórzystkami – jedną była Ola Bilińska z Babadag – brakowało tylko jednego. Kurtyny. Pospolite zejście ze sceny nijak korespondowało z fenomenalnym po obu stronach fosy widowiskiem.

Bohatera wieczoru publiczność przywitała z serdecznością, która widoczną zrazu trema rychło przemieniła w entuzjazm. Trema objawiała się zresztą wyłącznie na telebimach. Na scenie Wodecki okazał się bratem Morettiego w żonglowaniu instrumentami. Poza fenomenalnym śpiewem – ilu wokalistów dorównujących mu warsztatem gościło dotąd na Offie? – grał na elektrycznych skrzypcach, na fortepianie, tarce i przede wszystkim trąbił. Nagłośnienie z trudem unosiło bogactwo brzmieniowe całego składu, a jakość samej muzyki potwierdziła publiczność. W większości słyszała materiał po raz pierwszy i gdyby hype Morettiego okazał się dmuchanym, po kilku utworach wyniosłaby się, a nie śpiewała, pstrykała, tańczyła i częściej klaskała niż nie. Wynosili się głównie obcokrajowcy, pytając po drodze, o co chodzi.

„Od wczoraj jestem szczęśliwym człowiekiem” – powiedział mi przed chwilą Wodecki. Gdy jeszcze na scenie wspominał, że to spóźniona o prawie czterdzieści lat premiera jego debiutu, pomyślałem od razu, iż zwłoce tej debiut zawdzięcza bodaj najbardziej spektakularną oprawę w dziejach polskiej muzyki. Wodecki spełnił swoje marzenie i zrealizował zaniedbane powołanie. Publiczność zyskała nowy tytuł w piosenkowym kanonie i nie wyobrażam sobie, by „Panny mego dziadka” czy „Posłuchaj mnie spokojnie” nie wbiły się na stałe do posiadówkowych (prywatkowych!) playlist. A Mitche? Zapracowali sobie na glejt do nieba. A przynajmniej na Krzyż Orderu Odrodzenia Polski.

Po koncercie pojawiły się niebezpodstawne wątpliwości, czy Wodecki miałby szanse na podobny odbiór, gdyby przyjechał na Offa z własnym zespołem. Nie miałby. Ale wcale nie ze względu na zaprezentowaną muzykę, tylko przez Pszczółkę Maję. Moretti legitymizował ten występ jako wydarzenie muzycznie wartościowe. Sam materiał przywiózł jednak Wodecki. Co nie zmienia faktu, że bez radości i wyobraźni Mitchów czar by nie zadziałał. Im zawdzięczamy chociażby bossanovowe sprinty czy tyleż fenomenalne co dyskretne przetransportowanie nas w końcówce do Brazylii.

Opuszczające pobojowisko grupki nuciły asynchronicznie właśnie Jorge’a Bena. Im mniej z nich zdawało sprawę z zapożyczenia owego la-la-la-la, tym w gruncie rzeczy lepiej. I tam, i tu klasyk.

.

Fine.




3 komentarze

  1. […] paniom z zagranicy tegorocznego Offa zapamiętam jako festiwal wybornych głosów. O Zbyszku już pisałem. W zachwyt jeszcze większy wprawiła mnie nazajutrz forma Błażeja Króla z UL/KR. Słuchałbym […]

  2. b. napisał(a):

    „tańczyła i częściej klaskać niż nie” mała literówka się chyba wkradła.

  3. Mariusz Herma napisał(a):

    Oj tak, dzięki.

Dodaj komentarz