Luty 2014

Gramy czy Grammy

mikrokolektyw

Tuż po zaskoczeniu Włodka Pawlika i całej Polski nagrodą Grammy, na łamach „Polityki” ukazał się artykuł Doroty Szwarcman o utytułowanym z nagła pianiście. Mnie przypadła misja uzupełnienia tekstu kilkoma akapitami, w których próbowałem choć oględnie nakreślić obecny stan rzeczy w jazzie, szczególnie relacje pomiędzy Starym Kontynentem a kolebką gatunku. Komentarz ten znajdziecie na dole niniejszego wpisu.

Aby zweryfikować i zaktualizować własne wyobrażenia, skontaktowałem się z trzema osobami, które krajobraz jazzowy oglądają z różnych perspektyw. Stephen Cohen, kalifornijski menedżer odpowiedzialny m.in. za karierę Vijaya Iyera, potwierdził, że atrakcyjność finansowa Europy nie gaśnie. Mariusz Adamiak kojarzony zwykle z Warsaw Summer Jazz Days zwrócił uwagę na wymieranie ostatnich globalnych gwiazd jazzu i artystyczne usamodzielnianie się młodzieży europejskiej. Najdłużej rozmawiałem z trębaczem Arturem Majewskim, który z Kubą Sucharem tworzy duet Mikrokolektyw.

Przed czterema laty gratulowaliśmy im kontraktu z „prestiżową amerykańską wytwórnią Delmark”, która wcześniej stroniła od Europejczyków. O te transatlantyckie doświadczenia postanowiłem go spytać, ale z rozpędu szybko przeszliśmy do innych tematów – sławy, pieniędzy i artystycznej korupcji. Poniżej

*
.

Co się zmieniło dla Mikrokolektywu po podpisaniu kontraktu z Delmarkiem?

Artur Majewski: Wydawanie czegokolwiek w Stanach Zjednoczonych lepiej wygląda w Europie. I na odwrót. Wystarczy spojrzeć, kto wydaje w wytwórniach z naszego kontynentu. Portugalskie Clean Feed magazyn All About Jazz po raz któryś z rzędu wybrał najlepszą wytwórnią jazzową świata, ale ich katalog w 90 procentach składa się z wydawnictw artystów amerykańskich. Głównie rzeczy nowojorsko-chicagowskich. Podobnie z litewskim NoBusiness, Szwajcarskim Hat Hut, itd. Wydawanie przez Amerykanów w Europie wiele u nich znaczy i zawsze znaczyło.

W Europie zawsze były też pieniądze. I chyba dalej ich nie brakuje.

Tak, wydaje się, że faktycznie tak jest, choć nie zawsze daje to efekt w 100% pozytywny. Graliśmy ostatnio koncerty z Noëlem Akchoté, gitarzystą jazzowym z bardzo poważnym życiorysem artystycznym, który intensywnie i od dawna funkcjonuje na Europejskiej scenie. Według niego systemy dotacji dla muzyków w Europie wyszły już poza ramy jakiejkolwiek przyzwoitości. Francuski, austriacki czy skandynawski system dotacji to już pewnego rodzaju choroba. Każdy artysta ma własne studio, oczywiście wielkie i genialnie wyposażone. I sam wydaje swoje płyty, na które dostaje dofinansowanie. Skutkuje to tym, że płyt tych nigdzie nie można kupić. Nikt ich nie zna. Bo też nikomu nie zależy, by je wypromować i sprzedać. W końcu ktoś już za nie zapłacił. To pod względem artystycznym jest potwornie rozleniwiające, a przy okazji psuje oba elementy systemu naczyń połączonych: nadawców sztuki i jej odbiorców.

W takim układzie płytę wydaje się po to, by zamknąć projekt?

Akchoté opowiadał, że w samym Wiedniu jest z 80 studiów nagraniowych, których właścicielami jest 80 artystów. Nie powstały one oczywiście za prywatne pieniądze. Nikt nie potrafi nawet powiedzieć, co oni od lat w tych studiach robią. Jakiś no-input mixing, cholera wie. Ale nikt tego nie ocenia. Ewentualnie urzędnicy państwowi, którzy nie mają pojęcia o muzyce. Jeśli ktoś zbierze odpowiednią liczbę muzycznych orderów i zagra ileś tam koncertów, to „wpisywany jest na listę” i już zawsze otrzymuje dotację.

Włodek Pawlik płytę nagrodzoną Grammy też wydał sam.

Ale to musiał być duży budżet – na opłacenie orkiestry, dyrygenta, dużego studia nagrań i nie wiem tego, ale szczerze wątpię, że Pawlik sfinansował to sam. Mogło być nawet tak, w czym nie ma nic złego i co jest powszechną praktyką, że projekt powstał na zamówienie, a sfinansowany został zapewne z budżetu lokalnego miasta Kalisza na kulturę lub promocję, które w tym roku obchodzi solidny jubileusz istnienia.

Zastanawia i smuci to, że dochodzi tu do swoistego zafałszowania. Za nominacją do Grammy, tak jak do Oscara, zawsze stoją ogromne pieniądze. Przyznanie takiej nagrody nie polega na tym, że ktoś na tę płytę trafił w USA, zachwycił się i ją nominował. Jest to efekt przeznaczenia określonego budżetu na promocję konkretnego wydawnictwa. Do szerokiej publiczności trafia jednak tylko informacja o prestiżowej nagrodzie. I pierwszym skojarzeniem odbiorcy takiego komunikatu nie jest to, że ktoś akurat zainwestował w „zabawę” w Grammy – co przyniesie i jak widać przyniosło określoną, wymierną korzyść promocyjną – a projekt był na tyle dobry, że się nadawał. Odbiorca myśli: „Dostał nagrodę, bo nagrał najlepszą, czytaj najbardziej wartościową artystycznie płytę. Mechanizm ten nie działa jednak tak prosto. A swego rodzaju przekłamanie zaczyna żyć własnym życiem i kształtować wypaczoną świadomość społeczeństwa. W Polsce po tym Grammy Włodek Pawlik będzie przez chwilę najcenniejszym artystą…

Ale pewnie pozostanie gwiazdą lokalną?

Nasza współpraca z Delmarkiem zdecydowanie bardziej zaprocentowała w Europie niż w Stanach. Dlatego trzymając się tego toku rozumowania, co wcześniej, pomaga nam to lokalnie, nawet jeśli rozumieć ten lokalny charakter w skali całego starego kontynentu. USA to najtrudniejszy rynek do grania muzyki na żywo. A jazzowej to już w ogóle, bo panuje tam największa konkurencja. Gdy wspomniany system dotacji coraz bardziej rozleniwia artystów europejskich, tam konkurencja powoduje, że trzeba pracować jak wół. Nie bardzo da się żyć tam z muzyki niszowej, w tym jazzowej, tej nie pop-jazzowej.

Większość naszych idoli, których kariery od lat śledzimy, gra w nowojorskich klubach za kilkanaście dolarów. Utrzymują się więc z czegoś innego, a grają z pasji. Występują regularnie w stałych składach i przekłada się to na niebywały poziom artystyczny. Dzięki temu gotowi są w każdej chwili przyjechać do Europy i dać koncert na znakomitym poziomie. Dlatego ich koncert w Europie jest warty kilka czy kilkadziesiąt tysięcy euro. Poziom artystyczny uzasadnia takie stawki.

Nie tylko fakt, że przyjechali z daleka?

Od ponad 25 lat gram na trąbce, ale goście, których podziwiam, robią to od lat sześćdziesięciu. Codziennie po kilka godzin ćwiczą. U nas niektórzy koledzy bardziej zajęci są pisaniem wniosków do Ministerstwa Kultury i Instytutu Adama Mickiewicza, niż pisaniem muzyki i ćwiczeniem gry na instrumencie. Bo tego wymaga wkopanie się w ten system. I paradoksalnie, zaczyna niekorzystnie wpływać na istotę sprawy – jakość sztuki. Nie jestem zwolennikiem zaorania tego mechanizmu, bo nie można odmówić mu zalet. Sam dwukrotnie korzystałem z dotacji IAM i wiem, że miał on udział w finansowaniu naszych wyjazdów. Ale osobiście zwracam się do tego rodzaju placówek tylko wtedy, gdy dostanę zaproszenie na bardzo prestiżowy lub/i cenny artystycznie festiwal albo warsztaty, których organizatorzy piszą do mnie maila w rodzaju: „Drogi Arturze, w tym roku niestety odcięli nam budżet i możemy zaoferować ci 150 euro”. A ja potrzebuję dwa razy więcej na benzynę, żeby tam dojechać.

Grammy, o której mówiliśmy wcześniej, jest pozostałością po potężnym przemyśle fonograficznym, który nie zaczynał się od decyzji urzędników odnośnie tego, kto jest dobrym artystą. To był biznes. I ten, kto pisał i grał najlepszą muzykę, zarabiał najwięcej i dawał zarobić ludziom, których potrzebował do funkcjonowania w tej machinie. Jak widać dzisiaj, w skali globalnej muzyka przestała przynosić takie dochody. Jak się wydaje powszechny dostęp do dóbr kultury – którego jestem, swoją drogą, fanem – spowodował jednocześnie chaos informacyjny i dewaluację. Tutaj przychodzi Rok Chopinowski i nagle wszyscy inspirują się Chopinem. Rzygać mi się chce. Odpowiadając na potrzeby urzędników, łatwo w takich warunkach niemal z dnia na dzień stać się gwiazdą. W Stanach najlepsi muzycy stopniowo wypracowywali pozycję na rynku. Kosztowało ich to lata radykalnej, intensywnej pracy. Stopniowego budowania swoich osobowości muzycznych. Takie podejście wydaje mi się zdrowsze i daje niezależność, a ona jest bezcenna.

Wspomniany potężny system fonograficzny jednak się załamał.

Jazz przeszedł w ciągu stu lat długą drogę od muzyki, która rozbrzmiewała w knajpach podczas potańcówek do obecnej. W latach 40. zaczął wyzwalać się z tej niejako służebnej roli na rzecz artystycznej autonomii, ale przez to tracił też popularność. W tej chwili zajmuje tak mały udział w rynku, że staje się muzyką niszową. Tak niszową, że pojawiają się inne pułapki. Niektórzy zaczynają słuchać jazzu tylko dlatego, że jest mało popularny. Trochę jak z ostrokołowcami, którzy wcześniej nie zainteresowaliby się nawet zwykłym rowerem, bo w ogóle nie lubią jeździć.

W każdym razie jazzowym wytwórniom wiedzie się coraz gorzej. Nawet tym cenionym. Clean Feed wydaje płyty w nakładach rzędu 1000-1500 kopii, ale one stopniowo spadają. spadają. Bardzo cenione polskie NotTwo prowadzone przez Marka Winiarskiego tłoczy większość płyt w nakładzie 500 kopii i też nie wszystko sprzedaje. Delmark zresztą również walczy na rynku. Tym bardziej że z dnia na dzień, przez rozwój nielegalnej muzyki na mp3, stracili potężną dystrybucję europejską. Bob Koester, który ma już 83 lata, raczej nie jest już w stanie przeprowadzić gruntownej reformy i wykształcić nowego systemu dystrybucji, rozwinąć skrzydeł w internecie.

Cieszymy się jednak ze współpracy z nimi, nie dlatego, że czujemy się częścią legendy, ale dlatego że w 100 procentach utożsamiamy się z ich filozofią i metodą na funkcjonowanie w sztuce. To wciąż ta sama firma, co pół wieku temu. Gdybym nagrał dziś płytę dla Blue Note, to niestety sprowadzałoby się do naklejki, którą mógłbym sobie umieścić na okładce czy koszulce. Alfred Lion i Francis Wolff nie żyją, a ich następcy, jak się wydaje, nie działają już z tych samych pobudek.
.

*
.

Europejski akcent
„Polityka”, luty 2014

99 lat temu dziennik „Chicago Daily Tribune” opublikował artykuł zatytułowany „Blues Is Jazz and Jazz Is Blues”. To w nim, jak twierdzą historycy, po raz pierwszy użyto słowa „jazz” w kontekście muzycznym. Kilkanaście lat później młody gatunek rządził już wyobraźnią Amerykanów. I zanim ustąpił miejsca rock’n’rollowi, przez trzy dekady służył niejako za synonim muzyki popularnej. Z mainstreamu na dobre wyparła go dopiero Beatlemania. Za to na tyle skutecznie, że dziś generuje nikłe 1-2 proc. obrotów rynku fonograficznego. I to bez uwzględniania muzyki cyfrowej, bo w domenie internetowych domen radzi sobie jeszcze gorzej.

„Sprzedaż płyt jest symboliczna, muzycy źle opłacani, ich kariery coraz bardziej przypominają zabawę w zrób-to-sam” – konstatował niedawno amerykański magazyn „Jazz Times”. Sześciocyfrowe nakłady sprzed lat wspomina się jak legendy, skoro podium jazzowego Billboardu gwarantują te o dwa rzędy niższe. – Gdy rozpoczynałem karierę w jazzie, niejeden artysta sprzedawał po kilkaset tysięcy płyt. To już historia. Wielu z trudem znajduje choćby kilkuset nabywców – przyznaje Stephen Cohen, menedżer reprezentujący m.in. cenionego pianistę Vijaya Iyera.

Wobec kryzysu fonograficznego reprezentanci gatunki i tak już wybitnie scenicznego jeszcze głębiej zanurkowali w świat klubów. Występom na żywo zawdzięczają średnio połowę swoich budżetów. (W drugiej kolejności kształceniu następców: na lekcjach prywatnych, warsztatach, w szkołach muzycznych i konserwatoriach). Koncertowym eldorado pozostaje od dawna europejski obieg festiwalowy. Stary kontynent umożliwia organizację wielotygodniowych tras, które prócz ponadprzeciętnego zarobku i okazji do artystycznego wyżycia się pozwalają sprawdzić, co grają inni muzycy. Mówi się, że Amerykanie słuchają siebie nawzajem w Europie. To ona zresztą – zauważa Mariusz Adamiak, organizator festiwalu Warsaw Summer Jazz Days – przez dziesięciolecia namaszczała amerykańskich jazzmanów na światowe sławy.

Teraz jednak sytuacja się zmienia. Po pierwsze, wyparcie jazzu poza popkulturę sprawiło, że o gwiazdorstwie pokroju Milesa Davisa, Herbiego Hancocka czy Keitha Jarrett w ogóle nie sposób mówić. Wspomniany Vijay Iyer, najszczodrzej nagradzany muzyk jazzowy ostatnich lat, w praktyce pozostaje sekretem wtajemniczonych w muzykę improwizowaną. Prestiżowe niegdyś wyróżnienia i uznanie krytyków tracą zresztą moc kreowania mód, bo melomani częściej szukają rekomendacji w sieciach społecznościowych niż w prasie, telewizji czy radiu. Po drugie, europejski jazz się emancypuje. Zamiast szukać inspiracji za Atlantykiem, coraz chętniej romansuje z lokalnymi tradycjami i innymi nurtami współczesnej muzyki. Przykładem kariery Jana Garbarka, szwedzkiego tria E.S.T. czy brytyjskiego Portico Quartet. Integrację europejską stymulują dodatkowo wszelkiego rodzaju fundusze – od unijnych po osławione norweskie – których szczodrość nawet sami stypendyści nazywają absurdalną.

Towarzyszy temu niebywały wysyp niezależnych wytwórni płytowych, których liczbę na kontynencie szacuje się już na 1-2 tysiące (nakłady ich płyt rzadko niestety sięgają podobnego pułapu). Także polskie oficyny z Not Two, ForTune i Multikulti na czele zyskały uznanie fanów za granicą. Jednak kolebka jazzu zwraca na nie uwagę głównie wtedy, gdy wydają materiał ich własnych artystów z Nowego Jorku czy Chicago. Karierze w USA nie pomaga nawet docenienie przez tamtejszych ekspertów. Artur Majewski z Mikrokolektywu przyznaje, że podpisanie kontraktu z legendarną amerykańską wytwórnią Delmark pomogło karierze duetu głównie we własnym kraju i na własnym kontynencie. I zapewne podobnie będzie z pierwszym jazzowym Grammy dla Polaka.

.

Fine.


Coraz mniej miłości (Kiosk 1/2014)

Logo z Lego

Z grafik ilustrujących popularność słów i zwrotów w tekstach piosenek na przestrzeni dekad dowiadujemy się, że w muzyce coraz mniej uśmiechu i miłości, a coraz więcej seksu, nienawiści, kasy i trawy. Nic dziwnego, że amerykańska policja szuka dowodów zbrodni w teledyskach oraz nawijkach rapowych. Z kolei dzięki Spotify wiemy, czym różnią się gusta kobiece i męskie (a różnią się znacznie). Pandora tymczasem zamierza powiązać preferencje muzyczne z politycznymi.

Za sensację miesiąca wypada uznać wynalezienie pigułki na słuch absolutny. Cztery prostsze sposoby na to, by usłyszeć więcej muzyki w muzyce, przygotowało NPR. Autorka książki „On Repeat: How Music Plays the Mind” tłumaczyła, dlaczego pewne melodie wpadłszy w ucho nie chcą z niego wypaść. A New Republic wypunktował powody, dla których nie należy posyłać dzieci na lekcje gry na instrumencie.

Pewien songwriter pisze po 20 piosenek dziennie i pod kilkudziesięcioma różnymi nazwami wrzucił już na Spotify 14 tysięcy kawałków z tytułami sprecyzowanych pod nietypowe poszukiwania. Zorientował się na przykład, że mnóstwo ludzi szuka na Spotify… celebrytów. Założył więc kapelę Papa Razzi and the Photogs, która wydała 22 płyty, z których każda zawiera 20-40 utworów dedykowanych gwiazdom rozmaitym – „od literatury po Hollywood”.

Według Adama Harpera „internet music” to nowe lo-fi. Resident Advisor w obszernym tekście o fundamentalnym miejscu LGBT w kulturze klubowej przeleciał nad nowojorskim disco, chicagowskim house czy techno z Detroit. Producenci syntezatorów z Korgiem na czele wracają do analogu, a ścieraniem tegoż z cyfrą bardziej na przykładzie rozmów głosowych niż muzyki zajął się Damon Krukowski. Bartek Chaciński streścił kilkanaście lat muzycznej cyfry w 10 punktach.

Agata Pyzik rozpisała się o politycznym popie w szerszym kontekście brytyjskiej sztuki współczesnej. O narodzinach Anteny Krzyku z okazji jej 30. urodzin opowiadał Arek Marczyński. Jedni narzekają na błyskawiczne recenzje wymuszane przez niezapowiadane premiery płyt, inni odwiedzają w podziemiu fanziny wiecznie żywe. W kolejnym tekście o winylowym revivalu wyczytałem, że 27 proc. kupujących czarne płyty nie ma ich na czym odtwarzać. Niedługo nie będą mieli gdzie ich trzymać, bo IKEA wbrew lamentom zrezygnowała z winylowych półek.

heavy-metal-botswana

Efrim z Godspeed You! Black Emperor tłumaczył się z wygrania Polaris Prize. Barwną rozmowę z Georgem Clintonem odbył Guardian. Mike Powell na łamach Grantland zgrabnie zarysował sylwetkę Ariela Rechtshaida, czyli człowieka od Vampire Weekend, Sky Ferreiry, Haim czy Solange Knowles. Nirvanę przed sławą zilustrował Bruce Pavitt, współzałożyciel Sub Pop. A Pitchfork zajął się zatyczkami do uszu z inspiracji Grimes, która przyznała się do pisku w uszach.

Ta sama redakcja wywnioskowała, że przełożenie Grammy na Billboard dotyczy nie tyle nagród, co występów, toteż Kendrick Lamar nie powinien chować urazy za wyrządzoną mu krzywdę. Według nowego rankingu IFPI liderami fonografii w 2013 roku byli One Direction, Eminem i Justin Timberlake. Najpopularniejszym didżejem na Spotify pozostaje zaś Sean Parker, kurator playlisty Hipster International.

Szczególnie niefortunne nazwy nowych zespołów zebrał AV Club – coś polskiego też się znajdzie. Krótką historię tego, jak doszliśmy do tak beznadziejnych pomysłów spisał LA Weekly. Warto rzucić okiem na interaktywną mapę gatunków muzycznych, posłuchać na Bandcampie 47 płyt Feli Kutiego, obejrzeć fotografie heavymetalowców z Botswany i niezwykłą kolekcję okładek z LEGO. A przy okazji Olimpiady dowiedzieć się, jak podkłady do występów dobierają łyżwiarze figurowi.

Calvin sprawdził filozofów.

.

Fine.


Pytanie o Polskę

Słuchając nowego singla Doroty Masłowskiej, od razu przypomniała mi się „Jadzia”, klasyk kabaretu Mumio sprzed kopytka. Inny bit, ta sama ekspresja.

Przy tej radosnej okazji chciałbym spytać: gdybyście mieli polecić światu 2-3 polskie utwory z ubiegłego i ewentualnie obecnego roku, co byście temuż światu podsunęli?

.

Fine.


Podstawy PR-u

List do krytyka

– Kiedyś mam nadzieję cię spotkać. A gdy do tego dojdzie, będziesz potrzebował nowego nosa, mnóstwa befsztyków na podbite oczy oraz suspensorium – pisał w 1950 roku prezydent Harry Truman do krytyka „The Washington Post”. List sprowokowała recenzja występu prezydenckiej córki, 34-letniej Margaret. Krytyk uznał ją wprawdzie za „niebywale atrakcyjną”, ale w tym samym stopniu pozbawioną talentu i jakichkolwiek perspektyw artystycznych.

Szósty i ostatni odcinek dyskusji o relacjach pomiędzy muzykami a piszącymi o nich opublikował dziś serwis Nowe Idzie Od Morza. Organizator Kuba Knera był uprzejmy zaprosić mnie do panelu, ale po lekturze przemyśleń Bartka Chacińskiego czy Jarka Szubrychta uznałem, że zwyczajnie się pod nimi podpiszę. Mamy podobne doświadczenia, a rozbieżności poglądów dotyczyłyby detali w rodzaju preferowanego nośnika.

W panelu chodzi zasadniczo o to, jak wcisnąć dziennikarzowi swoją muzykę i sprawić, by jej posłuchał. W moim przypadku to proste: wystarczy wysłać maila. Tyle. Bardziej adorowanym/napastowanym przez artystów i wydawców kolegom pewnie trudniej nadążyć za napływającą muzyką, ale mnie jakoś udawało się dotąd sprawdzać praktycznie wszystko, co wpadało do skrzynki odbiorczej. Trzeba tylko nie zrazić do siebie na wstępie. Czyli trzymać trzech prostych zasad:

• Personalizacja. Gdy nadawca nie ma pojęcia, do kogo pisze, to skłania do skasowania listu bez czytania drugiego zdania. Po pierwszym w rodzaju: „Czy mogliby Państwo w swoim serwisie…”. Autor nie spojrzał nawet na nagłówek strony, a klikając zakładkę „O mnie” w poszukiwaniu adresu nie zauważył słowa „mnie”. O lekturze akapitowej biografii nie wspominając. I nie chodzi tu o przeczulenie na własnym punkcie, lecz awersję do seryjnego rozsyłania maili na oślep. Jeśli koś domaga się głębokiego zainteresowania własną pracą, niech zainteresuje się cudzą choćby w stopniu minimalnym.

• Orientacja. Z podobnej masówki wynikają życzenia nieprzystające do medium. Choćby informacje koncertowe zaopatrzone prośbą, by zapowiedź przedrukować („w waszym serwisie”). Odpowiadam zazwyczaj, że nie publikuję na blogu takich zapowiedzi – od tego są setki serwisów, tysiące profilów facebookowych i kilka gazet – ale to powinien wiedzieć nadawca. Nawet w epoce eklektyzmu wypada też rozeznać na podstawowym poziomie, jakimi stylistykami zajmuje się dany tytuł czy autor. Bo może piszesz na marne i niepotrzebnie będziesz się potem frustrował, że twoja muzyka kogoś nie interesuje. No właśnie.

• Umiar. „Gdyby zechciał pan zrecenzować, to podeślemy płytę” – w takim razie nie zechcę. Część promujących (się) usiłuje z góry wymóc recenzję, czego nie sposób obiecać przed poznaniem materiału. W czasach CD miało to jeszcze uzasadnienie w kosztach. Wysłanie linku? Kosztuje tylko czas, tak jak mnie sprawdzenie go. Odradzałbym zresztą domagania się recenzji nawet uprzednio przyobiecanej. Widocznie krytykowi muzyka nie podeszła i postanowił przemilczeć zamiast zjeżdżać – wtedy wymusisz tylko razy. Albo zabrakło mu czasu, łam lub przemyśleń godnych szerzenia. Wówczas napastowaniem zniechęcisz go do siebie i przy kolejnej (lepszej?) płycie będzie się bał nawet odpisać.

*

Nie użalam się tu nad własną niedolą – umówmy się, otrzymywanie najbardziej nietrafionych listów z najbardziej nietrafioną muzyką wciąż nie boli. Dzielę się chwytami na samego siebie. Reszta jest drugorzędna. Format muzyki? Sam wolę linki, bo komputer pokonał u mnie CD, a poza tym cyfra nie rodzi wspomnianych wyżej niewskazanych zobowiązań. Większego znaczenia nie ma ton listu (Szanowny Panie vs Hej! vs WITAM), irytują tylko te tytułowane capslockiem. Głębia opisu? Według uznania, zawsze mogę dopytać wyszukiwarkę.

Na górze umieściłem trochę nietypowy, a jednocześnie wzorcowy list marketingowy z końca ubiegłego roku. Informacji w nim sam raz, plus kilka radosnych akcentów i ogólna szczerość. Oceniam z perspektywy – płyty posłuchałem, polubiłem, nie zrecenzowałem, ale gościłem przez dwa dni w blogowym playerze i uwzględniłem w podsumowaniu roku. Na pewno sprawdzę kolejną. I nawet sam list, jak widać, utkwił w głowie, kto wie czy nie dzięki instrukcji fonetycznej na końcu.

.

Fine.


Zara McFarlane – If You Knew Her

Zara McFarlane - If You Knew Her (Brownswood, 2014) Zara McFarlane – If You Knew Her (Brownswood)

 

Pierwszą świetną płytę roku – jak się wczoraj zgodziliśmy z Bartoszem Nowickim – podarował mi ostatni gatunek, po którym bym się tego spodziewał. W ostatnich latach mieliśmy Esperanzę Spalding, Matanę Roberts, Neneh Cherry w duecie z The Thing i wszystkie fuzje, które Artur Szarecki wyliczał niedawno na łamach Dwutygodnika w artykule „Jazz odzyskał głos”. Mimo tego wokalny jazz wciąż kojarzy się raczej z Salą Kongresową niż londyńskim Ronnie Scott’s.

Z tego samego miasta pochodzi wokalistka Zara McFarlane. I gdybym dziś pisał rozprawkę o fenomenalnych początkach, do wzorcowej wyliczanki dopisałbym pewnie „Open Heart”, które otwiera jej drugą płytę cudowną melodią w jedno-, a potem dwugłosie otulonym szmerami hanga. Potem udział jazzu stopniowo rośnie, tak że „Police & Thieves” z repertuaru Juniora Murvina kończy się dopiero po siódmej minucie – nawet The Clash zatrzymali się na sześciu. Mimo wahań proporcji stylistycznych McFarlane wciąż na nowo godzi piosenkowy powab z charakterystyczną jazzową niespiesznością; kuszenie słuchacza z zaufaniem jego cierpliwości i uwadze. Sygnalizuje czasem ochotę, by wskoczyć w przebojową chwytliwość lub przeciwnie – w improwizowany rozbój, jak w najdłuższym „Angie La La”. Ale tam szybko sprowadza ją na ziemię niespodziewany facet (ależ duet).

Utrzymywanie centrystycznej elegancji ułatwia jej wrażliwość i umiar tyleż szerokiego, co wybitnie niepochopnego grona instrumentalistów. Zmieściła ich w studiu okrągłą dziesiątkę – w tym harfę – ale przy mikrofonach równocześnie stoi co najwyżej trzech, czterech muzykantów. Po całej płycie rozlały się tylko korne akordy Petera Edwardsa – pianisty i przybocznego McFarlane – no i piękno kompozycji, aranżacji, wykonania.

.

Fine.


Reszta jest przypadkiem

Kilka razy zdarzyło mi się nakryć w metrze czy pociągu kogoś, kto akurat czytał mój artykuł, co wydaje mi się najwdzięczniejszą możliwą gratyfikacją dla pismaka. Przy lekturze nowego eseju Alexa Rossa o sercu Chopina przeszło mi przez myśl, że może i on ucieszył się na widok Polaka taszczącego jego książkę na którejś z warszawskich ulic. Bo jak się okazuje, przed dwoma tygodniami nas odwiedził. Takie wyminięcie się wytłumaczyłoby też nagły impuls, by napisać o nim w poprzednim wpisie.

Ross wspomina, że zamierzał zwiedzić Muzeum Chopina. W drodze przypadkiem trafił na serce kompozytora, bo w postanowił schronić się w Kościele Świętego Krzyża przed polskim mrozem (przez jeden weekend faktycznie coś było), czemu zawdzięczamy podlinkowany wyżej, znakomity tekst. Pewnie mniej przypadkowo spotkał Halinę Szpilman, wdowę po pianiście Władysławie Szpilmanie, podczas koncertu Sinfonii Iuventus. Swoją drogą imponujące, że człowiekowi z takim stażem chce się chodzić na koncerty młodzieżówki.

Grano świętującego stulecie urodzin Panufnika, co prawdopodobnie podpowiada właściwą przyczynę przylotu Rossa. I daje nadzieję na kolejny artykuł z Polską w sercu.

.

Fine.


Czytanie w czasach Street View

Alex Ross vs. John Adams - The Rest is Noise

 

Na północ od San Francisco Highway 1 nadbrzeżna autostrada Kalifornii wygląda jak dzieło sztuki. Ten krajobraz mógłby być dziełem kpiarza, artysty i demiurga w jednej osobie – człowieka, który uwielbia szerokie gesty i gwałtowne przemiany. Długie łąki kończą się klifami. Sekwoje górują nad wąskimi pasami plaż. Skalne wieże wyrastają z oceanu niczym duchy starych żaglowców. Zagubiona krowa siedzi sobie, patrząc w morze.

Boczne drogi odbijają w głąb górzystego lądu pod dziwnymi kątami, kusząc kierowcę, by podążał nimi aż do samego końca. Wyjątkowo urokliwy zjazd z Highway 1, Meyers Grade Road, znajduje się tuż za miasteczkiem Jenner – kąt nachylenia osiemnaście stopni. Podczas stromego podjazdu odczuwa się przyprawiające o zawrót głowy zaburzenia perspektywy. Pacyfik w lusterku wstecznym wznosi się jak niebieska góra ponad ukrytą doliną.

Nieopodal znajduje się Brushy Ridge, leśny dom kompozytora Johna Adamsa.
.

Chatki Adamsa nie byłem pewny, chociaż znalazłem kandydata pasującego do opisu rozwijanego dalej przez Alexa Rossa w książce „Reszta jest hałasem” (na stronach 545-546 polskiego wydania). Której drugie czytanie właśnie skończyłem i natychmiast naszła mnie ochota, by zabrać się za nią od nowa. Tym razem z ambitnym planem słuchania wszystkich utworów przywoływanych przez Rossa. Co niegdyś byłoby finansowo-logistycznym wyzwaniem na pół życia, a teraz kwestią kilku kliknięć. Podobnie jak weryfikowanie jego poetyckich opisów pozamuzycznych.

.

Fine.


Fejs

A mogło być tak pięknie.

Dla przedsięwzięcia sieciowego wejście w wiek dwucyfrowy to powód raczej do obaw niż do świętowania. Potwierdza to wysyp pesymistycznych prognoz co do przyszłości Facebooka inspirowany dziesięcioleciem jego debiutu. Prognoz opartych nieraz na wątpliwych badaniach, równie nienaukowej potocznej intuicji i wybiórczej obserwacji nastrojów, ale akurat w przypadku procesów sieciowych te drugie metody zwykły się sprawdzać nieźle.

Absencji facebookowej w ostatnich latach od czasu do czasu żałowałem. Omijało mnie mnóstwo ciekawych dyskusji niedostępnych dla niepolubionych, ewentualnie streszczali mi je lub screepage’owali koledzy nabyci metodami konwencjonalnymi. Informacje (i dźwięki) otrzymywałem z półgodzinnym opóźnieniem. Nie nawiązałem kilkuset branżowych „znajomości”. Ziemia Niczyja pozostała blogiem – nie przerodziła się w netową instytucję. Ale doba się nie rozciąga i wszystkie te atrakcje musiałyby pochłonąć coś innego: inne ciekawe dyskusje (może nawet rozmowy), teksty własne (i dźwięki własne), znajomości bez cudzysłowu. Więc nie żałuję.

Przyglądanie się masowej migracji dyskusji okołomuzycznych czy nawet przechwytywanie aktywności writerów przez Facebooka budziło oczywiście poczucie straty (ich gasnącej gdzie indziej twórczości) czy nawet zazdrości (dotyczącej łatwości, z jaką na Facebooku przyciąga się czytelników i mobilizuje do dyskusji). Ale oglądane z boku sfejsbukowanie środowiska szybko ujawniło też swoje wady czy nawet patologie. Facebook przeniósł na przykład konwersacje w pół-publiczną przestrzeń i rozproszył je. Tak że spory na temat tekstów odbywają się nie bezpośrednio przy nich – ani nawet nie na profilach autorów czy wydawców – lecz na kilku czy kilkudziesięciu profilach (pół)prywatnych.

Czego oceniać jednoznacznie rzecz jasna nie sposób. W pewnym sensie odzwierciedla to relacje i reakcje realne. Podobnie rozproszone, przewalające się nieraz za plecami głównego zainteresowanego, docierające do niego z opóźnieniem i pośrednio. Szkoda jednak, gdy pod inspirującym tekstem ani komentarza, mimo że na Facebooku sprowokował tuziny wartościowych, merytorycznych debat. Mogłyby stanowić naturalne przedłużenie tegoż tekstu, uzupełniać jego braki, wytykać błędy, proponować alternatywne interpretacje. Na Facebooku ślad po nich ginie w tydzień, oryginalny tekst pozostaje goły. Przyszłych czytelników ominą uwagi poprzedników, może nie dowie się o nich nawet sam autor.

Facebook zbliża. Artystę do słuchacza do dziennikarza do czytelnika do wydawcy do wytwórni do promotora do artysty… Pod wpisami kolegów dziennikarzy widuję wypowiedzi muzyków, organizatorów festiwali, wydawców. Środowisko się integruje. Wszyscy schodzą z piedestału. I jest miło. Tylko czy nie za bardzo? Na samym początku drogi zawodowej ktoś doświadczony poradził mi: nie zaprzyjaźniaj się zanadto z muzykami. A jeśli już za późno, unikaj pisania o nich. Bo nie będziesz w stanie napisać prawdy. Bo zamiast uprawiać krytykę, będziesz rozdawać przysługi. W relacjach realnych (było) to dosyć oczywiste. Tych wirtualnych nie traktuje się z równą ostrożnością, bo przecież wszyscy tutaj się znają. Ale czy będziesz potrafił skrytykować za beznadziejny album kogoś, kto wcześniej polubił kilkanaście twoich artykułów, recenzji, relacji – a kilka nawet udostępnił? Albo nawet tenże ten album po prostu przemilczeć?

Tym bardziej że polubienia i udostępnienia wiążą się z wymiernymi korzyściami. Generują kliki, pieniądz internetu. Zaspokajają potrzebę bycia zauważonym i docenionym, główny głód publikujących. Szerzą wieść o talencie autora metodą wiralową, najskuteczniejszą także poza siecią. Gdy zespół zareklamuje recenzję swego dzieła czy wywiad ze sobą, gwarantuje w ten sposób łamom setki, tysiące odsłon. Stąd pokusa, by negatywną ocenę podciągnąć do neutralnej, neutralną do pozytywnej, pozytywną do ekstatycznej. By zrobić wywiad niezależnie od oczekiwanej zawartości merytorycznej. By częściej i lepiej pisać o rodzimej muzyce. To ostatnie samo w sobie cieszy, tylko czy motywacja właściwa?

Jeśli przysłowiowe onety optymalizują nagłówki i treść pod preferencje Google, to mniejsze przedsięwzięcia zoptymalizowały się pod polubienia i udostępnienia. Ciekawe, że bombami frekwencyjnymi ery blogosfery były recenzje negatywne. Wypłynął na nich Pitchfork, wypłynął poniekąd nasz Porcys. Facebook wpędza w drugą skrajność – premiuje lizusostwo. Kiedyś nieopłacalne, bo dyskredytujące w oczach czytelników, dzisiaj stanowi podstawowy sposób budowania rozpoznawalności w środowisku.

Konkurowanie o lajki rodzi również pokusę publicystyki bezrefleksyjnej, jeśli publicystyką można nazwać automatyczne niemal reagowanie na bieżące wydarzenia. Skoro na wieść o śmierci znanego artysty bardziej opłaca się natychmiast wrzucić jednozdaniowe epitafium albo fotkę z R.I.P.-em – i przechwycić potencjalne lajki i komentarze – niż dać sobie chociaż kilka godzin na skreślenie godnego nekrologu, to facebookowa ekonomia będzie dopingować do spamowania tymi pierwszymi. Bezwartościowymi, a w kontekście spodziewanej lawiny równie odruchowych „lubię to” (słowa jednak mają znaczenie) chyba nawet obarczonych wartością ujemną.

Na co innego zwykli narzekać muzyczni działacze. Facebook rozdyma rzeczywistość. Tysiąc ludzi lajkuje, dziesięciu kupuje. Kluby apelują, by nie składać pustych obietnic obecności. Słyszy się, że „na fejsie była zadyma”, a to trzy osoby na profilu czwartej obrzucały się komentarzami na oczach tuzina. Echo facebookowe zwielokrotnia punktowe pozytywy i negatywy do rozmiarów pospolitego ruszenia, co miewa korzystne konsekwencje – od zaproszenia lokalnej kapeli na festiwal na drugim krańcu kontynentu po tłumy ściągające na majdany arabskie, brazylijskie, tureckie czy ukraińskie. Częściej jednak zwyczajnie zakłamuje rzeczywistość, budząc bezpodstawne satysfakcje lub wpychając w bezzasadne zgryzoty. 

Wyliczankę tę można by długo kontynuować – chętnie poznam opinie nałogowych insiderów – potem zaś należałoby ją uzupełnić o nie krótszą litanię walorów Facebooka i krewnych. Z części tych udogodnień nawet trybie incognito mam zresztą łaskę korzystać. I systematycznie staram się pytać siebie, czy choćby i ryzykując wystawienie się na powyższe pokusy i straty czasowe nie należałoby ustąpić. Bo może zmuszanie czytelnika do ręcznego sprawdzania aktualizacji na stronie tudzież korzystania z niemodnych czytników RSS w roku 2014 zakrawa na upór egoistyczny i szkodliwy w kontekście wykonywanego zawodu.

Przypomniała mi o tym debata na łamach Dwutygodnika o pozycji krytyka w sieci. Która notabene wywołała szereg ciekawych dyskusji, ale rzecz jasna próżno szukać ich pod samym tekstem (brak możliwości komentowania) lub na profilu Dwutygodnika (brak chętnych do komentowania), bo pochwały pochowały się po kątach. W toku barwnej rozmowy z ust Karoliny Plinty pada stwierdzenie:

W Facebooka wpisany jest populistyczny dyskurs i trzeba o tym pamiętać. Niemniej krytyka już nie może zignorować tego środowiska. Kiedy słyszę, że ktoś nie ma Facebooka, to włosy mi dęba stają na głowie. Przede wszystkim krytyka muszą interesować jego czytelnicy, musi patrzeć, gdzie jest jego odbiorca i jak z nim wchodzić w interakcję.

Zupełnie praktyczne więc pytanie: czy komuś wizyty na Ziemi ułatwi proste zintegrowanie jej z naszym dziesięciolatkiem? Czy mogę jednak z czystym sumieniem doczekać jego rychłego zapewne zgonu?

.

Fine.


Klikanie klasyki

Pianista iPartytura

Mam stronę na Facebooku, której nie założyłem, a na YouTube są moje utwory, chociaż nie mam pojęcia, kto je tam powrzucał. W zasadzie większość mojego dorobku można znaleźć w internecie w tej czy innej postaci.

Znalazłem nawet nagrania mojej młodzieńczej kapeli punkowej z lat 80., których nie mam we własnej kolekcji.
.

Sprawdziłem, jak muzyka poważna radzi sobie w internecie. A radzi sobie znakomicie i postęp nie omija nawet opornych, jak pokazuje przykład cytowanego powyżej Pawła Mykietyna. No a młodsi partyturowi odnajdują się w sieci nie gorzej niż laptopowi.

.

Fine.