Wrzesień 2014


Kung-fu jesień

Kung-fu jesień

Jeśli wirtuoz chińskiego gǔzhēngu stuka w obudowę zamiast szarpać struny, rozbiera instrument na części, smyra go jakąś odmianą eBowa i zaczepia kartą kredytową, a gdy z głośników dobiegają odgłosy bijatyki z jakiegoś filmu kung-fu – do rytmu chlasta się po twarzy, to musi być Warszawska Jesień.

Utwór „Ouvertures”, kompozytor Simon Steen-Andersen, solista Le Liu, wczesne wykonanie do zobaczenia tutaj, niestety jeszcze bez bijatyk i chlastania.

Fine.

 


Best of Beehype (Lato 2014)

Best of Beehype (Lato 2014)

Zgodnie z nową tradycją podrzucam garść wykonawców, którzy w ostatnim, drugim kwartale beehype’owej działalności ucieszyli mnie najbardziej.

Oprócz poniższych pojedynczych strzałów polecam rosnące paczki regionalne na Soundcloudzie dedykowane Azji, Europie, Ameryce Łacińskiej, Afryce i krajom arabskim.

*

Australia

Empat Lima „Hanoi” (kilka języków na jednej płycie)

Białoruś

Mustelide „Smisl” (bo nie po angielsku)

Belgia

Lightning Vishwa Experience „Love When You Don’t Want It” (najlepsze retro sezonu)

Brazylia

Nobat „LSD” (dwugłos brazylijsko-angielski)
Don L „Morra bem, viva rápido” (western rapowy)
Romulo Fróes „Ó” (tembr roku)
Mombojó feat. Laetitia Sadier „Summer Long” (bynajmniej nie z sentymentu do Stereolab)
Russo Passapusso „Paraquedas” (parę brazylijskich kawałków można by jeszcze dopisać)

Chile

Berni Martínez „Cambié los ojos” (gra ciszą, głos, melodia)
El Gato, la Virgen y el Diablo „Piletu” (zaszumione ambienty + chwytliwy songwriting)
Arranquemos del Invierno „Tu en las montañas y yo en el mar” (chilijski Bon Iver)

Chorwacja

Sara Renar feat Barbara Munjas „Ljubav” (mogłoby hulać w polskich radiach)

Czechy

Bratři Orffové „Vymazán” (chyba najbardziej klimatyczna kapela czeska)

Dominikana

Carolina Camacho „Aire Libertad” (jedno z większych odkryć, cała płytka na Spotify)

Ghana/UK

Eric Lau & Tawiah „Let’s Begin” (z mocnej EP-ki dostępnej tutaj)

Grecja

Larry Gus „With All Your Eyes Look” (Sufjan Stevens z Grecji)

Gruzja/Ukraina

Sophie Villy „Man In The Mist” (>Katie Melua)

Filipiny

Cheats „Accidents” (z pozoru lekki indiepop, ale przyczepia się)
No Rome „Heaven”  („Czy twoja mama wie, że nagrywasz tak dobrą muzykę?”)

Francja

Moodoïd „La lune” (jak bardzo w muzyce słychać Francję)
Odezenne „Chimpanzé” (poza „Stalingradem” (?) nie rozumiem ani słowa, ale wzruszyłem się)

Indie

Sandunes (ft. Nicholson) „Slybounce” (>James Blake)
Tritha „Maacher Bajaar” (muzyka + obraz = total)

Indonezja

Dialog Dini Hari „Tentang Rumahku” (Indonezja kolebką melodystów¹)
Kunto Aji „Terlalu Lama Sendiri” (Indonezja kolebką melodystów²)

Islandia

Mammút „Þau svæfa” (mocny teledysk do mocnego utworu)

Izrael

theAngelcy „My Baby Boy” (zaczynał od europejskich ulic, skończy na open’erach)

Japonia

Shintaro Sakamoto „Nama de Odorou” (raz spotkaliśmy się z Pitchforkiem)
Uchuu Conbini „Everything Changes” (choć „Pyramid” było lepsze)
YankaNoi „Chigireta Umi” (walczyk roku, a za pianinem Shugo Tokumaru)

Kenia

Jarel „Let Go” (czyli czarna muzyka z czarnego kontynentu)
Naomi Wachira „I’m Alive” (jak wyżej)

Korea Płd.

Danpyunsun and the Sailors „공 Ball” (człek nawiedzony, ale muzyka na tym zyskuje)

Kostaryka

424 „Al Hueco” (dla teledysku – nie tylko dla fanów René Magritte’a)

Łotwa

Sturi Zevele „Taurini” (fanom folku polecam całą płytę)
Laika Suns „Ir Jau Vels” (gdyby Radiohead zależało na radiach)

Malezja

Noh Salleh „Angin Kencang” (Beatlesi żyją)
Heymun „Sailor” (z teledyskiem w stylu „Gerry”)

Mali

Anansy Cissé „Fati Ka” (rdzennie)

Meksyk

Porter „Murciélago” (czemu oni nie grają na polskich festiwalach?)
Ceci Bastida „Una Vez Más” (polecam na dzień dobry)

Niemcy

Von wegen Lisbeth „Kafka Luise” (niemiecki da się lubić)

Pakistan

Mai Dhai Band „Sarak Sarak” (rdzennie, od pierwszego usłyszenia)
The Tamaashbeens „Duniya Re” (rdzennie, od pierwszego usłyszenia)

Palestyna / Chile

Ana Tijoux y Shadia Mansour „Somos Sur” (z cyklu protest songi XXI wieku)

Portoryko

Samalot „Valle De Luz” (NIE TO NIE ISLANDIA, choć też wyspa)

Portugalia

Guta Naki „O Homem Que Dança” (ogólnie ładnie, ale zachwycili mnie anty-refrenem)

Republika Zielonego Przylądka / Brazylia

Marcia Castro ft. Mayra Andrade „Na Menina dos Meus Olhos” (ależ dwugłos)

RPA

Zaki Ibrahim „Draw the Line” (przejmujące w całej popowości)

Słowacja

Korben Dallas & Jana Kirschner „Spolu” (przebój na rytm i szept)

Tajlandia

Basement Tape „Parp-Derm” (tajlindie)
Two Million Thanks „1.9 มิติ” (piękne sceny)

Tajwan

Elephant Gym „Light” (Azja w ogóle ostoją math-popu)

Ukraina

Pianoboy „Rodeena” (niestety teledysk roku)

Włochy

Maria Antonietta „Abbracci” (dwie piosenki w dwóch minutach)

*

Polska jak zwykle zaskoczyła: trafili się pewniacy, ale międzynarodowe gremium postawiło też na artystów, o których większość moich znajomych – także po fachu – jeszcze nie słyszała. Notopop, Maja Koman, Natasza Ptakova, Martina M czy Oxford Drama to nie są wykonawcy z tysiącami kciuków na fejsie.

Ale dotyczy to większości wykonawców z innych krajów, i to też jakoś cieszy.

beehype

 


O „Manierach”

O „Manierach”

„A marzenie na tę chwilę, to wreszcie trasa koncertowa” – mówiła mi pięć lat temu Julia Marcell.

Od tego czasu objechała sporą część Europy, a za miesiąc znów rusza w Polskę. Kto wie, może jej dzisiejsza wizyta na bihajpie trochę pomoże w dalszej ekspansji, tym bardziej że „Manners” zachwyciło chociażby naszą reprezentację latynoską.

Oby.

Fine.


Schyłek ściszeń

Schyłek ściszeń

Niegdyś wszechobecne piosenki kończące się wyciszeniami są na wymarciu – odnotowuje Salon. W latach 80. i 90. absolutnie dominowały na listach przebojów. W ostatnich latach w końcoworocznych Top10 trafiało się tylko po jednym takim kawałku. W roku ubiegłym „Blurred Lines” Robina Thicke, które jednak trudno nazwać utworem współczesnym.

Skąd w ogóle wzięła się moda na fade-outy? Najpierw z braku czasu, by na poziomie wykonania dostosować długość utworów do potrzeb stacji radiowych i pojemności winylowego singla. Rozwój technologii nagraniowej sprawił, że inżynier dźwięku mógł sam uporać się z tym problemem.

Później wyciszenie stało się narzędziem estetycznym. Akceptowanym o tyle, że muzyka nagrywana się wyemancypowała. Nie miała już dokumentować (imitować) nagrania na żywo, była samodzielnym bytem. Dublowanie ścieżek, dodatkowy pogłos i inne efekty – w tym wyciszenia – były więc przez słuchaczy akceptowane, wręcz pożądane.

Salon przywołuje tu za książką Iana MacDonalda „Revolution in the Head” przykład Beatlesów. Przez większość kariery ucinali piosenki, tak jak robili to na koncertach. Ale gdy zeszli ze sceny i przestali myśleć o swoich piosenkach przez pryzmat wykonań na żywo, zaczęli kombinować. Także z zakończeniami – i tak powstało przynajmniej kilka świetnych wyciszeń.

A nagły odwrót od łagodnych zakończeń? Przede wszystkim: iPod. Odtwarzacze mp3 wystawiły słuchaczy na stałą pokusę przeskakiwania do kolejnego utworu, zanim zakończy się bieżący. A co dopiero, gdy owo kończenie się trwa kilkanaście, nawet kilkadziesiąt sekund. I to jakimś instrumentalnym dżemowaniem tudzież umiarkowanie treściwą wokalizą.

Powód drugi odnosi się do samych początków zakończeń. Z obecnymi możliwościami edycyjnymi inżynierowie dźwięku mogą dowolnie manipulować materiałem bez zawracania głowy wykonawcom. A więc także skracać utwory – choćby wycinając dwa wersy w drugiej zwrotce – a cięcia i tak nikt nie zauważy. Salon przypomina, że pierwsze wyciszenie w “Strawberry Fields Forever” Beatlesów byłoby niepotrzebne, gdyby George Martin mógł zamaskować niedoskonałości tego fragmentu w inny sposób.

Wreszcie wyjaśnienie trzecie: po prostu minęła moda. Co oznacza, że wkrótce wróci.

Fine.


Zdjęcie

Zdjęcie

Tajwan, konkretnie „Tęczowa wioska” w Taichung, stąd.


Znaki czasu

Znaki czasu

Znajoma, z którą obejrzałem wreszcie „Boyhood”, stwierdziła po wyjściu z sympatycznie opustoszałego jak zawsze kina Iluzjon, że to jeden z tych filmów, po obejrzeniu których w zasadzie nie ma się nic do powiedzenia. Dopiero po jakimś tygodniu, przy jakimś śniadaniu, łapiesz się na tym, że opowiadasz współbiesiadnikom, jaki to fenomenalny film widziałeś przed tygodniem.

A omawiać można mnogość rzeczy. Od karkołomnego pomysłu i wszystkiego, co musiało stać za jego realizacją – choćby skrzykiwanie co kilka lat tej samej ekipy, której najważniejszy aktor w zasadzie nie jest aktorem – po efektowne przełożenie owych 12 lat kręcenia na 165 minut wyświetlania. Być może za tydzień dopadnę kogoś przy jakimś śniadaniu. Tu chciałem o jednym: znacznikach czasu.

Reżyser nie musi po każdym cięciu wypisywać rzeczy w rodzaju „3 years later”, bo upływ lat w przybliżeniu można wyczytać z twarzy bohaterów. A precyzyjnie z ich dialogów. Wyścig Obamy z Bushem. Dyskusje o być albo nie być na Facebooku. Wątek podsłuchów NSA. W tej oderwanej od świata historii świata jest wbrew pozorom całkiem sporo. No i są znaczniki muzyczne.

„Boyhood” zaczyna się od „Yellow” Coldplay, zaraz potem słyszymy „Oops I Did It Again” w wykonaniu córki reżysera. Dalej The Hives, Blink 182, Aaliyah, Cat Power. Wiemy, gdzie jesteśmy. Przez Gnarls Barkley docieramy do Vampire Weekend i Phoenix, wreszcie wraz z Lady Gagą wkraczamy w dorosłość. Potem rock po raz kolejny zmartwychwstaje dzięki Kings of Leon, Arcade Fire czy The Black Keys. Za chwilę konkretną datę znowu wypunktują Gotye i Kimbra.

W sumie naliczyłem ponad 50 piosenek, z których sporą część (współ)śpiewają aktorzy. O dobór piosenek reżysera filmu, Richarda Linklatera, pytał Janusz Wróblewski, a ten szczerze odpowiedział:

Nie miałem pojęcia, czego słuchają ośmio-, dwunastolatki. Pomagali mi się w tym rozeznać konsultanci. Z Ethanem [Hawke], który ma wyrobiony gust, sprawa była prosta. On lubi Pink Floyd, Radiohead, Beatelsów, i to dyktowało wybór. Przebój „Get Lucky” Daft Punk w finale poniekąd narzucał się sam.

I tu pojawia się ciekawy wyłom w konsekwencji reżysera. Bohaterowie „Boyhood” rozmawiają o Obamie, Iraku, Facebooku i NSA, bo w chwili kręcenia danych scen rzeczywiście tematy te dominowały w codziennych rozmowach. Wyglądają tak, jak wyglądają, bo tak wówczas wyglądali. Z muzyką jest inaczej.

Znaczniki muzyczne nie zapisywały się na filmie wraz z jego kręceniem. Z nielicznymi wyjątkami – gdy Samantha jara się klipami Lady Gagi albo gdy Mason senior puszcza Masonowi juniorowi Wilco – znaczniki muzyczne dodano po fakcie. Dzisiaj. Według dzisiejszych wyobrażeń na temat powszechnych fascynacji sprzed lat. I to przefiltrowanych przez gust jednego z aktorów – wcale nie pierwszoplanowego.

W tym jednym wymiarze „Boyhood” nie jest więc (bezcennym) zapisem, ale (tylko) próbą odtworzenia ówczesnego ducha (ówczesnych duchów). Mimo że filmu słucha się równie dobrze, jak go ogląda, w tym jednym aspekcie wydaje się więc straconą szansą. Dobrze pokazuje to zresztą przypadek Daft Punk, o którym wspomina wyżej reżyser. Rzeczywiście narzucał się sam. Tyle że z finalnej wersji reżyser „Get Lucky” ostatecznie wyciął. I zamiast niego wstawił nijakie kalendarzowo Arcade Fire.

 

Fine.


Kolekcjoner

Kolekcjoner

Jesienią ubiegłego roku pod bankrutujący sklep płytowy w Pittsburghu – jego właściciel twierdził, że ma największą kolekcję winylów na świecie – podjechało osiem tirów. Po załadowaniu do pełna czarnymi płytami, odjechały na południe. Konkretnie do pewnego magazynu w São Paulo, gdzie 17 stażystów dzień po dniu usiłuje katalogować kolejne dostawy długo- i krótkograjów, po pół tysiąca dziennie.

Właściciel magazynów i pracodawca stażystów nazywa się Zero Freitas i na co dzień zarządza czołową brazylijską firmą autobusową. W czasie wolnym rozrzuca po prasie muzycznej ogłoszenia w stylu:

RECORD COLLECTIONS. We BUY any record collection. Any style of music. We pay HIGHER prices than anyone else.

Mimo że na półkach (i podłogach) leży już kilka milionów płyt, Freitas wciąż cieszy się każdym nowym egzemplarzem. Pytany o powody tego wszystkiego, odpowiada: „Nie wiem”.

Na weekend serdecznie polecam lekturę artykułu o największym kolekcjonerze winyli na świecie.

Fine.


Gaba Kulka

Gaba Kulka

Wykonuję dziwny zawód. Pracuję emocjami swoimi i słuchacza. Co jakiś czas zostawiam dom i jadę w obce miejsce, do obcych ludzi. I pokazuję im coś, co jest najbliżej mojego serca – bliżej nieraz niż to, czym dzielę się z rodziną i przyjaciółmi. Z drugiej strony uciekam w ten sposób do równoległego świata koncertów, scen, publiczności. Tworzę coś ulotnego, co jest zarazem niebywale silnym przeżyciem. Trudno potem zejść z tych wyżyn endorfin.

Technika powinna zabezpieczać człowieka przed tym, by nie rozpadł się na milion kawałków. Ale po każdym koncercie musisz od nowa zbierać te kawałki, pakować je do walizki i wracać do domu. Ale nasz basista Wojtek Traczyk pocieszał mnie kiedyś: „Nie przejmuj się, aktorzy mają gorzej”.

Na dzień przed wylotem do Londynu na jeden z powrotnych koncertów Kate Bush – zamiast siedzieć w Polsce i promować swój nowy album – Gaba Kulka spotkała się ze mną i z Olą Żelazińską, by opowiedzieć o „The Escapist”, kamerach na koncertach i streamingu w domu.

Cały wywiad w dzisiejszej „Polityce”, fragment online.

Fine.


Nośniki konsensusu

Nośniki konsensusu

Pitchfork przedrukowuje esej „Worth Their Wait” Simona Reynoldsa o złotych czasach drukowanej prasy muzycznej. Tekst pierwotnie ukazał się w papierowym kwartalniku The Pitchfork Review. Jak to zwykle u Reynoldsa, wątki prywatne przeplatają się w nim z obserwacjami makro. I jak to zwykle u Reynoldsa, warto przeczytać całość.

Część opowieści wyda się nam egzotyczna. Chociażby szacunkowe wyliczenie, że na przełomie lat 70. i 80. mniej więcej co dwudziesty Brytyjczyk czytał któreś z głównych brytyjskich pism muzycznych: przede wszystkim New Musical Express, ale także Melody Maker, Sounds oraz Record Mirror. Wpływ tego pierwszego na grupę docelową sprawiał, że reklamodawcy musieli i chcieli regularnie bulić. W rezultacie NME stać było na zadrukowywanie 80 stron tygodniowo.

Masowy posłuch sprawiał, że prasa przestała jedynie dokumentować przebieg wydarzeń na scenie muzycznej. A postanowiła je kreować. Zachowuj się tak – pisze Reynolds – jakbyś był władny nawracać muzykę we właściwym kierunku, a wkrótce ludzie ci uwierzą. I rzeczywiście będziesz nimi sterował. Do ciebie udadzą po informację, co w muzyce się dzieje – i dokąd zmierza.

Po tego rodzaju wyroczniach nie pozostał dziś oczywiście ślad, czego autor nie omieszkał zauważyć:

Gdybym miał streścić wszystkie przenikające się aspekty prasy papierowej w kilku słowach, byłyby to: synchronizacja, koncentracja, względna trwałość, aura instytucjonalności i władzy (autorytet). Wszystkie one uległy wyczerpaniu, uszkodzeniu lub wprost zanikły w obecnym krajobrazie muzycznym.

Z tą synchronizacją bym się trochę spierał. Sam Reynolds zauważa, że wieści z Wysp docierały z niemal rocznym opóźnieniem do Nowej Zelandii czy Australii, o rynkach nieanglosaskich nie wspominając. A że w tamtych dekadach trendy muzyczne potrafiły się zmieniać z roku na rok, ludzie (w miarę) tej samej kultury przeżywali np. w 1976 roku zupełnie inne momenty muzyczne.

Nawet jeśli Reynolds myśli tylko o Wielkiej Brytanii, to i tak trudno o większą synchronizację, niż w epoce internetu. W ciągu minuty wieść o wycieku nowej płyty obiega kraj (i świat). W ciągu godziny mamy pierwsze recenzje. Po tygodniu temat zamknięty. Ledwie kilka tygodni temu usłyszeliśmy, że w 2014 roku (!) wytwórnie wreszcie postanowiły ujednolicić globalne daty premier, tak aby żaden kontynent nie czuł się poszkodowany – i zmuszony kupować/ściągać kontent z zagranicy.

Istotniejsze wydaje się jednak pytanie, czy rzeczywiście zatraciliśmy poczucie i nośniki konsensusu odnośnie tego, „co się dzieje w muzyce”. Czuć muzyczny zeitgeist bez wątpienia łatwiej było w czasach, gdy na rynku panowały trzy gazety zamiast trzech milionów blogów. Choć jako się rzekło: można mieć wątpliwości, czy rzetelnie to poczucie kreowały.

Wydaje mi się jednak, że pustka po wymierającej prasie w tym akurat względzie została wypełniona. Że jest inne skoncentrowane, względnie trwałe i dzierżące autorytet – władzę! – medium. Że daje ono możliwość regularnego orientowania się, „co się dzieje” – a nawet bezpośredniego włączania się w bieg wydarzeń. I właśnie ta nowa rola obok innych powodów tłumaczyłaby, być może, zbieg schyłku prasy muzycznej z hossą festiwalową.

Fine.