Listopad 2013

Trzej kompozytorzy

Trzej Kompozytorzy

Oficjalna premiera w poniedziałek, ale przynajmniej od tygodnia można do woli buszować w dorobku Lutosławskiego, Góreckiego i Pendereckiego na stronie TrzejKompozytorzy.pl. Zawiera około 280 nagrań – niekiedy legendarnych wykonań – z omówieniami współczesnymi i wyjętymi z przeszłości z ust krytyków lub samych autorów.

Oś czasu umiejscawia postępy naszej trójcy w szerszym kontekście, są też playlisty ułożone przez piszących i piszących o piszących. Ale najciekawsze wydają się filtry. Pozwalają dobierać utwory według czasu powstania, formy, długości czy składu wykonawczego, np. z wokalem lub bez. Tego całkiem przyzwoicie zaopatrzony YouTube i inne streamingi długo jeszcze nam nie zaproponują.

.

Fine.


Superoferta

• Gitara „koncertowa” + elektroniczny stroik + futerał + instruktażowe DVD + podręcznik = 199 zł
• Harnaś Grzaniec Piwo 0,5l = 2,19 zł

.

Fine.


UhUhBoo Project

UhUhBoo Project

– Nie miałam pojęcia, że coś takiego w ogóle istnieje – dziewczynę stojącą za mną w kolejce do szatni koncert autentycznie zdumiał.
– No to już wiesz – zauważyła rozsądnie jej koleżanka.

Do wczoraj i ja nie wiedziałem, że można tak sprawnie balansować na granicy farsy i tzw. dobrej muzyki, bo dostępne w sieci nagrania koreańskiego UhUhBoo Project czegoś aż unikatowego nie zapowiadały. Wciąż nie mają o tym pojęcia ci, którzy Teatr Rozmaitości opuścili przedwcześnie. Choć wówczas ich rozumiałem – na powitanie sekstet postraszył nas okołorockową supersztampą: stopka na raz, werbel na trzy, cztery akordy, wokalista plecami do nas snuł smutki. Dźwięki „bambusowego fletu piri” sytuacji nie poprawiały, a przez barierę językową nie kleiły się rozmowy. Aż nagle wokalista się rozkręcił i my też.

W dyscyplinie psychopatycznego tańca Baik Hyunjhin już w połowie koncertu przekroczył standardy thomoyorkowe. Ale wygibasy uzupełniały jeno wielokrotnie bardziej radykalną ekspresję wokalnej czy raczej ekspresje wokalne. Takiej fontanny estetyk ustnych – od łzawych śpiewów przez pijackie zaśpiewy po krzyk, kwik, charczenie i jęki – dotąd nie zaznałem. W tym czasie kapela konsekwentnie upodabniała się do weselnych, co razem powinno pogłębiać poczucie kuriozum. Ale tylko pogłębiało zafascynowanie. I gdy bis wymusiła burza braw podbijana okrzykami, z zakłopotaniem wspominało się uprzejmościowe półoklaski z początku występu.

Pod sceną kręciły (się) kamery, więc może wkrótce ktoś coś wrzuci, a ja podlinkuję dla pokazania tego, co opowiedzieć trudno. Na razie zachęcam do sprowadzenia grupy jak najprędzej (czy Artur Rojek nas słyszy?), nim spełnią się obawy 41-letniego wokalisty i rzeczywiście okaże się za stary na takie cyrki. Najlepiej sprowadzić go razem z Jeong Cha Shikiem, autorem jednej z najdziwniejszych i zarazem najfajniejszych płyt ubiegłego roku, który okazał się artystycznym, emocjonalnym, równie niezrównoważonym krewniakiem lidera UhUhBoo. Aż musiałem sprawdzić i proszę: znają się.

UhUhBoo Project (어어부프로젝트)
27 listopada, Teatr Rozmaitości, Warszawa
w ramach festiwalu Pięć Smaków

.

Fine.


Nie. Przeważnie. Nie.

streaming gazeta

A z konkretów:

Internet miał obalić dyktatorskie rządy koncernów płytowych i wprowadzić demokratyczny model, w którym artyści będą prezentować swoje utwory bezpośrednio fanom. Monopol miał się zamienić w konglomerat setek nisz – muzycy mogliby liczyć na mniejszą niż w mainstreamie, ale bardziej świadomą i wierniejszą publiczność. (…) 

Nic takiego nie ma miejsca.

Artyści prezentują swoje utwory bezpośrednio fanom m.in. w popularnym serwisie YouTube. Nisze wymyślone tylko w tym roku trudno zliczyć. A jak podał ostatnio Music Week, udział wytwórni niezależnych w brytyjskim rynku wzrósł do rekordowych 26,4 proc. Jeszcze w 2005 roku wyglądało to tak:

W swoim komentarzu Music Week wyjaśnia ten zaskakujący postęp niezależnych – a raczej znacznie wolniejszy niż w przypadku majorsów spadek, bo mówimy o wychodzącej z mody sprzedaży muzyki – właśnie umiejętnością wykorzystania nowych kanałów.

Zamiast szukać nieznanych nowości, internetowi fani – z braku czasu? z lenistwa? – sięgają raczej po gotowce: klasykę albo największe przeboje ostatnich miesięcy. W Polsce w ostatnich miesiącach na Spotify najchętniej słuchaliśmy promowanych w tradycyjnych mediach Daft Punk i Imagine Dragons. A z rzeczy starszych – Eminema i Metalliki.

Dostaliśmy do ręki narzędzie, dzięki któremu słuchanie muzyki miało być wyprawą w nieznane. Zamiast tego stało się dreptaniem wokół domu.

Daft Punk „Get Lucky” – 144 475 144 wyświetlenia
Imagine Dragons „Radioactive” – 101 893 523 wyświetlenia
Metallica „Enter Sandman” – 68 236 533
Eminem „Rap God” – 32 371 826 wyświetlenia
Psy „Gangnam Style” – 1 830 624 272 wyświetlenia

Niby zwykłego słuchacza nie musi obchodzić, jak muzyk zarabia na życie. Ale gdy pewnego dnia zechcemy w swojej chmurze poszukać alternatywy, może jej tam nie być, bo jej niedoszli twórcy będą siedzieć za kasą w Tesco, żeby związać koniec z końcem.

1. Czy kiedykolwiek alternatywa w swej większości żyła w dostatku?
2. Czy kiedykolwiek alternatywy ukazywało się więcej, niż obecnie?

Style, gatunki, subkulturowe czy generacyjne podziały – w rzeczywistości, w której miliony różnych piosenek dostępne są tak samo szybko, wszystko to nie ma sensu.

Alleluja!

To otwiera nowe artystyczne możliwości. Ale czy doceni to słuchacz, który będzie szukać w streamingu raczej pozycji „do biegania” czy „do kolacji we dwoje”?

Odsyłam do list najlepiej sprzedających się w Polsce z lat poprzedzających powstanie i masową popularność YouTube oraz innych streamingów.

W pewnym hollywoodzkim SF sprzed 20 lat „Człowiek demolka” ludzie z przyszłości podśpiewują, słuchając „najpopularniejszej stacji w mieście” nadającej infantylne piosenki z reklam. Dziś ta scena to już nie jest fantastyka

Stacja taka mogłaby dziś faktycznie powstać – skoro mamy maratony reklamożerców, to czemu nie? – i zupełnie nadawałaby się do słuchania, bo reklama od dobrych kilku lat czerpie garściami z niezalu. Głównie dzięki internetowi.

Gdyby kogoś te i podobne sprawy frapowały, to w najbliższą sobotę o 14:30 na targach Co Jest Grane będziemy dyskutować o tym, czy pierwszy rok (abonamentowego) streamingu rzeczywiście zepsuł polski rynek, muzykę oraz gusta.

.

Fine.


Rui Guerra: Z Moną Lisą na stronie

Rui Guerra

Gościem warszawskiego festiwalu Kultura 2.0 był Rui Guerra – promotor otwartej kultury, wykładowca Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Hadze i współzałożyciel grupy INTK gromadzącej artystów, programistów  i designerów. Podczas festiwalu porozmawialiśmy o tym, że powoli przestajemy dzielić odbiorców na tych wirtualnych i realnych – mówimy raczej o gościach online oraz on-site.

*

Pamiętasz swoje pierwsze zetknięcie z internetem?

Rui Guerra: Gdy miałem 12 lat, razem z sąsiadem połączyliśmy nasze komputery kablem szeregowym i tak po raz pierwszy zafunkcjonowałem w jakiejkolwiek sieci.

W celu?

Chodziło oczywiście o gry wideo. Później kupiłem modem i zacząłem wydzwaniać serwery danych. Wreszcie około połowy lat 90., z charakterystycznym dla nas poślizgiem, do Portugalii dotarł właściwy internet. Korzystałem głównie z grup Usenetowych. Chociaż pamiętam też kupowanie magazynów papierowych tylko po to, by szukać w niej adresów internetowych.

Były wtedy dobrem rzadkim, spisywało się je nawet z opakowań napojów czy musztard. Pamiętasz emocje z tamtego czasu?
Mieszkałem na opóźnionej gospodarczo i technologicznie prowincji, dlatego internet wydawał mi się oknem na świat. Pomagał zapomnieć, że żyję na peryferiach. Trochę jak MTV kilka lat wcześniej. Jednocześnie panowała w nim atmosfera undergroundu. Miałem wrażenie, że biorę udział w jakimś undergroundowym przedsięwzięciu, w niedostępnym przeciętnym ludziom, wyłączonym poza mainstream obiegu. Pamiętam wprawdzie artykuły z magazynu „Wired”, gdzie mówiło się już o autostradzie informacyjnej. Tyle że u nas nie było żadnej autostrady. Nie dość że powolny, internet wymagał kosztownego połączenia zagranicznego. Ściągało się potrzebne pliki i natychmiast odłączało kabel. Liczyła się każda sekunda.

Pytam o te początki, bo wielu wczesnych surferów rozczarowało się potem rozwojem sieci, chociażby wchłonięciem przez wspomniany mainstream.

A ja miałem przeciwnie. Internet zafascynował mnie do tego stopnia, że porzuciłem dla niego studia doktoranckie. Miałem zajmować się teorią programowania. Ale wyraźnie widziałem, że życie przenosi się do sieci. Coraz ważniejsze rzeczy wydarzały się online. Ślęczenie w uniwersyteckiej pracowni nad raportem dotyczącym języków programowania nagle okazało się wykluczać mnie z uczestnictwa w tym fascynującym procesie. Chciałem wrócić do sieci.

Kiedy to było?

Około 2005 roku. W Europie furorę robił wówczas Flickr. Facebook jeszcze nie istniał, przynajmniej w powszechnej świadomości.

A YouTube stawiało pierwsze kroki. Wkrótce jednak internet podzieliło między siebie kilka korporacji, które zarabiają na handlu naszym prywatnym życiem. Pionierzy sprzed dwóch dekad marzyli o czymś zupełnie innym.

Z drugiej strony technologia dogoniła ich prognozy i rzeczywiście poruszamy się obecnie po autostradzie informacyjnej. To prawda, że całymi połaciami internetu rządzą monopole. Każdy może jednak w każdej chwili stworzyć własną sieć lokalną, który będzie niezależna od globalnej. I poprzez którą będziesz mógł dzielić się dowolnymi zasobami. Wystarczy kupić laptopa.

Popularność Facebooka czy YouTube zdaje się świadczyć o tym, że zależy nam na czymś zgoła przeciwnym: udostępnianiu możliwie globalnym.

Tyle że wspomniane serwisy stosują określone standardy udostępniania informacji. Nie każdemu muszą się one podobać. Korzystam z Facebooka i Twittera, doradzam także instytucjom kultury, jak się w nich odnaleźć. Mam jednak z nimi pewien zasadniczy problem: sieci te sprzedają ci poczucie kontroli, którego wcale nie posiadasz. Wydaje ci się, że twoja sieciowa publiczność jest faktycznie twoja, że twój profil należy do ciebie, podobnie jak publikowane przez ciebie treści. A to nieprawda. W momencie, gdy załadujesz film na YouTube, tracisz kontrolę nad tym, jak i komu będzie on pokazywany. Kontroli tej nie sprawują dziś producenci treści, lecz właściciele technologii udostępniania.

Ponadto w sieciach tych bardzo łatwo polubić coś, co publikują inni, trudno jednak czegoś aktywnie nie lubić. To ogranicza przestrzeń dla krytyki. Dusi wszelkie konflikty. A konflikt stanowi jeden z fundamentów społeczeństwa. Kolejny powód to jakość usług, które oferują tudzież zamierzają oferować dostawcy internetu. Sporo mówi się teraz o selektywnym regulowaniu prędkości transferu w zależności od tego, jak często korzystamy z danych usług. Miłośnik YouTube otrzyma zatem szerokopasmowe połączenie z zasobami tego serwisu

Za to ograniczy mu się dostęp chociażby do protokołu peer-to-peer?

A w praktyce twój dostawca mógłby preferować te platformy, które podzielą się z nim zyskiem. I to wystarczający powód, by powrócić do podziemia. Poza tym dostęp do internetu kosztuje mnóstwo pieniędzy. Sam wydaję na ten cel 50 euro miesięcznie. A to przecież opłata za przysłowiową ostatnią milę. Gros infrastruktury należy wszak do państwa. Tymczasem przy obecnej technologii wi-fi wystarczyłoby, aby każdy z nas otworzył swoją prywatną sieć i pokrylibyśmy większość obszarów zamieszkałych przez człowieka. Wolałbym inwestować te moje 50 euro w coś pożyteczniejszego. Niech trafią do producentów treści i artystów, raczej niż ludzi, którym zawdzięczam głównie ból głowy.

Aby promować takie prywatne sieci, zainicjowałeś projekt unCloud.

Który jest reakcją na coraz powszechniejsze korzystanie z cloud computing, z tzw. chmury. Wielkie korporacje zachęcają nas, by przekazać im wszystkie nasze zasoby i pozwolić im się o nie zatroszczyć. Pomysł ten uwalnia nas od potrzeby posiadania twardego dysku. Wszystkie dane możemy trzymać w chmurze i w chmurze nad nimi pracować. Zmierzamy zatem do sytuacji, gdy miejsce komputera zastąpi rodzaj terminalu. Utracimy tym samym bezpośredni dostęp do mocy obliczeniowych. Aby dokonać jakiejkolwiek operacji, będziesz musiał skorzystać z zewnętrznego serwera. Pamiętasz początki informatyki, kiedy mocą obliczeniową dysponowały tylko komputery typu mainframe?

Trzeba ją było wynajmować na godziny.

Dlatego programiści pracowali nocami, gdy opłata była niższa, bo za dnia z komputerów korzystali pracownicy uniwersytetów. Wracamy do tego punktu. Rezygnujemy z „komputerów osobistych”. I to w momencie, gdy laptopy niczym specjalnym nie różnią się od serwerów, gdy każdy może mieć własny serwer i tworzyć własne sieci wirtualne. O tym przypominamy w ramach unCloud. Ale za dziesięć lat może to być już niemożliwe. Dysponując tylko ekranami-przeglądarkami, skażemy się na pozycję internetowych petentów. Tyle że ten pomysł jest na dłuższą metę nie do utrzymania.

Dlaczego?

Obecna architektura sieci – bazująca na układzie klient-serwer – to owoc na poły naszego lenistwa oraz na poły faktu, że w ten sposób najłatwiej na nas zarobić. Jeśli ja posiadam pewne dane czy możliwości obliczeniowe, a ty chcesz z nich skorzystać, musisz mi za to w ten czy inny sposób zapłacić, bo w układzie scentralizowanym łatwo regulować przepływ danych. Sytuacja ta sprawia, że firmy takie jak Google muszą nieustannie rozbudowywać swoje serwerownie. Ale znacznie wydajniej funkcjonują chociażby systemy peer-to-peer (p2p). Zamiast zakładać potężne farmy paneli słonecznych, bardziej opłaca się zamontować po dwa panele na dachu każdego domu. Podobnie wyszukiwarka oparta na p2p mogłaby się okazać znacznie wydajniejsza niż Google. I coraz więcej młodych programistów zdaje sobie sprawę, że taki model zmniejszyłby koszty dystrybucji i pozwolił na lepszą alokację nadwyżek mocy.

Ale sam wspomniałeś, że dobrowolnie pozbawiamy się mocy obliczeniowych.

I jeszcze przez czas będziemy na pewno zmierzać ku modelowi scentralizowanemu. Ale tylko do pewnego momentu. Wystarczy, że pojawi się na przykład kryzys podobny chociażby do energetycznego. Albo że sytuacja przerośnie możliwości Google. Wówczas zrobimy krok wstecz i wrócimy do idei p2p.

Bujamy w chmurach, a ty wraz z kolektywem INTK zajmujesz się dbaniem o to, by wspomniane wcześniej instytucje kultury w ogóle zawitały do internetu?

Doradzamy muzeum czy galeriom, jak realizować ich dotychczasową misję w przestrzeni cyfrowej. Przy czym w pierwszej kolejności chodzi zazwyczaj o rozwianie rozmaitych obaw co do zasad funkcjonowania sieci i konsekwencji czynnego w niej uczestnictwa. Lęk przed zmianą jest o tyle zrozumiały, że podobne w instytucjach główna troska koncentruje się na zachowaniu kontroli, której w ich odczuciu internet zagraża. Niektóre wolałyby zresztą uniknąć cyfryzacji, ale do tego kroku zmusza je sytuacja.

Ponieważ wszyscy inni tak robią?

Jeśli nie chcą utracić swojej pozycji, muszą zatroszczyć się również o publiczność sieciową. Poza tym ich zwierzchnicy coraz częściej pytają nie tylko o wolumen sprzedanych biletów, ale także o liczbę gości zdalnych. Albo nawet polubienia na Facebooku. Główny argument za cyfryzacją zapisany jest jednak w statutach owych instytucji. Skoro ich misją jest przybliżanie sztuki jak największej liczbie osób, to sieć wydaje się tutaj naturalnym sprzymierzeńcem. Ale instytucje kultury mają przeważnie bardzo złożoną strukturę i na każdym jej poziomie napotykamy opór innego rodzaju. 

Jedni uważają, że internet jest nie dość dobry dla sztuki wysokiej. Inni obawiają się, że dojdzie do kanibalizacji i odwiedziny zdalne wyprą te realne. I zaczną się redukcje stanowisk. Usiłuję im tłumaczyć, że mówimy o dwóch zupełnie odmiennych doświadczeniach. Przypomnijmy sobie moment, gdy do szkół wprowadzono podręczniki historii sztuki. Czy przejmowaliśmy się tym, że drukowane są na niezbyt jakościowym papierze, a jeszcze do niedawna przeważnie w czerni i bieli? Albo czy ktoś naprawdę wierzył, że ich rozpowszechnianie doprowadzi do spadku liczby odwiedzin w muzeach i galeriach? Przeciwnie. Podobnie jest z internetem. Przecież najczęściej kopiowanym obrazem w sieci jest Mona Lisa.

Ale to do niej ustawiają się kolejki w Luwrze.

Bo im częściej spotykamy się z jej kopiami, przeróbkami czy parodiami, tym większa obsesja na punkcie oryginału. Tym malarstwo czy rzeźba różnią się od filmu, nagrań muzycznych czy książek, które ze swojej natury podlegają reprodukcji, że tutaj mamy do czynienia mamy z konkretnym, unikatowym obiektem. I być może dlatego muzea nie musiały spieszyć się z cyfryzacją. Czuły się bardzo pewnie z tym, co posiadają. Ale dla mnie to absurd, że w XXI wieku nie mogę w sieci obejrzeć wszystkich dzieł Rembrandta uszeregowanych jedno po drugim.

Komu twoim zdaniem udało się pomyślnie wprowadzić do sieci?

Instytucje w rodzaju londyńskiej Tate Gallery, nowojorskiego Museum of Modern Art czy duńskiego Statens Museum for Kunst błyskawicznie zdały sobie sprawę, że doświadczenie online nabiera coraz większej wagi. Podczas konferencji Kultura 2.0 pokazywałem wykres frekwencji w Tate:

tate online/offline visitors

W 1999 roku budynek galerii odwiedzało kilkakrotnie więcej gości niż jej witrynę internetową. W 2004 roku liczby te się zrównały. A w 2008 roku na stronę Tate zaglądało już trzykrotnie więcej osób niż przekraczało jej próg. Co istotne, liczba tych drugich bynajmniej nie spadła, wręcz przeciwnie. Przy czym podobny sukces także potrafi przestraszyć naszych rozmówców. Obawiają się, że nie mają dostatecznych środków finansowych i zasobów ludzkich, by unieść ewentualny sukces.

To znaczy?

Niektórzy przewidują, że jeśli zbyt wiele osób zechce odwiedzić ich muzeum wskutek internetowej kampanii, będą zmuszeni podnieść ceny biletów, aby jakoś okiełznać wybuch zainteresowania. A to prowadziłoby do segregacji społecznej. Bogatsi oglądaliby eksponaty w budynku, a biedniejsi na ekranach. Nie potrafię powiedzieć, na ile prawdopodobny jest taki scenariusz. Zresztą powoli przestajemy dzielić odbiorców na tych wirtualnych i realnych. Mówimy raczej o gościach online oraz on-site, czyli na miejscu. Ci drudzy także podłączeni są do sieci i bez przerwy publikują wrażenia na Facebooku czy Twitterze. Te tłumy w Luwrze ustawiają się przy Mona Lisie między innymi po to, by zrobić sobie zdjęcie – i natychmiast poinformować o tym cały świat.

.

Fine.


Opus Magnus

22-letni Norweg został dziś nowym szachowym Mistrzem Świata. Tym samym globalna stolica szachów po 75 latach wróciła do Europy Zachodniej. Z dziesięciu partii – wszystkie można obejrzeć tutaj – rozegranych z dwukrotnie starszym reprezentantem Indii młodzieniec zremisował siedem i wygrał trzy, w tym dwie czarnymi, co w tej dyscyplinie graniczy z masakrą.

Bardzo się cieszę, trzymałem kciuki za Magnusa Carlsena od naszej styczniowej rozmowy.

.

Król.


Informacja jest piękna

How To Win An Oscar - Infographic

Przekonywałem równo rok temu po finale pierwszej edycji konkursu Information Is Beautiful. Podczas tegorocznego finału srebro zasłużenie otrzymała powyższa infografika, którą researcher sam zasłużył na oscarową statuetkę. Wszystkich laureatów znajdziecie tutaj, a moje nieudolne wprawki tu i tu. Kolejna wkrótce.

.

Fine.


Zasłyszane

Czekam na dzisiejszą odsłonę urodzinowego festiwalu Krzysztofa Pendereckiego w kawiarni nieopodal Filharmonii Narodowej. Przy stoliku obok dwóch mężczyzn ma identyczny plan na wieczór.  Starszy, około pięćdziesiątki, zawodowy muzyk*, bo wspomina mimochodem, że wykonywał niegdyś prezentowane wczoraj „Metamorphoses”, przybliża młodszemu, około matury, postać bohatera wieczoru. Na pytanie, co wie już o kompozytorze, ten drugi odpowiada: „Zajrzałem do Wikipedii”. Pierwszy mówi więc o awangardzie, wczesnych skandalach i późniejszym łagodnieniu Pendereckiego, o niesnaskach międzykompozytorskich – Penderecki nie znosił Lutosławskiego, z wzajemnością – wszystko arcyciekawie, nie mogę nie słuchać.

W końcu schodzi na przepych dyrygencki festiwalu, bo każdego wieczora widujemy kilku batutowych z wszelkich krańców świata – dziś Chiny, Wenezuela i dwukrotnie Polska – którzy zmieniają się nieraz co utwór. Absurd i rozrzutność? Zaprzyjaźniona kompozytorka wyjaśniła mi, że jubilat nie miał wyjścia. Musiał sprosić wszystkich kumpli i zapewnić im czynną miejscówkę w urodzinowym pociągu, coby się nie poobrażali. W sobotę finałowym koncertem pokieruje sam Valery Gergiev – ciekawe skądinąd, czy i u nas doczekamy się tęczowych scen.

W końcu nasz przewodnik pyta swojego ucznia, czy ma pojęcie, ile taki Gergiev bierze za występ:

– No nie wiem, sześćdziesiąt tysięcy?
– Pięćset, pięćset tysięcy. Ale przy piłkarzach to i tak grosze. Idziemy?

.
*Kwadrans później sensei okazał się skrzypkiem
Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Narodowej.

.

Fine.


M.I.A. – wywiad

m.i.a. poland flagging

Jako że na rozmowę mamy pięć minut…

Pięć minut?! Żartujesz?

Tak mi właśnie powiedziano. To może zapytam po prostu: co powinienem wiedzieć? O twojej muzyce, twojej relacji z muzyką?

(15 cennych sekund)

Począwszy od pierwszego albumu, mój dotychczasowy dorobek układa się w jedną długą podróż. W autonomiczną opowieść, którą rozpoczęłam od poszukiwań ojca, kolejną płytę zadedykowałam matce, wreszcie zajęłam się sobą. I ta opowieść toczyła się niezależnie od tego, co działo się dokoła. Od polityki, internetu, sytuacji w przemyśle muzycznym – wszelkich czynników zewnętrznych. Nie jestem oczywiście jakąś folkową artystką, która tworzy na dzikim pustkowiu z dala od świata. Mam raczej wrażenie, że znajduję się w samym centrum wydarzeń. Ale nie wpływają one aż tak bardzo na moją historię, która rozpoczęła się gdzieś na dalekiej Sri Lance. Ona zrodziła mnie także w wymiarze duchowym i chyba coraz wyraźniej przebija się w mojej muzyce.

Tę kilkuczęściową podróż zaplanowałaś z góry czy jako taką rozpoznajesz teraz?

Zrozumiałam to po fakcie. Ale tak chyba być powinno, że muzyka potrafi zaskoczyć samego autora. Sens wielu życiowych doświadczeń także dostrzegamy dopiero po czasie, na co dzień słuchamy instynktu. Wydając pierwsze trzy płyty, nie czułam się tak po prostu muzykiem. Funkcjonowałam jako pewien pakiet, na który składała się cała otoczka: wygląd, ubrania, choreografia, komentarze polityczne, kontrowersyjne zachowania i tak dalej. Gdy którykolwiek z tych elementów nie działał po mojej myśli, wprawiało mnie to w gówniane samopoczucie. Teraz myślę inaczej. Wystarczy tworzyć muzykę i w dowolny sposób się nią dzielić.

U początku kariery tak właśnie robiłaś: podobnie tysiące innych osób wrzucałaś kawałki na MySpace.

W pewnym sensie zataczam koło, ale to nie tak, że coś straciłam i teraz próbuję odzyskać. Naprawdę zależało mi na tym, by mówić o morderstwach na Sri Lance, o moim ojcu czy polityce, mimo że wszystko to nie jest zbyt sexy. Wsparcie, które wtedy otrzymywałam, przerosło zresztą moje najśmielsze oczekiwania, choć jednocześnie tematy te rzuciły cień na moją twórczość. Mnóstwo ludzi było poirytowanych, na każdym kroku musiałam przepychać się z przedstawicielami branży, którym nie podobało się, że co chwilę opowiadam o trupach. Byłam dla nich zbyt nieujarzmiona.

Tyle że owo nieujarzmienie wydaje się tym, co zwróciło uwagę słuchaczy i poniekąd zadecydowało o twoim sukcesie.

Wiesz co, w ciągu dziewięciu lat miałam dziewięciu menedżerów. Pobiłam mnóstwo branżowych rekordów i ten także się do nich zalicza. To nie jest komfortowa sytuacja, ma swoje negatywne strony, ale wynika z faktu, że ciągle próbowałam odkryć coś nowego i postawić kolejny krok.

I dzisiaj czujesz, że w każdej z tych konfliktowych sytuacji miałaś rację?

Raczej tak. Szczególnie trudno było doprowadzić do wydania mojej najnowszej płyty. Pojawiło się mnóstwo przeszkód. Najpierw sama przeżyłam blokadę twórczą, kiedy nie miałam pojęcia, co powinnam i co chcę robić. Ale w końcu zaczęłam odnajdywać nową inspirację. Zaczęło się od tego, że odkryłam prawdziwe znaczenie mojego imienia – Mathangi – które porzuciłam po przeprowadzce do Londynu, bo Brytyjczycy nie potrafili go poprawnie wymawiać. Zawdzięczam je hinduskiej bogini sprzed pięciu tysięcy lat, bogini muzyki i wszelkich form ekspresji, która jednocześnie żyła w slumsach i bratała się z ich mieszkańcami. Co mi się bardzo spodobało, ale mało tego – jej mantrą jest aim, czyli MIA czytana wstecz! Odkrycie to zaczęło kształtować we mnie pomysł na nowy album. Przy czym od razu zdałam sobie sprawę z faktu, że to kolejna osobista płyta bez szans na listy przebojów i sukces komercyjny. Co rodzi różnego rodzaju konsekwencje, z którymi trzeba będzie sobie poradzić. Ale przynajmniej mam pewność, że „Matangi” jest czymś bardzo moim. Nikt mi tej myśli nie podsunął.

Wspomniana podróż na tej płycie się kończy?

Nie potrafię ci odpowiedzieć. Moje życie było dotąd zbyt dziwne, bym odważyła się przewidywać ciąg dalszy.

A lubisz jeszcze życie podróżującego muzyka? Za chwilę wychodzisz na scenę.

Lubię. I potrzebuję go. Pozwala mi oderwać się od tych wszystkich epickich rozważań i po prostu spotkać ze światem.

(Menedżerka po raz trzeci pokazała dłońmi T,
dyktafon pokazał 14 minut).

.

Fine.


Dekada z bajerem

We wczorajszym felietonie Kuba Ambrożewski komentuje telewizyjny spór o nu-polo. Ode mnie mała polemika na poboczu:

„Niepotrzebnie zatem Świerzyński drąży temat zespołów, które zamiast mitycznej pracy nad materiałem, nagrywania płyt, wolą ostrzeliwać swoich potencjalnych słuchaczy za pomocą nośnych singli. To co próbuje zrobić lider Bayer Full jest oczywiście pocieszne na kilku różnych płaszczyznach – po pierwsze najpóźniej w latach sześćdziesiątych zdelegalizowano takie rozumowanie o popie (…)”

A nie wręcz przeciwnie? To lata 60. zainaugurowały modę na koncept-albumy i wielowymiarowe, wymuskane dzieła na czele z „Pet Sounds”, „Freak Out!”, „Days of Future Passed” i rock-operą (!) „Tommy”? Wtedy też zaczęło się myślenie o karierze albumowej, a nie singlowej, czemu zawdzięczamy okołoprogrockowy wysyp u schyłku dekady. Zmianę myślenia pomiędzy jej początkiem a końcem świetnie odzwierciedla zresztą kariera Beatlesów: zaczynali od dwuminutowych strzałów, a kończyli na późniejszych szablonach pełnometrażówek. I ten model kariery wydaje się obowiązywać do dziś.

W poprzedniej dekadzie studia wynajmowało się na godziny, nie na tygodnie. A domyślna droga kariery oznaczała właśnie systematyczne ostrzeliwanie stacji radiowych singlami, które nieraz wymyślano na kolanie albo zwyczajnie podkradano czarnym tudzież parafrazowano z tradycji. W latach 60. nawet singlowy pop zaczął się jednoznacznie kojarzyć z nowojorskim Brill Building, gdzie wprawdzie seryjnie, ale kształconymi muzycznie dłońmi i przy zachowaniu sumiennej kontroli jakości cyzelowano przeboje Bobby’ego Vee, Neila Sedaki czy Paula Anki.

W tym kontekście lata 50., choćbyśmy je postrzegali w białych kolorach Elvisa i Haleya, były szczytem spontanu, a jako że ówczesne kariery zapalały się i gasły w przeciągu kilku sezonów, skromna z dzisiejszej perspektywy dziesięciolatka Beatlesów wydawała się maratonem. A co dopiero półwiecze Rolling Stonesów i kończenie „Smile” w 2011 roku.

.

Fine.