Wrzesień 2013

Kraj jednej kapeli

Warsaw Village Band (fot. Radek Polak / promo)

Szacher-macher?

Przy okazji rozpoczynającego się dziś festiwalu Skrzyżowanie Kultur przyglądałem się w „Polityce” marketingowej genezie terminu world music (pod linkiem dostępne około 3/5 tekstu, całość w abonamencie). O historycznym dla muzyki świata dniu opowiadał mi Ian Anderson, jeden ze spiskowców, wówczas szef wytwórni Rogue Records, a obecnie redaktor naczelny pisma „fRoots”:

29 czerwca 1987 r. zebraliśmy się w londyńskim pubie Cesarzowa Rosji. Przy stole zasiedli przedstawiciele niezależnych wytwórni, producenci oraz dziennikarze zajmujący się muzyką… no właśnie, wtedy jeszcze nie miała nazwy.

A jako że nie miała nazwy, przyprawiała o ból głowy sprzedawców ze sklepów płytowych. Dla świętego spokoju woleli więc zrezygnować z niewygodnego asortymentu. W najlepszym razie wrzucali egzotycznych wykonawców do zakładki reggae, bądź też umieszczali ich w porządku alfabetycznym. King Sunny Adé lądował zatem w sąsiedztwie Abby. Baaba Maal obok Davida Bowiego. Co niektórym zresztą pasowało i dlatego protestowali przeciw temu, co miało nastąpić.

Zrobiliśmy zrzutkę. Postanowiliśmy zatrudnić PR-owca, który zajmowałby się popularyzacją tej muzyki. I wyprodukować specjalne etykietki, które zamierzaliśmy wcisnąć sklepom. Pozostawało rozstrzygnąć jedną kwestię: jaką nazwę umieścimy na owych etykietach?

Była jeszcze specjalna składanka „NME”, pakiety promosów dla stacji radiowych i paczki obowiązkowe dla sklepów, które dadzą się przekonać. Wszystko zsynchronizowane i na tyle skuteczne, że wkrótce wyrósł z tego gigantyczny biznes. Ot, kolejny paradoks historii muzyki, że najbardziej „prawdziwą” ze stylistyk czy też rodzin stylistyk wypromowano w najbardziej wyrachowany sposób. Jej żywot może się jednak kończyć. Myśli tak nie tylko Anderson, który jako ojciec chrzestny world music powinien dobrze orientować się w temacie:

World music było fantastycznym sposobem na rozreklamowanie różnorodnych stylistycznie nagrań. I na otwarcie wrót na Zachód artystom, którzy sami nigdy by sobie nie poradzili. Ale teraz, gdy zamyka się ostatnie sklepy płytowe, termin ten stracił sens bytu. Lepiej pisać i promować konkretnych artystów zgodnie z ich własnym charakterem i potrzebami. 

Bo w podobnym tonie wypowiadali się uczestnicy wczorajszej konferencji Sounds Like Poland, która poprzedziła muzyczną część Skrzyżowania Kultur. Reprezentantka światowców holenderskich Danka van Dodewaard przyznała, że tradycyjnych artystów z Polski promuje dziś jako artystów z Polski, a nie przedstawicieli „world music”. Magnus Bäckström ze Szwecji, która z tęsknotą wspomina korzenny boom z lat 90., stwierdził wręcz, że termin ten zaczął śmierdzieć i czyni się usilne starania, by się od niego zdystansować.

Marketingowych tematów na konferencji było sporo. Po trzykroć zalecano młodym muzykom zadbać o porządne zdjęcia, bo straszna beznadzieja. I parę filmików, bo organizatorzy festiwali kierują się prezencją, audio to mało. Zachęcano do uporu w ubieganiu się o miejsca na scenach i na targach, bo konkurencja globalna. Z drugiej strony pojawił się wątek tzw. sieci społecznych, czyli w języku ludu – znajomości. Ktoś narzekał, że gdy pozna na przykład Kapelę ze wsi Warszawa i chciałby pójść za ciosem i zgłębić ludową Polskę, to nie bardzo wie, gdzie szukać. Fruzsina Szép, czyli programigazgató węgierskiego festiwalu Sziget, oświadczyła, że wie, gdzie szukać – przy okazji pochwaliła się 15 tysiącami płyt na półce – ale to jej prawie że imiennie dostało się od publiczności.

Menedżerka i zarazem członkini zespołu, którego nazwy nie dosłyszałem, zwróciła uwagę na pewną ciekawą i niejednoznaczną kwestię. Nieraz cieszyliśmy się pewnie międzynarodową rozpoznawalnością wspomnianej Kapeli. Gości regularnie na zagranicznych festiwalach, co drugi zagraniczny dziennikarz kojarzy i gratuluje nam warszawiaków. I świetnie? Nie do końca. Jeśli organizatorom wszelakich imprez – sugerowała wspomniana artystka – przyjdzie dziwna ochota zaprosić wykonawcę z Polski, to wybór niemal automatycznie padnie na znaną i lubianą Kapelę. Czego przykładem właśnie tegoroczny Sziget (Kapela + siostrzana R.U.T.A.). I tak dekadę po podboju świata wciąż ten sam zespół ciągle robi za etatowego ambasadora rdzennej Polski, okupując tym samym zazwyczaj pojedyncze dostępne dla wykonawców z naszego kraju czy regionu.

Na sali był obecny Maciek Szajkowski z Kapeli (i R.U.T.Y.), ale nawet gdyby chciał, to nie zdążył się niestety ustosunkować. Sam lenistwo promotorów solowych i festiwalowych – szczególnie tych nie(stricte)folkowych – jakoś rozumiem. Pewnie samo sięgnięcie po import z Polski wydaje się im egzotyczne, a nieznane z nieznanego niosłoby podwójne ryzyko. A tak odhaczają obowiązkowe otwarcie na świat i jednocześnie śpią spokojni o jakość i frekwencję. Tym bardziej nie dziwię się Kapeli, że przyjmuje zaproszenia. Ciekaw jestem za to, jak wielu krajów – i jak wielu stylistyk – dotyczy podobna sytuacja, gdy prymus wprowadza wprawdzie swą ojczyznę do gry, ale potem zgarnia większość wygranych.

.

Fine.


Duchy towarzystwa

Jeden z najbardziej złośliwych...

 

Są takie, które ostrzegają przed trzęsieniami ziemi albo kończącą się aukcją internetową. Jedne poprawiają błędy stylistyczne użytkowników, inne matematyczne, jeszcze inne upominają przeklinających. Niejaki @swear_bot zwykł kwitować niecenzuralne wypowiedzi chociażby dosadnym: „Przestań k*$@a przeklinać!”.

Są boty zabawne, jak utożsamiający się z naszym uniwersum @TheUniverse. Kiedy ktoś napisze przykładowo: Dzięki ci, świecie, ten odpowie ochoczo: Nie ma sprawy. Ale są też jednostki złośliwe. Zanim go uciszono, @EnjoyTheFilm zdradzał zakończenie danego filmu każdemu, kto wspomniał, że „wybiera się do kina na…”.
.

Napisałem o społecznych botach.

.

Fine.


Oryginalna ściema

.
Kristine McKenna
: Dlaczego na scenie kreatywnej tak bardzo ceni się oryginalność?

Brian Eno: To jakaś ściema. Ludzie są zawsze oryginalni, tyle że niektórzy postrzegają to jako coś istotnego, a inni odrzucają jako aberrację. Jednym z ciekawych aspektów muzyki etnicznej w niemal wszelkich jej odmianach jest fakt, że nie koncentruje się wokół idei nowości. Przykładowo w reggae rok za rokiem słyszysz wciąż te same riffy, zmienia się tylko kontekst. Chodzi o to, by czegoś używać dopóty, dopóki coś znaczy. W zachodniej kulturze wysokiej należy porzucić dany pomysł w momencie, gdy nie możesz go już trzymać na wyłączną własność. Jeśli inni się podłączą, musisz to zostawić i pójść sobie gdzie indziej. A to przecież idiotycznie dziecinne nastawienie.
.

— z rozmowy z 1980 roku, via Fluxtumblr.

.

Fine.


Blokowiska

John Talabot - Missing You

(John Talabot – Missing You)

Mnogość wątków zawartych w screenagersowym felietonie „We Don’t Control the Controls” Sebastiana Niemczyka pozwoliłaby każdemu wybrać sobie własny do skomentowania. Sam chciałbym się odnieść do jednego z muzycznych – próby wyjaśnienia obserwowanego od przynajmniej kilku lat rozkwitu muzyki zapętlanej:

Paweł Klimczak zaproponował wyjaśnienie wzmożonego zainteresowania taką muzyką przy okazji recenzji płyty „You Are Eternity” duetu Dadub: Podłożem niebywałej popularności mrocznego, kombinowanego techno i rzeczy techno-podobnych, może być atmosfera naszych czasów – niepewnych, targanych napięciami społecznymi i problemami.

(…)

Przyczyn wzmożonej popularności ekstrawertycznego house’u i mrocznego techno szukałbym w przyspieszeniu naszego życia (żeby utrzymać się na powierzchni musimy robić coraz to więcej i więcej rzeczy, co przekłada się na jego rytmizację) i postępującemu rozmywaniu się rzeczywistości w jej wirtualnej reprezentacji.
.

Serwis Discogs zapamiętał z lat 90. około 110 tys. wydawnictw podpisanych etykietką house oraz prawie 57 tys. dużych i małych płyt techno. W następnej dekadzie tych pierwszych przybyło o jedną trzecią. A tych drugich o jedną piątą. Baza szeroko pojętej elektroniki, obejmującej oba te style, urosła o ponad połowę z niespełna 450 tys. tytułów do ponad 690 tys. Rock przytył w tym czasie o ćwiartkę, a pozostałe duże gatunki ledwo o kilka procent. W samym 2012 roku Discogs odnotował dwukrotnie większą ilość wydawnictw techno niż w roku 2000.

Także po stronie publiczności widać to przesunięcie. W corocznych rankingach RateYourMusic do niedawna pojawiało się 80-100 wydawnictw techno. Od pięciu lat – czyli od roku „Shedding the Past” – jest ich przynajmniej półtorej setki. Do podsumowań rocznych niegdyś rockowych, popowych czy czarnych serwisów regularnie zaglądają takie postacie jak Andy Stott, John Talabot, The Field, Voices From The Lake i Sandwell District. Od dłuższego czasu nie trzeba jeździć na festiwale z półoficjalną dystrybucją narkotyków, by takiej muzyki posłuchać (powiedzmy) na żywo. Intuicja i liczby podpowiadają hossę.

Pokusie wyjaśniania tego typu fenomenów przeżyciami pokoleniowymi jak najbardziej kibicuję, sam się czasem tak zabawiam, jako że nawet teorie mocno naciągane bywają ciekawym pretekstem dla przemyśleń. I w choćby minimalnym stopniu są pewnie prawdziwe. Ale tutaj, wydaje mi się, mamy do czynienia z prozą życia.

Jon Hopking - Sun Harmonics

(Jon Hopkins – Sun Harmonics)

Po stronie twórców popularność muzyki repetycyjnej napompowała rewolucja technologiczna. W ostatnich dwóch dekadach na dobre zwizualizowaliśmy muzykę, nagrywanie na ekranie stało się domyślną formą muzycznego wyrazu. Jeszcze w latach 90. podstawowym odruchem nastolatka rwącego się do grania było polowanie na gitarę. A później na resztę zespołu i salkę do prób. A potem na okazje, by pokazać się społem na żywo. W XXI wieku otwiera się przeglądarkę i ściąga Fruity Loops, Adobe Audition albo Logica. I klei. I wrzuca do sieci. I czeka, aż któryś festiwal podeśle bilet lotniczy dla jednej osoby.

Sposób siania naturalnie wpływa na plony. Pokolenia wschodzące, czyli dominujące w krajobrazie niemainstreamowym, uprawiają już nie komponowanie i wykonywanie, lecz głównie kopiowanie i wklejanie. Samo środowisko komputera narzuca myślenie obiektowe, a jeśli ktoś korzysta jeszcze z takich wynalazków jak Fruity Loops, to cały proces produkcyjny spędza za kratkami. Dla składu rockowego zagranie stu identycznych taktów byłoby nudne i wymagające fizycznie. Dla samotnego producenta zapętlenie trafnej frazy w kilka czy nawet kilkanaście minut to odruch naturalny. Sam przez wiele lat z nim walczyłem.

Kompozycje popowe czy rockowe poczynają się zwykle na gitarze lub pianinie, garną się więc ku melodii i harmonii. Laptopowa elektronika zaczyna się od rytmu i pętli. Jeśli coraz więcej karier rozpoczyna się raczej od laptopa niż strun i klawiszy (nie myszki), to i przybywać będzie utworów i płyt osadzonych na groovie okładanym kolejnymi warstwami aranżacji. A ubywać tworów liniowych, przynajmniej do czasu oswojenia medium. Pharrell Williams, miłośnik tradycyjnych syntezatorów i analogowych taśm, który wręcza swoim asystentom mikrofony i każe im trzaskać drzwiami, ostatnio podsumował to krótko: „Budujemy blokami”.

Andy Stott - Numb

(Andy Stott – Numb)

W ślad za ofertą podąża zainteresowanie odbiorców. Tak w muzyce (sztuce) jest od zawsze (i dzięki Bogu, że nie na odwrót). Zaryzykowałbym jednak hipotezę, że ewolucję gustów wynikającą z podaży loopów pogłębia gruntowna zmiana okoliczności obcowania z muzyką czy w ogóle kształtu naszej codzienności. Jak wiadomo, słuchamy coraz więcej, ale coraz rzadziej w warunkach skupienia i bez zewnętrznych rozpraszaczy – także akustycznych. Najczęściej przy okazji pracy, spotkań, podróży realnych i wirtualnych. Ilu osobom poniżej magisterki zdarza się chociaż raz na tydzień usiąść w ciemności i chłonąć?

Tylko w takich warunkach improwizacje, nieminimalistyczne partytury czy głębsze eksperymenty komunikują się naprawdę skutecznie. Zresztą nawet średnio wymagająca płyta rockowa lub popowa wymaga kilku przesłuchań, by się z nią oswoić i ewentualnie polubić. Muzyce repetycyjnej wystarczy przeważnie jeden obrót, parosekundowe „motywy” wpadają w ucho już po tuzinie bliźniaczych taktów. Cały longplay mieści ich setki, tysiące. I nie szkodzą im wahania uwagi słuchacza. Ba, nawet jego tymczasowa nieobecność. Jak w rasowej telenoweli – przegapienie odcinka czy dwóch nie grozi dezorientacją.

Stąd więc pęd do repetycji po obu stronach strumienia. Ale dlaczego w tonie minorowym? Tutaj proporcji nie zmierzymy, załóżmy jednak, że gros produkcji istotnie spowija mrok. Nic nowego. Od dekad młodzi twórcy garną się raczej do negatywnych wibracji. Okrutne metalowe masy dźwięku łapały za pysk, indierockowcy pławili się w depresji, hip-hop rzadko bywał narzędziem afirmacji życia. U schyłku millenium licealistów epatowali goryczą numetalowcy, obecnie dwuznaczne emocjonalnie są najbardziej euforyczne odmiany stadionowego dubstepu. Zmieniają się stylistyczne stroje, nastroje pozostają te same.

Znaczenie może, nie musi, mieć też fakt, że muzykę laptopową uprawiają raczej introwertycy, bo tych drugich wciąż będzie ciągnęło do staroświeckich kapel. Dzięki sypialnianym studiom domownicy – czyżby nowy sens terminu house music? – nie muszą za to jak dawniej przezwyciężać własnego zamknięcia i sięgać po wsparcie z zewnątrz. W tej sytuacji zarówno ich osobowość, jak i okoliczności narodzin w nocnym półletargu (raczej niż w toku piwnicznej schadzki) przekładałyby się na barwę domowych wyrobów. I mimo że ich muzyka kojarzy się z klubami, nie powstaje przecież z myślą o maratończykach parkietowych, ale raczej ciekłokrystalicznych.

.

Fine.


Selector Festival 2013

m.i.a. - Selector Festival 2013

(foto: Selector Festival)

Gdy ogólnopolski sezon festiwalowy powoli zmierzcha, powracająca z wakacji stolica zaczyna dopiero się rozkręcać. Przed nami Skrzyżowanie Kultur oraz Warszawska Jesień, później Avant Avant Garde, w ostatni weekend września wyluzowane partytury Szalonych Dni Muzyki, a na przełomie października Warsaw Music Week. Za nami zaś wskrzeszony z martwych, zaimportowany z Krakowa Selector. Zdołałem złapać pięć koncertów headlinerskich, w tym dwa znakomite, jeden dewastujacy, jeden przeciętny i kuriozum.

Co rusz spotyka się marudzenia, że XXI wiek nie ma swojego brzmienia, że kogoś pytającego o muzykę charakterystyczną dla ostatnich kilkunastu lat nie dałoby się zaskoczyć niczym, co nie mogło się pojawić dekadę czy dwie wcześniej. Tę oczywistą bzdurę obalić można na wiele sposobów. Na przykład zaproponować koncert Jamesa Blake’a. Nowoczesny najpierw w zamyśle, co tylko uwydatnił fakt oszczędzenia nam widoku nudnego laptopa. Patrzyliśmy na klasyczne trio klawisze-perkusja-gitara/klawisze w sentymentalnej oprawie trzech okrągłych lamp ustawionych za placami muzyków i udających w ten sposób potrójny zachód słońca.

Karkołomne przebiegi wokalne Blake realizuje na żywo z taką samą mikrotonową precyzją, co w studiu. I już to stawia go w towarzystwie najzdolniejszych wokalistów współczesnej rozrywki. Ale prócz talentów wykonawczych znakomicie opanował umiejętność pewnego prowadzenia publiczności przez wszelakie nastroje, od dławiących nagłośnienie i nas infradźwięków po romantyczne solówki nad klawiaturą. I tymi atutami chciałoby się naiwnie wytłumaczyć beatlemaniakalne wybuchy euforii, które Blake detonował pod sceną byle pochyleniem głowy, zmianą kierunku patrzenia czy byciem okrytym snopem światła.

Kiedy entuzjazm dosięgnął dalszych rzędów zajętych dotąd rozmową, dotarło do mnie, że nad całym koncertem wisiało pytanie o „There’s a Limit to Your Love”. Wybrzmiało mocarnie i tak też wyglądało. Setki wąskich wiązek obmywających trio przy pierwszym dropie zadrżały lękliwie, a przy kolejnych stopniowo traciły ostrość. Jedna piękniejszych scenek tego rodzaju, jakie miałem okazję oglądać. Po odegraniu części obowiązkowej kawałka Blake zawrócił go ku dubstepowym korzeniom i w ten sposób nie po raz pierwszy wykazał się większą kreatywnością i odwagą niż poprzednicy.

Poprawny, na przemian przyjemny i nudnawy koncert Archive uświadomił mi trzy rzeczy. Po pierwsze, potencjał swoich majestatycznych dwu-, w porywach czteroakordowych pochodów rozciąganych niemiłosiernie aż po podniosłe kadencje refrenów zespół wyczerpał dekadę temu. Dalej to już zabawa w klonowanie. Po drugie, pojawiająca się i znikająca ze sceny Maria Q ma piękny czarny głos i takież ciągoty. Grzechem jest tę białą Beyonce sprowadzać do roli siostry braci Cavanagh. Po trzecie odkryłem, że można przestraszyć się własnej publiczności.

Nad występem Archive wisiało oczywiście pytanie o „Again”. Brytyjczycy zagrali przebój i ten najbardziej oczekiwany moment show okazał się momentem najsłabszym. Potraktowali swego klasyka z taką nabożnością, jakby obawiali się sprofanować sacrum i tym samym narazić wiernym trójkowiczom. Cały koncert sprawiał zresztą wrażenie, jakby starali się odgadnąć oczekiwania zebranych i zaspokoić je aż do przejedzenia. Kompleksowo dopasowali się do samego festiwalu, przenosząc akcenty z rockowych na elektroniczne. W każdym razie Blake w cudzym przeboju czuł się swobodniej, niż Archive we własnym. I tylko przykre trochę, że najwięcej wiwatów zbiera wciąż za cudzy utwór. Pewnie tak samo czuć się musi José González, gdy zbiera owacje za „Heartbeats”.

Występ The Knife poprzedził aerobik poprowadzony przez nieprawdopodobnie charyzmatycznego faceta w rajtuzach. Dyktował publiczności kolejne ćwiczenia, a gdy wykazywaliśmy opór, nalegał bardziej stanowczo i ostatecznie zawsze dopiął swego. W pewnym momencie podzielił tłum na dwa obozy i jednej stronie nakazał krzyczeć drugiej w twarz „yes”, a tej drugiej odwdzięczyć się „no”. Miało to obrazować fakt, że pewnym rzeczom na świecie należy się postawić, a pewne trzeba zaakceptować. Był to najzabawniejszy moment festiwalu i zarazem znakomite przygotowanie do tego, co miało nastąpić.

Szwedzi przytaszczyli na scenę pakiet dziwnych instrumentów. Podziałali chwilę, a następnie zupełnie je porzucili i oddając przykry obowiązek generowania dźwięków maszynie sami puścili się w tan. Super zabawa. Pewną korzyść jednak wyniosłem: przekonanie, że istotnie The Knife = Goat. Choć raczej The Knife < Goat.

*

Dygresja z autobusu nocnego:

Dziewczyna i chłopak wieku wczesnostudenckiego siedzą naprzeciw siebie i dyskutują o którymś z koncertów. Jej się podobało. On wylicza braki. Na przykład „brak gry ciszą”. „Wszystko wywalili ”. Ona nie chce o tym słuchać, bo jej się podobało. On przekonuje, że ma rację i ona powinna tę rację zaakceptować, ponieważ „uświadomienie sobie prawdy pozwoli ci poszukać czegoś lepszego, stąd bierze się progres”. W toku trwającej kwadrans dyskusji, która według znanego prawa stopniowo odbiega od istoty problemu i zaczyna dotyczyć wcześniejszych etapów owej dyskusji („wcale tego nie powiedziałam”), w sukurs przychodzą obrazowe porównania. Takie palenie papierosów. Można lubić mimo świadomości wad. Albo jabłka. Można by lubić, nawet gdyby okazały się niezdrowe. On ripostuje, że akceptacja winy jabłek pozwoliłoby postarać się o lepsze owoce. (Z papierosami wiele nie poradzisz). Ona zauważa, że on mówi o faktach, a ona wyraża opinię. Że rozumie argumenty, ale nie ma ochoty ich słuchać,  bo dobrze się bawiła i nie zamierza sobie psuć wspomnień krytykanckimi dywagacjami. Zresztą już zaczęła bezwiednie szukać słabych punktów. On nalega, że nie ma obaw. Prawda ją wyzwoli, a zespół dalej będzie sobie mogła lubić. Tylko powinna przyznać mu rację. Ona płacze. On podaje jej chusteczki. Wysiadłem.

*

Elegancja i wdzięk, piękny głos Jessie Ware i takież brzmienie jej zespołu zaowocowały najprzyjemniejszym koncertem festiwalu. Mimo że pozbawionym w zasadzie fajerwerków czy niespodzianek, jeśli nie liczyć zgrabnego zmiksowania „No To Love” z „I Want You” Marvina Gaye’a. Żadna tam prowizorka, mushup pełną gębą w ciągłej rotacji wątków. Jeśli wbrew nauce z nocnego autobusu miałbym szukać dziury w całym, to wskazałbym na nadmiar playbacku w wielogłosach. Można było tę jedną chórzystkę w trasę zabrać albo częściej sięgać po wsparcie utalentowanego wokalnie perkusisty – wiemy, bo przejął na moment rolę lidera – albo też zwyczajnie odpuścić.

Bohaterem koncertu okazała się jednak publiczność. Ware dziękowała i komplementowała Polskę co przerwę, a kiedy już miała dać sobie spokój, ktoś z pierwszych rzędów wręczył jej bukiet róż wraz z prezentem, którego nie zdecydowała się otworzyć na scenie. Jeśli z obawy o zawartość, to niepotrzebnie. Nad koncertem chyba nie wisiało pytanie o „Wildest Moments”, bo przy tak skromnym repertuarze zwyczajnie musiała szlagier zagrać. Zrobiło się odświętnie, bo to w końcu jedna z ładniejszych piosenek, jakie radio miało okazję grać w ostatnich latach. Zakończyła „Running” i zbiegła ze sceny rzucając jeszcze dziękczynne pożegnania i obiecując powrót z nową płytą. Zanim to zrobiła, zdążyła zareklamować następczynię, której za młodu miała wbiegać na scenę.

Jak widać na załączonym obrazku, dawnych zwyczajów M.I.A. nie zmienia. Podobnie jak The Knife z poprzedniej nocy bliżej jej występowi było do spektaklu niż koncertu. Nieporównywalnie jednak intensywniejszego, ze wszech miar radykalnego i jeśli wolno użyć tego słowa w bieżącym roku – autentycznego. Połączenie siedmiu walących po oczach diodami rozet z nieprzerwaną nawałnicą groove’ów i energią samej M.I.A. sprawiło, że po jej godzinie czułem się bardziej wyczerpany niż po wszystkich przesterowych Offu.

Nad koncertem wisiały dwa pytania. Po pierwsze, jaka ta Maja po dłuższej przerwie i czy będzie grała już pod nową płytę. Przed koncertem udzieliła mi krótkiej audiencji, której temat („Matangi”, wolność i pewność artystyczna) oraz atmosfera (mgła kadzidełek wśród hinduskich bibelotów) odpowiedziały na te pytania, ale wystarczyłby rzut oka na scenografię. Usłyszeliśmy między innymi dwa nowe single, lepsze „Bring the Noize” i gorsze „Come Walk With Me”. W tym drugim radiową melodią i postawą normalnej wokalistki M.I.A. uczyniła sporą wyrwę w nastroju, ale po półtorej zwrotki zdewastowała i ten kawałek. Obijając się już do końca o ekstrema dociągnęła do bisów, bo bisy były.

Jeśli pod koniec właściwej części występu ktoś jeszcze zadawał sobie drugie pytanie, czyli o „Paper Planes”, to bardzo podziwiam, bo ja nadzieję na usłyszenie „Galang” straciłem gdzieś w połowie. Po wyjściu zagrała oba. I po raz czwarty tego weekendu zdziwiło mnie, jak łatwo te kilka zaprzyjaźnionych dźwięków potrafiło rozlać entuzjazm pierwszych rzędów na całą publiczność. To jasne, że na pierwszego stołecznego Selectora ludzie przyszli raczej dla pojedynczych wykonawców niż dla imprezy jako takiej, co skądinąd procentowało pozytywnie atmosferą pod scenami. A może przyszyli wręcz dla konkretnych utworów?

.

Fine.


Husaria

Nie musimy spekulować, dlaczego chicagowskie Pink Frost kłopotało się ze mianą nazwy po wydaniu debiutanckiego albumu, „Gargoyle Days” z 2001 roku, który nagrali jako Apteka. Opowiadając o tym zeszłego lata, wokalista Adam Lukas ujawnił, że istnieje polski zespół o tej samej nazwie – rzut okiem na Wikipedię i już wiemy, że “słowo ‘apteka’ oznacza po polsku ‚drug store’, a teksty piosenek Apteki często dotyczą dragów” – i że mejle od “szalonych polskich fanów” ostatecznie okazały się zbyt trudne do zniesienia.

– z recenzji płyty „Sundowning” na Pitchforku

.

Fine.


Mówisz – masz

2011:

Kupowałem dziś kable do głośników. Obok sprzedawca zachwalał wzmacniacz Marantza postawnemu panu około pięćdziesiątki w eleganckim garniturze. Mówił o selektywnym i krystalicznym brzmieniu, o słodyczy i o wykopie, o jakości wykonania zewnętrza i trwałości wnętrzności. Klient wszystkiego cierpliwie wysłuchał, po czym spytał:
– A ma Wi-Fi?

2013:

Spotify zainaugurowało dziś program Spotify Connect wespół z renomowanymi producentami sprzętu audio takimi jak Argon, Bang & Olufsen, Denon, Hama, Marantz, Philips, Pioneer, Revo, Teufel czy Yamaha. Zintegrowane urządzenia zaopatrzone zostaną w logo Spotify Connect, swoiste Intel Inside dla muzyki.

 

.

Fine.


Uszpokój

Ohropax (1925)

Negwer doskonale zdawał sobie sprawę z komercyjnego potencjału swojego wynalazku i błyskawicznie wprowadził go na rynek pod nazwą „Ohropax”, będącą kombinacją dwóch słów: niemieckiego, oznaczającego ucho (das Ohr) oraz łacińskiego, oznaczającego pokój (pax).

Pierwsze opakowania trafiły do sprzedaży w 1908 roku, zawierały sześć par woskowych stoperów, za łączną cenę jednej marki. Produkt okazał się ogromnym sukcesem. Dziś firma prowadzona jest przez wnuka założyciela, rocznie produkując ponad 30 milionów stoperów; jej głównym produktem wciąż pozostaje Ohropax Classic.

Artur Szarecki spisał krótką historię zatyczek do uszu wraz z kontekstami. Nazwa zespołu, którego niedawny występ mógł zainspirować artykuł, nie pada, choć przy kilku fragmentach mogłaby. Pierwszy z brzegu:

Na forach internetowych można znaleźć wpisy głoszące między inymi, że czasowa utrata słuchu po koncercie jest dowodem na to, że był on udany, a noszenie stoperów byłoby jak chodzenie do kina z opaską na oczy.

.

Fine.


Na Skype świata

John Clang - Being Together

We współczesnym świecie nie zawsze żyjemy blisko naszych najbliższych – zauważył fotograf John Clang. Przy użyciu projektora i Skype’a postanowił połączyć 40 rodzin rozdzielonych na przykład poszukiwaniem pracy, a zdjęcia dokumentujące te wirtualne zjazdy pokazał wiosną w Muzeum Narodowym w Singapurze. Czyli w jego ojczystym mieście, które w 1999 r. opuścił dla Nowego Jorku. Z bliskimi łączy się przez Skype’a.

Kilkoma fotografiami Clanga – więcej znajdziecie na jego stronie – zilustrowaliśmy w „Polityce” artykuł o rzeczonym Skypie, który w swoje dziesiąte urodziny obsługuje już jedną trzecią rozmów międzynarodowych, wynik bez precedensu. Sam przy okazji pisania policzyłem, że od 2007 roku na służbowe połączenia z telefonami stacjonarnymi i komórkowymi wydałem 85 euro. Chyba niewiele, skoro mieszczą się w tym telefony do Chin, Japonii, Pakistanu czy Wenezueli, o wszelkich londynach i nowychjorkach nie wspominając.

Przeczytaj artykuł

.

Fine.