Grudzień 2013


2013: Popisali się

Wzywałem do autopromocji.

Ubytki rodzimego dziennikarstwa muzycznego zdiagnozował Łukasz Kuśmierz.
Ohio z okazji wznowienia jedynego albumu Ego Summit odwiedził Marek J. Sawicki.
Hybrydyzacje i dekonstrukcje nowego techno zreasumował Michał Fundowicz.
Zapomniane rewolucje afrykańskie przypomniał Michał Wieczorek.
Zbawiciela z Jerozolimy w osobie Asafa Avidana rozpoznała Iza Tymińska.
Głębię w prostocie okładki ostatniego Davida Bowiego odkrył Bartosz Nowicki.
Złotego środka w sporze o nowe Daft Punk szukał Daniel Kiełbasa.
Kino Johna Carpentera w Ameryce Ronalda Reagana umiejscowił Kamil Dachnij.
Pięć sposobów na odnalezienie (się w) The Knife podsunął Marceli Szpak.
Emblematy w nagraniach terenowych wysłuchał Filip Szałasek.
Od własnej relacji z Robertem Palmerem zdystansował się Paweł Sajewicz.
Do ostatniego lotu z E.S.T. wzbił się Daniel Barnaś.
Jawę i sen z niebiańskiej muzyki T’ien Lai wydestylowała Anna Szudek.
Franka Oceana doważyła Marta Słomka.
W morzu festiwalowych dotacji zanurkował Piotr Lewandowski.
Podziały muzyczne wspólnie ze Stefanem Wesołowskim zasypał Jakub Knera.
Jasona Molinę pożegnał Marcin Bochenek.
Mariana Pełkę opłakał Mateusz Dobrowolski.
Muzyczny pamiętnik Martina Halla przewertował Łukasz Komła.
Granice genderowe wespół z Burialem przekroczył Maciek Kaczmarski.
Na Arthura Russela przestwór oceanu wypłynął Łukasz Błaszczyk.
Do wyobraźni Daniela Lopatina zajrzała Andżelika Kaczorowska.

.

Fine.


2013: Muza Luzem (cz. 2)

Tony Baboon

Tony Baboon – Pinecones River

Bukareszt, Rumunia

„Cześć Mariusz. Masz rumuńsko brzmiące nazwisko. No i bardzo przyjemny kraj. Kilka lat temu odwiedzałem Warszawę i byłem pod wrażeniem tego, jak wiele tam zieleni”. A w załączniku piosenka, w sprawie której do niego napisałem. Pytałem tylko, gdzie można ją kupić w przyzwoitej jakości, bo to jeden z moich tegorocznych faworytów w dziedzinie piosenki radosnej, której autor wydaje się skrajnym wiercipiętą: jeśli akurat nie kombinuje z rytmem, to zmienia rejestr głosu. A co do Hermów, to według którejś z książek o nazwiskach mieli(śmy) przywędrować z Bałkanów. Może jednak Baboon ma rację, skoro tak ciągnie mnie w rumuńskie Karpaty?
.

Kinetica - II

Kinética – Halo

Santiago, Chile

Druga płyta chilijskiej piosenkarki i producentki trwa zaledwie 26 minut, więc nawet w ramach przygody krajoznawczej nie zaszkodzi posłuchać jej chociaż raz w całości. Sercem albumu jest niewątpliwie „Halo”. Do połowy senna ballada fortepianowa ze słusznie repetowanym tematem podpartym ambientowym chórkiem. Od połowy masywny triphopowy walec, którego przytłaczającą powagę tylko na moment rozjaśnia klarowny wokal Kinétiki (z domu Emiliana Araya). Skojarzenia z Massive Attack goszczącym wszelakie świetliste soprany tyleż nieuniknione, co nieszkodliwe, a w pozostałych utworach znacznie mniej narzucające się.

.

Scarlet Chives - This Is Protection

Scarlet Chives – In A Ground Floor Apartment

Kopenhaga, Dania

Bo czasem bywa tak, że b-strona singla na głowię bije tę pierwszą (teledysk zdecydowanie dla osób pełnoletnich i nie nadwrażliwych). O całej drugiej płycie sekstetu duńskiego wydającego w wytwórni norweskiej się nie wypowiem, bo jeszcze do niej nie dotarłem – zresztą serwisy streamingowe też zaspały i nawet RYM nie ma okładki. Ale w kontekście podsumowań roku wypadałoby się nią zainteresować, skoro tak znakomity utwór z niej wyleciał. Doskonały dowód na to, że można inspirować się anglosaskimi hajpami bez powielania tamtejszej pretensji i nudy.

.

La Yegros – Viene de Mi

La Yegros – Viene de Mi

Buenos Aires, Argentyna

Tembr głosu Mariany Yegros niejednemu zagra na nerwach. Ale teledysk powinien spodobać się każdemu. Przy wszystkich wideofajerwerkach mijającego roku to właśnie on będzie mi się kojarzył z datą 2013, bo zawsze robi na mnie wrażenie przerost rezultatu końcowego nad pierwotnym pomysłem, w tym wypadku szalenie prostym. Co do samej piosenki, to poza owym tembrem (mnie w końcu uwiódł) niejednokrotnie zwielokrotnianym w harmoniach, drżącą gitarą i bujającym rytmem cumbii cieszy chociażby bandoneon w kontekście innym niż tango.
.

Nekochan - One Sound

Nekochan – One Sound

Francja

Mało kto porywa się na naśladowanie , bo wyrazistość Islandki grozi natychmiastową identyfikacją inspiracji i bolesną konfrontacją z oryginałem, z którym trudno się równać nie tylko na polu muzycznym, ale i w dyscyplinach pozaartystycznych: charakter, prezencja, prace społeczne, zawsze nokaut. Chloé Oken znana także jako Chloé Arnaud zaryzykowała. I brawo. Kształcona klasycznie wiolonczelistka, przybrana córka gitarzysty flamenco postawiła na elektronikę użytkową i swoimi glitch-popowymi miniaturkami z wydanej jesienią EP-ki pocieszy tych z fanów Björk, którzy na przełomie wieków poczuli się nagle osamotnieni. Mnie zachwyciła detalem: kilkusekundową oktawą w trzecim wersie podlinkowanego „One Sound”.

.

Fine.

 


2013: Pochwal się (i innych)

Kilka miesięcy temu zainstalowałem wtyczkę Broken Link Checker, która wyłapuje martwe linki w archiwum bloga. Z marszu wyrzuciła mi około dwustu nieaktualnych hipertekstów, a teraz na bieżąco informuje o kolejnych ofiarach czasu. Który w sieci okazuje się płynąć nadspodziewanie szybko. Podziurawił już nie tylko najstarsze kioski z początków Ziemi, bo szarzeją nawet linki sprzed paru miesięcy.

Narusza także rodzime muzykopisanie, co widać chociażby po naszych corocznych antologiach najlepszych tekstów roku (zdaniem samych autorów). Cztery autorekomendacje zgasły w roczniku 2010. Tyle samo w 2011. Nawet z ubiegłorocznej edycji odpadły już trzy teksty. Ktoś nie opłacił serwera. Komuś padła platforma blogowa. Pewien zacny polski writer postanowił gruntownie wykorzenić się z internetu. Wyszukiwarki pamiętają krótko, a sieciowe izby pamięci wybiórczo, można się więc poczuć się jak w czasach analogu. Przegapiłeś, nie przeczytasz.

Cieszmy się więc i dzielmy linkami, dopóki działają. Jeśli napisaliście w tym roku coś, co podoba się wam samym i może komuś umilić kilka(naście) minut, to zgodnie z czteroletnią już tradycją zachęcam do chwalenia się. Wystarczy wrzucić adres do umieszczonego poniżej okienka. A jeśli komuś wpadł w oko szczególnie udany tekst cudzy, to zapraszam do reklamowania w komentarzach.
.

 

.

Fine.


Rycie w mule

Spotify 2013

Krytyka streamingu skoncentrowała się na kwestiach finansowych, począwszy od stawek wypłacanych poszczególnym artystom, a kończąc na rentowności samej koncepcji przemysłu fonograficznego 2.0, w którym muzyka z produktu sprzedawanego staje się użyczanym. Tak jak przy kulminacji ponapsterowo-iPodowej, kasa odciągnęła więc uwagę od kwestii na dłuższą metę ciekawszych. Czyli tego, jak nowe kanały wpływają na płynący nimi content, na tworzenie twórców i odbiór odbiorców.

Tutaj sceptycy zwykli bezpośrednio uderzać w główny argument streamingowych optymistów, to jest zachwyt utopijną wręcz demokratyzacją muzycznej dystrybucji. Wykonawcę od słuchacza jeszcze niedawno oddzielał szereg decydentów w mitycznych wieżowcach, najpierw eksperci wytwórni, na ostatek selekcjonerzy eteru i papieru. W XXI wieku? Technicznie od cudzych uszu oddziela artystę wyłącznie łącze internetowe. Jeśli nie dysponuje własnym, zawsze może się wybrać do biblioteki lub zamówić wodę w kawiarni z wi-fi. I kilkoma sprawnymi kliknięciami wyekspediować swe nowe dzieło do tuzina portali i równie łatwo poinformować o tym setki zaprzyjaźnionych profili. Jeśli słuchaczom sieć podarowała nieograniczone playlisty, to muzykom wszelkiego szczebla setki, tysiące, miliony odtwarzaczy. W teorii.

W praktyce gros cyfrowych produkcji przepada tak samo, jak ongiś, tyle że zamiast w szufladach (koszach) strażników fonograficznych bram pochłania je wirtualny chaos. Nawet na dnie względnie uporządkowanych serwisów streamingowych spoczywa multum tracków nigdy nie odtworzonych. Koniec długiego ogona Chrisa Andersona ginie w mroku internetowych głębin. Streamingowi czarnowidze obawiają się więc powtórki z przeszłości. Znów liczyć się będzie jedynie powierzchnia muzycznego oceanu, w porywach kilka pierwszych metrów z jako-taką widocznością. A potem coraz ciemniej i wreszcie noc. Niezgłębiona głębia. Jedni szacują ją nawet na połowę muzycznej produkcji, częściej mówi się o jednej trzeciej. Dzięki Spotify znamy konkretną liczbę dla streamingu najbardziej zinstytucjonalizowanego: 20 procent.

Na końcu swojego podsumowania 2013 roku serwisu zaprasza do eksplorowania muzycznej terry incognity, usłyszenia na chybił-trafił nigdy dotąd niesłuchanego. A jest z czego losować. Jeśli dziewiczą pozostaje piąta część katalogu, a jego zasoby przekraczają 20 milionów utworów – codziennie przybywa 20 tysięcy nowych indeksów – to dawałoby ponad 4 miliony kawałków wrzuconych do Spotify na marne. Jakich kawałków? Mnie portal wygenerował playlistę, którą absolutnie zdominowały:

• skecze kabaretowe („Dr. Kronkheit and His Only Living Patient”)
• podcasty („Die Psychologie Der Erbtante”)
• audiobooki („Duma i uprzedzenie”, rozdział 57)
• kołysanki („David’s Bedtime Lullaby” z płyty o Królewnie Śnieżce)
• kolędy („Christmas Greeting from from Santa to Crystal”)
• poezja i filozofia (w tym rady mistrza taoizmu Laozi)
.

Są rozdziały 38-43 Księgi Rodzaju. Jest dwudziesta lekcja z podręcznika „I Speak English”. Fragment tajemniczego dzieła „Seduction Secrets” pouczył mnie o tym, „jak długo przechowywać wino w butelce”. Trafiły mi się też kursy autohipnozy, nurkowania, układania kart tarota oraz unikania podatków. Ostrzeżono mnie przed alergią na orzechy. Zaproponowano założenie „ogrodu kontenerowego”. Różni wykonawcy z albumem „Masz dziecko! – Przewodnik dla Nowych Rodziców Część 4” nieomal sąsiadowali z sygnowanym przez Psiego Eksperta utworem „Jak Przygotować Twojego Psa na Nowego Członka w Rodzinie”. Wśród setki utworów bodaj ani jednej normalnej piosenki.

Doceniam spryt Spotify, którego włodarze doskonale zdają sobie sprawę z bezużyteczności lwiej części zapomnianego katalogu. Bo pokusie przygody trudno odmówić i tym błyskotliwym zabiegiem powyższemu wykresowi uda się być może domalować nieco zieleni. Wystarczy zresztą zbić jeden czy dwa punkty procentowe i kłopotliwe -dzieścia zmieni się w symboliczne -naście. A rozmaici żartownisie, magicy i prorocy dostaną pierwsze w życiu cyfrowe tantiemy. Z perspektywy słuchacza chyba lepiej byłoby jednak pozostawić muł oceaniczny tam, gdzie jego miejsce.

.

Fine.


2013: Muza luzem (cz. 1)

Utwory roku zwykłem zbierać hurtem w jeden końcoworoczny wpis. Co stanie się i tym razem, wcześniej chciałbym jednak w przystępniejszych dawkach polecić garść utworów, których nie spodziewam się napotkać w zbyt wielu podsumowaniach finiszującego powoli roku i których autorów może też ominąć moje albumowe résumé. Kolejność chronologiczna z dokładnością do pory roku, część tytułów będziecie znać z efemerycznego playera po prawej.

*

Attu

Attu – B

Londyn, UK

Zalogowali się do Bandcampa już w Nowy Rok, nic więc dziwnego, że zanotowałem ich jako pierwszych w podręcznym piosenkowym pliku. Trzy czwarte londyńskiego kwartetu obsługuje syntezatory i inne klawiszowce. Ale i tak brzmią jak sentymentalni indierockowcy z początków poprzedniej dekady – nawet bębny samplują z dosyć wiernie – choć niektórym przypominają nowsze zjawiska z Alt-J na czele. I skojarzenia te wzmocni pewnie wydany niedawno pilot pełnometrażowego debiutu, który podobno już na początku roku przyszłego.
.

Kinoko Teikoku - eureka

Kinoko Teikoku (きのこ帝国) – eureka (ユーリカ)

Tokio, Japonia

Powolny najazd na nikłe światełko na końcu tunelu, który w wolnej chwili wyreżyserował doświadczony japoński pełnometrażowiec, wbił mi się w pamięć znacznie głębiej niż wymyślne teledyski z kolejnych jedenastu miesięcy roku. Surowy, nawet w podniosłym refrenie oziębły emocjonalnie walec tytułowy wyróżnia się na tle zatytułowanej tak samo płyty „eureka”, bo w pozostałych utworach rockowa czwórka hojniej darzy słuchacza melodiami. I mimo shoegaze’owych wychyleń aranżacyjnych i wyraźnego zamiłowania do pogłosów wydają się kapelą wręcz pogodną. Także wówczas, gdy oddają hołd Islandyczkom.
.

dorgas - dorgas

Dorgas – Hortência

Rio, Brazylia

17 stycznia 2013 roku wyapda uznać za dobry dzień dla muzyki chociażby przez te dwie – powyższą japońską oraz niniejszą brazylijską – premiery singlowe. Według niezalowych bukmacherów Dorgas mają wygraną w podsumowaniu płytowym Screenagers niemal w kieszeni. Jakkolwiek sam mam innych albumowych faworytów z tych okolic geograficznych – notabene zgodnych z głosem tubylców – to „Hortencia” ma spore szanse znaleźć się na limitowanym do kilkunastu sztuk składaku, który wciskam przyjaciołom w okolicy każdego Sylwestra. Podczas którego kawałek odnajdzie się idealnie.
.

Bells Atlas - Bells Atlas EP

Bells Atlas – Incessant Noise

Oakland, USA

Nie wolno wydawać takich EP-ek. Zwyczajnie niszczą karierę. Potem ukazuje się pełnometrażówka i jedyne, do czego wydają się służyć dokooptowane utwory, to danie szansy na oddech pomiędzy armatami z krótkiego formatu. Mógłbym w tym miejscu polecić dowolny z trzech utworów umieszczonych na dwunastominutowym – remiksów nie liczę – debiucie kalifornijskiego kwartetu. Ale to najkrótsze, a mimo to zupełnie niespieszne „Incessant Noise”, szczególnie jest też różnorodne i przez to w dwójnasób intensywne. No i spełnia wymóg genialnego początku.
.

Kardeş Türküler

Tencere Tava Havasi – Sound of Pots and Pans
Voices United for Mali – Mali-ko
O Rappa – Vem pra rua
Beygairat Brigade – Dhinak Dhinak

Bliski Wschód, Afryka, Ameryka, Azja

Czyli cztery protest-songi poczęte w trakcie konfliktu zbrojnego w Mali, w kulminacji okupacji parku Gezi w Stambule, na fali zrywu ogólnobrazylijskiego czy też jego braku w Pakistanie. Długo by dopisywać kolejne pieśni wyzwolenia, latem zresztą przyglądałem się im bliżej. Kilka razy także tutaj dziwiliśmy się zaskakującej żywotności tezy, jakoby komponowanie zaangażowane umarło, podczas gdy w ostatnich latach żyło jak nigdy i to wszędzie – poza Zachodem. I chociaż nieodpowiedzialnie byłoby życzyć sobie więcej takich pieśni i piosenek, jak tu się nie cieszyć, gdy muzyka przypomina sobie o tym, że nie zrodziła się (wyłącznie) dla zaspokajania potrzeb estetycznych

.

Fine.


Wśród gwarów miasta (Kiosk 5/2013)

Yuri Suzuki - Looks Like Music

Koniec wojny głośności ogłosił amerykański masteringowiec Bob Katz. Według niego automatyczny limiter wprowadzony przez iTunes Radio niweczy zupełnie wysiłki studyjny pogłaśniaczy. A przywraca nadzieję tym, którzy chcą grać dynamiką. Z tym nie do końca zgadza się The Atlantic. Według redakcji podkręcanie słupków wynika wbrew stereotypowi raczej z potrzeb estetycznych niż radiofoniczno-ipodowej kalkulacji. Zanim od hałasów ulicy odgrodzimy się małym głośniczkiem przyczepianym do okna, New Yorker zabrał dwóch akustyków w podróż wśród gwarów.

„Gdy Kanye West, Kim Kardashian, Lady Gaga czy Marina Abramovic usiłują demonstrować swoją szczerość, obnażają raczej swoje oderwanie – od siebie nawzajem, od siebie samych i od nas. Nie są sławnymi wykonawcami, lecz wykonawcami sławy” – rzecze Vulture w tekście o „nowym osobliwym”. Salon alarmuje, że biały pop z Lorde i Macklemorem na czele naśmiewa się z czarnego hip-hopu, a zdaniem Flavorwire eufemizujący raperów blog Respectful Rapper w istocie sam jest rasistowski. Premierę nowej płyty One Direction serwis Gartland wykorzystał do tego, by ogłosić schyłek podziałów gatunkowych. Niespodziewaną karierę terminu PBR&B wspomina sam wynalazca.

Jeden z byłych writerów Pitchforka wyjawił tajemnice ratingów i dorzucił garść cierpkich wspomnień. Niezrażony nimi Jeff Weiss sporządził dla serwisu retrospektywę OutKast z okazji dekady milczenia, a pod tym samym adresem znajdziemy rozmowę z twórcami holograficznych projekcji koncertowych. Menedżer Arcade Fire zdradził co nieco o kampanii promocyjnej „Reflektora”, na którym to albumie Kanadyjczycy mieli wykorzystać Haitańczyków. Arabów oszukała 23-letnia Amerykanka, podbijając tamtejszego Idola. Gdy socjolog PAN usiłuje odpowiedzieć, czego słuchają Polacy, na blogu 50złotych nasi muzycy tłumaczą, dlaczego nie wydają pieniędzy na muzykę.

Znakomity reportaż o chińskich zespołach próbujących przebić się na Zachodzie popełnił Jonathan Campbell, autor książki o „Czerwonym rocku”. Dziewczętom z Perfume udało się zagrać w wielkim świecie i dlatego podpadły gejom (tymczasem Katy Perry gejszom). Do dalekiej Japonii próbuje się z kolei ściągać nieskore zespoły europejskie czy amerykańskie przy pomocy crowdfundingu i pomyśleć o tym mogłaby usytuowana również na uboczu Polska. Passion Pit dosadnie wyłożyli, dlaczego kapele koncerty odwołują. Nietypowym riderem koncertowym podzieliła się Grimes

Jacaszek punktuje swoje ulubione płyty, Mike Skinner wspomina złote czasy UK Garage, a RA przepowiada comeback jungle. Gdy Fiona Apple tłumaczy się z niedawnych scen na scenie, wokalistka Chvrches odmawia prania brudów, którymi zalewa ją sieć. Ezra Koenig zrecenzował nowego Drake’a, Kitty rówieśników z One Direction, premiera Arcade Fire wyraźnie poruszyła zaś St. Vincent. Jay-Z ocenił dorobek… własny. Jeśli ktoś zdołał przegapić, niech przeczyta Laurie Anderson piszącą o relacji z Lou Reedem. Inny smutny pretekst przypomniał o brzemiennej w skutki piosence „Nelson Mandela” i innych antyapartheidowych protest-songach.

Gdzie się podziały wszystkie soprany? – lamentuje New York Times w dużym materiale o chórze chłopięcym z Lipska, którego szefem był niegdyś sam Mozart i którego bytowi zagraża szybsze wchodzenie owych chłopców w wiek dojrzały. W tej samej gazecie artykuł o pozytywnym wpływie kształcenia muzycznego na pozamuzyczne kariery na przykładzie sław świata biznesu i polityki:

Wielu ludzi sukcesu twierdzi, że muzyka nauczyła ich kreatywnego myślenia. Ale z ich doświadczenie wynika, że nauka muzyki wyostrza również inne umiejętności: współpracy, słuchania, kojarzenia odległych idei. A także zdolność skupiania się na teraźniejszości i przyszłości jednocześnie.

Niemcy z właściwą sobie dokładnością wyliczyli, że nauka instrumentu procentuje na studiach pozamuzycznych.O sensie praktykowania grania w realiach obecnych pisze też The Economist, podrzucając nawet sugestie co do wyboru pierwszego instrumentu i aplikacji wspomagających ćwiczenia. Przy czym jeśli chcecie, by wasze dzieci zmądrzały od muzyki, niech zaczną ćwiczyć przed siódmym rokiem życia. Małe ostrzeżenie: pewnemu hiszpańskiemu pianiście grozi siedem lat więzienia za szkody, które swym rzępoleniem miał wyrządzić psychice sąsiada.

Przez Amerykę przetoczyła się fala filharmonicznych bankructw oraz debata na temat seksizmu w klasyce, począwszy od Alexa Rossa piszącego o kobietach i gejach w ogóle po Justina Davidsona o dyrygentkach w szczególności. Całość próbowało ją podsumować NPR. Dla odreagowania The Atlantic zajął się nietypowymi notacjami. Przy lekturze można posłuchać kompozytora Djuro Zivkovica, który odebrał właśnie nagrodę Grawemeyera wartą 100 tysięcy dolarów.

Szef muzyczny Google uważa, że nie da się zdewaluować muzyki, dlatego starym narzekaczom każe się walić. Zbliżonego losu serwisom streamingowym życzy tymczasem Thom Yorke, a własne niepokoje wyraził też David Byrne. Powinni może przenieść się do supernowoczesnej Japonii, bo ta nadal nie doczekała się streamingu. Tym bardziej że w styczniu do mafii dołączy Beats Music, dziecko Trenta Reznora i Dr. Dre. Zdołowane tym wszystkim Spotify – zalewane ponadto przez karaokowery – uruchomiło specjalną stronę dla artystów z dostępem do statystyk odsłuchów. Co przy sprawdzaniu wypłat może owych artystów nieco poróżnić z wytwórniami.

Zdaniem London School of Economics sieć showbiznesowi wcale nie zaszkodziła, a plądrofoniczna samowolka Girl Talk wręcz podniosła popyt na samplowane utwory. Billboard pokazał, jak zarabiają niezależni muzycy, choć dla Buzzfeeda to rynek reklamowy ratuje indie. Reklama zresztą mocno interesuje się przestrzenią audio, stąd mariaż Shazam z marketingiem interaktywnym. Amerykańscy zaiksowcy zainteresowali się z kolei RapGeniusem i innymi przedrukami tekstów. A Brytyjczycy powinni poświęcać więcej uwagi gościom z zagranicy, bo choć stanowią 6 proc. publiki lokalnych festiwali, generują aż jedną piątą ogólnych profitów.

Nicolas Jaar chce wydawać muzykę jak magazyn. Damon Krukowski reklamuje aplikację, która słuchawkom nadaje pozory głośników. A Splice umożliwia zdalne współtworzenie. Guardian pisze o nagrywaniu na tabletach, rock’n’rollowych komiksach – Aleksandra Żeromska z Porcys narysowała poprzednią płytę Roberta Glaspera – tamże obejrzycie nietypowe upominki crowdfundingowe i dowiecie się, czego australijscy celnicy szukali w płytach Katy Perry. Dzielny krytyk obejrzał cały dobowy teledysk Pharrella Williamsa i wybrał pięć chwil. Teledyski czasochłonne stają się zresztą nową modą: spóźniony o pół wieku klip do „Like a Rolling Stone” Boba Dylana wypada obejrzeć kilkanaście razy.

Od Beatlesów przez Cobaina po Adele, warto posłuchać wyizolowanych ścieżek wokalnych klasyków. Albo przeciwnie – stu „Białych albumów” jednocześnie. Wśród innych osobliwości kuriozalne okładki płytowe z Jugosławii i takież fotki kapel indierockowych. Całkiem niezły generator recenzji pitchforkowych, a przynajmniej wyimków, oraz odręczne transkrypcje rytmów hiphopowych. Nadchodzą bitcoinowe szafy grające, odchodzą rozmaite dźwięki technologiczne. A muzykę można wspólnie z dziećmi malować. Chyba każdy potrafią już odróżnić ofertę IKEI od nazw kapel deathmetalowych? Ale czy każdy wie, czemu naukowcy lubią nazywać nowo odkryte gatunki imionami gwiazd?

Calvina zwietrzył drapieżnik.

.

Fine.


Co było grane

Co jest grane? 2013(foto stąd)

Jak to zazwyczaj na tego rodzaju imprezach bywa, gadana część konferencji Co Jest Grane? więcej obiecywała na papierze niż ostatecznie zaoferowała. Ale nie żałuję żadnego z czterech paneli, na które udało mi się dotrzeć.

Z tego o prowadzeniu klubów muzycznych dowiedziałem się, że w Polsce o nagłośnienie, program artystyczny, osobowość lokalu i jego atmosferę należy zatroszczyć się dopiero po tym, jak postawi się eleganckie toalety, szatnię i uśmiechniętych ludzi za barem. Zachwyt estetyką potencjalnej miejscówki należy uprzednio skonfrontować z walorami praktycznymi i lokalizacją, bo psująca się na okrągło winda potrafi zepsuć całą zabawę. Już po otwarciu przybytku lepiej nie bukować na wyrost. A już w ogóle po pijaku, bo zamiast legendarnego Murzyna z Detroit zastaniemy na lotnisku białego wyrostka.

Panel folkowy nieoczekiwanie wzniósł się ponad standardowe dyskusje o definicjach i zamiast kłócić się o temat spotkania, spierano się o to, co muzykowi wolno. Reprezentujący frakcję ortodoksyjną Janusz Prusinowski postulował, by pozostać przy polszczyźnie. A więc posługiwać się własnym językiem (mówionym i muzycznym), chyba że interesuje nas turystyka. Pozostali goście obstawali raczej przy kulturowo-gatunkowym leseferyzmie: od jawnogrzesznej podróżniczki Kayah przez reformistyczno-pozytywistyczne Trebunie Tutki aż po cytującego publikacje naukowe Macieja Szajkowskiego i totalnie wyloozowanego Goorala. Ale skoro na koniec Prusinowski podchwycił od tego ostatniego słowo „szacun”, to znak, że do jakiegoś zrozumienia przynajmniej na poziomie werbalnym doszło.

Dyskusję o streamingu nie mnie oceniać – chętnie posłucham – ale padło kilka ciekawych konkretów. Na przykład 90% nowej polskiej muzyki trafia niejako z automatu „do cyfry”, ale mimo to udział streamingu w przychodach branży sugeruje, że na osi rozwoju znajdujemy się obecnie tam, gdzie Szwecja w 2009 roku. Uzupełnianie katalogu o stare nagrania bywa z kolei czasochłonne, bo autorów trzeba nieraz edukować, a grupy bywają skłócone i lata zajmuje godzenie ich na potrzeby jednego chociaż podpisu. Jeśli chodzi o debiutantów, to marzący o oficjalnej obecności w sieci nie wybierają już pomiędzy wytwórniami, ale pomiędzy wytwórniami, dystrybutorami cyfrowymi oraz serwisami streamingowymi – skoro z każdym można rozmawiać bezpośrednio. Branża się nam spłaszcza, będą tarcia.

Metalowcy reprezentowani przez Hate, Decapitated oraz Tides of Nebula okazali się jak zwykle elokwentnymi rozmówcami i poza widokówkami z zagranicznych karier całkiem zgrabnie zarysowali możliwe przyczyny eksportowego sukcesu naszej ciężkiej artylerii. Bo z jednej strony polska niezłomność, gotowość do przelewania krwi za szczytny cel. Czyli spania w busie i grania za piwo, czego nie zdzierżyliby sąsiedzi zza zachodniej czy północnej miedzy. No i solid(ar)ność środowiska. Z drugiej dogodne warunki nagraniowe na przełomie lat 80. i 90. skrzyżowane z nikłymi perspektywami kariery lokalnej skłaniały do marzeń o globalnej. Te podsyciła jeszcze cokolwiek przypadkowa i wyolbrzymiona nieco w głowach młodzieży kariera grupy Vader, którzy pokazali, że da się. No i dało.

Nie dało się za to być na wszystkich (potencjalnie) ciekawych panelach. Co przegapiłem?

*

O koncertach:

• Za skandal festiwalu uznałbym frekwencję na występie Izy Lach otwierającym drugi dzień imprezy. Na początku ulubienicy blogosfery słuchało kilkadziesiąt osób, pod koniec pewnie o sto więcej, ale w przepastnej przestrzeni Teatru Dramatycznego i tak wyglądaliśmy na garstkę. Tym większe uznanie dla samej artystki, bo nie odpuściła i podarowała nam znakomity minikoncert. Wciąż mam jednak wrażenie, że jako wykonawczyni dystansuje siebie-kompozytorkę. Ale wszystko przed nią, i niekoniecznie chodzi o asystowanie tyleż wielkim co zużytym nieco legendom rapu.

• Dzień pierwszy w tym samym, tyle że wypełnionym już w dwóch trzecich lokalu zainaugurował Dawid Podsiadło. Rozruszał nieco swój repertuar i tym samym publiczność, nie tylko tę piszczącą w pierwszych rzędach. Osobiście nie przeżyłem wzruszeń ni euforii, ale jakoś potrafię pojąć fenomen.

• Tuż po Dawidzie na medal zasłużyli Rebeka wespół z zastępującymi Anię Rusowicz Kamp! Czym? Płynnym przejściem pomiędzy swoimi występami. Żadnej przerwy na zmianę sprzętu, żadnego psucia atmosfery górnymi lampami i pospiesznymi eskapadami do toalety. Zamiast tego na chwilę połączyli siły i rozstali bez zbędnych ceregieli. Swoisty symbol tego, jak się nam scena sprofesjonalizowała.

• Dokładnie pięć lat temu, w tym samym budynku, tyle że o piętro niżej, na ciasnej scenie Cafe Kulturalnej w otoczeniu rozentuzjazmowanej garstki zmagającej się z jakimś podpitym ziomem, po raz pierwszy słuchałem na żywo Julię Marcell. Trzy lata minęły, odkąd widziałem ją po raz ostatni. Przeżyłem więc lekki szok, gdy po kilku kawałkach wskoczyła na kolumnę głośnikową i z łobuzerskim uśmieszkiem wykrzykiwała controooooooool. Rośnie nam gwiazda i jeśli szczęście (znów) jej dopisze, będziemy ją może widywać u boku brytyjskich diw. Ale zmienia się nie tylko w skali makro. W ciągu trzech kwadransów przeszła od ekspansywnego popu do półminutowego noise’u, który skontrowała ambientem, a następnie wyszła z gitarą akustyczną i zagrała wzorcowy anglosaski folk. Pod koniec uszczęśliwiła mnie dwujęzycznym „Echo”, którym zachwycałem się kiedyś tu, ostatnio tam. I pożegnała równie zamaszyście, jak przywitała. Stadionowej Julii pewnie trudniej będzie przynajmniej niektórych z nas polubić niż tej kameralnej, ale co tam – niech nas dalej zaskakuje.

• Frakcję kruchą w owej niższej o piętro Kulturalnej reprezentowali z jednej strony transowy Piotr Kurek, z drugiej akustyczni Fismoll, którymi interesuje się ponoć zagranica, a z trzeciej wokalno-laptopowy duet xxanaxx. Szczególnie ten ostatni z trudem walczył o uwagę migrującej publiczności i chętnie posłuchałbym ich w bardziej sprzyjających warunkach. Barwne ludowe stroje, makijaż i wyśpiewywane kilku parami pełnych piersi pieśni wschodniobrzmiące Południc wspieranych dubem nie miały tego problemu  i wzbudziły wielki entuzjazm niewielkiej publiczności. Jeśli zachodnie zainteresowanie zeświecczoną słowiańszczyzną nie jest plotką, to może faktycznie doczekają się niedługo zaproszeń od unijnych mocodawców.

• Na Łąki Łan ściągnęło chyba dwa razy więcej ludzi, niż oficjalnie mieści Teatr Dramatyczny. Dorośli ludzie z dziecięcą radością patrzyli, jak inni dorośli ludzie z dziecięcą radością patrzą, jak dorośli ludzie z dziecięcą radością patrzą, jak ci radośnie dziecinnieją. Kto mi to wyjaśni?

• Unikatem na skalę światową są Nervy, czyli dwóch laptopowców – Igor Boxx ze Skalpela oraz Agim Dzeljilji z Öszibarack – wspieranych przez perkusję oraz godną sekcję dętą. Już wizualnie robią spore wrażenie. Muzycznie szukają chyba jeszcze miejsca dla siebie, bo odbijają się od skrajności: a to radykalnych elektronicznych łamańców zgodnych z najlepszą tradycją Warpa, a to dosadności Skrillexa w infrabasowym finale. Jeśli mógłbym cokolwiek zasugerować, to by blachy nie odgrywały roli li tylko asysty, lecz zaangażowały się w proces decyzyjny i miały swój udział w rytmiczno-harmonicznych niespodziankach, bo szkoda ograniczać je do tych przeciągłych, przewidywalnych teł.

• Pierwszą solówkę festiwalu usłyszałem chyba na koncercie Hey zamykającym drugi wieczór. Starsze kawałki odświeżyli parkietową stopką, nowszych odświeżać nie musieli, bo zupełnie współcześnie zabrzmiały w zestawieniu z twórczościami młodzieżówki. Mimo bardziej popowej niż rockowej aury otaczającej dziś zespół dali w sumie jeden z mocniejszych występów. Aczkolwiek daleko im było oczywiście do Magnificent Muttley. Porównanie dwóch nowych kawałków w wersjach studyjnych z tymi scenicznymi dobrze zaświadczyło o materiale, bo zyskał na sile przekazu, ale nic nie stracił ze swojej nośności.

• Nawet jeśli nie przepadacie za jej autorską twórczością, ani za jej podejściem do dzieł cudzych, zobaczcie choć raz na żywo Gabę Kulkę. Zjawiskowa wykonawczyni, która na scenie dystansuje wszystkie fortepianowe i nie tylko fortepianowe panie, do których zrazu próbowaliśmy ją porównywać. Trudno też nie docenić odwagi repertuarowej, bo zamiast festiwalowych przebojów grała zupełnie nowe rzeczy. A że odbyło się to wszystko we wdzięcznym wnętrzu Teatru Studio i w takiej też atmosferze, pewnie ten właśnie koncert będę najdłużej wspominał.

Kilku klasyków i młodych talentów przegapiłem bądź tylko się otarłem, w tej chwili kończy się pewnie dzisiejszy maraton hiphopowy, do którego jak widać nie dotrwałem. Uzupełnienia więc mile widziane.

.

Fine.